
|
|
Chicago - "stolica Polonii" nie tylko amerykańskiej - nigdy nie było prężnym ośrodkiem inteligencji polskiej. Nigdy tutaj nie osiedlali się wybitni twórcy polscy, ani nigdy nie udało się Polonii chicagowskiej dopracować rangi ośrodka polonijnego z zacięciem kulturalnym. Chociaż przebywali w nim wielkie sławy świata kultury jak: Henryk Sienkiewicz, Helena Modrzejewska, Ignacy Paderewski, nawet Czesław Miłosz bywał tutaj zapraszany przez rózne amerykańskie instytucje kulturalne, nie wspominając o Feliksje Konarskim popularnym Refrenie twórcy czerwonych maków mieszkającym tutaj trzydzieści lat a zmarłym w roku 1991. Tego twórcę Polonia miała na co dzień, co z tego wynikło, lepiej nie mówic tym bardziej pisać. Mieszkali tutaj także tzw. uczniowe Kazimierza Wierzyńskiego, Zbigniew Chałko i Wiktor Londzin pseudonim Jan Leszcza, poeci autorzy tomików wierszy wydanych przez londyńska Oficynę Poetów i Malarzy. Przez dwadzieścia lat na jednym z miejscowych uniwersytetów wykładał profesor - poeta Tymoteusz Karpowicz mieszkający od Chicago 20 minut drogi kolejka miejską w miejscowości Oak Park.
Chicago od swojego założenia miało charakter robotniczy nawet w odniesieniu amerykańskim, słyneło w Ameryce z rzeźni, giełdy zboża, wykorzystywanych cieżko pracujących emigrantów w fabrykach i hutach natomiast nie z kultury. Chociaż tutaj powstał pierwszy na ziemi amerykańskiej miesięczynik literacko-poetycki, POETRY ukazujący się do dzisiaj na przedmieściach w miejscowości Evanston. Publikowali w nim swoje utwory najważniejsi poeci XX wieku jezyka angielskiego: T. S Eliot. Ezra Pound, Carl Sandburg, Edar Lee Master i inni.
Mity i legęndy Polonii amerykańskiej są tak samo mocno zakorzeniowe w Polsce jak mit Ameryki. Trudno jest z nimi walczyć tym bardziej je zwalczać, nikt też nie lubi odbrązowywania samej Polonii, bo ona jest taka czuła, nawet przewrażliwiona, taka partriotyczna, taka religijna, prawie święta. Wszyscy wiemy jak bardzo cierpieli i ile kościołów wybudowali emigrancji polscy w Chicago. Ponoć były też i teatry polskie, "stara Polonia" a przede wszystkim nestor aktorów chicagowskiej Polonii Bob Lewandowski na nie się powołuje, ale nikt nie widział żadnych opracowań na ten temat, nie mówiąc już o liście aktorów, granych sztuk, ilości przedstawień, nawet w tej chwili trudno powiedzieć gdzie one się mieściły i jak się nazywały, kto nimi zarządzał?
Czarna kurtyna obojetności przykryła wszystko na cokolwiek popatrzymy, o czymkolwiek pomyślimy, nie ma nic, tzn. gdzieś to jest, tylko nie wiadomo gdzie, kto, kiedy, jak? Jeszcze gorzej przedstawia się rzecz z literaturą piekną, dosłownie żadnych antologii poetyckich, opracowań, katalogów wydawanych książek prozy czy wierszy. Trudno jest też natrafić na rzeczy ambitniejsze, czyli recenzje, wiersze, krytykę literacką, omawianie wystaw malarskich w jakimkolwiek czasopiśmie wydawnym w Chicago. Tak było w przeszłości, o której mówi się, że tworzyli ją chłopi nieświadoma biedota, którzy sami mieli problemy z tym z samookreśleniem, za narodowość którego z zaborców, bo Polski nie było na mapie Europy. Teraz takich problemów nie ma upłynęły dziesięciolecia. Polska jest na mapie ale nadal mamy problemy przede wszystkim z kulturą. Na kulture przez ostatnich kilka dekad powołują się wszyscy, niby jesteśmy narodem kulturalnym, niby kochamy książki, teatr, film, czasopisma, ale tak naprawdę nic z tego nie wynika. Natomiast tutaj na emigracji widać jak na dłoni, że z tej naszej miłości do kultury bardzo mało wynika, bo Polonia tak na dobrą sprawę nie ma i nie wytworzyła własnej kultury, nie ma też własnych twórców, teatrów, pism literackich, krytyków nie wspominając już o całym aparacie badawczo-naukowym.
Można przypuszczać, że w szczególności poezji było (i jest) wydawanej bardzo mało, o ile proza jakoś sobie radziła przez te wszystkie lata, poezji było najmniej. Były publikowane romanse, wspomnienia, historie własnych przeżyć, dzienniki. Słowem była to i jest proza bardziej mówiona niż pisana rządząca się własnymi prawami, które daleko były i są od kryteriów literackich. Jeszcze mniej możemy powiedzieć na temat sztuk pięknych może nawet lepiej nie wspominać, bo też obecny emigrant własciwie nic na ten temat nie może powiedzieć. Chociaż są i działają na zasadzie spotkań towarzyskich jakieś kluby artystyczne nawet galerie. Jak często się w nich wystawia? I kto w nich wystawia? Czy są to artyści polonijni czy z Polski? A może Amerykanie polskiego pochodzenia. Trudno jest w tej chwili coś konkretnego powiedzieć.
Brak całkowitego zainteresowania tym co lokalni twórcy zrobili, brak opracowań, a nawet omówień, całkowita ignorancja przywódców polonijnych, brak organizacji zajmujących się kulturą polonijna tym co się w świecie artystycznym dzieje wpływa na to, że nikt nigdy nie nazwał Chicago drugim polskim Londynem czy Paryżem. Jesli juz było jakoś nazywane czy określane to jako stolica głupoty polskiej, polskich pierogów czy kiełbasy.
Jest mnogość programów radiowych o poziomie żeniujacym jednak w języku polskim, kto je robi i dla kogo wielu rodaków zadaje sobie te pytania. A odpowiedź była i jest bardzo prosta, robią je ci co chcą na nich zarabiać najmniejszym kosztem wlłasnym jej finansować. Co w tym złego nic. Ale trzeba zawsze pamietać, że programy do robienia pieniędzy a nie promowania twórców czy polskiej kultury w Chicago. Gdy o tym pamiętamy krew w żyłach płynie spokojniej. A najważniejsza rzecza jest to, że musimy uswiadomić sobie, że prasa, radio nawet telewizja w Chicago robiona jest jednoosobowo, czasem pracuja dwie osoby, do rzadkości należy to, że trzech Polaków pracuje dla jednego programu radiowego czy pisma, nawet w telewizji POLVISION jest jeden, jedyny kamerzysta na etacie, ale program ten reklamuje się jako największy program telewizyjny poza krajem. I wcale nie będziemy zdziwieni, gdy może okazać się to prawda.
Nadal wychodzą tutaj czasopisma w języku polskim, (o czasopismach jest obszernej napisane w zakończeniu) które jednak za cel obrały sobie pisanie a raczej przepisywanie tego wszystko co drukuje się w kraju niż tworzenie pisma z własnych materiałów, bo za nie trzeba zapłacić, natomiast krajowe są za darno.
W czasach komunizma Polska była zainteresowana tym co Polonia robiła, możliwość i częstość kontaktów kulturalnych zależała przede wszystkim od Polonii, obecnie rolę się odwróciły. Ojczyzna o emigrancji, kulturze polonijnej nie myśli, ma więc do niej podobny stosunek jak przywódcy polonijni. Jedni i drudzy patrzą na kulturę polonijna bardzo obojętnie, udając, że to ich nie dotyczy. Od czasu do czasu wspomina się o tym czy o tamtym twórcy chociażby o Ref - Renie, czy Marku Gordonie, ale za jego życia mało kto o nich pamiętał. Jesli kraj nie zrobi kroku w strone Polonii wszystko to co było tutaj wytworzone przepadnie bezpowrotnie. Piećdziesiąt lat pracy twórczej pójdzie w całkowite zapomnie. Polonia nie ma ani potrzeby ani pieniędzy na opracowanie tego co ginie na naszych oczach.
Tylko w ojczyźnie jest nadzieja w porównaniu z beznadzieją na emigracji, jeśli stamtąd nie przyjdzie pomoc z uniwersytetów, od naukowców Polonia zaprzepaści wszystko. Całe archiwa, książki, ludzi, nazwiska, bo Polonia nie ma pamięci, aby uchronić siebie sama od niepamięci. Całe szczęście, że komuna upadła, gdyby pożyła jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat dłużej pokolenie żołnierskie II wojny światowej nie miałoby oddać swoich wspomnień, pamiętników, wierszy, opowiadań, zapisków tego wszystkiego co przez lata gromadzili poszczególni jej członkowie. Tyle wiedzielibyśmy o nich co o żołnierzach XIX wiecznych powstań. Cała nadzieja jest w ojczyźnie, ojczyzna po raz drugi, (pierwszy raz nadażył się po I wojnie światowej) ma wielka szansę podziękowania Polonii za te wszystkie lata pomocy, choć tak bardzo się nie spieszy, ale jest nadzieja, że przynajmniej spora część zostanie uratowana. Zostaną zapamiętani także i inni nie tylko K. Wierzyński, J. Lechoń, J. Witlin, S. Baliński.
Zaczeto wydawac sporadycznie opracowania np. słowników pisarzy polskich na emigracji, powstaje Archiwum Emigracji, powstają szkice, katalogii, przewodniki. Trzeba pamiętać, że wciaż są to poczatki, ale coś się już ruszyło, w przeciwnym razie szanse na uratowanie bylyby bliskie zera, i chicagowscy sp. zmarli poeci, Zbyszek Chałko, Jan Leszcza, Feliks Konarski, Marek Gordon i inni odeszliby ze swoją twórczośćia na zawsze. Wiedza krajowych redaktorów skupia się najbardziej na tych znanych nazwiskach, przeważnie londyńczykach, o których wszyscy wiemy jeszcze sprzed II wojny światowej, ale to nic nie szkodzi przyjdzie i czas na tych mniej znanych amerykańskich. Ukazywały się już tu i ówdzie pojedyncze opracowania, ale one w żaden sposób nie mówiła o całości. Na całośc trzeba będzie długo chyba jeszcze poczekać, będzie pracy dla wielu naukowców. Prace będzie można przyspieszyć, uratuje się w ten sposób wielu naocznych świadków historii, żołnierzy spod Tobruku, Monte Cassino, aktorów Krukowskiego, Konarskiego, tekściarzy, aktorów, z teatrzyków wojskowych grających dla żołnierzy na Bliskim Wschodzie i w Londynie. Jeśli Polonia da pieniądze na badania będzie duża szansa, ale czy da na kulturę, skoro nigdy nie dawała. Tutaj czyli na emigracji nikt za to się nie wziął za najczarniejszych dni komuny to i po upadku komuny nikt na to nie ma pieniędzy. Kiedyś przeszkoda była ideologia oraz obojetność emigrantów na sprawy bezpośrednio ich dotyczących. Strach, że za każdym przedsięwzieciem (poza kościelnym, ale obecnie nawet tego nie jesteśmy pewni) stali szpiedzy i zdrajcy plus brak pieniędzy i obojetność, połączona z przysłowiowa niezaradnością polską.
Wbrew pozorom wielkości Polonii amerykańskiej, ogromniej polskości tutaj nie ma, nie ma też dużej polskości, ani nawet średniej polskości nie ma. Może to już nie wieś, ale wszystko rozgrywa się na szczeblu gminy, w której najmniej pieniędzy wydaje się na kulturę. Jak twierdza sami twórcy nie ma zapotrzebowania, a jeśli nie ma zapotrzebowania to i pieniędzy nie będzie. Ludzi interesujacych się kulturą polską, zdających sobie sprawe z jej znaczenia w Chicago jest około 300 osób. Korzystających z niej jest grono od 3 do 5 tysięcy ludzi. Zdecydowanym powodzeniem cieszą się pikniki, wszelkiego rodzaju, festyny i festiwale w tym festiwal filmowy, na który przychodzi kilkanaście tysięcy ludzi młodych. W sumie jakby na to nie patrzeć nawet wydanie książki w nakładzie 300 egzemplarzy jest tylko powodzeniem i sukcesem wydającego, że wydał. Natomiast sprzedaż "tak dużego nakładu może i trwać lata, wszystko zależy od tego ilu autor ma znajonych, albo jak liczna jest jego rodzina. Powszechnie jest znany fakt, że publiczność miejscowa zupełnie nie daży wielką sympatiają miejscowych twórców. Podobnie było w XIX w pisał o tym Sienkiewicz w swoich listach z Chicago, chociaż wtedy powstały organizacje trwające do dzisiaj, które stanowią kregosług współczesnej Polonii. Ani emigracja za chlebem w latach dwudziestych naszego wielu, ani emigracja żołnierska w latach piećdziesiątych i nastepnych łącznie z falą solidarnośćiową nie dbaja o swoich twórców. Jest to zdumiewajace z jaką konsekwencją na przestrzeni prawie dwóch wieków twórcy zupełnie nie liczyli się na emigracji a sami emigranci o wszystkim myśleli tylko nie o tym, aby uchronić od zapomnienia swoich twórców. Celowo nic nie piszę o pieniądzach ofiarowanych emigracyjnym twórcom, bo takich fundatorów czy fundacji nie było i wszystko wskazuje na to, że nie będzie. Wiadomo jest, że wybija się ci twórcy co zabłysną w kraju, którym uda się przebić co nie jest też łatwą sprawą, ponieważ kraj wrecz wrogo tzn. z doskonałą obojetnośćią reaguje na to wszystko co Polonia jej oferuje. Gdy ojczyzna dostrzeże najnowsze pokolenie twórców wtedy być może zostaną zauważeni na własnym podwórku. Innej drogi nie ma. Większość jednak emigrantów myśli, że powinno być odwrotnie, niestety nie jest to prawdziwe, przynajmniej do tej pory. Kraj, ojczyzna był i jest jest wielką nadzieją dla twórców emigracyjnych. Tam dopiero ich twórczość osiągnie to o czym tutaj mogli tylko marzyć w swych najgłębszych i najskrytszych snach.
Polonijne tradycje kulturotwórcze, są wciaż w fazie rodzenia się i rozwijania. Sama ciąża trwa prawie dwa wieki. Nie ma tzw. inteligencji ani klasy drobnomieszańskiej, która byłaby w stanie utrzymać swoich twórców. Zdumiewa fakt, że inteligencja emigracyjna i ta zarobkowa, bo ja też trzeba coraz częśćiej bardziej brać pod uwagę zupełnie nie jest zainteresowana tym co się dzieje, czy ewentualnie mogłoby się dziać w polonijnym środowisku twórczym. Wcale nie małe polskie grono profesorskie z uniwersytetów chicagowskich, a także tych z sąsiednich ze stanów: Indiana, Wisconsin, Iowa, Michigen nie istnieją w życiu kulturalno - umysłowym w swoich amerykańskich środowiskach. Dwóch profesorów Miłosz i Barańczak więcej zrobili na polu promowania polskości w Ameryce wsród amerykańskich intelektualistów niż dziesięciomilionowa Polonia razem wzięta. Polscy naukowcy tutaj zatrudnieni, fachowcy czesto o bardzo wysokich kwalifikacjach nie maja też nic do powiedzenia Amerykanom na szerszym formum publicznym nie tylko o nas, Polakach czy Polonii ale najchętniej zapadliby się pod ziemię, sprawiają wrażenie, że przez cały czas mają wodę w ustach. Członkowie innych grup etnicznych czy to Latynoamerykanie, czy Irlandczycy wręcz podkreślają swoje pochodzenie, u nas się je skrywa. Ludzie ci nie mają żadnego kontaktu z Polonią wytworzył się ogromny mur pomiędzy nimi a nami. Żyją tak jakby całe ich życie ograniczało się tylko i wyłącznie do życia uniwersyteckiego. Jest to przerażające, taka obojetność a może nawet i wzgarda polonijym Chicago. A może źle to rozumiem, po prostu może to byc także życiowa niezaradność, brak umiejętności wychylania się poza szarą przeciętność. Brak tej umiejętnośći cechuje nie tylko polskie grono profesorskie, ale nas wszystkich Polaków.
