Nie ruszam Prezesa!

Z cyklu "Uśmiechnij się, jutro będzie gorzej"

Jacek Kozak

Przychodzi Baba do Felietonisty i nawija:

- Docent do mnie dzwonił. Pan zna Docenta? Nie? Jak to? Taki kulturalny...
- Docent też kulturalny, na poziomie człowiek. I dobrze poinformowany.
- Wie Pan, podobno Prezes i Wiceprezesowa razem na Wyspy Bergamuty polecieli.

Nastawiłem ucha. Zawsze lubię słuchać nowinek z życia Polsko-Koreańskiego Towarzystwa Wzajemnej Adoracji. Mam szacunek dla tej organizacji i słabość do jej co bardziej znamienitych członków. Ciekawi ludzie. Jak na przykład Sam Prezes. Jeszcze kilka lat temu nikt by za niego złamanego grosza nie dał. Jakiś taki dziwny się nam wszystkim wydawał, mało bystry, niezbyt kulturalny. A teraz, patrzcie Państwo, Prezes! Wprawdze tylko skromnej tymczasem organizacji o dzwięcznym skrócie PoKoTWA, ale zawsze Prezes.

Albo taki na przykad wiceprezes. Wręcz - przeciwieństwo Prezesa. Wszyscy go znali. Wszyscy go lubili. Niektórzy lubią go do dzisiaj. Zawsze aż ział kulturą na odleglość. W dzień i w nocy. A jaki wszechstronny... A jaki elegancki... A szarmancki... Wiceprezesowa takoż. I głowa tęga i postać... nic dodać, nic podzielić. Szampańska kobieta. No i proszę spojrzeć, Drodzy Panstwo, co się nawyprawiało! Ano, właśnie - co?

Dlaczego mnie, ambitnego i zarozumiałego felietonistę ma obchodzić życie prywatne Prezesa, Prezesowej, Wiceprezesowej i sterty prezesowo-wiceprezesowych dzieciątek? Jakie znaczenie wobec wieczności ma związek Prezesa z Wiceprezesową, czy Wiceprezesa z Prezesową. Albo Prezesiątka z prezesiątkiem - wszystko jedno? Dlaczego ja mam sobie zaprzątać głowę problemem co teraz Wiceprezes Prezesowi zrobi, albo nie zrobi? Co Prezesowa na to? A może tak teraz Prezesowa z Wiceprezesem... Lubimy plotki i ploteczki. Najlepiej, gdy nie o nas samych, ale o kimś bardzo blisko. Uwielbiamy nurzać się w soczystych szczegółach, roztrząsać pikantne źdźbła znalezione przy naszej krętej i zakurzonej codziennej drodze życia. Weselej nam się robi, gdy możemy sobie wyobrazić jak to Prezes z Wiceprezesem...

Po pierwsze, to ja bardzo proszę, by nie oczekiwać ode mnie takich rozwązań. Co ja myślę o całej prezesurze Najgłówniejszego Zarządu PoKoTWA nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ani dla PoKoTW-y, ani dla prezesów, ani dla czytelników moich felietonów. Moje zdanie jest moim zdaniem i nikt nie musi mojego zdania w jakichkolwiek okolicznościach brać pod uwagę. Każdy może (ba: powinien!) wyrobić sobie własne zdanie i przy nim obstawać nawet jeśli się z nim nie zgadza. A od mojego wara: sam je sobie wyrobiłem, krwawym trudem, i z nikim się nie podzielę. Taki już jestem.

Po drugie - to ja bardzo proszę zostawić państwa prezesostwa-wiceprezesostwa (szlag by ich trafił z tymi tytułami!) w spokoju. Sami sobie narobili bigosu, niech go sobie sami wypiją. I proszę zając się własnym życiem. Cudzymi sprawami sercowo-łóżkowymi zajmujemy się - my, małe smutne ludziki - z braku własnego życia. Nie stać nas na wyrwanie nikomu żony i wyjazd z nią na Wyspy Bergamuty. Nie stać nas nawet na to, by wyrwanej żonie powiedzieć na drogę:

- Wszystkiego najlepszego, kochana! - I dodać po cichu:
- Niech się teraz on z tobą męczy.

Mnie też. Coż więc ja mogę Państwu w tej sprawie sfelietonizować?

A teraz bedzie Post Scriptum, czyli po naszemu: "na przywieszkę".

Podobno Sąsiadowi nie podobał się mój debiutancki na tych łamach felieton o patriotyzmie i "fachowcach". Podobno oburzyła Sąsiada moja mało patriotyczna postawa. Podobno - ale to plotka chyba - Sąsiad przeczytał mój felieton prawie do końca, lecz za to zwracając uwagę tylko na jedno i dwusylabowe słowa. Co, oczywiście, znakomicie utrudniło mu zrozumienie czegokolwiek z tego trudnego i zawiłego tekstu. Tym razem więc wyjaśniam wyraźnie i zdecydowanie:

NIE WTRĄCAM SIĘ DO SPRAW SZLACHETNEJ ORGANIZACJI I JEJ CZŁONKÓW.
I prosze mi tym razem sprawą sądową nie grozić. Znowu nie przestraszę się.


indeks - Ameryka