
Fragment książki "Życie codzienne polskich zesłańców w ZSRR w latach 1940-1946." Studia, pod redakcją Stanisława Ciesielskiego, Wrocław 1997, s.208-229.
Warunki pobytu na zesłaniu powodowały katastrofalne pogarszanie się stanu zdrowia Polaków deportowanych w głąb ZSRR.
Już w trakcie podróży do miejsc przymusowego osiedlenia wiele osób zapadało na różne choroby, zanotowano też liczne przypadki zgonów. Według szacunkowych danych polskiego Ministerstwa Informacji i Dokumentacji, śmiertelność w trakcie transportu miała być bardzo wysoka i sięgać 10 % populacji deportowanych. Brakuje jednak źródłowych przesłanek do weryfikacji tych ocen. Informacje zawarte w relacjach samych deportowanych, choć nie mogą stanowić wystarczającej podstawy obliczeń, nakazują dużą ostrożność przy formułowaniu ogólniejszych wniosków. Bardzo często pamiętnikarze wspominają o wysokiej śmiertelności w czasie podróży na zesłanie, wskazują na usuwanie zwłok w czasie jazdy lub postojów, jednak stosunkowo rzadko podają konkretne liczby zgonów i nazwiska zmarłych osób w wagonie, w którym oni sami jechali. Tymczasem gdyby przyjąć podany wyżej wskaźnik śmiertelności, to - nawet przy zalecanej przez instrukcje deportacyjne ilości osób w wagonie - przeciętnie w każdym z nich musiało dojść do 2-3 wypadków śmiertelnych. Ponieważ jednak rzeczywiste zagęszczenie było najczęściej znacznie większe, przeto liczba zgonów w statystycznym wagonie winna sięgać 4-5. Jest to wielkość strat, która musiałaby silnie utrwalić się w pamięci zesłańców, bowiem każdy z nich powinien był teoretycznie zetknąć się osobiście przynajmniej z kilkoma przypadkami śmierci, co więcej - co 2-3 rodzina musiałaby utracić kogoś już w trakcie podróży. Tymczasem informacje o takiej skali śmiertelności w odniesieniu do jednego wagonu nie są spotykane. Częstokroć byli Sybiracy ograniczają się do ogólnych stwierdzeń o tym zjawisku, a konkretnie wskazują tylko na pojedyncze przypadki.
Gdy zaś postawieni są wobec jasno sformułowanego pytania o ilość zgonów w ich wagonie, relatywnie najczęściej pada odpowiedź, że takowych w ogóle nie było lub że był jeden, rzadziej dwa. Natomiast częściej skłonni są twierdzić, że np. "zdarzały się, ale nie w naszym wagonie" lub "w naszym wagonie nikt nie zmarł, ale słyszałam, że ktoś umarł, to go zabrali na stacji, więcej nic mi nie wiadomo", ewentualnie "w wagonie nie było przypadków śmierci, ale słyszało się, będąc już na miejscu, że w innych wagonach tak". Pewna część podawanych w relacjach informacji o zgonach pochodzi z drugiej ręki, a zatem istnieje niebezpieczeństwo zwielokrotniania liczby przypadków śmierci w transporcie przez powtarzanie wiadomości o nich. Potwierdzeniem takiego sądu może być analiza 100 ankiet, przechowywanych w PDiIN Uniwersytetu Wrocławskiego. Po wyłączeniu powtarzających się ankiet dotyczących tego samego wagonu, a następnie sprawdzeniu odpowiedzi na pytanie o śmiertelności w transporcie, okazuje się, że na 100 osób tylko 13 odpowiedziało, że w ich wagonie ktoś zmarł w trakcie podróży. 1 osoba podała dokładne nazwisko i okoliczności śmierci jednej osoby z sąsiedniego wagonu. 37 osób odpowiedziało konkretnie, że w ich wagonie przypadków śmierci nie było. Ostatnie 49 ankiet, w rubryce poświęconej śmiertelności w trakcie transportu zawierało odpowiedź "nie wiem" lub pytanie to pozostawiono bez odpowiedzi. Natomiast równocześnie w 45 ankietach, obok odpowiedzi dotyczącej własnego wagonu podano, że "słyszałem o zgonach w innych wagonach" lub "w innych wagonach umierali". W przeanalizowanych ankietach, znalazły się dokładne informacje o śmierci łącznie 19 osób w 14 wagonach spośród 100, którymi jechali ankietowani Wiadomości o wydarzeniach w czasie podróży, w tym i zgonach, zesłańcy uzyskiwali także będąc już na zesłaniu, gdy spotykali się z bezpośrednimi świadkami takich wydarzeń. sposób można też wytłumaczyć, skąd w relacjach tak wiele dość pełnych informacji o tym, co się działo poza własnym wagonem, gdy jednocześnie prawie zawsze jest w nich mowa o stale zamkniętych drzwiach wagonu, o zakratowanym, małym okienku, gdzieś pod sufitem wagonu, przez które trudno było coś zobaczyć. Ciężkie warunki transportu a następnie bytowania na zesłaniu sprzyjały kreowaniu wspomnień oddających nie tyle faktyczne wydarzenia, ile charakteryzujących atmosferę tamtych czasów. Ilustruje to wypowiedź jednego z zesłańców, który wspomina, że "były duże ofiary śmiertelne w transporcie, które po prostu wyrzucano z wagonów w otwartym polu lub w lesie, bez grzebania, nawet zwierzęta nie miały co ogryzać, bo to już były kościotrupy". Obraz tak daleko posuniętego wycieńczenia organizmów, nawet w przypadku trzech czy więcej tygodni podróży, jest z pewnością przerysowany i stanowi raczej odbicie nastrojów zesłańców, nie zaś opis faktów. Oczywiście nie wyklucza to konkretnych sytuacji, wagonów i transportów, w których istotnie znaczny był odsetek zmarłych. Zestawienie danych NKWD o liczbie wysiedlonych i o liczbie zesłańców w miejscach przymusowego osiedlenia w określonym terminie także sugerują znacznie mniejszą liczbę zgonów w podróży, niż wynikało to z szacunków polskich. Jeśli przyjąć, że wysiedlono ok. 143 tys. tzw. osadników, a w końcu I kwartału 1940 r. na zesłaniu było ich ok.139,5 tys., to śmiertelność w podróży i w ciągu pierwszych miesięcy zesłania sięgałaby 2,5 %, zatem w samym transporcie musiała być jeszcze niższa. Niepełny i nieprecyzyjny charakter danych wyjściowych czyni to wyliczenie jednak tylko przybliżonym. W sumie trudno określić, jak wielkie były straty deportowanych w trakcie przejazdu do miejsc zesłania, wydaje się wszelako, że były jednak wyraźnie niższe niż pierwotnie oceniała strona polska.