Natomiast inni dorobkowicze marzą o własnych sklepach, domach, czy to tutaj czy w kraju, jest to w tej chwili obojętne. Nie tylko w snach kupują domy, kupują je na jawie, nie mają pieniędzy na nic innego. Inni spłacają domy też nie mają pieniędzy, innym samo myślenię o domu tak wyjałowiło mózgi, że zupełnie nie interesują ich przedstawienia artystyczne, teatry, wieczory poetyckie, książki, kina, filmy, większość z nich nawet uważa, że jest to i lepiej dla nich samych, bo polskość tutaj jest nieciekawa. Chociaż duża część lekarzy, adwokatów, prawników, biznesnemów, właścicieli sklepów żyje tylko i wyłącznie dzięki polskim emigrantom. Mam wrażenie, że oni zupełnie o tym nie pamiętają, kto jest ich klientem, dzieki komu żyją.
Wiadomo, emigraci przebywaja do Ameryki nie za kulturą, ale za chlebem. Tak było, tak jest i chyba tak będzie. Chleb przede wszystkim, ale trzeba zadać sobie pytanie kiedy kończy się głód, a w którym punkcie zaczyna się sytość. Tej sytości nie widać od lat, jest natomiast widoczna już pazerność jedzenia, która często kończy się przejedzeniem i nadwagą. Stanowczo jest za mało tych co mogliby pomóc, powiedzieć: czas najwyższy wyjść z domu na jakieś wydarzenie kulturalne, potrzebny jest ruch intelektualny, dla lepszego samopoczucia.
W Chicago mieszka kilkunastu "twórców, ludzi pióra", czyli amatorów, zapaleńców, którzy opisują tutejsze życie, tworzą, działają a przede wszystkim wydają własnym kosztem książki, o swoim życiu na emigracji. Siłą rzeczy piszą o tematyce emigracyjnej, ale w taki sposób jakby wszyscy razem się umówili, że właśnie tak bedą pisać a nie inaczej. Odwołując się do okresu swojego dzieciństwa, do ojczyzny, do tego co było a już nie jest, wspomiają z łezką w oku to od czego właściwie uciekli, ale świadomie wyjechali. W wierszach swoich wędrują po swoich wioskach, miasteczkach, rejonie, opisują drzewa, rzeki, łąki, uśmiechy wnuków albo powracają do dawnych miłości. Większość z nich roni łzy, ubolewa nad swoim losem, tęskni, wzdycha, ale jakoś do umiłowanej i śnionej ojczyzny nie wracają. Pienądze, które wyłożyli na wydanie własnych książek nigdy im się nie zwrócą, o tym wolą nawet nie myśleć, wiedzą to na sto porocent. Doprawdy jest mi trudno powiedzieć czy zrozumieć dlaczego piszą, dlaczego wydają książki i pieniądze. Dlaczego ja wydaje swoje cieżko zapracowane pieniądze na książki?
Podejrzewam, że mini przewodnik jest pierwszą próbą opisania tzw. zjawiska twórczego w naszym mieście na przestrzeni ostatnich 20 lat. Zdaję sobie z tego sprawę, że nie jest to praca mająca za cel poddanie analizie literackiej twórczośći wybranych przeze mnie "twórców", z których książkami dane było mi zetknać się. Pisałem o każdym, ale wiem, że nie do wszystkich osób dotarłem o kilku słyszałem, ale nie udało mi się znaleźć ich prac. Dotyczy to przede wszystkim drukarni "wydawnictwa" Wici pana T.S. Pochronia, które wydaje książki wielu rodakom, a także "wydawnictwa" Chemigraph M. Kuchejdy. Moja praca nie stawia sobie za cel opisywania czy wyjaśniania czegokolwiek, to tylko sporządzenie listy nazwisk, tytułów, dat, a nawet wydawców, których tutaj nie ma. Jak już wspamniałem przeważnie autorzy książek byli swoimi wydawcami. Nie jestem zawodowym krytykiem literackim, ani nie jestem promotorem kultury polonijnej w dosłownego słowa tego znaczeniu, bo nie stać mnie na taki zaszczyt, ani nie doszukuję się wielkich znaków czasowych na polonijnym niebie. Po prostu mam czas więc robię to, sygnalizuję, że w naszym środowisku są ludzie, którzy pomimo tego, że ciężko pracują, mają czas na tworzenie. Cudów nie należy oczekiwać, ale to jest już coś dla tych co chcą iść dalej. A kultura dopiero wtedy zabłyśnie na polonijnym niebie gdy będzie na nią zapotrzebowanie poparte dolarem w chwili obecniej jaka ona jest każdy" wie i widzi", gdy się mnie zapyta.
Bajkowski Andrzej - pisarz, dziennikarz, autor piosenek, felietonista. Przez krótki okres w 1991 roku pracował jako felietonista Dziennika Związkowego prowadząć kolumnę pt. Włóczęga z Milwaukee, w której opisywał swoje spostrzeżenia dnia codziennego. W 1992 wydał nakładem Wydawnictwa Fundacji Lubelskiej książke pt. Chicago nago, czyli książkę dla tych, którzy chcą wyjechac do USA. Jest to poradnik i zbiór reportaży "odkrywający" to co emigranci znają na pamięć natomiast w kraju jest to wciaż tabu.
A. Bajkowski, conajmniej dwukrotnie próbował zostać wydawcą pisma polonijnego. Niestety za każdym razem próba nie udawała się. Jego czasopismo wydawane w roku 1992 pt. Goniec, jako jedno z nielicznych pism emigracyjnych zamieszczało wiersze, co jest bardzo rzadkim ewenementem w Chicago.
Białasiewicz Wojciech - dziennikarz, redaktor naczelny Dziennika Związkowego. Z zawodu historyk. Przebywa w Stanach Zjednoczonych kilkanaście lat. Autor książki pt. Pomiędzy lojalnością a serc porywem. Polonia amerykańska we wrześniu 1939 roku. Książkę wydano w 1989 roku w Chicago a dedykowana jest ojcu autora, sp. redaktorowi Dziennika Chicagowskiego Józefowi Białasiewiczowi.
Aczkolwiek jednym z zasadniczych powodów podjęcia tego tematu była chęć utrwalenia i pokazania następnym pokoleniom patriotycznego wysiłku wszystkich polonijnych skupisk działających na terenie Stanów Zjednoczonych, a także indywidualnych postaw licznej rzeszy działaczy. Jednak postulat ten, z czego zdaję sobie doskonale sprawę, zrealizowany został tylko połowicznie. Do wielu materiałów nie dotarłem w ogóle i z tego względu szereg nazwisk nie figuruje w niniejszej pracy, chociaż zasłużyły na to w pełni.
Główną podstawą do napisania pracy były dokumenty powstałe we wrześniu 1939 roku, w trakcie funkcjowania polskich placówek dyplomatycznych na terenie Stanów Zjednoczonych, napisał autor we wstępie do książki.
Bardzo ciekawa praca, nie tylko dla Polonusa czy historyka, ale dla wszystkich tych w piersiach których, bije mocnej serce na słowo Polska-ojczyzna.
Biełobradek Joanna - poetka, felietonistka radiowa znana przede wszystkim jako autorka tomiku wierszy pt. Bracia Żydzi wyd. w 1981 r. w Londynie. W Chicago mieszka od lat. W 1991 roku tylko raz w majowy weekend w Chicago wystawiono jej sztukę teatralną pt. Księżniczka na domku. Jest autorką tomików pt. Liryki Amerykańskie oraz Wiersze pisane w Ameryce, zbiór ten został wydany w Polsce w 1994 r.
Podobnie jak wcześniej Mierzyńska, Biełobradek w swojej sztuce przedstawiła życie emigrantów chicagowskich (w tym przypadku kobiety pracującej u bogatych Amerykanów na przedmieściach Chicago). Kobiety, pomoc domowa, tutaj nazywa się księżniczkami.
Bielski Marcin - poeta, autor tomików wydanych sposobem foto-kopii, brak danych.
Bukowska Zofia - poetka pisząca przeważnie w gwarze góralskiej. Autorka jednego tomiku wierszy pt. Snopek życia. Tematyką jej wierszy jest tęsknota za Podhalem, a pisze przede wszystkim z potrzeby serca. Amerykę zna dobrze, bo przebywa tutaj ponad 20 lat. Tematyka emigracyjna też nie jest jej obca. Jak wszyscy emigranci żyje pracą, która rzadko kiedy pozwala jej na pisanie.
Chałko Zbigniew - (1921 - 1994) poeta, dziennikarz, felietonista, tłumacz poezji amerykańskiej, autor dwóch zbiorów wierszy: Jaworowe niebo (1962 Londyn) oraz Strofy staromiejskie i wiersze inne (1977 Nowy Jork). Do Chicago przyjechał z Anglii w 1951 r. Żołnierz kampanii wrześniowej oraz Powstania Warszawskiego, którego przebieg opisał w wydanych (1995) pośmiertnie Dzienniku jenieckim. Z. Chałko powoli zaczyna wracać do Polski m.in. dzieki B. Wróblewskiemu redaktorowi naczelnemu lubelskiego kwartalnika literackiego Akcent, oraz dr Bogdanowi Urbankowskiego prezesowi ZLP w Warszawie, a także dzięki wspaniałej żonie p. Władzie, która postanowiła wydać jego dorobek poetycki.
Chrzanowski Tadeusz - autor sztuki pt. Pozwól żyć, wyd. w 1992 r. w Chicago, w formie książkowej. T. Chrzanowski z zawodu jest aktorem, przybył do Ameryki tuż przed stanem wojennym na stypendium naukowym. Pozwól żyć, to prywatny protest T. Chrzanowskiego przeciwko aborcji. Sztuka pełna humanitaryzmu nawiązuje do zasad chrześcijańskich " nie zabijaj".
Dudzinski Andrzej - dziennikarz autor wielu reportaży publikowanych w prasie polskiej i polonijnej. Przez wiele lat był związany z prasą Wybrzeża. Dziennikiem Bałtyckim, Wieczorem Wybrzeża, tygodnikiem Wybrzeże. Laureat kilku znaczących konkursów reporterskich, w tym dwukrotnie konkursu Agencji Interpress na reportaż zagraniczny. Od kilku lat przebywa w Chicago. Na emigracji wydawał zbiór swoich reportaży pt. Na krawędzi. Wczoraj i dziś. Chicago, 1996.
Tematyką jego reportaży w opublikowanym zbiorze niestety nie jest emigracja ani emigranci ale Polska i zmiany zachodzące w kraju po roku 1989. Dudziński pisze o gorzkim smaku wolności odzyskanej przez społeczeństwo i związanymi stąd problemami. Napływ zachodnich fermentów i niepokoi społecznych począwszy od rozwoju sekt religijnych np. wyznawców kultu szatana poprzez opisywanie świata dorobkiewiczów i nowobogackich.
A. Dudziński w swoich reportażach pozwala zapoznać się czytelnikowi nie tylko że szczegółami czy faktami opisywanych wydarzeń, ale z wielkim talentem prozaika potrafi opisać to o czym mówi, stwarzając w swoich reportaąach klimat oraz wrażenie pozwalające czytelnikowi na bezpośrednie uczestniczenie w opisywanych wydarzeniach.
Dusza Edward, mieszka na emigracji od 1968 roku. Mieszkał różnych miastach Ameryki, a od kilku lat przebywa w Chicago. Poeta, prozaik, krytyk, wydawca, dziennikarz, promotor kilkunastu poetów emigracyjnych. Przez wiele lat redaktor tygodnika Gwiazda Polarna. E. Dusza, jak napisała Maria Danilewicz-Zielińska w Szkicach o Literaturze Emigracyjnej, tworzy w pośpiechu ma zbyt wiele zainteresowań.
Autor kilkunastu tomików wierszy, przeważnie o tematyce łzawo - religijno - patriotyczno - ojczyźnianej, m.in tom wyd. w 1988 roku pt. Madonna z kołowrotkiem. Popularność poety (jeśli można w ogóle mówić o popularnośći poetyckiej na emigracji) prawdopodobnie minęła wraz z utratą stanowiska redaktorskiego w "Gwieździe Polarnej". Odznaczany za twórczość przez Rząd RP w Londynie.
Dworak Stanisław - poeta autor tomiku wydanego na początku lat 90tych, brak danych.
Kochman-Garbalińska Stanislawa - poetka, autorka tomiku wierszy pt. Zapach Życia wyd. w Warszawie 1992r. Z zawodu naucżycielka, magister fizyki, pedagog szkolny. Na emigracji zarobkowej przebywa w Chicago od kilku lat. Pisze tak jakby Polska - ojczyzna, matka, dzieci, Warszawa, Bóg, honor, były w jej sercu, głowie 24 godziny na dobę. Wciąż powraca w rodzinne strony, wciaż po nich wędruje, Polska, to jedyne miejsce je na ziemi, ale tutaj niestety będzie musiała się jeszcze pomęczyć, odkurzyć hektary podłóg, zmyć milion talerzy, zanim zapracuje na powrót. W tym jest podobna do wszystkich poetów emigracyjnych.
Godlewski Stefan J. - autor poradnika praktycznej nauki jazdy samochodem. (Driving practice manual). Tytuł sugeruje o czym jest książka. Czyli jest to podręcznik przeznaczony dla osób pragnących nauczyc się prowadzić pojazd czterokołowy.
Gogiel Leonard - poeta, autor tomiku pt. Scieżka spod Ostrej Bramy wyd. w Chicago 1989. A oto jak sam pisze o sobie na stronie 5: "Wsród Litwinów jestem Polakiem, a wśród Polaków - Litwinem." Matka jego była Polką a ojciec Litwinem, stąd też niepewność poety z którym narodem ma się identyfikować. Aby jeszcze bardziej sprawę skomplikować poeta 20 lat temu przyjechał do Ameryki. Zamieszkał w Chicago po południowej stronie miasta w litewskiej dzielnicy. Pisze po polsku, litewsku, angielsku. Litwę i Polskę nazywa swoimi ojczyznami.
"Scieżka spod Ostrej Bramy", wyd w latach 80. to zbiór wierszy pisanych przez poetę w ciągu 20 lat w Wilnie, Sopocie, Chicago. Znajduja się w nim wiersz o pomniku Mickiewicza w Wilnie a także o amerykańskim świecie "Thanksgiving Day", emigrant żyje wspomnieniami. Żyje w kilku światach porusza się na kilku płaszczyznach poetyckich, stosuje niewyszukane, ale bardzo trafne metafory, jest bardzo wrażliwy i spostrzegawczy. Poezję jego charakteryzuje wewnętrzne rozdarcie poety, nie stanowi ona całości, ale to już wszystkich emigrantów problem.
Gordon Marek - brak danych
Handybór Halina - autorka książek pt. Tajemnice i życie oraz Myśli, Fakty, Zdarzenia, wyd. początek lat 90. Jak większość Polek w Chicago pracuje jako "księżniczka na domku" czy pomoc przy starszej osobie. W wolnych chwilach pisze, rozmyśla, zastanawia się nad życiem. Pracuje aby pomóc rodzinie, zakochana w swoich dwóch wnuczkach.
Pisze przeważnie w pierwszej osobie o tym co sama tutaj przeżyła, albo o tym co w wolne dni opowiedziały jej koleżanki. O miłości chicagowskiej, o zdradzie małżeńskiej. O młodszych panach, na których pracują starsze panie. O tęsknocie za tymi co pozostali w kraju. Sama zdaje sobie sprawę, że życie to krótka chwilka, którą zamyka w bardzo krótkich opowiadankach moralizatorskich.
Hebal Ferdynand - poeta, najbogatczy wsród poetów chicagowskich, tomiki swoje wydaje przepięknie, tzn. bardzo drogo, autor kilku zbiorów wierszy m.in. tomiku pt. Wiersze sercem pisane. 20 Zasad mądrego Polaka. Żyje i tworzy w Chicago swoją aktywność poetycką przejawiał na początku lat 90-tych, druga połowa tej dekady zdecydowanie poecie nie służy. Umilkł i zniknął z polonijnego podwórka, być może nadal tworzy, ale w samotności.
Jakubowski Darek, Jakubowski Waldek, autorzy zbioru dowcipów o Polakach pt. Z czego i z kogo naprawde smieja się w USA, wyd w Chicago w 1996. Ksiazka składa się z dwóch poczatków tzn. z jednej strony książki jest wybór humoru amerykańskiego, a z drugiej strony wybór antypolskiego humoru amerykańskiego. O czym są tzw. "Polish Jokes" myślę, że nie potrzeba tłumaczyć, dlaczego Amerykanie akurat uważają Polaków za najgłupszy naród na świecie czytelnik z tej książki się nie dowie..
