Ela Galoch

Włamanie do

  • Włamanie do
  • Słodki smak życia
  • * * *
  • Bunt gospodyni domowej
  • Dziewczyna z agencji towarzyskiej
  • Portret
  • Ze szkolnej kroniki
  • Pożegnanie
  • Dziewczyna przy fontannie
  • Temat na papierosa
  • Jubileusz
  • Zauroczenie
  • Nad brzegiem
  • Zwierzenie
  • Skarga żony robotnika drogowego
  • Siostra miłosierdzia
  • Organizacja charytatywna
  • Tragikomedia
  • Mój przyjaciel Bruno Schulz
  • Bliżej mnie
  • Nie może nas nikt zobaczyć
  • Zazdrość
  • Ochrania mnie strach
  • Dialog z nienawiścią
  • * * *
  • * * *
  • Przy kawie
  • Małomiasteczkowa ballada
  • * * *
  • Perspektywy
  • Oczekiwanie
  • Puste pokoje
  • Moja Europa

  • Włamanie do

    Mój świat z trudnością przedziera się
    przez korytarze znajomych
    Mają zbyt mało marzeń w sobie
    bezbarwność jest u nich częstym gościem
    Zostawiają po sobie
    plany zapędzone w ślepe uliczki

    Trwają bardzo długo
    bezczynność tłumaczą wolnością wyboru
    stopniowo przeobrażają się
    w zarośnięte wyrobisko
    ich rozmowy coraz częściej ograniczają się
    do pochwały taniej bluzki i placka

    Tylko w snach nic ich nie powstrzymuje
    aby z rozpuszczoną wyobraźnią
    pobiec do starego dworku -
    tak wyraźnie czują jego aromat
    jakby ustami dotykali kosza jabłek

    q

    Słodki smak życia

    I tak nie ukryję się przed ludźmi
    Wywęszą mnie choćbym nic nie uczyniła
    przez rok nieruchomo przesiedziała z książką w ręku
    pochwalą się że przyłapali mnie na gorącym uczynku
    bezwstydnie wtuloną w brzuchy żonatych mężczyzn
    potem po znajomych rozniosą
    moje dobre imię i prywatność
    jak wampirce wystrugają osikowy kołek

    Nie chciałam takiej rzeczywistości
    miasteczka co przedwcześnie pożera zabawki
    Za opuszczonymi żaluzjami
    robię sobie jaskrawszy makijaż
    - nawet już nie chce mi się
    wychodzić nocą
    po kryjomu kontrolować
    każdą swoją łzę

    q

    * * *

    W tym miasteczku niektórym z moich znajomych
    Bóg przypomina martwe okna
    jest przeszkodą do lepszego życia
    Jednak mieszka się tu zwyczajnie
    głośno załatwia się interesy
    jeszcze głośniej złorzeczy i przeklina
    i nawet czasem chodzi się na poetyckie wieczorki

    Może tylko więcej tu dymu z kadzideł
    i odpustowych dzwonków
    Gdy tłumy rozpychają się łokciami
    można wyjść z poderżniętym marzeniem
    lub nie trafić na noc do domu
    I tak wszyscy wszystkich dostrzegą
    podrzucą oszczerstwa na progach
    jak butelki po piwie
    bo nie nawróceni żyją w pierwszych ławkach sławy

    Publicznie można również ukłonić się aż do bólu
    ofiarować judaszowy pocałunek
    nawet głodne dzieci karmić jak stado kotów
    patrząc aby zbyt dużo nie zjadły

    Tu za murami znika bezinteresowność
    miłosierdzie to dekoracja
    zdejmowana jak za ciasne kalesony
    Tu kłamstwo jest naturalniejsze
    bliższe prawdzie
    gdy osądza się innych z małych rzeczy
    rozlicza się ze szczęścia jak łebek od szpilki -
    nie widząc u siebie umarłego lasu

    q

    Bunt gospodyni domowej

    Wiosną miasteczko zwierzęco drażni moje rzęsy
    ciągnie mnie do rynsztoków
    Po kryjomu obsypuję sobą klepiska melin
    jak kiściami bzów
    nie przeszkadza mi że grzęznę w poimprezowych resztkach
    boję się tylko plotek i nienawiści

    Tutaj nauczycielki przyzwyczaiły się do opadających marzeń
    intelektualna śmierć dopadła urzędniczki
    poetki odeszły
    rozgniecione widmem dostatku i obietnic
    że jutro ich twórczością wybrukuje się jakąś uliczkę
    omijaną przez psy