Przyczyn gwałtownego zapadania na zdrowiu i śmierci zesłańców podczas transportu było kilka. Poważne znaczenie miały warunki klimatyczne, zwłaszcza w trakcie pierwszej, ale w dużym stopniu także drugiej deportacji. Kilkudziesięciostopniowy mróz przy wysoce niedostatecznym ogrzewaniu wagonów powodował, że wiele osób przemarzało lub przynajmniej przeziębiało się. Sytuacja taka powodowała w konsekwencji nawet zgony, które najbardziej dotknęły najmniej odpornych, a więc niemowlęta, małe dzieci, starców i osoby już chore w momencie wysiedlania. Drugi zasadniczy powód zgonów to wycieńczenie organizmów i choroby przewodu pokarmowego na skutek niedożywienia lub niewłaściwego żywienia w trwającej kilka tygodni podróży. Stłoczenie wielu osób w słabo wentylowanych wagonach, niemożliwość odbywania elementarnych zabiegów higienicznych i stały kontakt z prymitywną ubikacją to nieuniknione źródła chorób zakaźnych, mogących prowadzić do zgonów wobec braku pomocy medycznej. Plagą zesłańców już w czasie jazdy stały się świerzb czy wszawica. Za nietypowy czynnik należy uznać przypadki bombardowań eszelonów z deportowanymi w trakcie wywózki w czerwcu 1941 r., kiedy w okolicach Mińska zginąć miało pod bombami 10-13 % osób wywożonych zaatakowanymi pociągami, a 12-15 % odniosło rany.
Na ogół zesłańcy dojeżdżali do celu pół żywi, skrajnie wyczerpani, często chorzy. Tak opisała ich stan jedna z deportowanych: "Dojechaliśmy na miejsce po trzech miesiącach. Wszyscy byli bardzo wychudzeni, przeziębieni, zawszeni. Wszyscy mieli świerzb". Wśród przybyłych na zesłanie znajdowali się także chorzy psychicznie, inwalidzi, w tym nawet sparaliżowani, a więc ludzie wymagający troskliwej opieki medycznej i właściwych warunków bytu, których - rzecz prosta - w zesłańczych osadach trudno było oczekiwać.
Po dotarciu na miejsce osiedlenia zesłańców na ogół kierowano do przydzielonych im kwater lub - w przypadku części deportowanych w kwietniu 1940 r. - nakazywano samodzielne znalezienie mieszkań. Zdarzało się wszelako, że po przyjeździe wysyłano zesłańców do kąpieli, ich ubrania poddawano dezynfekcji, a następnie dokonywano badań lekarskich. Miejscowe władze winny przygotować się na przyjęcie zesłańców także pod względem opieki medycznej. Np. w Komi ASRR zastępca przewodniczącego republikańskiej Rady Komisarzy Ludowych 4 stycznia 1940 r. skierował do przewodniczących rejonowych komitetów wykonawczych pismo w sprawie przyjęcia osób przesiedlonych, w którym polecał udzielić pomocy wydziałom zdrowia w organizowaniu punktów pomocy medycznej i punktów dezynfekcji. 6 lipca 1940 r. zostało wydane zarządzenie Rady Komisarzy Ludowych Rosyjskiej FSRR o obsłudze medycznej oraz o otwarciu szkół i żłobków w specjalnych osiedlach, w których mieszkali polscy zesłańcy. Zgodnie z nim na obszarze Komi ASRR miało powstać dodatkowo w miejscach osiedlenia Polaków 15 punktów felczerskich i felczersko-akuszerskich punktów oraz 2 placówki lecznicze. 30 stycznia 1941 Ludowy Komisariat Ochrony Zdrowia Rosyjskiej FSRR wydał instrukcję regulującą całokształt problematyki organizacji obsługi medycznej i sanitarnej specjalnych przesiedleńców. Od momentu przybycia eszelonu deportacyjnego na miejsce przeznaczenia wyznaczony lekarz miał objąć opiekę nad przywiezionymi nim ludźmi i wespół z personelem medycznym transportu dokonać przeglądu zesłańców, spowodować hospitalizację zakaźnie chorych oraz zorganizować sanobrabotkę przybyłych, czyli ich kąpiel i dezynfekcję. W każdym specjalnym osiedlu liczącym ponad 500 osób nakazywano zorganizowanie odpowiednio wyposażonego i zaopatrzonego punktu felczerskiego. W wypadku, gdy najbliższy punkt lekarski czy felczerski znajdował się w odległości większej niż 5-10 km (w zależności od warunków terenowych i komunikacyjnych), takie punkty należało też organizować w osiedlach liczących mniej niż 500 mieszkańców. W punktach tych winny znajdować się izolatki dla 2-3 osób, przeznaczone do czasowego pobytu zakaźnie chorych do momentu przetransportowania ich na szpitalny oddział zakaźny. Punkty felczerskie miały być wyposażone w aparaturę i środki do dezynfekcji, a w miarę możliwości także w komory dezynfekcyjne do odwszania odzieży. Na personel medyczny nakładano obowiązek dokonywania systematycznych wizytacji kwater zesłańców w celu wykrywania ewentualnych chorych oraz sprawdzania stanu sanitarnego pomieszczeń. W razie stwierdzenia choroby zakaźnej zainfekowanego miano natychmiast izolować w pomieszczeniu punktu felczerskiego, a jego mieszkanie oraz stykających się z nim ludzi poddawać dezynfekcji. W zarządzeniu przewidywano sposób postępowania na wypadek pojawienia się ognisk epidemicznych, określano minimalny zapas surowic itd. Odpowiedzialny za stan zdrowia zesłańców był rejonowy inspektor sanitarny. Winien on sprawdzać warunki sanitarne w miejscach zakwaterowania specjalnych osiedleńców, w tym egzekwować od administracji przedsiębiorstw przydzielenia każdemu zesłańcowi 3 m2 powierzchni mieszkalnej, kontrolować zdatność wody do picia, zapewnić ludziom regularny dostęp do łaźni, kontrolować stan sanitarny stołówek i innych obiektów związanych z produkcją i przechowywaniem żywności, a także sprawdzać jakość samej żywności. W wypadku naruszania tych postanowień przez poszczególne, odpowiedzialne jednostki administracyjne, inspektor powinien pociągnąć ich pracowników do odpowiedzialności. Relacje zesłańców oraz niektóre radzieckie materiały sprawozdawcze świadczą, że i w tym wypadku wiele z tych zaleceń i instrukcji pozostało na papierze.