Janicka Elzbieta - poetka, autorka tomiku pt. W Ogrodzie lato jeszcze. Tomik ten został wydany w 1993 r. w Chicago, ale nie ma w nim tematyki emigracyjnej. Autorka odwołuje się do swoich rodzinnych stronach Nowy Sacz, Kraków. Skupia się na osobistych przeżyćiach, prywatnych sprawach codziennych, rodzinnych. Tomik krótką przedmową opatrzył znany poeta krakowski, Adam Ziemianin.
Jankowska Anna - autorka podręcznika pt. Amerykański dla Polaków, wraz z kasetami wyd. w Chicago w 1990 r. Anna Jankowska jest absolwentka Uniwersytetu Illionois w Chicago. Do Stanów Zjednoczonych przejechała w 1982 roku. Od 1984 zajmuje się nauką języka angielskiego w środowisku polskim w Chicago.
Jaroszek Stanisław - satyryk - autor trzech zbiorów dowcipów pt. Najdowcipniejszy, które wydał w latach 1991, 1992, 1993, w Chicago. Humor S. Jaroszka zaliczyłbym do tzw. humoru szkolnego. Autor opowiada dowcipy, które "znamy", ale które posiadają swoisty urok bo przypominają nam (mam takie wrażenie) wczesną młodość.
Kajkowski Aleksander - dokumentalista, autor książki pt. Żołnierskim szlakiem wyd. 1996 w Chicago. A. Kajkowski w opisuje swój szlak żołnierski od chwili mobilizacji tj. 30 sierpnia 1939 roku w Łomży do roku 1990. Jest to ciekawa praca opisująca powojennne losy polskich żołnierzy zdradzonych przez aliantów, pozostawionych sobie samym. Bez ojczyzny wsród obcych, przyszło im rozpoczynać życie raz jeszcze od początku. W roku 1990, pułkownik Kajkowski wziął udział z Prezydentem Polski Ryszardem Kaczorowskim w podróży do Warszawy, celem przekazania insygnii prezydenckich nowo wybranemu Prezydentowi Polski Lechowi Walęsie.
Kajkowska Irena - autorka wierszy pt. Wiersze dla maluchów, przedszkolaków, wydanych w 1991 w Chicago. Autorka przygotowala ten tomik z myślą o naucżycielach przedszkoli i pierwszych lat szkoły podstawowej. Sama będać doświadczonym pedagogiem starała się patrzeć na świat oczami dziecka. W pogodny, często humorystyczny sposób pisze w łatwo przyzwajalnych rymowanych strofkach.
Kaluza Barbara - autorka książki pt. "Karta prawde ci powie. Opowieści niesamowite, ale z życia wzięte", która wydano w 1989 roku w Chicago. Autorka jest wrózbiarką i przepowiada przyszłość. Treścią książki są niesamowite opowieści ludzi, którym dany był kontakt z osobami spoza tego świata. Autorka kilkakrotnie podkreśla w niej znaczenia przeczucia, karty i umiejętność czytania z nich.
Kołodziej Beata- poetka, autorka dwóch tomików wierszy pt. Wiersze (1991) oraz Kulfony (1994). Kołodziej jest poetką z wyjątkowym poczuciem humoru, który z ironią wlewa w swoje wiersze. Wiersze jej wymagają od czytelnika pewnej wiedzy historycznej i literackiej. Dużo w nich nazwisk wielkich pisarzy i poetów minionych wieków, nazwisk kompozytorów i naukowców. Jest też ona jedna z nielicznych chicagowskich poetek, której sprawy Polonii, emigraci w ogóle nie interesują. Kołodziej pisze tak jakby mieszkała na księżycu a sprawy dnia codziennego są jej może nie obce, ale na pewno obojętne. Nie jest to z moje strony żaden zarzut, ale stwierdzenie.
Konarski Feliks (1907 - 1991) - poeta, satyryk, kompozytor, autor wielu piosenek, oraz dwóch zbiorów poezji pt. Wiersze sercem pisane. Człowiek instytucja, wielki patriota, wspaniały kolega. Do Chicago przybył z Londynu w 1965 r., w którym osiedlił się po zakończeniu wojny. Twórca Teatru Ref-Rena, który prowadził wraz z żoną Niną Oleńską. W Chicago przez 25 lat prowadził program radiowy Czerwone Maki, który również był nadawany w Nowym Jorku. F. Komarski znany jest przede wszystkim jako autor Czerwonych Maków. Za swoją dzialalność na polu kultury emigracyjnej był odznaczany przez prezydenta R.P. na Uchodźstwie. Kilka lat po jego śmierci ukazały się dwa zbióry wierszy pt. "Wiesze sercem pisane".
Konieczka Leon - autor kilku książek wydanych na emigracji. M.in. książki pt. Murzyństwo a sprawa polska (Chicago 1993 r.) w której dość szczegółowo opisuje prześladowania Polaków przez Murzynów w Chicago. Sam był zresztą wielokrotnie prześladowany o czym pisze w swoich pracach. W książce pt. Ameryka wyd. w 1994 roku w Chicago, na okładce jest zdjęcie autora, pokazującego swoją pracę papieżowi Janowi Pawlowi II. Na drugiej stronie tej książki jest fotka autora z podpisem "Leon Konieczka podróznik, który zwiedził cały świat". Przyznać muszę, że przeczytałem jego książki z wielkim zainteresowaniem.
A oto co sam autor pisze o sobie: "Obecnie jestem jedynym pisarzem podróznikiem, który zwiedzil caly świat. Trudno znalezc drugiego takiego. Dlatego wiec pisze? Książki moje są bardzo popularne, ponieważ takich książek podróżniczych nie ma nawet w Chicago. Znam cały świat, który dla mnie jest bardzo malutki.
Żeby wydać książkę z podrózy, trzeba mieć pieniądze, dobre zdrowie i odwagę. Teraz turyści na całym świecie pilnowani są przez złodziei.
Autor też udziela wiele praktycznych rad i dzieli się z czytelnikiem informacjami np. jak karmić małpy, aby te nie ugryzły w palec, albo kiedy najlepiej polować na aligatory. "Uczestniczyłem w polowaniu na aligatory w dżungli. Najlepiej polować w nocy. Przy świetle latarni oczy aligatora są czerwone i od razu widać, gdzie on się znajduje. Niestety, kiedy łódź się zbliża, aligator kryje się w wodzie".
Albo: "Jak Chińczyk dostanie łyżkę ryżu i kijem po krzyżu - zaiwania do pracy". Lub: " Gdy Solidarność uzyskała władzę jej przywodcy dążyli do olbrzymich zysków, tak jak możnowładzcy z Ameryki. Ludzie nie chcieli pracować, organizowali ciągle strajki, odbywał się wywóz pieniędzy. Zresztą było hasło: Bóg, Solidarność i wielkie zyski. W Polsce nie było uczonych i wykwalifikowanych ludzi jako kandydatów na prezydenta. Jeden był zagraniczny. Drugi taki chudzielec jak by uciekł grabarzowi spod łopaty. Trzeci chłopek roztropek, matołek i został prezydentem".
Koszyca Kazimierz - dokumentalista, dziennikarz, autor wielu artykułów, publikowanych w "Gwieździe Polarnej" "Dzienniku Związkowym" oraz książki pt. Opowieści o żołnierzach i turystach generała Sikorskiego. Brygada Strzelców Karpackich 1941 - 1942. Książka wydana w 1993 r. nakładem Koła Karpatczyków w Chicago. Koszyca jest jednym z pierwszych którzy rozpoczęli publikację wspomnień wojennych, ale stanowczo za późno, bo 40 lat po wojnie. Są to wspomnienia żołnierza z wyżej wymienionej brygady, napisane z humorem osadzone w autentycznej prawdzie tamtych dni.
Okrutna wojna jest tylko tłem dla rodzących się przyjaźni, które przetrwają tak długo jak tylko ludzie żyć będą, a może i dłużej. Koszyca pisze z duża lekkością pióra, jest naratorem, przewodnikiem czytelnika przez pustynię Libijską, Włochy. Ci, co lubią tematykę wojenną na pewno z przyjemnośćia przeczytają tę książkę.
Kulka Andrzej - autor książki - przewodnika pt. Hawaje, wyd. w Chicago w 1995 . A. Kulka z zawodu inzynier geolog, z zamilowania podróznik zafascynowany przyroda i historia dawnych cywilizacji. W ksiazce "Hawaje" wykorzystal swoje doświadczenie przewodnika wycieczek po calym świecie. Prowadzi w Chicago własne biuro podrózy, wyd w 1996. mini przedwodnik po Chicago.
Lizakowski Adam - poeta, autor sześciu tomików poetyckich (w tym dwóch w języku angielskim). Złodzieje czereśni wyd. w 1990 r., Współczesny prymitywizm wyd. w 1992, Wiersze pieszyckie wyd. w 1995, dwa arkusze poetyckie, założyciel chicagowskiej grupy poetyckiej Niezapłacony Rent. W 1996 jego pamiętnik pt. Zapiski znad Zatoki San Francisco. Dziennik emigranta z lat 1981 - 1985" zdobył I miejsce na międzynarodowym konkursie im. Gen. Maczka w Polsce.
"Jak to się stało? - napisał Wacław Iwaniuk, recenzując tomik wierszy A. Lizakowskiego, zdobywcy I nagrody w poetyckim konkursie im. Marka Hłaski w Wiedniu w 1990 r. - że młody poeta, mieszkający od ośmiu lat w Stanach, włada bardziej żywiołowym językiem do współczesnych mu poetów w kraju? Czyżby decydowała tu siła talentu, czy oddalenie od kraju, a może zauroczenie poezją amerykańska..."
Leszczynska S.T. - autorka książki pt. Ratuj zdrowie. Schorzeniom zapobiegaj sam, wyd. w 1993 roku w Chicago. Autorka jest lekarzem a napisana przez nią książka jest o naszym zdrowiu. Jak zapobiegać chorobom? Co należy zrobić aby być zdrowym, a jeśli już jestesmy chorzy co należy uczynić aby wydobrzeć. Porusza w niej rózne tematy związane z naszym dobrym samopoczuciem; dieta, sposoby odżywiania się zielarstwo i wegetarianizm, alergie i minerały.
Mazur Józwiak Aleksandra - autorka podręcznika do nauki języka angielskiego pt. Język angielski w wersji amerykańskiej, z kasetami wydanej w Chicago w 1995 r. A. Mazur przybyła do Stanów Zjednoczonych w 1981 roku. Podręcznik jej jest przeznaczony dla tych, którzy spotykają się z językiem angielskim po raz pierwszy i dla tych, którzy chcieliby swoją wiedzę na ten temat poszerzyć.
Mierzynska Zofia- autorka bestselera pt. Wakacjuszka (trzech skromnych objętościowo częśći, każda około 70 stron) a także takich książek jak Halskiper, czyli odpuść nam nasze winy. Mierzyńska, jako pierwsza z fal nowoprzybyłych po roku 80, do Ameryki zwróciła uwagę na problematykę emigracyjną. Jako pierwsza i jedyna, jak do tej pory sprzedała swoje książki w nakładach wielutysięcznych. Jest też autorka bardzo popularnego słuchowiska radiowego (ponad 200 odcinków, przez ponad trzy lata, raz w tygodniu) pt. Jackowo Story, w którym oprócz aktorów polonijnych takich jak: Andrzej Kiesz, Bogdan Łańko, Andrzej Szopa, Janusz Letko, Andrzej Piekarski, Barbara Choroszy, Ewa Milde, Agata Paleczny, Aneta Ziaja, Barbara Kozuchowska, grali także aktorzy przybyli tutaj na chwilę z Polski.
"Chciałam pokazać życie tej przeciętnej kobiety, które mimo licznych miłostek, drobnych uciech jest w istocie ciężkie. Bezsilność, ciężka praca, oszczędzanie jest udziałem większej częśći emigrantów. Życie jakże dalekie od mitów o Ameryce, które egzystowały i nadal egzestują w Polsce." Powyższy cytat to fragment wywiadu z autorką, umieszczony na tylniej okładce drugiej częśći Wakacjuszki. Czy potrzeba coś więcej dodać do tego co już sama autorka powiedziała?
Moneta Kazimierz - satyryk, autor zbioru pt. Bujanie w Obłokach. Jest to zbiór podzielony na kilka rozdziałow m.in. Nasi milusińscy, Kobiety, Flirt, Miłość, małżeństwo. Tom wydany w Polsce przez. wyd. Glob w 1995. Działalność satyryczną rozpoczął jeszcze w Anglii, z której w 1958 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Moneta jest laureatem kilku konkursów satyrycznych a jego satyra dość często pojawia się w prasie polonijnej.
Mroczkowski Jerzy - pisarz, dziennikarz autor kilku powieści wydanych w Chicago. W książce pt. Sprawa Franciszka Walusia i nie tylko, Mroczkowski oddaje się swojej pasji dydektywistycznej. Przeszukuje wiele kilogramów dokumentów w róznych archiwach wydobywając je na światło dzienne. Franciszek Waluś i jego życie stało się pasją reporterską Mroczkowskiego a praca o nim dokumentem.
Mucha Bogdan R. - autor książki pt. Zagraniczne darowizny i spadki. Polskie zasady opodatkowania według stanu prawa na dzień 1 pazdziernika 1996 r. Książke wydana w Chicago w 1996 roku. Tytuł sugeruje o czym jest książka. Aby zapoznać czytelnika w jej treścią podam kilka haseł - zagadnieniem rozpatrywanych przez B. R. Muchę. Darowizna jako umowa cywilnoprawna. Nabycie nieruchomości przez zasiedzenie budynków, oraz w drodze spadków. Darowizna zagraniczna a świadczenia alimentacyjne.
Nowak Janusz - autor trzech tomów pt. W pogoni za szczęśćiem, wydanych w przeciągu dwóch lat 1993 - 1995. powieść "W pogoni za szczęśćiem" jest o nim samym, jego życiu w podtarnowskiej wsi, poprzez rózne etapy jego wedrówek po Polsce, (Dolny Śląsk, Wielkopolska). J. Nowak pokusił się o opisanie blasków i cieni komunistycznego raju Polski wraz z przygotowaniem wyjazdu do Ameryki i jego pierwszych tutaj kroków.
Ochman Barbara - poetka, autorka tomu pt. Mój intemny świat, wyd. w Chicago - 1993. A oto co pisze poetka o sobie i swojej twórczośći: moje wierszopisanie zrodziło się z tęsknoty za tym co mi na świecie najdroższe - za domem i krajem ojczystym. Moje wiersze są bardzo osobiste niekiedy - z przeżyć własnych i moich najblizszych zrodzone. Jest też w nich kawałek życia emigrantów w Chicago: rozdarcia rodzin, tragedia opuszczonych, którzy nagle zostali ograbieni z wszelkich uczuć, tragedia dzieci... poza tym w moich wierszach przejawia się ogromna tęsknota za krajem...
Ozarowski Filip - dokumentalista, autor książki pt. Gdy płonął Wołyń. I tym razem tytuł książki sam mówi o jej treści. A oto fragment opisów rzezi w jednym tylko "czarnym dniu" dla Wołynia, 11 lipca 1943 r. "UPA okrążyło wczesnym świtem wieś Gucin w powiecie Włodzimierz. Zebrano 146 Polaków. Zaprowadzono ich do starej nieużywanej kuźni, którą zamknięto, oblano benzyną i podpalono. A oto jeszcze jeden fragment z tej bardzo ciekawej książki: Koszmarnym przykładem może być Korytnica w powiecie Włodzimierz, gdzie zdziczała banda UPA zamordowała Karola Barana, proboszcza tej parafii. Po wtargnięciu do plebanii zadano mu kilka ciosów nożem, potem rannego bijąc, wywleczono na zewnątrz, włożono do drewnianego koryta i przecięto w poprzek piłą... "
Ksiażkę wydano w Chicago w 1995 r. F. Ozarowski były żołnierz oddziału partyzanckiego "Jastrzębia," . Następnie uczestniczył w walkach 27 Wołynskiej Dywizji Piechoty AK przez 50 lat milczał. Dobrze więc się stało, że spisał to co widział i przezył dla wszystkich tych co mieli szczęśćie urodzić się dużo później.