Zasadnicze znaczenie dla stanu zdrowotnego zesłańców miały niezwykle ciężkie warunki bytowania. Z sanitarnego punktu widzenia poważnym zagrożeniem zarówno na północy, jak i na południu, była plaga różnego rodzaju insektów. "Latem było najgorsze to, że była niesamowita ilość komarów i muszek. Wstawaliśmy rano po nocy i nie poznawaliśmy siebie, tak byliśmy pogryzieni. Najmniejszy skrawek nieosłoniętego ciała był pocięty. W nocy też nie można było zasnąć, bo strasznie dokuczały pluskwy. [...] Gryzły tak piekąco, że ja w ogóle nie mogłam spać. Człowiek się robił strasznie nerwowy". Inny zesłaniec pracujący przy spławie drewna nad Irtyszem wspomina: "Tutaj przyszły komarom z ustokrotnioną pomocą czarne muszki. Przed nimi nie było ratunku. Właziły do nosa, ust, uszu i oczu. One nie żądliły jak komary, a gryzły po prostu jak drapieżne zwierzątka, aż lała się krew. Byłem przemęczony do ostateczności, pogryziony, opuchnięty". Wywołany przez ukąszenia insektów świąd skóry był bardzo uciążliwy: przeszkadzał w odpoczynku, utrudniał sen, powodował wreszcie stany irytacji. Szczególnie dotkliwie ataki różnych insektów i pasożytów odczuwały dzieci. Znacznie poważniejsze były jednak inne konsekwencje świądu. Drapanie miejsc ukąszenia prowadziło do uszkodzeń skóry, które w tragicznych warunkach higienicznych, przy braku środków dezynfekcyjnych, a nawet zwykłego mydła i przy panującym wszechwładnie brudzie, bardzo często stawały się zaczynem stanów zapalnych i ropnych. Skaleczenia i stany ropne przyciągały owady i insekty ze zdwojoną siłą. Stanowiło to dalszą udrękę, również psychiczną, i tak już zmaltretowanego zesłańca. "Były chwile kiedy zazdrościłam umarłym" - pisze jedna z Sybiraczek. - "Gdy z głodu dostawałam skurczów żołądka, a te ropniaki na nogach i rękach bolały i powstawały następne i następne, a przebrzydłe owady pastwiły się i pasły się ropą i moją krwią, ja nie miałam już siły odpędzać je, wtedy myślałam o śmierci jako o wybawieniu. Nie bałam się,
raczej ją przyzywałam - niech się raz to wszystko skończy. Dziury nie będzie ani w niebie, ani na ziemi, a ja będę miała święty spokój".
Szczególnie niebezpieczne dla zdrowia były wszy. ródłem tej plagi był brak możliwości utrzymania właściwej higieny ciała i odzieży. Zesłańcy zetknęli się z tym problemem już w eszelonach, zaś w miejscach zesłania nie było pod tym względem lepiej, a wprost przeciwnie. Większość zesłańców trafiała w środowiska, gdzie wszawica była zjawiskiem rozpowszechnionym, stanowiącym niejako naturalny składnik życia. Powszechny był brak mydła i środków do prania, w wielu miejscach brakowało nawet wody. Stosowano rozmaite metody walki z zagrożeniem. Podstawowym działaniem było pozbywanie się owłosienia jako naturalnego miejsca gnieżdżenia się wszy. Znikały więc brody wśród zesłańców i pojawiały się charakterystyczne wystrzyżone głowy, kobiety starały się bardzo gęstymi grzebieniami usuwać insekty. Dla skutecznej obrony przed wszawicą trzeba było jeszcze dbać o ubranie i bieliznę osobistą oraz pościel. W niektórych miejscach pobytu zesłańców można było oddawać odzież do odwszenia w specjalnych urządzeniach, woszobojkach, często zlokalizowanych przy łaźniach publicznych, placówkach służby zdrowia itp. Pod nazwą woszobojki kryła się często prymitywna komora dezynsekcyjna w postaci metalowej szafy lub beczki, w której odzież poddawano działaniu wysokiej temperatury, ogrzewając owo "urządzenie" otwartym ogniem. Przy złej, nieuważnej i niefrasobliwej obsłudze prowadziło to niezwykle często do uszkodzenia, a nawet całkowitego zniszczenia odzieży. Nie wszystko zresztą w ogóle można było poddawać tego rodzaju procedurze. Rzadziej zesłańcy spotykali się z dezynsekcją i dezynfekcją odzieży za pomocą gorącej pary. Domowym sposobem walki z wszawicą było możliwie częste prasowanie bielizny całej rodziny, zimą wykładanie odzieży na działanie mrozu, a latem - słońca. Starano się możliwie często bieliznę gotować, ale nie zawsze było to możliwe z uwagi na brak wody i opału. Powszechnie się iskano, co stawało się nawet swoistym rytuałem. "Na wszy, jak się współcześnie mówi, Ťnie było mocnychť. Żadne wyiskiwanie gnid, wygotowywanie bielizny czy prasowanie kantów i wszelkich załamań, szwów - miejsc, gdzie się one gnieżdżą, nie uwalniało nas dłużej jak na kilka godzin. One po prostu tam były. Na podłodze, na ścianach, na ławce, może i na suficie. Wydaje się, że jedynie powietrze i woda były wolne od tej zmory". Podobne stwierdzenia znajdujemy i w innych relacjach: "[...] nieodłącznymi towarzyszkami były wszy. Były w głowie i na wzgórku łonowym, w bieliźnie i ubraniu, w skarpetach, onucach i walonkach, w słomie, na której spaliśmy. W kołdrach i kocach, w kożuchach; słowem wszędzie. Były też u wszystkich, z którymi się kontaktowaliśmy". "Wszy były straszną plagą. Wystarczyło gdzieś usiąść w domu, a już były. Rzucały się zaciekle na każdą nową osobę, która się pojawiła".
Wszy były przyczyną szczególnie niebezpiecznej choroby epidemicznej - tyfusu plamistego. Tyfus towarzyszył zesłańcom od początku pobytu w głębi ZSRR. Już latem 1940 r. wystąpiły pierwsze ogniska epidemiczne, głównie na północy: w obwodach nowosybirskim, irkuckim, w Komi ASRR. Katastrofalne rozmiary zachorowalność na tyfus plamisty osiągnęła w okresie wielkiej wędrówki Polaków z północy na południe. Tłumy wymęczonych, głodnych, wycieńczonych, brudnych - bo nie było warunków do utrzymywania higieny ciała i odzieży - ludzi podróżowały towarowymi pociągami, koczowały na dworcach, placach i miejskich skwerach. Stwarzało to wyjątkowo korzystne warunki dla rozpowszechniania się wszawicy, a w dalszej kolejności tyfusu. Miał on swe źródła oczywiście nie tylko w zbiorowościach polskich. W tym samym czasie do republik środkowoazjatyckich napływali uciekinierzy i ewakuowani z terenów zajmowanych przez wojska niemieckie. I te transporty stawały się siedliskami wielu chorób, także tyfusu. Przez cały region przetoczyła się wielka epidemia tej choroby, a jej główny atak trwał od końca grudnia 1941 r. do końca czerwca 1942 r. Główne ogniska tej choroby znajdowały się w Taszkiencie, Samarkandzie i Bucharze. Władze radzieckie podjęły działania mające ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby i doprowadzić do wygaśnięcia epidemii, ale zasięg tych działań i zaangażowane środki były zdecydowanie zbyt małe. O przebiegu i walce z epidemią czytamy w notatce z 26 czerwca 1942 r., przygotowanej przez Dział Opieki Społecznej polskiej ambasady: "Władze sowieckie walkę z tyfusem sprowadziły do formalnego zarządzenia, że nikt nie może otrzymać biletu kolejowego bez zaświadczenia o przejściu dezynfekcji (sanobrabotki). Zarządzenie to dlatego raczej było formalne, że tylko w większych miastach były łaźnie - dezynfektory, a i to często działające połowicznie. Chcący dostać się do takiej łaźni musiał często wyczekiwać pod jej drzwiami do 2-ch dni. Normalnie kwitł tylko sprawnie handel sprawkami (zaświadczeniami) o przejściu dezynfekcji, a zawszenie panujące w pociągach pozostało bez zmian.
W kołchozach, gdzie przebywała większość ludności polskiej zarażenie się jednego człowieka pociągało za sobą zarażenie się reszty rodziny, a za nią często wszystkich innych polskich mieszkańców kołchozu, podatnych zarażeniu tyfusem. Zdarzały się wypadki, że całe rodziny zapadały na tyfus, przy czym śmiertelność przekraczała 50 %.
Ludność miejscowa, mimo tego [że] zupełnie na zarażenie tyfusem nie jest wrażliwa, nie okazała pomocy chorym, stroniąc od nich.
Najostrzejsze ognisko tyfusu było w miejscowości Eti-Fak pod Dżizakiem w samarkandzkiej obłasti [obwódu]. Przepełnione szpitale nie mogły pomieścić chorych. Nowo dowiezieni często czekali swojej kolejki po kilka dni leżąc na podłodze, zanim opróżniło się jakieś wolne miejsce. Zwalniano ze szpitali prawie natychmiast po minięciu kryzysu, gdy gorączka spadła. Narażało to rekonwalescentów osłabionych chorobą na zaziębienie się i często śmierć z zapalenia płuc lub z innych komplikacji pochorobowych. Szpitale nie rozporządzały prawie żadnymi lekarstwami potrzebnymi do podtrzymania chorego w walce z tyfusem. Wyżywienie zaś szpitalne pod względem kalorycznym nie odpowiadało nawet połowie minimalnej normy potrzebnej dla człowieka do utrzymania go przy siłach".
ścisłe dane co do zasięgu epidemii i śmiertelności wśród ludności polskiej nie istnieją. Znane są natomiast fragmentaryczne i najczęściej szacunkowe informacje pozwalające rozpoznać skalę tych zjawisk. W wymienionym wyżej jako główne ognisko epidemii rejonie dżizackim w okresie od 24 listopada 1941 r. do 30 kwietnia 1942 r. spośród 87 zarejestrowanych zgonów 40 % spowodowanych było tyfusem. W całym obwodzie samarkandzkim w okresie od 1 lutego do 20 kwietnia 1942 r. straty ludności polskiej wyniosły - wedle ustaleń placówek polskiej ambasady - 1632 osoby, z czego 30 % na skutek tyfusu. W samym rejonie Samarkandy odsetek ów w okresie 3 XII 1941 r. - 6 III 1942 r. był jeszcze wyższy i wynosił 43 %. Na podstawie wyrywkowych obserwacji służby ambasady polskiej oceniały, iż relatywnie niska była śmiertelność wśród dzieci i młodzieży, nie przekraczała bowiem 5 % liczby zachorowań, podczas gdy w grupie osób powyżej 50 roku życia przekraczała 70 %. Silne ogniska tyfusu powstały także w miejscach formowania polskich jednostek wojskowych (Guzar, Kermine, Jangi-Jul, Szachriziabs, Ługowaja, Dżałał Abad, Czok-Pak). W szczytowym okresie nasilenia epidemii w każdym z tych punktów notowano po kilkadziesiąt wypadków śmiertelnych. Stan zdrowia w polskich oddziałach był katastrofalny. W lutym 1942 r. liczba zachorowań na tyfus plamisty doszła do 3400. Brakowało dla chorych miejsc nie tylko w szpitalach, ale w ogóle w zamkniętych pomieszczeniach. W okolicach obozów żołnierskich skupiały się w bardzo złych warunkach mieszkaniowych, aprowizacyjnych i sanitarnych ogromne masy ludności cywilnej. śmierć zbierała obfite żniwo także wśród lekarzy. W guzurskim szpitalu 38 % lekarzy zmarło na tyfus. Ambasada polska szacowała, że omawiana epidemia tyfusu w Azji środkowej pochłonęła ok. 10 % spośród przebywających tam 200 tys. obywateli polskich.
Epidemie tyfusu - o mniejszym nasileniu i zasięgu - wybuchały, obejmując Polaków, także na innych obszarach i w innych okresach. Tylko na obszarze Kazachstanu można wskazać ogniska tyfusu zanotowane m.in. w 1942 r. w obwodzie pietropawłowskim, w 1943 r. w obwodzie kustanajskim, w 1944 r. w obwodzie dżambulskim i w Karagandzie, w 1944 i 1945 r. w obwodzie aktiubińskim. Zapewne takich sytuacji i rejonów ogarniętych epidemią było znacznie więcej, a ogólna skala ofiar tyfusu jest trudna do ustalenia.
O ile w ogóle w radzieckich szpitalach nie działo się najlepiej, to w okolicznościach epidemicznych na porządku dziennym były sytuacje przerażające. Brak leków, żywności, właściwej opieki był zjawiskiem szeroko rozpowszechnionym. Często zresztą chorzy nie trafiali do szpitali czy prowizorycznych izolatoriów, lecz pozostawali bez opieki lekarskiej i byli zdani na łaskę i niełaskę otoczenia. Gdy tyfus w tym samym czasie dosięgał całą rodzinę, sytuacja stawała się niemal beznadziejna. Wobec braku lekarstw i pomocy medycznej tylko od siły organizmów zależało, czy ludzie byli w stanie przebyć chorobę. Zdarzało się, że tuż po przejściu kryzysu chorobowego musieli podejmować pracę, by zdobyć żywność dla siebie i będących w gorszym stanie członków rodziny.
Spustoszenie wśród zesłańców czyniła też inna choroba zakaźna - dur (tyfus) brzuszny, szerzący się poprzez bezpośredni kontakt z chorym, albo przez spożycie zakażonej wody lub żywności. Zasadniczy wpływ na możliwość zarażenia miał zatem stan higieny w miejscu zamieszkania zesłańców. Brak odpowiednich ujęć wody pitnej, zła lokalizacja latryn lub ich brak itp. czynniki doprowadzały do wybuchu epidemii. Zdarzało się, iż skażenie ujęcia wody pitnej przy braku odpowiedniej opieki medycznej prowadziło do niewyobrażalnych w normalnych warunkach strat ludzkich. Np. w jednym z rejonów osiedlenia zesłańców w Komi ASRR epidemia duru brzusznego spowodować miała śmierć 800 spośród 2500 mieszkających tam osób. Gdzie indziej masowe zachorowania wywołało korzystanie - z braku innych źródeł - z wody spływającej rowami przecinającymi tajgę. Powstawaniu ognisk epidemicznych sprzyjał także głód tak często towarzyszący zesłańcom. Owładnięci nim ludzie spożywali wszystko, co nadawało się do zjedzenia, w tym także odpadki, resztki ze stołówek itp. Leczenie duru brzusznego nie jest specjalnie skomplikowane, wymaga jednak stworzenia choremu dobrych warunków bytowych: zapewnienia wygodnego łóżka w czystym i dobrze wentylowanym pomieszczeniu oraz odpowiedniej lekkostrawnej i pożywnej diety, obfitej w płyny. W warunkach zesłania było to najczęściej niemożliwe. Chorzy w dużej mierze skazani byli na leczenie domowymi sposobami i liczyć musieli na zdolności obronne organizmu, bowiem pomoc lekarska docierała tylko do części z nich, a apteki, jeśli były, świeciły pustkami. Efektem tego były liczne przypadki ciężkiego przebiegu choroby i zgony. Na przykład w Semipałatyńsku i okolicach dur brzuszny był przyczyną 31% wszystkich zarejestrowanych tam zgonów w okresie od 21 czerwca 1940 r. do listopada 1941 r. W środkowoazjatyckich rejonach ZSRR, np. Bucharze i obwodzie bucharskim czy w Taszkiencie, w okresie poamnestyjnego napływu tam zwolnionych zesłańców dur brzuszny należał do najczęstszych przyczyn śmierci Polaków. Niezwykle groźne były też komplikacje związane z przebyciem duru i wyczerpaniem organizmu. Do najczęstszych należało zapalenia płuc, które w istniejących warunkach także stosunkowo często prowadziło do śmierci.