Panasiuk Władysław - poeta, autor trzech zbiorów poezji pt. Pod Polskim Niebem. Z zawodu jest marynarzem i rybakiem. Do pisania wierszy sprowokowalo go morze. Na emigracji został budowlańcem, nie on jeden zresztą, bo większość Polaków w Chicago związanych jest zawodowo z budownictwem. Wiersze publikował w prasie polonijnej i czytane były na falach polonijnego radia.
|
Hajłejem pędzą auta w obie strony Dym spod kół leci, grają opony Jadą wozami ładne dziewczyny A ze mną drabiny. |
Podjabloniecki Wit - autor książki pt. Pieśn walczących Gorców, wyd. w 1989 roku w Chicago. "Pieśń walczących Gorców" to widowisko parateatralne w czterech częśćiach napisanych wierszem z okresu, miłościwie panujacego nam w Polsce cara Józefa "Słonecznego". W książce są też liczne rysunki wykonane przez autora, które są w wielu przypadkach ilustracjami do tekstu. Wit Podjabłoniecki był żołnierzem AK walczył w obronie Starówki. Był też więźniem Oświęcimia. Brak szczegółowych danych o autorze.
Ritter Zofia - autorka książki pt. Kuchnia amerykańska, wyd. w 1989 roku w Chicago. Już sam tytuł sugeruje o czym jest książka. Jest to bardzo poszukiwana pozycja wydawnicza przez panie, które prowadza domy z kuchnia amerykańską.
Rogalski Andrzej - dziennikarz, autor książki pt. "Związek Klubów Polskich w Ameryce", wyd. w 1994 w Chicago. W Polsce współpracował z prasą studencką, "Życiem Warszawy", "Rzeczpospolitą". Od 1989 roku współpracuje z prasą polonijną, w 1994 w Chicago, zakłada własne czasopismo pt. "Magazyn Polski w Ameryce". Związek Klubów Polskich w Ameryce, to książka - dokument - pisana historia społecznośći polskiej i polsko-amerykańskiej w Stanach Zjednoczonych. Związek został założony w 1928 r. jako Związek Klubów Małopolskich, który zmienił nazwę na obecną w 1978 r.
Ryba Marian - poeta, filozof, brak danych.
Sierzega Aneta - poetka. Urodziła się 31 października 1976 rok w Łańcucie. W wieku lat 17 przyjechała wraz z rodzicami do Stanów Zjednoczonych w których przebywała przez dwa lata. Przez cały czas swojego pobytu w Chicago aktywnie uczestniczyła w życiu poetyckim grupy "Niezapłacony Rent". Wiersze swoje publikowała w prasie polonijnej a w roku 1994 zdobyła I miejsce na konkursie organizowanym przez polski Arts Club w Chicago. Powróciła do kraju w 1995 roku a w 1996 r. wydała swój pierwszy tomik wierszy pt. Jestem wiosną. W zbiorze tym znalazły się wiersze pisane przez Anete w Polsce gdy miała dziesięć lat oraz kilka napisanych w Chicago, ale główna tematyka jej poezji nie jest emigracja, emigrant, tylko miłość, Bóg, prawda sprawiedliwość. Problemy świata oglądanego oczami dziecka, które zadaje dziecięce pytania, oczekując od dorosłych odpowiedzi.
Skupień Jan - najbardziej znany poeta góralski w Chicago. Autor dwóch zbiorów wierszy: "Wiersze Sercem Pisane" oraz Przygrywka Do Piwka. Z wykszalcenia pedagog, naucżyciel języka polskiego w sobotnich szkolach, przed przybyciem do Stanów pracowal jako naucżyciel w jednym z liceów w Zakopanem. Tematyka jego wierszy jest róznorodna; refleksja nad życiem, przemijanie, patriotyzm, emigracja, humor, satyra, troska o losy świata, wiele wierszy napisał gwarą góralską.
Skupień uprawia wiele gatunków literackich, form i treści, nadających się do oddzielnego omówienia, stad też trudność w ocenie całokształtu jego twórczośći. Poezja jego idzie w wielu kierunkach na raz.
Sobiech Kazimierz - poeta, malarz, rzeźbiarz, tak sam pisze o sobie na okładce debiutanskiego tomiku wierszy pt. Sześć Księżyców, wyd w Chicago w 1996 r, który także opatrzył własnymi grafikami. "Jestem podróznikiem zwiedzającym świat, ludzkie wnętrza, jestem przeciwnikiem zła i twórców zła." Poezja jest w jego wnętrzu, poezja go otacza jest hermetyczna, poeta sprawia wrażenie, że pisze sam dla siebie nie zwracając uwagi na czytelnika dla, którego jest ona mało zrozumiała. Mam wrażenie, że język poetycki Sobiecha mocno osdzony jest w mowie młodopolskiej.
Sowicz Bozena - poetka, autorka tomu pt. Chicago i Ty, wyd. w Chicago - 1993. W 1988 r. przyjechała do Chicago i od razu znalazla prace przy chorej kobiecie. Uwięziona w towarzystwie starej chorej kobiety, musiała zostać na święta Bożego Narodzenia. W Wigilię sąsiadki przyniosły jej drobne prezenty. Poza pracą miała tylko jedną bliską osobę w Chicago, córkę brata, to dla niej napisała pierwszy wiersz, czytając jej go przez telefon. Jeszcze tego dnia napisała cztery następne. Pisze do dzisiaj o samotnośći, kobietach uwięzionych w pracy, o emigracji, rodakch korzystających że złotej wolności amerykańskiej. Czasami staje się moralistką, czasami współczuje tym co tutaj się znaleźli.
Sygitowicz Grazyna - dziennikarka, autorka tomu reportaży pt. Zwierzenia, wyd. w Chicago w 1991. W Polsce współpracowała z popularnym programem radiowym "Zapraszamy do Trójki". Pracowała w Dziale Artystycznym II programu Telewizji Polskiej. W Chicago przebywa od roku 1988 r. Współpracuje z polonijnymi programami radiowymi, A. Czumy, J. Juraka.
Zwierzenia to wybór radiowych reportaży, będących dokumentalnym zapisem losów Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Sygitowicz wywiady przeprowadza bezpośrednio nie boi się tzw. drażliwych tematów. Jej szczerość i otwartość czynią z niej dziennikarkę, której się wierzy, do której ma się zaufanie w tym co robi.
Tempski Esden Stanisław - poeta, dziennikarz, scenarzysta, powieściopisarz. Autor kilku tomików poetyckich i powieści. Człowiek, który udawał psa - powieść wyd. w Gdansku w 1980. W Chicago wystawiono ją jako monodramat Łowca orchidei powieść - romans emigrancki wyd. w Gdańsku w 1994. Książka ta jest przede wszystkim litracką reakcją na czas Wielkiego Przełomu znalazła uznanie i zdobyła Nagrodę Wojewody Gdańskiego w dziedzinie Literatury za rok 1995 a także Nagrodę Artystyczną Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki za rok 1994 w dziedzinie prozy.
Tworkowski Alfred - dokumentalista, autor książki pt. Polska walcząca w oczach CIA wyd. 1994 w Chicago. A oto jak sam autor napisał o swojej książce: Polska walcząca w oczach CIA - to pokłosie intensywnych badań nad polskim czynem zbrojnym 1939 -1945 zarówno w oświetleniu Office of Strategic Services (OSS), nowoczesnego związku przyszłego państwa wewnatrz supermocarstwa...
...Gdy próbuje szkicować blaski i cienie panorany losów, przede wszystkim, mężnych szermierzy AK, jak i armii gen. Władysława Andersa od Buzuluku nad Wołgą do Monte Cassino - przychodzi mi na myśl historia owego Araba, który zbierał i przechowywał kawałki papieru zapisanego, jakie znalazł, gdyż w nich mogło być wypisane imie Allacha. To samo robię i ja. Rejestruję głosy obcych. Zbieram zakodowane imieniem POLSKA - zimne oceny, charakterystyki wywiadu USA, w których na ogół góruje dla niej ton uznania i podziwu, choć z drugiej strony oficjalne raporty zbyt często oddają punkt widzenia Moskwy na sprawy polskie.
Ustaworowicz Bogusław S. . Przybył do Chicago w 1952 roku. Inżynier z wykształcenia, humanista z zamiłowiania. Instruktor harcerski, żołnierz Armii Krajowej ps. "Zar"., członek batalionu "Parasol", więzień "Pawiaka" i pięciu obozów koncetracyjnych. Autor popularnych książek - przewodników duchowych dla ludzi pragnących uwierzyć w siebie. Twórca wydawnictwa na włłasny użytek Umbrela Publishing Książki B. Ustaworowicza adresowane są do ludzi pragnących suksesu, są psychologiczną podporą. Pan B. Ustaworowicz jest znaną osobą wsród Polonii chicagowskiej przez wielu uznany jest jako wielki autorytet czego dowodem jest jego udział w wielu programach radiowych. W jego licznych pogadankach na antenie mówi o potrzebie duchowego rozwoju, wiary we własne siły, w to co się robi. Trudno jest wyobrazić sobie nową Polonię w Chicago bez pana Ustaworowicza w którym nowoprzybyli znaleźli swojego guru. Życzeniem B. Ustaworowicza jest obudzić zmysł przedsiębiorczości wsród Polaków, aby uwierzyli w swoje szanse życiowe: wszyscy są równi wobec miłości, szczęścia. Autor ma w swoim dorobku cztery tytuły takie jak: Nie bójmy się zmian, Tajemnice sukcesu, Wykorzystanie potęgi umysłu Jak żyć godnie i wygodnie wyd, na poczatku lat 90.
Urbanek Helena - poetka, autorka tomu wierszy pt. Zmierzch krótkiego lata. Książka została wydana w Chicago, przez Umbrela Prosperity Publishing, Inc, bez daty wydania. Jest to wybór wierszy z czterech wcześniejszych tomików wydanych w Polsce. Słowo wstępne napisał znany krakowski poeta Krzysztof Lisowski. O samej poetce wiemy dużo z zamieszonych na końcu książki kilkunastu recenzji. Natomiast tematyka emigracyjna jest jej obca, dlatego tylko odnotowuje te pozycje. H. Urbanek doczekała się wiele życzliwych recenzji swojej poezji w lokalnej prasie tarnowskiej, bo związana jest ze środowiskiem kulturalno - literackim Tarnowa. Tomiki opatruje swoimi własnymi rysunkami.
Walkuski Eugeniusz - poeta, autor wyboru wierszy pt. Echa Jesieni, którym debiutował w grudniu 1996 r. Zanim wydał ten zbiór zadebiutował jako poeta na polonijnej fali radiowej w programach Sylwestra Skóry, czy Basi Choroszy i Andrzeja Szopy, a także w kulturalnym dodatku do Dziennika Związkowego - Kalejdoskop. Od kilku lat w Stanach Zjednoczonych na tzw. stałym domku, coś go napadło, rozbudziło drzemiącą muzę, nie pożałował grosza i wydał wiersze. Żona Urszula narysowała kilkanaście grafik, razem stworzyli liryczny nastrój książki. Książka dedykowana jest wnuczce do której autor w najbliższych miesiącach planuje powrót tj. do kraju.
Tematyka jego zainteresowań jest szeroka. Uprawia satyrę polityczną i polonijną. Pisze ciepłe liryczne wiersze dla wnusi, a także długaśne poematy np. o alkoholiźmie. Nie obcy jest mu erotyk, a także znajomość kwiatów, którym poświeca cały jeden rozdział swojej książki. Rymuje, co nadaje staroswiecki ton jego poezji, ale sama poezja broni się przed klasyfikowaniem jej jako rymowanki.
Warchał Arnold - poeta, autor tomiku pt. Uderzenie Skrzydła wyd. w 1993. Jeden z najmłodszych poetów chicagowskich "Grupy Poetyckiej Niezapłacony Rent". Przybył na ziemię amerykańska jako nastolatek na początku lat 80. Tutaj skończył szkolę podstawową i studia. Poezją żyje od dziecka - sam tak twierdzi. Motyw emigracyjny raz po raz pojawia się w jego twórczośći, choć emigracja nie dominuje w jego poezji.
Arnold jeśli ma już cierpieć, to za całą ludzkość, a nawet za wszechświat. Poezja jego jest refleksyjno - filozoficzna, dużo w niej rozmów z Bogiem, nawet zaprzecza Jego istnieniu. Poeta jest indywidualistą lubiącym mieć własne zdanie nawet na tak stare tematy jak religia, moralność, etyka. Nie jest to mój zarzut, ale stwierdzenie. Może to i dobrze, że nad tym młody człowiek się zastanawia. Okładke zaprojektował Marek Harpoń, którego także kilka grafik poeta wkomponował w tomik, stwarzając miłe dla oka wrażenie.
Wierzewski Wojciech A. Człowiek instytucja, dziennikarz, organizator życia kulturalnego Polonii, redaktor naczelny dwutygodnika "Zgoda", redaktor Radiowego Magazynu Kulturalnego "Kalejdoskop" redaktor miesięcznika polonijnego Dialog. W Polsce był wykładowcą filmu na Uniwersytecie Warszawskim. Autor wielu artykułów, felietonów o kulturze filmowej, filmie i literaturze. Od roku 1979 w Stanach Zjednoczonych. Publikował swoje prace we wszystkich (prawie) pismach polonijnych w USA. Autor kilku książek wydanych w Polsce, ale niestety na emigracji na książke się nie zdobył.
Trudno jest pisać o twórcach polonijnych mieszkających w Chicago bez wymienienia nazwiska Wojciecha A. Wierzewskiego. Jest on akuszerem przy rodzeniu się najważniejszych polonijnych imprez kulturalnych w naszym mieście. Na początku lat 80-tych asystował przy powstawaniu grupy poetyckiej "Krąg". W latach 90-tych dzielnie pomagał poetom z grupy poetyckiej "Niezapłacony Rent". W 1996 wraz z Piotrem Domaradzkim stworzył "Dialog", czyli co miesieczne spotkania na których omawiane są przez zaproszonych gości najciekawsze wydarzenia kulturalne, książki, filmy. Zawsze miły, bezinteresowny i uczynny. Służy wszystkim, nikomu nie odmawia, jeśli się go o pomoc poprosi. Na mapie kulturalnej Polonii chicagowskiej zajmuje miejsce szczególne, bez niego życie kulturalne Polaków byłoby o wiele uboższe.
Willow Kristine - poetka, autorka tomu pt. Przepis Na Balsam, wiersze, wyd. w Chicago - 1994. Jest to pierwszy zbiór poezji tej poetki mieszkajacej w Chicago stosunkowo niedługo, bo zaledwie 6 lat. Wiersze jej nie są wierszami emigracyjnymi, choć można znaleźć kilka dotykajacych tej problematyki. Z zawodu naucżycielka muzyki, poetka raczej skupia swoją uwagę na tym co pozostawiła w kraju. Nie jest to nostalgia, ale próba rozliczenia się z przeszłością, tym bardziej jak sama pisze, po przyjezdzie do Ameryki rozpadło się jej małżeństwo trwające prawie 30 lat. To nieszczęśćie stało się główną przyczyną dla, której zaczęła pisać wiersze. Mam nadzieję, że terapia poetycka pomogła jej przetrwać wszystkie te kryzysy, które życie niesie emigrantom i nie tylko im.
Wiśnicki Adrian - poeta urodzony 22 lata temu w Chicago. Autor trzech zbiorów poezji pisanych w języku angielskim m.in. Momentum and Speed, wyd. w 1992 i tłumaczonych na język polski przez Adam Lizakowskiego. Adrian jest poetą zaangażowanym w życie naszej planety. Jego osobiście interesują losy naszej planety, o tym właśnie pisze, o tym jest jego poezja. Pierwszy tomik wydawał mając 16 lat. W wieku lat 20 oficjalnie pożegnal się z poezją i napisał powieść pt. Peter the rock. Obecnie przygotowuje się do studiów doktoranskich na uniwersytecie Harwarda w Bostonie.