Zapalenie płuc, jako wynik powikłań, jak i będące wynikiem przeziębienia, było przyczyną znacznego procentu zgonów. Jakkolwiek brak danych do określenia tego odsetka w stosunku do całej zesłańczej zbiorowości, to pewne fragmentaryczne informacje pozwalają lokować tę chorobę na czołowym miejscu w katalogu przyczyn wysokiej śmiertelności wśród zesłańców. Na przykład w obwodzie semipałatyńskim w okresie poprzedzającym amnestię zapalenie płuc łącznie z chorobami serca było powodem 18% zgonów. Z kolei w okolicach Kujbyszewa w okresie od listopada 1941 r. do lutego 1942 r. na zapalenie płuc oraz odrę przypadło aż 72 % zgonów. Z drugiej strony w obwodzie samarkandzkim od końcowych tygodni 1941 r. do wiosny 1942 r. na 690 przypadków śmierci z podaną przyczyną odnotowano tylko 37 zgonów na zapalenie płuc (tj. 5 %). Z analizy 90 ankiet byłych zesłańców, w których znalazły się informacje o 136 konkretnie opisanych przypadkach śmierci, wynika, iż zapalenie płuc było przyczyną 7% zgonów. Zapalenie płuc było chorobą niebezpieczną dla życia z kilku powodów. Organizmy zesłańców były osłabione stałym niedożywieniem i wyczerpującą pracą, co czyniło groźną niemal każdą chorobę. W przypadku chorób innych niż zakaźne bardzo rzadko chorego hospitalizowano, a to zarówno z uwagi na niechęć służby zdrowia, jak i na znaczne najczęściej odległości od miejsc zamieszkania chorych od placówek służby zdrowia w ogóle, a szpitali w szczególności. Lekarze, a częściej felczerzy, mający kontakt z chorymi w bardzo wielu wypadkach nie byli w stanie dla nich wiele zrobić, bowiem nie dysponowali odpowiednimi lekami. Nie było też gdzie tych leków kupić, a często nie było i za co. Kończyło się więc w najlepszym wypadku na aspirynie i domowych sposobach leczenia.
Kolejną chorobą nękającą dużą część deportowanych Polaków była malaria. Zapadano na nią przez cały czas pobytu w ZSRR i na znacznej części obszaru zesłania. Jednakże na niektórych terenach epidemiczny charakter występowania malarii powodował stałe zagrożenie ludności polskiej, w znacznym stopniu przyczyniając się do poważnego pogarszania się jej ogólnego stanu zdrowotnego, wycieńczenia, a tym samym istotnego zmniejszenia odporności na inne choroby. Ze szczególnym nasileniem malaria występowała w Uzbekistanie i Kazachstanie (zwłaszcza na południu, ale także w obwodach aktiubińskim i pawłodarskim), w obwodach omskim i irkuckim. Dramatyczne rozmiary przybrała epidemia w Uzbekistanie wiosną 1942 r., zwłaszcza, że zbiegła się z plagą tyfusu plamistego. Guzar i pobliskie Kermine nazywano "doliną śmierci". Szpitale nie mogły pomieścić chorych. Ludzie chorowali i umierali w namiotach lub nawet pod gołym niebem. W szpitalach mimo wysiłków polskich i radzieckich pielęgniarek i lekarzy śmiertelność była ogromna. Brakowało lekarstw, środków dezynfekujących, wody, środków transportu. Obok innych chorób malaria szalała także w Jangi-Jul i innych skupiskach ludności polskiej. O ile na obszarach występowania malarii w okresach nieepidemicznych chinina była osiągalna w placówkach służby zdrowia, o tyle w obliczu masowych zachorowań jej zapasy okazywały się niewystarczające.
Na porządku dziennym były także różnego rodzaju zakaźne choroby przewodu pokarmowego: czerwonka, zatrucia zakaźne w rodzaju salmonellozy itp. Niekiedy, jak np. w przypadku czerwonki przybierały one epidemiczny charakter, pociągając za sobą ofiary śmiertelne.
Tragiczne następstwa - głównie na skutek braku właściwej opieki medycznej i odpowiednich leków - miały choroby zakaźne właściwe wiekowi dziecięcemu, przede wszystkim odra i szkarlatyna. Już zimą 1940/1941 straszliwa epidemia odry pojawiła się w obwodzie akmolińskim, powodując śmierć wielu dzieci, a w niektórych rodzinach nawet wszystkich. Wiosną 1942 r. odra pojawiła się w obwodzie akmolińskim. Dramatyczne były następstwa epidemii tej choroby w obwodzie pietropawłowskim zimą 1943/1944. Np. w Ilince w ciągu dwóch tygodni zmarło podobno czterdzieścioro dzieci i ponad 100 osób dorosłych. Wedle cytowanych już list obywateli zmarłych w obwodzie samarkandzkim w pierwszych miesiącach 1942 r., na 690 przypadków śmierci, w których zidentyfikowano przyczynę zgonu, w 14 wskazano na odrę, a w 13 na szkarlatynę (odpowiednio 1,9 i 2,0 % zgonów).
Warunki higieniczno-sanitarne powodowały, iż jedną z bardziej rozpowszechnionych chorób był świerzb. Choroba ta, sama w sobie mało groźna, choć uciążliwa, mogła prowadzić do poważniejszych schorzeń skóry w wyniku zainfekowania skaleczeń powstałych przez drapanie swędzących miejsc. Leczenie tej dolegliwości polega na smarowaniu ciała specjalnymi środkami, które w normalnych warunkach są łatwo dostępne w aptekach, oraz na częstych kąpielach. Na zesłaniu, w większości wypadków trudno było zdobyć odpowiednie lekarstwo, choć byli tacy, którzy dysponowali tzw. "sinym kamieniem", który rozpuszczało się w wodzie, aby następnie posmarować takim preparatem całe ciało. Gdy jednak brakowało środków medycznych, trzeba było ratować się w inny sposób, np. nacierając ciało popiołem z drzewa brzozowego, co dawało efekt stosowania ługu. W ługu prano też odzież, a bieliznę gotowano. Przynosiło to zazwyczaj powoli pożądane efekty.