Wróbel Elżbieta i Wróbel Janusz - dziennikarze, autorzy licznych felietonów publikowanych w prasie polonijnej i polskiej. Autorzy książki pt. Rozproszeni po świecie. Obozy i osiedla uchodźców polskich ze Związku Sowieckiego 1942-1950. Chicago, 1992. Autorzy tak piszą we wstępie: Epopeja polskiej ludnośći cywilnej, która opuściła Związek Sowiecki wraz z armią gen. Władysława Andersa zajmuje szczególne miejsce wsród wojennych losów Polaków... przede wszystkim z powodów niezwykłości ich dalszych przeżyć zwiazanych z długotrwałą tułaczką, kilkuletnim zamieszkiwaniem w egozotycznych krajach, odległych od Ojczyzny i Europy.
Praca niniejsza jest próba całościowego ukazania historii obozów przejściowych i stałych osiedli uchodźców polskich ze Zwiazku Sowieckiego. Jej przedmiotem jest wyłącznie ludność cywilna stąd w zasadzie pominięto dzieje skupisk wojskowych... pominięto skupiska junaków i uczniów szkół wojskowych na Bliskim Wschodzie...
Wydro Michał - poeta autor tomiku wierszy, brak danych.
Zamora Maria - poetka. Nestorka polskich poetów w Chicago. Autorka wierszy dla dzieci, m.in tomiku wierszy pt. Kwiaty dla mamy, sztuk teatralnych dla młodzieży, pedagog. Pani M. Zamora jest założycielką największej polskiej szkoły sobotniej im. T. Kościuszki w Chicago.
Do Chicago przybyła wraz z mezem żołnierzem kampanii wrześniowej, po zakończeniu II wojny światowej. On malarz, ona poetka razem stworzyli bardzo piękny klimat do twórczośći. Życzliwie nastawieni do świata i ludzi, bardzo lubiani przez chicagowską Polonię.
Zych Adam A. - poeta, autor tomiku pt. Odlot jest w nas. Wiersze z podróży, wyd. w Chicago 1993. Zych przebywał w Chicago nad poczatku lat 90. Jako poeta publikował dużo, jest laureatem kilku konkursów poetyckich a także autorem antologii pt. Na mojej ziemi był Oświęcim. Autor kilkunastu wierszy emigracyjnych pisanych w tonie biblijnym, które nazwał psalmami, może dlatego, że każdy z nich opatrzył mottem, fragmentem psalmu.
Zych nie jest emigrantem, dla niego emigracja to podróż, przygoda, wiersze tutaj powstałe to wołanie do Pana Boga, może nie pomoc, ale o lepszą przyszłość. Zych zastanawia się w swojej poezji nad tym co tutaj robi? Po co tutaj przyjechał? pyta się gdzie jest mój dom? Czuje się tutaj obcym, przeklina los emigranta chociaż jak już wspomniałem nim nie jest.
Kocoń Waldemar Na samo zakończenie muszę, bo warto wspomnać o piosenkarzu Waldemarze Koconiu. Jego twórczość nigdzie chyba jeszcze nie była omawiana a zawiera conajmniej z 50 piosenek, których bohaterami są emigranci, które znalazły się na licznych płytach. Piosenki pisane z punktu widzenia człowieka mieszkającego tutaj - emigranta, któremu się powiodło. Dlaczego więc nie jest szcześliwy? Artysta porusza w nich problemy nas wszystkich tutaj mieszkających; radość życia i smutki życia. Emigracja jako nagroda i emigracja jako kara za nasze marzenia.
Kocoń jest poetą nastroju, potrafi wydobyć ze słów urok i czas szybko uciekający. Jest lirykiem codziennośći i liryka dominuje w jego twórczośći. Dowodem na moje słowa niech będą płyty takie jak: Przeobrażenia, Jakim prawem, Emigrant.
Informator Polonijny. Omawiąc twórczość polonijną w Chicago a nie wspomnać o Informatorze Polonijnym, to jakby odwiedzić Rzym i nie zobaczyć Ojca Świętego. Wydawcy tej pozycji Leszek Józef Gil i Wojciech Gil od ośmiu lat zaopatrują Polonię nie tylko chicagowską w najświeższe informacje nie tylko biznesowe o Polakach w metropolii chicagowskiej. Najnowszy Informator Polonijny 97/98 w swoim indeksie zawiera 5.700 haseł, nazw urzędów, instytucji, organizacji, firm ogłaszających się na zółtych stronach. Każde jego wydanie jest dużym wydarzeniem nie tylko biznesowym, ale i kulturalnym.
Jak ważny jest informator w naszym poloninym życiu może przekonać się każdy z nas gdy potrzebuje znaleźć dentystę, ksiegarnię, zakład krawiecki, itp. Dla nowoprzybyłych rodaków do Chicago jest kopalnią wiadomości i przewodnikiem. Jest też bezpłatna informacja o Polonii chicagowskiej, z której bardzo często korzystają rodacy w Polsce. Czego dowodem są liczne listy nadsyłane na adresy wielu biznesów z prośbą o współpracę, pomoc, nawiązanie znajomości, wymiane doświadczeń.
Chicago, czerwiec 1997.
Nie sposób zrozumieć sytuacji twórcy mieszkajacego w Chicago, bez naszkicownia postawy prasy polonijnej wydawanej w tym mieście. Prasa wydawałoby się nam zawsze była i powinna byc sprzymierzeńcem twórców, a na emigracji w szczególności. Jednak mam wrażenie, (moje własne osobiste), że prasa wydawana w języku polskim w Chicago jest nie tylko sprzemierzeńcem, ale nawet wrogiem mieszkających tutaj twórców. Oskarżenie bardzo poważne i ciężkie, ale łatwo się je rzuca, spójrzmy na chicagowska prasę polonijną. Wydania dzienne beznajdziejne, weekendowe troszkę lepsze, nawet ambitniejsze trafiają się artykuły, ale i tak nic z tego nie wynika, skoro lwią częśćią tej prasy (do czytania) stanowią przedruki z kraju lub korespondencje krajowe na wszystkie możliwe tematy, począwszy od religi, polityki, analizy wyborów i władz a skończywszy na panoramach muzycznych. Najważniejszą "osobą" w redakcji są nożyczki i takie pisma jak Alfa, Express, Kalejdoskop nie wahają się złożyć "całej gazety nożyczkami". Materiały własne tych pism stanowią 2-4 strony, czyli procentowo jest to mniej niż 10 procent. Opisywać jej nie ma co, tym bardziej nie ma nic w niej do analizowania. Same spojrzenie wystarczy nie potrzeba słów. Od razu widać jacy ludzie jaki tytuł wydają, i do kogo pragną trafić. Obowiązuje hasło im głupiej piszemy tym lepiej gazeta się sprzedaje. Oczywiscie nie można mieć o to pretensji do redaktorów czy wydawców, oni przecież zawsze mogą powiedzieć i mówią skoro świna żre obierki, to po co dawać jej rodzynki, czyli jaki czytelnik taka prasa. Sam fakt, że w największym i jednym z najprężniejszych i najbogatszych ośrodków polonijnych na świecie nie ma pisma czy chociażby wkładki literackiej, czy nawet kulturalnej i powinno wołać o pomstę do nieba.
Najstarsza Dziennik Zwiazkowy, Dziennik Chicagowski, oraz Kurier Codzienny, który powstal w styczniu 1997 r. Wydawcy tych pism, i redaktorzy nienawidza się nawzajem, i jeden drugiemu chetnie zyczylby wszystkiego najgorszego, ale w jednym przypadku się zgadzaja, maja wspólny mianownik: brak jakiegokolwiek zainteresowania twórczośćia lokalna, brak jakiegokolwiek zainteresowania miejscowymi twórcami. Ta jedyna rzecz ich laczy poza wspólna nienawiscia, i nie ma takich cudów na świecie, aby opublikować artykul w któryms z tych pism i liczyc na wspólprace z innym. Nie podobnie, ale dokladnie taka sama jest sytuacja w Nowym Jorku. Jedni uwazaja drugich za głupków dziwiac sie, że takie ciemniaki wydaja gazete, a wszyscy wspólpracujacy z danym tytulem, to kretyni przeciez o co oni pisza to same bzdury, kto to czyta. Slowem cud, że taka gazeta jeszcze istnieje. Drugim wielkim nieporozumienim (moim zdaniem) jest kurczowo trzymanie się redaktorów swoich stolków, są już tacy co prawie 20 lat redaguja gazete przy pomocy tych samych dziennikarzy piszacych o tych samych rzeczach w ten sam sposób, mnie osobiscie to bardo meczy, poza tym brak swiezego powietrza, czy swiezej krwi, powoduje, że gazeta traci nie tylko czytelników, ale na znaczeniu czego dowodem jest tygodnik Gwiazda Polarna wydawana w Stevens Point w stanie Wisconsin, jeszcze kilka lat temu ciekawa, dobrze się sprzedawala w chwili obecnej prawie nie istnieje na chicagowskim rynku czytelniczym. W podobnej sytuacji jest cotygodniowa wkladka spoleczno-kulturalna Przeglad Polski nowojorskiej gazety codziennej Nowy Dziennik wydawanej w Nowym Jorku. Przeglad Polski z roku na rok a nawet z miesiaca na miesiac staje się nie tylko nieciekawy, ale nudny a przede wszystkim mnie ma co w nim czytac. Warto też zaznaczyc, że polonijne czasopisma wydawane w duzym skupiskach polonijnych są tylko znane i czytane w tych srodowiskach. Juz dwadziescia kilometrów poza Chicago nikt nie czyta i rola tych pism jest bliska zero. Podobnie jest w Nowym Jorku, ważni jesteśmy, ale tylko na swoim podwórku. Co oczywiście nie oznacza, że czasopisma te nie docierają do innych skupisk poloninych np. Florydy czy Kalifornii, ale sprzedaż ich w tych środowiskach jest bardzo znikoma, ledwo zauważalna. Nakłady ich codzienne są w wysokości kilkunastu setek w najlepszym przypadku od trzech od pięciu tysięcy, to wszystko. Natomiast nakłady weekendowe osiągają nakład od 10 do 30 tysięcy egzemplarzy w zależności od tytułu.
Pomimo tego, że wychodziły i nadal wychodzą tutaj czasopisma w języku polskim, które jednak za cel obrały sobie pisanie a raczej przepisywanie tego wszystko co drukuje się w kraju niż tworzenie pisma z własnych materiałów, bo za nie trzeba zapłacić, natomiast krajowe są za darno.
Po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem poetę Czesława Miłosza jesienią 1984 roku w San Francisco w jednym z teatrów przy ulicy Haight. Wtedy on i kilku innych poetów o międzynarodowej sławie czytało swoje wiersze w ramach Amnesty International, w dowód pamięci dla politycznie więzionych twórców w Pakistanie. Wsród nich był też Josif Brodsky, którego zapamiętałem doskonale, bo jako jedyny z czytających nie nalewał sobie wody do szklanki, ale pił ją prosto ze dzbanka. Woda kapała mu po brodzie, która ocierał rękawem. Brodsky nie czytał swoich wierszy, ale je śpiewał po rosyjsku.
Miłosz czytał wiersze po angielsku i dopiero na sam koniec swojego wystąpienia przeczytał jeden z nich po polsku, na wyraźne życzenie publicznośći dając jej szansę usłyszenia jego poezji w oryginale. Czytał pięknie, melodyjnym głosem, akcentując polskie samogłoski, za co otrzymał rzęsiste brawa od zgromadzonych.
Wtedy po spotkaniu wraz z kilkoma rosyjskimi znajomymi podszedłem do niego, aby pogratulować i podziekować za piekną poezję. Przy okazji poeta podpisał mi swoją książke pt. Rodzinna Europa, zamieniliśmy dosłownie kilka słów po polsku, nic więcej.
Dwa lata później jesienia 1986 roku poznałem poetę osobiście. Po wymianie kilku listów poeta zaprosił mnie do siebie w odwiedzimy. Nastapiło to 27 marca 1987 r. Znajomość nasza rozpoczęła się bardzo prozaicznie. Ja "młody gniewny", pełny dumy i pychy, autor zaledwie dwóch cienkich tomików wierszy i to w języku angielskim uważałem, że dwóch poetów mieszkających tak blisko siebie (Berkeley i San Francisco) powinno się poznać. I to jak najprędzej. Ostatecznie przejechaliśmy pól świata i widocznie cudowna złożoność życia tak chciała, abyśmy się spotkali własnie tutaj w Kalifornii. Trzeba mocno wierzyć w to co się robi, w siebie, w swoją gwiazdę, aby być poetą w szczególności na emigracji, w Ameryce.
Stara Polonia właściwie żadnego kontaktu z poetą nie miała a w San Francisco dzieliła się na dwie zasadnicze grupy; tych co byli zgromadzeni wokół Domu Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej oraz tych co sympatyzowali z panią Wandą Tomczykowską założycielką Polish Arts and Culture Foundation. Tych pierwszych poeta lubił a swój sposób, ale wiem, że część z nich uważała go za nacjonalistę litewskiego, spora część nigdy też nie wybaczyła poecie romans z władzą komunistyczną. Poza tym sam poeta z tego co zauważyłem absolutnie do Polonii ani w San Francisco ani w Stanach się nie garnął. Nie przypominam sobie, aby jakiejkolwiek organizacji polonijnej w Stanach Zjednoczonych udało się nawiazać kontakt z poeta. Pamiętam, że były jakieś próby zapraszania go na imprezy polonijne, celowała w tym Polish Arts and Culture Foundation w San Francisco, z których to zaproszeń poeta chyba rzadko korzystał. Znaczki na comiesięczny biuletyn fundacji "wysyłany w świat" do samego poety kilkakrotnie naklejałem, ponieważ bywałem w fundacji wielokrotnie że wzgledu na prasę polską. Młoda Polonia, też z Miłoszem właściwie żadnego kontaktu nie miała. Na spotkaniach amerykańskich tj. promocyjnych wieczorach poezji, miał ich poeta w roku kilka, rodaków nie spotykałem, a jeśli już to były to pojedyncze osoby, przeważnie zaprzyjaźnione z poetą.
Podobnie było na wykładach uniwersyteckich poety na których rodaków też nie widziałem. Byłem prawdopodobnie jedynym Polakiem, obcym, nie związanym z poetą w jakiś bezpośredni sposób, który chodził za nim po księgarniach, odczytach w teatrach, instytucjach kulturalnych, na wykłady uniwersyteckie. (Byłem studentem wydziału slawistyki). Nawet jeździłem za nim po Kalifornii np. byłem w Palo Alto na uniwersytecie Stanforda, (1988) gdy poeta odbierał nagrodę organizacji Aura w imieniu państwa Romaszewskich, (reprezentowała ich córka) którzy z wiadomych powodów nie mogli przyjechać osobiście z Polski.
Na długo przed tą pierwszą wizytą u poety nawiedziła mnie nieprzeparta wizja jego mieszkania. Podzieliłem się z nią z Miłoszem podczas mojej pierwszej cudownej wizyty w jego domu na Grizzly Peak. Skąd u mnie taka wizja się wzięła? Kto mnie zainspirował ? Do dzisiaj nie wiem. Poeta wysłuchał mnie jednak bardzo uważnie...
Słabo oświetlony pokój, gdzieś na końcu domu. Do pokoju nikt nie ma wstępu. Ani żona, ani świeże powietrze, ani słońce. Książki są wszedobylskie, wypełniają pokój aż po sam sufit. Cud, że takie wielotomowe kolumny cegieł-książek przy codziennych ruchach ziemi jeszcze się nie rozsypały. Świadczy to o bardzo głębokiej wierze poety w cuda oraz własną szcześliwą gwiazdę.
Biurko poety stoi przy oknie. To znaczy biurko już od wielu lat nie spełnia swojej roli biurka, ponieważ nie ma na nim ani jednego centymetra kwadratowego wolnej powierzchni. Obecnie biurko to magnes przyciągajacy papier. Wsród stosów zakurzonych teczek papierowych, w których kartki dawno już pozółkły, stosy powycinanych recenzji, rachunków za telefon sprzed pięciu lat, gazet we wszystkich językach europejskich, tuziny wpół otwartych książek z zakładkami, gdzieś na samym dnie leży zakopany notes z najważniejszymi numerami telefonów.
Wsród tych szpargałów leżą prawdziwe perły polskiej poezji. Wiersze napisane trzy lub osiem lat temu. Któraś z ich wersji może piąta może piętnasta. Ponieważ poeta jest pracowity i bardzo wymagający względem siebie i swojej pracy - jeden wiersz przepisuje wielokrotnie, do momentu, aż go zgubi, lub o nim zapomni. Na biurku leżą różnego rodzaju prośby młodych poetów o recenzje i wsparcie. Błagania o jedno chociażby zdanie pochlebne.