Liczne schorzenia wynikały z niedożywienia oraz nieodpowiedniej wartości odżywczej pokarmu, a zwłaszcza niedoboru witamin. Rozpowszechnioną dolegliwością, będącą pochodną jednostronnej diety, była tzw. cynga czyli szkorbut, pojawiający się w wyniku braku witaminy C . Choroba ta objawiająca się przede wszystkim zmianami w obrębie jamy ustnej, w wypadku nieleczenia mogła prowadzić do nieodwracalnych następstw w całym organizmie i nawet do śmierci. Walczono z tym schorzeniem na różne sposoby. Najprostszy z nich to spożywanie warzyw i owoców, jednakże tego rodzaju produkty nie zawsze były dostępne dla zesłańców. Ratowano się zatem np. piciem wyciągu czy naparu z igieł jodły lub sosny, łatwo dostępnych w lasach, gdzie znalazła się część zesłańców. Były to więc zabiegi dość proste, oczywiście pod warunkiem ich znajomości. Niestety znalazły się też takie osoby, które bardzo długo borykały się z tą przypadłością, nie znajdując środków zaradczych. Natomiast ci, którzy mieli podstawową wiedzę na ten temat, potrafili się zaopatrzyć w odpowiednie środki zabezpieczające przed chorobą, np. gromadząc latem, bogate w witaminę C jagody, które przechowywano na zimę w beczkach. Zapewne do rzadkości należały przypadki efektywnej pomocy lekarskiej. Odnotować wszakże trzeba, iż miały one miejsce i chore na szkorbut dzieci poddawano nawet hospitalizacji, stosując domięśniowe iniekcje z krwi pobranej z żył, podając wyciąg z dzikiej róży i drażetki owocowe. Niestety, dla ogromnej większości zesłańców tego rodzaju leczenie pozostawało nieosiągalne.
Niedobór witaminy A wywoływał bardzo dokuczliwe schorzenie zwane ślepotą zmierzchową (kurzą ślepotę). Jak wynika ze sprawozdań radzieckich, w 1941 r. w Komi ASRR niemal wszyscy zesłańcy cierpieli na tę chorobę. Podobnie było zapewne i w innych rejonach na północy. Przy leczeniu uciekano się niekiedy do mądrości miejscowej medycyny ludowej. "Kurzą ślepotę" leczono podawaniem choremu tranu lub wątroby końskiej, kurzej, czy wołowej. Skuteczną miała też być tzw. czeremsza. "Kurza ślepota" panowała także i w innych obwodach. Jedna z osób dotkniętych kiedyś taką dolegliwością pisze: "[...] wkrótce wszyscy mieliśmy kurzą ślepotę z niedożywienia. Kiedy wracało się z pracy, to ludzie szli gęsiego trzymając się za ręce. Szli za komendantem, który prowadził do baraków. Do latryny z baraków była zrobiona barierka - w jedną i w drugą stronę. Szło się wzdłuż barierki tam i z powrotem. Trzeba było pamiętać, kiedy, za którą przerwą skręcić do swojego baraku". Mimo takiej dolegliwości ludzie ci musieli nadal chodzić do pracy, gdyż inaczej zmniejszano im racje żywnościowe, to zaś w konsekwencji pogłębiało stan chorobowy. Tworzyło się więc zamknięte koło. Opisuje to jeden z zesłańców przebywający w Komi ASRR: "Z niedożywienia i braku witamin powszechna była kurza ślepota, co zwłaszcza zimą oznaczało dla dotkniętych nią osób możliwość normalnego funkcjonowania przez 3-6 godzin dziennie. Natomiast za niewyjście do pracy skreślano wypracowane już normy. ślepi chodzili więc do lasu codziennie, prowadzeni przez widzących, pracowali 3-6 godzin. [...] Oczywiście nie nadążali oni za innymi, ich wydajność i zarobki gwałtownie spadały, nie stać ich było na dokupienie żywności w kołchozie i tym samym kółko się zamykało - nie było szans na wyjście z kurzej ślepoty". Na felczera, który mógł zaradzić temu, czekano całymi tygodniami. Ten zaś na ogół dysponował jedynie aspiryną i jodyną, rzadko zaś tranem, podanie którego przywracało normalne widzenie.
Chroniczne niedożywienie prowadziło ostatecznie do skrajnego wycieńczenia (dystrofii) kończącego się zgonem. śmierć z powodu wyczerpania organizmu była, jak się wydaje, jedną z najczęstszych przyczyn zgonów wśród zesłańców polskich w ZSRR. Wedle ustaleń ambasady polskiej w okresie 1-20 kwietnia 1942 r. tylko w obwodzie samarkandzkim wyczerpanie głodowe było skutkiem 70 % spośród 1632 zgonów. W rejonie Samarkandy w okresie od 3 grudnia 1941 r. do 6 marca 1942 r. spośród 190 zarejestrowanych przypadków śmierci 40 % wywołanych było wycieńczeniem organizmu, w rejonie Dżizak tego samego obwodu w okresie od 24 listopada 1941 r. do 30 kwietnia 1942 r. ta sama przyczyna pociągnęła za sobą 34,5 % zgonów. Trudno na tej podstawie kusić się o jakieś statystyczne uogólnienia odnoszące się do całej zbiorowości polskiej w ZSRR, niemniej obok epidemicznych chorób zakaźnych wycieńczenie spowodowane stałym niedożywieniem i głodem było z pewnością najczęstszą przyczyną śmierci.
Poważnym źródłem różnego rodzaju dolegliwości była praca. Większość zajęć w lesie przy wyrębie i załadunku drewna, a także przy spławie należała do niebezpiecznych. Biorąc pod uwagę nieprzygotowanie fachowe zesłańców do tego typu robót, trudno się dziwić, iż zdarzały się wypadki, także śmiertelne. Gdy obrażenia nie były widoczne lub nie wystąpiło podwyższenie temperatury, uzyskanie zwolnienia powypadkowego było niekiedy trudne, a czasem wymagało wręcz przekupienia falczera czy lekarza. Bardzo częstym schorzeniem, na które zesłańcy zapadali przy ciężkiej pracy była przepuklina. Nie była ona jednak na ogół w oczach administracji wystarczającym powodem do zwolnienia, ani nawet przeniesienia do lżejszej pracy.
Podstawową zasadą przy udzielaniu zwolnień z pracy było ustalenie temperatury ciała zainteresowanego. Chory nie gorączkujący najczęściej uznawany był za zdrowego. Granicą była tu temperatura 38 °C. Zwolnienia wypisywać mógł jedynie felczer lub lekarz. Kontakt z nimi nie był bynajmniej prostą sprawą, bowiem niejednokrotnie wymagał wielokilometrowej wyprawy. To z kolei oznaczało opuszczenie miejsca pracy, na co zgodzić się musiał brygadzista, majster czy inny nadzorca. Na ogół czynili to niechętnie, czasem sprawdzając uprzednio czy delikwent ma odpowiednio podwyższoną temperaturę i od tego uzależniając wydanie przepustki.
Zwolnienia wydawane w związku z chorobami lub urazami powstałymi w trakcie pracy częstokroć opiewały na okres zbyt krótki do wyleczenia. Zdarzało się, że w przypadku odmrożenia nóg chory otrzymywał tydzień zwolnienia, a po chirurgicznym usunięciu pęcherzy na rękach - trzy dni. Nawet nie zagojone rany powypadkowe nie były dla niektórych lekarzy wystarczającym powodem przedłużania zwolnień. Toteż ludzie jeszcze nie w pełni sprawni zmuszeni byli podejmować ponownie pracę, co skutkowało obniżoną wydajnością, a czasem pogłębianiem się złego stanu zdrowia. Ograniczanie liczby i wysokości zwolnień związane było z niechęcią do pozbywania się robotników przy napiętych planach. Obawiano się zapewne także nadużyć ze strony zesłańców. W niektórych wypadkach kobiety starały się brać fikcyjne zwolnienia na siebie lub na dzieci, aby wolny czas wykorzystać na wyprawy do wsi w celu zdobycia środków spożywczych.