Sa też na nim mądre rozprawy magisterskie i doktorskie rozkochanych w poezji mistrza kandydatów na stopnie naukowe. Oczywiście, poeta nawet do nich nie zajrzał. Nudzą go takie wynurzenia, ludzi przeważnie mieszkajacych w dalekiej Polsce, słabo lub zupełnie nie orientujących się w życiu mistrza i jego poezji. Wiedzących o emigracji tyle co kot napłakał.
Czasem poeta myśli sobie, że dobrze było by wyrzucić część niepotrzebnych papierów do kosza. Kosz od wielu lat jest pełny, tak pełny, że nie ma kosza, a tylko jeszcze jedna sterta papierów w rogu pokoju. A po drugie, komu by się chciało zastanawiać, co wyrzucić? Przecież najważniejsze papiery leżą na biurku, te mniej ważne w koszu, a te zupełnie nieważne dawno zostały wyrzucone. Na pewno poeta teraz o tym nie będzie myślał, ponieważ pisze poemat o dzieciństwie. W tym celu zebrał wiele książek przyrodniczo-zielarskich, naukowych i pamiętników. Wiadomo, dzieciństwo to okres najważniejszy w życiu poety, w którym kształtuje się osobowość poety.
Dochodzi godzina druga po południu i głód powoli podbija umysł poety. Na dodatek, żona zostawiła go samego, więc sam kucharzy. W chwilach swojej popularności, a raczej gdy ma pieniądze, o jedzeniu nie myśli, tylko piciu. Właśnie męczy go zgaga po dwudniowych zmaganiach z poematem i wódka, która nie wiadomo czemu wkradła się w jego życie w najważniejszym momencie. Pojutrze będzie głodny, bo zapomniał odlożyć trochę grosza na czarną godzinę. No cóz, nie o wszystkim człowiek w tym okrutnym świecie może pamiętać...
Taką oto opowieścią rozpoczełem swoją rozmowę z moim mistrzem. Jest wczesny wieczór, ogień wesoło tańczy w kominku, jest ciepło i przyjemnie. Wytworzył się wspaniały nastrój poetycki. Mistrz zdążył już podpisać mi przywiezionych przeze mnie sześć jego książek. Poezja zawładnęła naszymi sercami, być może twórcza atmosfera wylęgująca się w fotelach, puszcza do nas przyjazne oko, napięcie i straszna trema ze mnie opada. Gospodarz oferuje drinka.
Cisza pijemy absolut bez słów. Na stole śledzie w oleju i cienko pokrojony czarny gruboziarnisty chleb. Gospodarz nie zagryza a jedynie wącha chleb i odkłada go na talerzyk. Kot o imieniu Tiny wszedł po pokoju, rozejrzał się, podszedł do mnie, i pozwolił poglaskac sie. Rozgladam się po pokoju, mistrz na dlugiej kanapie siedzi, z jego prawej strony maly stolik na telefon. Ja siedzić na wielkim fotelu, dzieli nas mała ława kawowa. Pani która otworzyła mi drzwi ma na imię Carol, nie mówi po polsku, krzata się w kuchni.
Przyglądamy się sobie nawzajem, siedzimy naprzeciw siebie. - Więc tak pan żyjesz - pytam i odpowiadam sobie w myślach. Gospodarz, po chwili proponuje, abym zobaczył jego mieszkanie, jego office.
Wychodzimy z salomu z konimkiem, czystego aż do przesady. Następnie idziemy wąskim korytarzem. Po jednej stronie półki z książkami, poukładane równo, równiuteńko w szeregi jak żołnierze. Na drugiej ścianie jest łazienka. Biuro mistrza i biurko mogłoby być prawdziwym wzorem do naśladownictwa. Trzy ściany pólek z książkami, a ściana na której stoi biurko, to nieomal jedno wielkie okno.
Gospodarz świetnie orientuje się co gdzie ma, co gdzie leży. Przyjemnie jest go słuchac, na każde pytanie odpowiada z ochotą i nieukrywaną przyjemnością. Wymienia daty, szczegóły, okolicznośći z taką drobiazgowością, że dech zapiera. Nie jest on przecież pierwszej młodości, ale pamięć trenowana przez lata pozwala mu z łatwością skakać przez wzgórza i doliny naszej świeżej historii. Nie meczy jej nawet najlżejsza zadyszka. Niesmiało proszę go o egzemplarze tomików wierszy podwójnych, czy nawet potrójnych. Nie odmawia mi, podarowuje mi je z dedykacją, wzbogacając moją kolekcję.
Na biurku średniej wielkości, stojącym przy samym oknie, stoi lampka. Z lewej strony listy przeczytane, na samym wierzchu nich leży mój sprzed kilku dni po środku nożyk do rozcinania kopert, jakieś zdjęcia, słowniki. Słowem najwyższej klasy porządek. Od tej dokładnośći kręci mi się w głowie. Z czasem dowiem się, że gospodarz dba w podobny sposób o swój piękny ogród. Ciekawy jestem jak poeta się czuł, gdy przedstawiałem mu swoją zwariowaną wizję kogoś zupełnie innego? Nie miałem w końcu odwagi aby go o to zapytać. Ani cienia tego co mi się wcześniej przewidziało. Nie miałem też odwagi poprosić go o pozwolenie, abym mógł zrobić mu zdjęcie, a wiersze, które z sobą przywiozłem nawet mu o nich nie wspomniałem. Natomiast wręczyłem mu kilka numerów RAZEM miesięcznika wydawanego w San Francisco, którego byłem redaktorem naczelnym. Miłosz wypytywał mnie jak żyję, jak żyje młoda Polonia, jak zaadaptowaliśmy się w Ameryce. W sumie podczas tej pamiętniej pierwszej wizyty spędziłem z nim ponad dwie godziny.
Wiktor Londzin, to nazwisko poety ukrywającego się pod pseudonimem literackim Jan Leszcza. Ani nazwisko ani pseudonim niewiele mówi przeciętnemu miłośnikowi poezji na emigracji, a tym bardziej w kraju.
Polscy emigranci przyjezdżający do Ameryki z Europu po zakończeniu II wojny światowej i pierwszej połowie lat 50, prawie wszyscy odeszli. Jak dotąd, próby opisania dorobku tej fali tzw. żołnierskiej (twórczego a zwłaszcza literackiego), nie doczekały się większego zainteresowania władz reprezentujacych polską społeczność w Stanach Zjednoczonych, a tym bardziej w kraju. W chwili obecnej nastąpiła sytuacja pasowa. W emigracji nikt się na poezji nie zna, natomiast w kraju najdalej z poezją emigracyjną dotarto do Londynu, Stany nadal pozostają czarną plamą, chociaż jest to wiadome, że jeżeli przyjdzie pomoc emigracyjnym twórcom nadajcie ona z kraju. Polonia amerykańska nigdy na taki gest się nie zdobędzie.
Przez ponad czterdziesci lat twórczość emigrantów poetów, pisarzy była spychana na tór boczny przez tak zwana emigracje polityczna, co praktycznie doprowadzilo do wyeliminowania twórców poetów z życia Polonii. Trudno jest też w chwili obecnej powiedzieć dlaczego akurat tak się stalo w Stanach, skoro w Londynie czy Paryzu można było wydawac pisma literackiej, tomiki wierszy, tutaj w Stanach a wszeególności w Chicago, mało kto wydawaniu poezji slyszal. Izolacja stworzona przez redaktor pism polonijnych na pewno była na reke wladzy komunistycznej w kraju, która doskonale zdawala sobie sprawe z roli słowa pisanego, w szczególności poezji. Jedna z pierwszych prób zapoznania czytelnika polskiego gdziekolwiek by on nie byl, z dorobkiem poetów przebywajacych na emigracji, była antologia pt. Najwybitniejsi poecji emigracji wspólczesnej, wydana przez Ksiegarnie Polska w Paryzu, w 1952 roku, w opracowaniu dr Stanislawa Lama.
O ksiazce tej cynicznie pisal W. Gombrowicz w swoim Dziennikach wytykajac slusznie autorowi wiele archaizmów i braków, pisal m.in. "W tej logice, która poezji emigracyjnej kaze byc poezja wspopmnień, zalu, odwrotu, ucieczki lub poezji w najlepszym wypadku nieterazniejszosci, w logice jest coś tak dialektycznego i historycznie logicznego, iz nieomal daje w pysk. Cóz innego nam, oprócz wspomnień tej subtelnej perfumy?"
A za wybitnych poetów uważano wtedy: Stanisława Balińskiego, Jana Lechonia, Józefa Obodowskiego i Józefa Wittlina.
Jak Kowalik, mieszkający w pólnocnej Kalifornii, w San Jose niedaleko San Francisco, z którym przyjaźnię się od wielu lat, nazwany został przez współczesnych mu emigrantów "Wincentym Kadłubkiem powojennej emigracji". A nazwano go tak bez kozery, Kowalik przez ponad 40 lat swojego życia na emigracji zbieral informacje o czasopismach wydawanych poza granicami kraju, od września 1939 roku. Robił to co powinny robic organizacje polonijne, polskie muzea, biblioteki, słowem ci, którzy w jakis sposób jakby z urzedu zajmowali się obrona i chronieniem polskosci w Stanach. Kowalik wszystko zebral w piec tomów, które wydal Katolicki Uniwersytet Lubelski w Lublinie, w 1989 roku. Jeden czlowiek dotarl do 4617 tytułów czasopism polskich wydawanych w 60 krajach świata!
Jeden czlowiek swoja praca wiecej dokonal niż milionowa Polonia w Chicago, wiecej zrobił dla polskosci niż sto organizacji polonijnych w Chicago. Na drugiego Kowalika w dziedzinie poezji, literatury polskiej czeka obecnie cala emigracja polska w Stanach Zjednoczonych. Kto pierwszy poda haslo: wydajemy antologie poetów mieszkacych w tutaj od roku np. 1939 do 1989. Czyli pól wieku polskiej poezji w Ameryce. Kto na to się odważy, a przede wszystkim kto da pieniądze????
Ten dlugi wstep był mi potrzebny do zaznajomienia z problemani bycia artysta polskim na emigracji w szczególności w Stanach Zjednoczonych , najbogatczej Polonii świata. Znalezienie odpowiedzi na pytanie: co znaczy byc poeta na emigracji? Przykladem niech będzie wspomniany przeze mnie poeta z Los Altos (rejon zatoki San Francisco), Jan Leszcza, z którym było mi dane zaprzyjaznic się na kilka lat przed jego smiercia, który umarl w marcu 1992 roku.
Jan Leszcza nalezal do tego typu gatunku poetów, którzy nie dbaja o swoja popularność, ani nie zabiegaja o rozglos, bo nie potrafia tego robic, ani zbytnio nim na tym nie zalezy. Przez trzy lata próbowalem naklonic poete do zebrania swoich wierszy w tomik, przez trzy lata czytal swoje wiersze z kartek, brudnopisów, które powstawały wiele lat wczesniej, kiedy sam poeta nawet nie pamiętal, ale po kołorze papieru latwo można było się domyslec, że były to lata.
Nie wiem jak to było z poeta wczesniej, jak mu "szlo pisanie", ale przez ostatnie szesc lat naszej znajomosci, pisanie "szlo" mu bardzo powoli. mam wrazenie, że napisanie czegokolwiek sprawialo mu duzy wysilek. Poza tym nalezal do tej grupy poetów, którzy sami sobie byli "katami", tzn. wiecznie nie zadowolonymi z tego co napisali.
Leszcza potrafil pracować na jednym wierszem jeśli nie latami to długimi miesiącami. Zawsze był nie zadowolony, zawsze mial watpliwośći. Nigdy nie bl pewien, czy najnowasza wersja jest wersja ostatnia, czy też poczatkiem czegos nowego. Pamietam nasze wielogodzinne rozmowy o poezji, o warsztacie popetyckim, o przekladach poetyckich, o znaczeniu poezji w dzisiejszym świecie. Leszcza bardzo tym się interesowal, zawsze cokolwiek na ten temat się pokazywalo zaraz dzwonil do ksiegarni państwa Szwede, do pobliskiej miejscowosci Palo Alto, i zamawial. Stad też zbiór jego ksiazek był przeogromny, jednym słowem książki w jego domu, były wszedzie, naprade wszedzie.
Duzo rozmawialismy o własnych wierszach. Z dokladnośćia chirurga i cierpliwościa analizowaliśmy kazde słowo, każdy klucz metafory poetyckiej, kazde zdanie, caly wiersz. Przyznam się szczerze, że podziwialem go za jego cierpliwość, której ja nigdy nie mialem i nie mam. Byl przykladem dokladnośći i precyzji w czym naprawde mi imponowal. Nie raz wydawalo mi sie, że ten wiersz po dwóch godzinach "walkowania" jest już zakończony "na amen", a gdy przyjechalem do niego nastepnym razem, zaczynalismy wszystko od poczatku: najpierw jechalismy do chińskiej restauracji na obiad, za który zawsze on placil, i nigdy nie pozwolil mi nawet się dolozyc, nastepnie wracalismy do domu, i na ogrodowym stole w sród dziesiatek kartek rozpoczynalismy dyskusje o poezji.
Jako czlowiek był wspanialym przyjacielem, pelen ciepla i zyczliwośći, o bardzo wysokiej kulturze osobistej, bardzo delikatny i wrazliwy, a po smierci zony bardzo samotny, powiedzialbym nawet zalamany. Z jego biblioteki korzystalem wielokrotnie, czego tam nie było: prawie wszystki liczące się pisma literackie wychodace na emigracji w latach 80., wiele pism z Polski. Zbiory mial naprawde wspaniale, chyba bibioteka Czeslawa Miłosza, poety z drugiej strony zatoki San Francisco mogla równac się z jego biblioteka. Leszcza mial bardzo zywy i "ciekawski" umysl, stad też brala się jego wielka ciagotka do literatury a wszczególności poezji. Doskonale orinetował się w polskiej literaturze 20 lecia miedzy wojenego, z latwoscia mówił o poezji powstalej po 2 wojnie światowej, a znajomosc poezji wspólczesnej była u niego wrecz encyklopedyczna.
Jako starszy kolega interesowal się zywo tym wszystkim co ja robiłem. Byl jednym z niewielu osób w San Francisco, które zyczliwie odnosily się do miesiecznika literackiego RAZEM, którego przez wiele lat bylem naczelnym redaktorem. Zawsze gotów był sluzyc pomoca, rada, nawet obrona wobec starej Polonii, mówiac, że mam prawo, zeby coś mi się nie podobalo, bo to jest szańca zmiany na lepsze. Tak rozumowal moje ataki na jego pololenie Polonusów. Byl wspanialym krytykiem literackim, dobrze znal wspólczesna poezje angielska i amerykańskiej, której był tlumacze na język polski, m.in Williama Butlera Yeatsa, Stephena Crane, Edwina Arlingtona Robinsona. Poezje czul szóstym zmyslem. Lubil duzo o niej dyskutować, mówic, analizować, ale nie za bardzo pisac.
Sprawialo mu wyraznia przyjemność, gdy stawialem mu pytania, gdy przy zwrocie ksiazek o coś się go pytalem, lub dopytywalem. Wtedy rozmawialismy godzinami. Pytalem się go o przedwojenne życie naszych wielkich poetów, o to co mówiłi przed wojna o Wierzyński, Broniewskim, Lechoniu, Gombrowiczu, Miłoszu. Duzo opowiadal o swoim życiu w Chicago, do którego ja się wybieralem, o swoim poecie -przyjacielu Zbyszku Chalko, dziennikarce Rózy Nowotarskiej, z która utrzymywał bliskie kontakty, która wysyłała mu mase polonijnej prasy, a która nie zakończala swojego zywota po przeczytaniu przeze mnie, ale dalej szla w świat w kafeterii polskiego kosciola w San Francisco.
Przed moim wyjazdem z San Francisco (wiosna 1991) do Chicago pojechałem z żoną, aby się z nim po raz ostatni zobaczyć i pożegnać. Nie czuł się wtedy najlepiej. Zima 1991 w północnej kalifornii była ciężka. Poczyniła duże szkody w jego ogrodzie, który tak samo kochał jak książki, a może jeszcze bardziej. Wymarzły pomarańcze i cytryny, kaktusy zaczynały gnić od korzeni, wiele rośliń, których nazw nie zdążyłem poznać pomarzła. Nawet największy jego kaktus, ozdoba ogrodu, bo wysokości trzy metrowej zmarzł.
On sam wygladał na przybitego i bardzo zmartwionego. Uskarżał się na serce, bóle w plecach i nogi. Po długiej rozmowie i smażeniu wołowiny na rożnie przeszliśmy do jego pokoju gościnnego, w którym na pamiątkę dał mi kopię pracy magisterskiej o jego poezji napisanej przez Annę Dudek-Hermann z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, pod kierunkiem prof. I. Opackiego, pisana w roku akademickim 1988-1989. Obiecał wysłać swoje najnowsze wiersze do Chicago. Oczywiście nigdy ich nie otrzymałem, przez rok mojego pobytu tutaj napisał dwa listy, częściej rozmawialiśmy przez telefon. Mówił: Pisanie to odpowiedzialność, pogadać można". Umarł dokładnie w rok po naszej ostatniej rozmowie.
Wspomnienie o profesorze Lerskim
Bedac w San Francisco nie sposób było nie natrafic na osobe profersora Jerzego Lerskiego, który był bardzo aktywmnym czlonkiem wielu organizacji polonijnych w rejonie zatoki San Francisco. pamiętam doskonale w jakich okolicznośćiach poznalem go. Bylo to w lipcu 1982 roku, w domu Polskim w San Francisco, na 22 ulicy.
W miescie tym mieszkalem od kilku tygodni i szukalem kontaktów z rodakami, same przebywanie wsród nich na bezplatnych lekcjach angielskiego w International Institut, czy chodzenie do kosciola na co niedzielne msze nie wystarczalo mi. W sumie obracalem się prawie zawsze wsród tych samych twarzy, ludzi, którzy przyjechali do Ameryki albo kilka tygodni przede mna albo za mna. Pewnego dnia spotkalem jednego ze znajonych, który zachecil mnie do wybrania się do Domu Polskiego, na wyklad profesora ze wspólczesnej historii Polski w mniejwiecej taki sposób: "Stary idz do Domu Polsiego, a sam się przekonasz co to za czlowiek ten profesor. Moze mówic bez przerwy przez 2 - 3 godziny, chustka twarz z potu ociera i wali do przodu jak czolg.Jeśli ktos mu przeszkadza, albo się wierci, twarz profesora czerwienieje, zapala się plonie, a na końcu profesor wybucha jak wulkan, czyli ryczy jak lew. Ale to nie jest az tak ważne, najważniejsze są na końcu po zakończonym wykladzie kanapki z kiełbasa, palce lizac. Idz tam, a poznasz wielu Polaków".
Poszedlem. Rzeczywiscie wszystko odbywalo się tak jak znajony mi opowiedzial, spotkanie odbywalo się w formie wykladu uniwersyteckiego z historii. Profesor co trzecie z danie nabieral glebokiego oddechu, rozgladal się po zebranych, jakby szukal wsród nich znajonych, albo szpiegów i zdrajców, co jakis czas sotrzegal przed "kroczacym komunizmem" i niebiezpieczeństwie grozacym naszej ukochanej ojczyźnie.
Wyklad bardzo ciekawy i odkrywczy. Zwlaszcza, że dotyczyl najnowszej historii Polski, której wedlug slów profesora nikt z nowo przybylych nie może znac - poniewaz komuizci zrobiłi wszystko, aby ja zatuszować. Sluchacze mlodzi chlopcy większosc z nich tak na dobra sprawe jeszcze nie rozpoczela procesu golenia się codzinnie stanowili 90% wszystkich zebranych. Łato i szybko że wszystkim co profesor mówił się zgadzali, ale po zakończonym wykladzie, zamiast zadawac pytania na temat wykladu, wnikac w dalsze szczególy nieznanej im historii, zaczeli wypytywac profesora o prace, tanie mieszkania, a nawet byli tacy co chcieli z Domu Polskiego(w którym kiedys odbywały się co jakis czas msze swiete) zrobic tanc bude. Wielu chlopaków było samotnych, bez rodzin, zon, jeszcze wiecej kawalerów, amatorów przygód i zlodzei czeresni przydroznych sadów. Bardzo mało dziewczat na emigraci - tobyl dla nich problem numer jeden. Co co wyjechali z rodzinami, teoretycznie mieli miec gorzej, ale praktyczniej oni mieli najlepiej. Oni pierwsi dostawali prace, mieszkania, i wszelkie inne przywileje, a przede wszystkim nie byli samotni i tak bardzo zagubieni.
Kultura polonijna kamień u nogi czy klucz do promocji polskości w Ameryce!?
O Polskości, Polonii, Polakach, kulturze polonijnej, polsko-języcznych mass mediach chicagowskich z poeta Adamem Lizakowskim rozmawia redaktor Krzysztof Kij. (Tygodnika Alfa 26 lipca 1998r. wyd. w Chicago)
Krzysztof Kij:
Joanna Kmiec napisala w najnowszym numerze "KULTURY CHICAGO", że polonijne życie muzyczne rozwija się dzieki wysilkom paru zapalenców, czy też raczej szalenców. Ja rozszerzylbym to: życie kulturalne przez duze K istnieje dzieki paru osobom, ale kultura dla mas mam na mysli wszelkiej masci bary z piwem tzw. night club i kapel tam się produkujacych, jest też pewnego rodzaju kultura, stanowia duża część kulturalnego folkloru chicagowskiego.
Adam Lizakowski:
Trudno jest nie zgodzic się z toba czy Joanna, nic nowego pod sloncem. Kultura to kilka poziomów życia, na których jest tworzona. My sami stwarzamy te poziomy na na ich funkcjonujemy. Niektórzy nazwaja to stopa życia, która może byc szeroka lub waska, dluga lub krótka. W naszym miescie muzyka poważna promowana przez barytona Henryka Zygmunta, jazzowa przez Grazyne Auguscik czy Marcina Januszkiewicza, jest też bluesowa promowana przez Jerzego Opalinskiego. Sa poeci i Grupa Poetycka NIEzaplłacaony Rent. Sa malarze, rzezbiarze i najpopularniejszy z nich Jerzy Kenar, który dobrze radzi sobie na rynku amerykańskim. Potrzebne są bary z piwem i muzyka, potrzebni są artyści kabaretowi do kotleta, czy zupy grzybowej. Przed wojna były do tego celu powolywane kabarety z czasem nawet literackie z własnymi tekstami przykladem niech będzie grupa poetycka Skamandra. Aby wyjsc poza bar z piwem czy restauracji ze schabowym z pieczarkami, trzeba miec poteznego sponsora. (Poza talentem.) Dwa tysiace lat temu zyl Rzymianin o nazwisku Mecenas potomek królów Etruskich, rozumial to, udzialal wsparcia wybijajacym się artystom w szczególności poetom. Minelo dwa tysiace lat i nic się nie zmienilo, nadal kultura ta przez duze K potrzebuje mecenasów.
A jak wyglada tzw. sponsorstwo w polskim Chicago?
Największym sponsorem jest Zwiazek Narodowy Polski, który pomaga, sluzy, ale tylko w wielkich sprawach. Jak prezes Moskal nie da pieniędzy nikt nie da. Malym czy indywidaulnym twórcom, raczej nie pomaga, chyba, że potrafia swoja sprawe "wychodzic" i jest to pomoc raczej symboliczna, okruchy, które dla wielu są duzym kaskiem. Jest kilka firm polskich takich jak LOT, PEKAO, POLAMER, Stanley Stawski, Czeslaw Sawko, Oak Mill Bakery to wszystko co w tej chwili przychodzi mi do glowy. Ludzi bogatych i światlych prawie w ogóle nie ma, nie liczac jednej moze, dwie lub trzy osoby indywidualne. Byc może jest kilka osób wiecej, o których ja np. jeszcze nie slyszalem. Mieszkajac w polskim Chicago możemy zadac sobie pytanie: czy tutejsza Polonia może byc mecenasem? Czy stac ja na kulture? Osobiscie twierdze, że nie, powiem to jasniej Polonia amerykanska nie lubi kultury polskiej, nawet posune się do stwierdzenia, że Polacy w ogóle nie lubia kultury, że są mało kulturalni. W tym znaczeniu, że nie cenia ludzi kultury, że nawet maja kompleksy wobec nich dotyczy to w szczególności tzw. dzialaczy polonijnych i naszej intelegencji polonijnej. Nie chce nikomu zabierac jego zaslug, nie chce pomniejszac trudu i wysilku, wlozonej energii rodaków na przestrzeni ostatnich stu lat. Były teatry, były pisma, byli aktorzy, pisarze słowem twórcy, o których dzisiaj nikt nie pamięta, nawet nie wie, bo nikt nie na pisal historii Polonii, nie opracowal minonych pokolen dorobku. W sumie nic o nich nie wiemy. Oni sami slabo dbali o zabezpieczenie swojego dorobku poza tym tak naprawde nikt się mimi nie interesowal. To co osiągneła nasza grupa w Ameryce na niwie kultury jest niewidoczne: wydanych ksiazek, nakreconych filmów, napisanych sztuk teatralnych, oper w języku polskim i angielskim, tomików poezji nie ma, nie ma plyt tutaj wydawanych, etc., to jest bardzo mało, nie chce mówic wielkie zero w porównaniu z liczba rodaków, ale naprawde niewiele. Jak wiemy liczby czasem klamia Polaków w Chicago jest mala garstka, która dba o polska kulture. Im należą się brawa, uznanie, podziękowania. Ta garstka ludzi tworzy obraz wielkiej stolicy wielkiej Polonii, dzieki im za to, chyle glowe przed nimi. Wiem, że wybudowalismy kilkanascie kosciolów, wiem, że działają chóry przykoscielne, zespoly taneczno ludowe, jakies towarzystwa taneczno- polkowe, czy grupy, kluby regionalne, teatry dzieciece.
Uwazam, że Polonie stac na promocje wlasnej kultury przez duze K. Jest masa ludzi, którzy powinni kulture promować. Polonijne organizacje, biznesy, kluby, towarzystwa, firmy uslugowe, które w sumie zyja z Polonii itd. Oni powinni oddac choćby mała część tego co z Polonii biorą, bo z Polonii przede wszystkim żyją.
To co mówisz jest pewnego rodzaju utopia, nie w tym rzecz, chodzi przede wszystkim o tak zwana sile intelektualna Polonii, mówimy o ludziach kulturalnych, którzy potrzebuja kultury polskiej czy polonijnej. Polonia amerykanska nie posiada tzw. warstwy inteligencji. Niby są lekarze, adwakaci, inzynierzy, architekci plus nowobagatcy tj. zamozni "kontraktorzy", mechanicy samochodowi, sprzedawcy domów, firmy ubezpieczeniowe, pozyczkowe, etc., ale to tylko pozory. Oni powinni byc sila napedowa Polonii, jej pieknym lustrem, w którym wszyscy mogliby się przygladac i podziwiac. Oni w wielu przypadkach zyja tylko z Polonii, ale jak wiesz prawie nic lub nic w zaniam nie daja, nie wzbogacaja srodowiska. Taki egoizm w moim przekonaniu jest przestepstwem. Takiego zwierza jak polonijna kultura nie ma, nam wrazenie, że w calej historii Polonii amerykańskiej nigdy nie było, nie liczac jakis tam poszczególnych przypadków tzw. nawiedzonych, którzy nie tylko rozumieli potrzeby kultury, ale i rozumieli Polonie. Mysle, że w podobny sposób co ja mysleli sp. poeci Ref - Ren czy Zbigniew Chalko i wielu innych. Innymi słowy Polonia amerykanska nie posiada klasy tzw. drobnomieszczanskiej, tak potrzebnej do życia kulturalnego, która przed wojna w Polsce utrzymywala kulture na róznych stopniach.
W Ameryce tak się przyjelo, że czym Polak bogatszy tym dalej ucieka od rodaków, tym niej mniej chce miec wspólnego z Polonia. Oczywiscie nie wszyscy, ale 97 % wiec można generalizować i mówic wszyscy. Oczywiscie Polonia amerykanska też się dzieli musimy sobie wyjasnic o kim dokladnie mówimy o tych co przyjechali miesiac temu czy kilka lat temu w pogoni za szczęśćiem, pieniądzem, slawa, przygoda, chlebem, wolnościa, lepszym życiem. Trzeba pamiętać co tym co tutaj się urodzili i nigdy w Polsce nie byli i o tych co przyjechali tutaj jako male dzieci i o tych co uciekli przed swoimi rodzinami, i o tych przyjechali tutaj po prostu zarobic. Musimy pamiętać czy mówimy po Polonii amerykańskiej prezesa Edwarda Moskala, ludzi, którzy tutaj się urodzili i wychowali, którzy znaja Polska zaborowa swoich rodziców z ich opowiadan. Czy mówimy o Polonii Boba Lewandowskiego, tj. pokolenia żołnierskiego, czy mówimy o Polonii dr Wojciecha Wierzewskiego, drugiej polowy lat siedemdziesiatych, a może Polonii mojej tzw. Solidarnośćiowej stanu wojennego, którzy wyjechali z Polski zanim gen. Jaruzelski zamknal granice. A może mówimy o wakacjuszach z drugiej polowy lat osiemdziesiatych, albo tych co wygrali amerykańskie szczęśćie na loterii w polowie lat dziewiecdziesiatych. Wszyscy oni tworza coś co my nazywamy Polonia, ale to jest duzym nieporozumieniem, bo Polonia jest jak ocean skladajacy się z wielu kropel wody, mentalności, stylów bycia, sposobów myslenia.
Mamy prase polonijna czy ona pomaga, czy promuje? Jak widzisz jej role w srodowisku polonijnym?
Mamy w Chicago około dziesieciu róznych pism wydawanych w języku polskim w tym są trzy pisma codzienne, pokaz mi jednego wydawce, jednego redaktora tych pism, który popiera kulture polonijne, z którym mozesz na ten temat porozmawiac. Znam ich wszystkich osobiscie, cenie ich, są to ludzie madrzy, ale mam i do nich zal, ale niestety codziennie drukuja zakalca, którym sami się dusza. Nie umia, nie potrafia, nie chcą wyjsc poza ramy tego co już zrobiłi inni redaktorzy przed nimi. Trzymaja się starych wytartych schematów, nie wprowadzaja nowy dzialów. A tak prawde powiedziawszy poza dzialem reklam to zadnych dzialów nie ma w ich gazetach. "Pisza gazete internetem, albo nozycami". Sprowadza się to do tego, że w jednym tygodniu mozesz przeczytac te same informacje sciagniete z internetu w trzech róznych gazetach. Wierz mi oni się wstydza, że robia taka tandete, takie nic, tylko czernienie papieru. Rozumiem, że sport moga "caly przepisac" z prasy polskiej, ale zeby przedruki stanowily 60% - 90% gazety to wstyd. Można odniesc wrazenie, że są to ludzie z przypadku, którym nie tylko nie zalezy na promocji kultury, wrecz utrudniaja. Wydawcy chcą zaoszczedzic na dziennikarzach wiec sam rozumiesz, ostrza nozyce, redaktorzy szczyca tym, że wierszy nie drukuja, że na poezji się nie znaja, a literatura się nie sprzedaje. Popatrz na nich a w jednej chwili zobaczysz negatyw calej Polonii. Około trzydziestu programów radiowych, w których nie uslyszysz nic o nas tutaj mieszkajacych, jeśli jestes tzw. twórca niezaleznym, tzw. nasz w nosie wszelkie sprzeczki i utarczki ludzi zyjacych z Polaków w Chicago. Jestes po niczyjej stronie wiec tak naprawde ciebie nie ma. Nie ma też redaktorów literackich, prawdziwych dziennikarzy tj. niezaleznych, etc., wszystko zalezy od wszystkiego od wszystkich. W szczególności ten co placi ma najwiecej do powiedzenia, poza tym uwaza, że za duzo placi.
W okresie zaborów mielismy coś takiego jak wynarodowienie, germanizacja, rusyfikacja, niszczenie tozsamosci narodu polskiego. Czy nie uwazasz, że w tej chwili tu w Stanach Polacy robia dokladnie to samo z czym przez ponad sto lat walczyli z zaborca i to dobrowolnie. W kraju, w którym nikt nikogo nie dyskryninuje z powodu narodowosci w kraju, w którym wrecz promuje się potrzymywanie kultury, języka, tadycji, danego narodu. Wezmy np. Latynoamerykanów, Irlandczyków, Wlochów i innych. Nie jestesmy od nich głupsi, biedniejsi, czy też zacofani w stosunku do nich?