Często zresztą Polacy w ogóle pozbawieni byli jakiejkolwiek pomocy medycznej nawet w przypadku poważnych urazów. Zdarzały się wypadki, że złamania kończyn nie były opatrywane przez lekarzy i zrastały się bez nastawienia i opatrunku gipsowego. Z drugiej strony, miały miejsce niekompetentne działania felczerów, nawet tak drastyczne, jak założenie opatrunku gipsowego na otwarte złamanie, co doprowadziło ostatecznie do amputacji kończyny. Brak odpowiednich środków, a być może i niedostatek umiejętności terapeutycznych, skłaniał lekarzy w szpitalach w bardziej skomplikowanych przypadkach złamań i zgnieceń kończyn do łatwego podejmowania decyzji o amputacjach.
Felczer lub lekarz mógł chorym i rekonwalescentom wydać skierowanie do lżejszej pracy. Zdarzało się wszakże, że takie zaświadczenie nie było honorowane, nie koniecznie nawet z powodu złej woli nadzoru, ale po prostu z braku odpowiedniego zajęcia.
Nie wszyscy potrzebujący pomocy lekarskiej zabiegali o nią. Wynikało to z wielu powodów. Niejednokrotnie starano się przetrzymać chorobę bez zwolnienia, a więc bez przerywania pracy, aby nie zmniejszać zarobków, bowiem zasiłek chorobowy wynosił jedynie 50 % płacy. Nie widziano też w wizytach u lekarza czy felczera większego sensu, skoro ten miał do swojej dyspozycji np. tylko olej rycynowy. Takie sytuacje, gdy w punktach opieki medycznej w specjalnych osiedlach, czy w kołchozowych izbach zdrowia brakowało najbardziej elementarnych medykamentów, występowały dość powszechnie.
Niestety, czasem także lekarze przykładali się do zaganiania ludzi do pracy ponad ich siły. Zdarzały się, dobrze przez zesłańców zapamiętane, przypadki odmowy udzielenia pomocy, nawet w wypadkach zagrożenia życia. Byli jednak i tacy, którzy starali się pomagać chorym, jak mogli, nawet za cenę konfliktów z administracją gospodarczą i także wtedy, gdy obrona interesu chorego wymagała sporego wysiłku, energii i uporu. Lekarze w ludzkich odruchach wykazywali niekiedy także zainteresowanie rodziną chorych, a zwłaszcza ich dziećmi, np. ordynując szczególnego rodzaju lekarstwo w postaci podwójnych porcji obiadowych, aby chory mógł podzielić się z dzieckiem. W praktyce oznaczało to ratowanie zdrowia, a nawet życia obojgu.
Ogólnie rzecz biorąc stan opieki lekarskiej był zły. Dotyczyło to zarówno gęstości sieci placówek ochrony zdrowia, jak i zaopatrzenia w leki i środki opatrunkowe, a także kwalifikacji personelu medycznego, z którym zesłańcom przyszło się stykać. W mniejszych osiedlach, zagłębionych w tajdze punktach leśnych czy oddalonych fermach kołchozowych felczer pojawiał się najwyżej parę razy w miesiącu, lekarz raz na kilka miesięcy. Oznaczało to, że między tymi wizytami zesłańcy nie mieli żadnej możliwości uzyskania pomocy medycznej, a co więcej: nie mogąc uzyskać zwolnień chorobowych musieli pracować nawet w bardzo złym stanie zdrowia. Inna sprawa, że często pomoc takiego felczera czy lekarza sprowadzała się do zmierzenia temperatury i wydania aspiryny lub tabletek od bólu głowy, ewentualnie chininy w przypadku malarii. Rzadziej dysponował on innymi lekami, a jeśli je zapisał, to z braku apteki nie było jak ich wykupić. Opinie o kwalifikacjach owych pracowników służby zdrowia były zresztą często wysoce negatywna. Niejednokrotnie najbliższy lekarz rezydował w odległości kilkudziesięciu kilometrów, a apteka była jeszcze bardziej oddalona. Do szpitala, najbliższego i najbardziej prymitywnego odległość bywała niejednokrotnie jeszcze większa, zaś do szpitala reprezentującego poziom umożliwiający efektywne leczenie poważniejszych przypadków odległość mierzono najczęściej w setkach kilometrów, co oznaczało, iż możliwość skorzystania z pomocy w nim była czysto teoretyczna.
Nawet radzieckie komisje, kontrolujące stan placówek służby zdrowia w specjalnych osiedlach zamieszkałych przez polskich zesłańców, zmuszone były stwierdzić, że obsługa medyczna prowadzona była źle. W punktach medycznych brakowało pościeli na łóżkach, w związku z czym chorzy leżeli w swoich ubraniach, brakowało lekarstw, a nawet podstawowych środków opatrunkowych i dezynfekcyjnych. Bywały przypadki, że chorzy musieli pieszo wędrować po 10-20 km do najbliższego punktu medycznego.
Niezwykle trafnie charakteryzuje istniejącą sytuację - nieudolny skądinąd - wierszyk zesłańczy:
"A gdy chory kto obłożnie, do doktora każą iść
Kilometrów tam piętnaście, zanim przejdziesz, drżysz jak liść.
Doktor - panna lat dwadzieścia, zapytuje co ci jest.
I napisze Ona 'sprawkę': trzy dni leżeć, nic nie jeść.
Po trzech dniach do pracy wstawać, czy ty możesz, czy też nie
A sto procent masz wykonać, bo 'proguł' już czeka Cię."