Skoro jestesmy na samym dole, to musimy sila rzeczy byc od nich głupsi w tym znaczeniu, że oni potrafili się dogadac zainwestować w swoja szeroko rozumiana kulture. Polacy tego tutaj nie zrobiłi i nie robia, wiec możemy miec sami do siebie o to pretensje, albo zwalic winne na innych. To takie typowe polskie tlumacznie: chcielismy dobrze, ale inni nam nie pozwolili.
Wspomniales o zaborach, pamiętaj o tym, że do Ameryki zawsze wyjezdzala najbiedniejsza warstwa, chlopi, którzy nie mogli się wyzywic we wlasnej ojczyźnie. Biedni, tzn. także niewyksztalceni. Oni przyjechali tutaj za praca, za chlebem, poza tym musisz pamiętać, że przyjechalismy do kraju, w którym rzadzili Niemcy do spólki z Anglikami, którym przewodzili najwybitniejsi synowie Izraela. Slowianie a Polacy to Slowianie, nigdy w Ameryce nie liczyli się tak jak Zachodnioeuropejczycy. Nawet Żydzi ze Wschodu, tj. Polski czy Rosji, byli dyskryminowali przez caly XIX w. przez swoich braci z Zachodu. Czy myslisz, że ci ubodzy, niewyksztalceni, przestraszeni chlopi potrzebowali kultury? Kosciól im w zupelności wystarczal, wiec budowali koscioly, klócac się miedzy soba, robiac sobie na zlosc, a ten co troche się wybil zaraz był niszczony, albo wypieral się polskosci. Przeczytaj dzienniki podrózy Sienkiewicza o Polakach w Chicago, albo prase polonijna z poczatku XX wieku, tam zobaczysz, tak wygladalo polskie pieklo w Ameryce. Slowem mamy wielkie tradycje burzenia, a nie budowania. Historia naszej głupoty antykulturalnej jest bardzo dobrze udukomentowana w prasie polonijnej sprzed stu lat, wystarczy tylko do niej siegnac.Tacy bylismy i tacy jestesmy, nasz wstret do kultury, do pomocy twórcom jest stary jak polskosc, potrafimy swietnie na siebie pluc, to nasza specjalność narodowa. Teraz mozesz domyslec się dlaczego były rozbiory, sami swoim sasiadom ofiarowalismy swoje uslugi, aby nas bronili przed innymi Polakami.
Czy w stolicy Polonii świata jest polska kultura? Czy polskie Chicago istnieje na mapie kulturalnej Polonii?
Przez dziesiec minut probuje ci na te pytania odpowiedzieć, ale ty wciaż o to samo mnie pytasz. Odpowiem krótko: Nie. W Chicago nie ma ani polonijnej kultury, ani polskiej kultury, poza tym Chicago nie jest stolica Polonii świata w moim przekonaniu, nawet nie jest miastem powiatowym Polonii świata, bo to wszystko co tutaj się dzieje jest na poziomie gminy. Przy okazji dodam, że w Nowym Jorku jest jeszcze gorzej. Polacy wracajacy z Nowego Jorku do Chicago są oczarowani polskoscia w naszym miescie, bo tam jest dosłownie pustynia polskosci. Ale, zeby byc sprawiedliwym trzeba także powiedzieć, że w Chicago istnieje kultura przez malutkie k, jest to kulura chlopska na poziomie klubów, zwiazków, stowarzyszen, pikników, klubów nocnych i muzyków grajacych do butelki z piwem. Sa też pisma w języku polskim na poziomie piwnicy, chóry przykoscielne, parafialne, kólka regionalne, są też organizacje, w których praktycznie się nic nie dzieje, programy radiowe i telewizyjne dretwe, z dzialalności których nic nie wynika, ale one zostaly powolane dla reklam, a nie dla sluchaczy. O tym musimy przez caly czas pamiętać. (O tym już kilka razy w tym wywiadzie wspominalem.) Cos się dzieje, ale mnie to zupelnie niezadawala, dlatego o tym mówie otwarcie. Wiem, że wiele osób w ogóle nie wie o czym mówie, do nich twoja gazeta nigdy nie dotrze, w szczególności ci, których nigdy nie zobaczysz na zadnej imprezie polonijnej to sa. adwakaci, lekarze, itd. Dla nich istnieje tylko materia, świat ducha jest martwy. Obraza się ci, co staraja się coś robic, ci, co nic nie robia, nic nie wiedza on nas.
Zgadzam się z toba, że ludzie, którzy przyjechali tutaj w okresie zaborów prezentowali okreslony poziom intelekturalny i kulturalny. Nie moge jednak zgodzic się z tym, że jest tak nadal. Po roku 1981 przyjechala emigracja ludzi wyksztalconych, wychowanych na kulturze, lubiacych kina, teatry dobra książke, plyte, poezje, etc.
Przeciez ja tylko o nich przez caly czas mówie, mówie o mojej emigracji, o tej fali, która tutaj przybyła po roku 1981. Brak jest dokladnych danych, ale po roku 1980 wyjechalo z Polski około pól miliona ludzi mniej lub bardziej wyksztalconych. Gdzie oni są w Chicago? Dlaczego się ukrywaja? Co stalo się z ich wyksztalceniem, z ich dyplomami uniwersyteckimi, umilowaniem do kultury, dlaczego nie uczestnia w życiu kulturalnym Polonii? Dlaczego o nich się nie mówi, pisze, dlaczego oni nie istnieja w polonijnych mass mediach jako twórczy polonijni? Gdzie są ich teatry, kina, filmy, książki, pisma, obrazy, galerie, kawiarnie literackie, kluby dziennikarzy, poetów, aktorów, etc. Po prostu nie ma ich, co może byc dowodem na to, tak naprawde nigdy ich nie było. Byli ale ich nie było. Oni skonczyli się wraz z komuna, o ich zywotnośći, potrzebach kulturalnych dopiero teraz możemy powiedzieć. O tym przez caly czas mówie, obecnie pokolenie Polaków na emigracji w sumie niczym szczególnym nie odróznia się od tych sprzed stu lat. Powiem nawet wiecej tamci choć nie pismiennie, to budowali koscioly, walczyli o ojczyźne, zakladali wlasne organizacje, tworzyli chlopska kulture. Obecne pokolenie to pokolenie ludzi chytrych i głupich, którzy na kultura nie dadza jednego centa. Starzy mieli warstwe inteligencji, bo obecni lekarze, adwakaci, dentysci, wlasciciele biur podrózy, handlarze domów, etc, to nawet nie są na poziomie intelektualnym przedwojennego chlopa. Tamten wiele rzeczy rozumial, ci natomiast nic nie rozumia nic ich nie obchodzi, itd., szkoda slów. Poza tym Polonia od kilku dziesiecioleci cierpi na brak z prawdziwego zdarzenia przywódce, czy osobowosc, kogos z kregoslupem, kogos, komu można zaufac na tyle aby zanim pójsc. Taki przywódca musi miec plany, musi umiec podejmować decyzje, musi budować polskosc od podstaw. Kultura jest ważniejsza od polityki, trzeba to z rozumiec, aby rzadzic. Nikogo nie mamy aby naprawde zajal się nasza kultura, i to jest tragedia. Zmienily się czasy, okolicznośći, podobne lecz inne są cele. Wydawca pisma, wlasciciel biznesu powinni byc częśćia polskosci w Ameryce, a nie czynic laske, że w ogóle chcą z rodakiem rozmawiac. Ale poza mna nikt tego chyba nie rozumie, albo nikogo to nie interesuje czy obchodzi.
Duzo ludzi po przeczytaniu tego wywiadu może na ciebie się obrazic. Czy zastanawiales się nad tym. Pamietajmy o tym, że w Chicago jest polski konsulat i pani konsul od spraw kulturalnych. Jest jeszcze ojczyzna, która na nas patrzy i nas podziwia za nasza dzialalność, słowem Polonia nie jest skazana tylko na siebie sama, jest wolna Polska, która przez tyle dziesiecioleci Polonia świata walczyla. Z Chicago przez konsulat plynie wielki strumien dolarów do Polski i jakis tam maly procent móglby wrócic tutaj w celu wykorzystania go na promocje Polski, Polaków, Polonii, w Ameryce.
Mysle odwrotnie wielu rodaków ucieszy się po przeczytaniu tego artykulu i powie wreszcie ktos powiedzil prawde. Gorzka to prawda, ale prawda. Jest to moja prawda. Ale wiele osób mysli w ten sposób co ja, ale nie maja okazji do wypowiedzenia sie. Nie wiedza z kim na ten temat, komu się wyzalic. Natomiast piekny pomysl z pomoca kulturalna konsulatów Polonii amerykańskiej, ale jest to utopia, Polska szybko tego nie zrobi, chyba nikt o tym w MSZ, tym jeszcze nie myslal. Czy myslisz, że w Warszawie są madrzejsi Polacy od tych tutaj w Chicago? Oni mysla o Polonii w szczególny sposób, zobacz prase polska w ogóle Polonia w niej nie istnieje. Polska jest biedna, nie ma pieniędzy na kulture, zreszta jest to pytanie bardziej do pani konsul Krystyny Wolkonskiej niż do mnie. Spróbuj o tym poroznawiac nawet z ambasadorem polskim w Waszyngtonie. Zobaczysz jak pieknie ci wytlumacza, dlaczego nie ma pieniędzy na promocje polskosci w Ameryce. Poza tym oni nie zajmują się kultura polonijna tylko polska, bo oni uwazaja Polaków tutaj mieszkajacych za Polonie, która w ich zalozeniach nie może byc kultura polska. Mam nadzieje, że się nie myle, (chociaż chcialbym się mylic) wiele mam dowodów na to, że tak jest. Oni naprawde w Ameryce niewiele moga zrobic na polu kultury w szczególności. Nie są przygotowani do dzialalności wsród Amerykanów, przeważnie są to zwykli urzednicy, ludzie z tytulem uniwersyteckim, byli profesorowie czy wykladowcy, reprezentanci tego czy tamtego ugrupowania politycznego, takiej czy innej frakcyji czy obcji, którzy nie nadaja się do pracy w srodowisku polonijnym i amerykańskim. Tutaj potrzeba ludzi z wielka wyobraznia, z sila przebicia, wielkich indywidualności potrafiacych przekonac tutajsze srodowisko co siebie I tego co chcą zrobic. Wiedza czy roztropność akademicka niewiele pomoze, życie to in sala wykladowa.Te dziesiec lat od obrad okraglego stolu udowodnilo, że osiagniecia na polu kultury są zerowe, wciaż ugor, może już nie pustynia, ale ugor. Nawet nie most, ale pomost pomiedzy Polonia a krajem nie zostal wybudowany. Urzednicy tutaj wydelogowani w większosci przypadków nigdy w Ameryce nie byli, nie znaja mentalności amerykańskiej, ani polonijnej, tym bradziej nic nie wiedzia o psychice emigranta. Sami nie potrafia sobie odpowiedzieć czym jest polskosc w Ameryce? Co znaczy byc Polakiem w Ameryce? Gdzie się mieli tego nauczyc? Kto mial im o tym powiedzieć? Dyplomata zostaje się przez dlugie lata, politykiem w zaleznośći od wiatru. Trudno jest ich za to winic, własciwie nie ma winnych, na nikogo nie można wskazać palcem, ale na naszych oczach umiera polskosc w Ameryce, pomimo tego sztucznego bumu kulturalnego z poczatku lat dziewiecdziesiatych w Chicago.
Duzo mówisz o kulturze polonijnej, ale czy ona jest częśćia kultury polskiej, czy nie? Poza tym wydaje mi się że przesadzasz z tym umieraniem polskosci w Ameryce.
Jest tylko jedna kultura polska i nie ma zadnych innych podzialów, poza tym, że twórcy polscy mieszkaja czy zyja w Krakowie, Warszawie, Londynie, Mediolanie, Chicago, etc. Ministerstwo Kultury w Polsce daje jakies pieniądze na kulture w kraju, sponsoruje pisma literackie, filmy, książki, a nie jak do tej pory nie slyszalem, aby tutaj w Ameryce ktos coś od nich otrzymal. Ministerstwo Kultury sprawia wrazenie, że poza kilkoma grupami wzajemnej adoracji nic się in dzieje. Wyobraz sobie zdziwienie pani minister kultury, gdyby dowiedziala sie, że poza granicami Polski są też Polacy tworzacy kulture polska. Powiem wiecej Polonie w ojczyźnie uwaza się na ludzi drugiej czy nawet trzeciej kategorii. Nie istnieje wiez ojczyźny z rodakami, i to dzieki Walesie, który jako pierwszy prezydent wolnej Polski przekreślil te wiezi, ale mnie to nie dziwi, bo jak już powiedzialem Polacy tacy są jaka maja kulture, emigracja też taka jest jaka ma kulture. A jaka ona jest każdy widzi. Nie chodzi o to, aby każdy sklepikarz, czy wlasciciel zakladu naprawszego samochodów, firmy budowlanej, czy sprzatajacej dal raz na miesiac dolara na rozwój kultury, nie mówiac już wielokrotnie przeze mnie wymieniani lekarze, adwakaci, itd. Sami musimy budować, sami musimy stwarza zainteresowanie na nasza kulture, pokazywac jej piekno innych. Zycie wielokrotnie pokazalo, że organizacje polonijne ani konsulaty tego za nas nie zrobia. Te instytucje same potrzebuja pomocy od nas. Mam uczucie, że instytucje te zostaly powolane do istnienia a nie do dzialania. Do tego potrzebne są bogate firmy, które moga zainwestować w Polonie, po to aby na niej zarobic. Tutaj w Ameryce nikt nie mysli o inwestucje w polska kulture, uwazajac, że na kulturze się nie zarobi. Wiem, że inne grupy etniczne doskonale na swojej kulturze zarabiaja, i to grube miliony dolarów. Bez pieniądza nie ma kultury. Nie proponuje zakladania kulturalnych organizacji, które by się tym zajely, ale apeluje do sumien wszystkich Polaków, aby sprawy kultury nie były im obojetne, aby tego kilka zielonych wyjeli gdy przyjdzie do nich po prosbie malarz, filmowiec, poeta, rzezbiarz, muzyk, aby pisma polonijne nie były dla "piwnic", ale także od czasu do czasu "zawyzaly poziom swoich czytelników". Co do smierci kultury polonijnej to ona dawno już umarla, nawet przed smiercia Ref - Rena i jego teatrem, teraz tylko duch jej od czasu do czasu straszy, takie mam wrazenie, że tylko mnie, ale chcialbym się mylić.
Dziekuję za rozmowę.
Krzysztof Kij.
B
Bajkowski Andrzej
Białasiewicz Wojciech
Biełobradek Joanna
Bielski Marcin
Bukowska Zofia
C
Chałko Zbigniew
Chrzanowski Tadeusz
D
Dudziński Andrzej
Dusza Edward
Dworak Stanisław
G
Godlewski Stefan J.
Gogiel Leonard
Gordon Marek
H
Handybór Halina
Hebal Ferdynand
I
J
Jakubowski Darek i Waldek
Janicka Elzbieta
Jankowska Anna
Jaroszek Stanisław
K
Kaluza Barbara
Kajkowska Irena
Kajkowski Aleksander
Kolodziej Beata
Kochman-Garbalińska Stanisława
Kocon Waldemar
Konarski Feliks
Konieczka Leon
Koszyca Kazimierz
Kulka Andrzej
L
Leszczyńska S.T.
Lizakowski Adam
M
Mazur Józwiak Aleksandra
Mierzynska Zofia
Moneta Kazimierz
Mroczkowski Jerzy
Mucha Bogdan R.
N
O
Ochman Barbara
Ozarowski Filip
P
Panasiuk Wladyslaw
Podjabloniecki Wit
R
Ritter Zofia
Rogalski Andrzej
Ryba Marian
S
Sierzega Aneta
Skupień Jan
Sobiech Kazimierz
Sowicz Bozena
Sygitowicz Grażyna
T
Tempski Esden Stanisław
Tworkowski Alfred
U
Urbanek Helena
Ustaworowicz Bogusław S.
W
Walkuski Eugeniusz
Warchal Arnold
Wiśnicki Adrian
Wierzewski Wojciech A.
Willow Kristine
Wróbel Elżbieta i Janusz
Wydro Michał
Z