Warunki leczenia szpitalnego były bardzo zróżnicowane. Trafiały się małe prowincjonalne szpitaliki z prymitywnym wyposażeniem, w których jednak zaangażowanie i dbałość personelu stwarzały dobrą atmosferę, a chorym dawały nie tylko nadzieję poprawy stanu zdrowia, ale i poczucie bezpieczeństwa. Tak oto np. w opisanym przez jedną z Polek rejonowym szpitalu w Kraju Stawropolskim, gdzie znajdowały się wprawdzie tylko dwie sale, męska i żeńska, ale jedyny lekarz z niezwykłą troską i zaangażowaniem wykonywał swą pracę mimo braku lekarstw, i gdzie dbano o elementarne zasady higieny. Dla wycieńczonych na ogół zesłańców niesłychaną wagę miała sama możliwość odkarmienia. I pod tym względem bywało bardzo różnie. Niekiedy chorzy stykali się z jedzeniem nie tyle może dietetycznym, co obfitym, jak np. w Lengierze, gdzie karmiono 3 razy dziennie, podając pacjentom rano szklankę mleka z chlebem, na obiad barszcz albo kapuśniak i kaszę z tłuszczem, na kolację kaszę z kukurydzy albo barszcz i prawdziwy rarytas - kompot z suszonych jabłek. Na drugim biegunie lokowały się takie przypadki, jak szpital dziecięcy w Żama Semej w Kazachstanie: "Warunki higieniczne były straszne. Na sali były dzieci z otwartą gruźlicą [i] z dezynterią. Dzieciom tym dawano lekarstwa tą samą łyżką. Lekarka przychodziła do dzieci z papierosem w ustach. Nieraz też bywała nietrzeźwa. Lekarstwa dawano chorym rano, wszystkie naraz, strzykawki były nieszczelne i brudne". W szpitalu w Uzbekistanie, do którego trafiła inna Polka, brakowało wszystkiego, chorzy leżeli nago, przykryci tylko kocami, a racje żywnościowe były nadzwyczaj skromne. A oto obraz z obwodu aktiubińskiego w 1944 r.: "Chorych na tyfus wywożono drabiniastym wozem z garścią słomy, wrzucając jednych na drugich. W sąsiedniej wsi w szkole urządzono izolatorium: przywożonych ludzi rozbierano do naga, strzyżono nożycami do strzyżenia owiec, przebierano w męskie koszule i upychano w salach na klepisku, niemal jednego na drugim, taki był tłok. [...] Nie podawano żadnych leków, nie było żadnej opieki i pomocy. Kto przetrzymał kryzys, uczył się chodzić wychodząc na podwórze. Obok leżały nagie trupy przykryte warstwą słomy, czekając na pochówek". Zdarzały się jeszcze bardziej przerażające sceny: w jednym z specjalnych osiedli rejonu ust'-iszymskiego w obwodzie omskim osoby zakaźnie chore były po prostu wynoszone z baraków w pole i umieszczane między sągami drewna, które miały osłaniać od wiatru, a za sufit stawały poukładane nad nimi pnie drzew. Tam chorzy kończyli życie, a następnie byli w skrzynkach chowani w brzozowym lesie.
Tak miała się rzeczywistość do zaleceń podanych w instrukcjach przytoczonych na wstępie. Wypada stwierdzić iż, więcej jestjednak relacji o spartańskich, wręcz prymitywnych, urągających zasadom higieny i terapii, warunkach w szpitalach. Nie dziwi więc, że czasem perspektywa znalezienia się tam budziła obawy, tym większe, że było to równoznaczne z oderwaniem od rodziny, z rzuceniem w obce środowisko. Obawy taki znakomicie ilustruje relacja osoby, która jednak w szpitalu się znalazła. "Zachorowałam na ostre zapalenie stawów i dwa tygodnie leżałam (w szpitalu, w Semipałatyńsku) bez doktora i lekarstw, na podłodze, dopiero później dali łóżko. Teraz już jest mi lepiej, ale nie mogłam chodzić przeszło miesiąc. 20 lipca wyszłam ze szpitala. Ale to wystarczy, więcej już bym do sowieckiego szpitala nie poszła, bo nie dość, że byłam bez Mamusi, to jeszcze słowa po rosyjsku nie umiem. A jedzenie też okropne".
Złe warunki higieniczne w szpitalach, słabo wykwalifikowany personel, brak odpowiednich lekarstw wynikały stąd, że większość placówek, do których trafiali polscy zesłańcy, były to małe prowincjonalne szpitaliki, czy wręcz przygotowane dla nich w głuszy punkty medyczne. Ich ilość odbiegała zresztą daleko od skali potrzeb. Sytuacja nieco się poprawiła po nawiązaniu stosunków między rządami polskim i radzieckim. Mimo wielkich trudności materialnych i finansowych oraz nie zawsze życzliwego stosunku władz radzieckich starano się stworzyć w większych skupiskach obywateli polskich obok innych placówek opiekuńczych także zakłady opieki zdrowotnej. Stanisław Kot w swych relacjach stwierdził, iż do lipca 1942 r. ambasada poprzez swoje placówki zorganizowała 46 szpitali i 16 ambulatoriów. Jednakże wedle urzędowego sprawozdania na temat pomocy dla obywateli polskich w ZSRR ujmującego stan z 15 lutego 1943 r. placówek szpitalnych było znacznie mniej: mianowicie tylko 5 i wszystkie zlokalizowane w południowej części ZSRR. Nadto istniało wówczas 37 punktów medycznych (ambulatoriów) i 41 punktów pierwszej pomocy. Stanowiło to oczywiście kroplę w morzu rzeczywistych potrzeb, ale przynajmniej pewnej grupie Polaków stworzono w ten sposób możliwość ratowania zdrowia i życia.
Problem opieki medycznej nad ludnością polską podjął następnie Związek Patriotów Polskich. W miarę rozwoju organizacji starano się wypracować pewien system tej opieki. Przy komórkach Związku tworzono sekcje opieki nad chorymi. Zgodnie z ogólniejszą tendencją ZPP do rozwijania form samopomocy, również i ten odcinek działalności opierano w dużej mierze na tych zasadach. Organizowano pomoc sąsiedzką dla chorych, angażowano do tego grupy młodzieży szkolnej. Starano się o zapewnienie im wsparcia materialnego, zwłaszcza w postaci dodatkowych posiłków oraz lekarstw. Przybierało to różne formy, w zależności od lokalnych potrzeb i możliwości. Tak więc np. codziennie kilka rodzin przygotowywało posiłki dla chorych, a młodzież dostarczała je pod wskazanymi adresami, wyszukiwano ofiarodawców obiadów i dostarczano je do mieszkań chorych lub do szpitali, angażowano pielęgniarki środowiskowe itp. Tam, gdzie to było możliwe, zabiegano o pozyskanie do współpracy polskiego personelu medycznego, w oparciu o który udawało się niekiedy stworzyć lub przejąć istniejące w okresie działalności ambasady placówki ochrony zdrowia - poradnie lekarskie i ambulatoria. Organizowano także konsultacje u polskich lekarzy zatrudnionych w radzieckiej służbie zdrowia czy też społeczne dyżury polskich lekarzy w lokalach ZPP, a nawet w prywatnych mieszkaniach. ZPP w oparciu o zasoby pozyskiwane z darów zagranicznych oraz przydziały władz radzieckich zorganizował sieć polskich apteczek, a także przesyłał pewne ilości medykamentów do mniejszych skupisk polskich lub aptek radzieckich, z których korzystała ludność polska. W ramach opieki nad dziećmi zabiegano o zapewnienie kontaktów personelu medycznego z instytucjami opiekuńczymi i oświatowymi prowadzonymi pod auspicjami Związku, organizowano w miarę możliwości przeglądy lekarskie dzieci w niektórych skupiskach.
Wszystkie te działania miały ograniczony zasięg i skuteczność, nie były na ogół prowadzone systematycznie, a pozostające do dyspozycji ZPP środki i kadry były niewspółmierne do potrzeb. Niemniej, zwłaszcza w dużych skupiskach, przynosiły realną pomoc, której znaczenie w bezmiarze ludzkich nieszczęść trudno nie docenić.
W wypadkach, gdy zesłańcy mieli dostęp do obsługi medycznej, otrzymywali ją w zasadzie na poziomie podobnym, jak miejscowa ludność. Poziom ten był konsekwencją kondycji ekonomicznej państwa radzieckiego i odbiciem troski jego władz o standard życia obywateli.
Zdjęcia pochodzą ze zbiorów zamieszczonych na:
http://www.videofact.com/