    Brzydzę się kłopotliwych pytań
    by na wysmarowane namiętnością spódnice
    księgowi nie rzucili mi "ludzkich" sępów -
    przecież tylko nocą jestem kocicą
    spuszczoną na pięć minut z domowego fartucha

    Dla mnie brud to schronienie

    Jedyna rozrywka w synagodze
    gdy upodabniam się do całości krajobrazu

    q

    Dziewczyna z agencji towarzyskiej

    Na schodach nocnych klubów
    z przyzwyczajenia wkładam ręce w kieszenie płaszcza
    potykam się o niewykorzystane bilety
    i obojętnych mi ludzi
    Zgrzyt paznokci na parapetach
    płoszy z mroku rozpustne demony
    wraz z nimi ślizgam się w przepoconych kurtkach
    kierowców tirów lub futrach dorobkiewiczów
    Chciałabym coś ukraść dla siebie
    lecz ich wizytówki są równie fałszywe jak mój uśmiech
    W tej pustce jedynie przymierzam pończochy
    dla kolejnej śmierci z niekochanym mężczyzną

    Mało znaczę dla siebie
    jeszcze mniej dla nich
    głodne ciała wciąż kąsają mi duszę
    że nie wiem czy ją jeszcze mam
    Jestem tylko miasteczkową tajemnicą
    ciekawostką śledczych oczu za firanek
    w każdym śnie psy sąsiadów
    dopadają mnie jak szkielety kochanków

    To miasteczko pozorami wyssało mi nadzieję
    gdy udomowiony alkoholik w miłosierdziu
    zarąbał moją trzyletnią córeczkę

    q

    Portret

    Długowłosa dziewczyna właśnie stała przy kiosku
    studiując palcem przez szybę
    najpopularniejsze trendy w czasopismach z modą
    gdy on odebrał swój zasiłek dla bezrobotnych
    Chciał podarować jej bukiet słów
    lecz nie zatrzymała na nim nawet ułamka siebie
    W tym momencie najbardziej osiągalne było dla niej
    istnienie słupa ogłoszeniowego
    z informacjami o sobotnich dyskotekach -
    tam przynajmniej może powąchać bogactwo innych
    bo prowincji z marzeń nie daje się zmazać

    Tu kobiety rzadko podobne są do zwiewnych boginek
    z wierszy miejscowego poety
    Noszą zbyt ciężki makijaż i buty na koturnie
    ich pragnienia o nowych kieckach
    nie pozwalają oderwać się do szerszych horyzontów
    szkoda im czasu
    wolą swoją znajomą codzienność
    a ta boli przy każdej tęsknocie

    q

    Ze szkolnej kroniki

    Ta najładniejsza dziewczyna w szkole
    wcale nie musiała umierać
    miał być inny scenariusz
    ale bezradność zacisnęła się odrobinę za daleko
    Rano matka znalazła ją w szafie
    na szyi miała niebieską apaszkę
    i tylko wyrzeźbiona pręga wskazała
    że studniówkowa sukienka powędruje do powodzian

    Nikt nie wie dlaczego
    i wszyscy wiedzą za dużo
    wyssane z palca poematy
    tysiąc razy obiegły chodniki
    dealerzy pochowali się w mysie dziury
    przechodnie nabrali w usta granatów

    Koleżanki z klasy założyły czarne golfy
    z uroczystymi minami delektują się samobójstwem
    jakby żuły gumę
    ze śmierci zrobiły adorację
    co przez tydzień będzie ukrywać prowincjonalną nudę
    Kupują z wyprzedaży przywiędłe wiązanki
    teatralnymi gestami rozrzucają je na jej ostatnim spacerze
    na znak przyjaźni której nigdy nie było
    Już nie zagrozi im
    w małomiasteczkowych konkursach piękności

    q

    Pożegnanie

    Po tylu rozstaniach pamiętam cię tylko w długim płaszczu
    gdy wracaliśmy z kina lub licealnej prywatki
    wtedy jeszcze nosiłeś mój parasol
    i spojrzenie
    Czas upiększa we mnie obrazy
    mimo że odszedłeś nie kończąc niczego
    umieranie będzie więc dla mnie rozkopaną ulicą

    jakbyś na chwilę wsiadł do autobusu

    Żałuję że nie byłam na twoim pogrzebie
    Może poruszona ziemia pokazałaby mi ciebie inaczej
    sprostowała twoje zdrady
    ale bałam się łez tych wszystkich
    porzuconych przez ciebie kobiet -
    nie chciałam nic o nich wiedzieć

    Od twojego wypadku źle sypiam
    Potrzebujesz czegoś ode mnie
    jakbym znała nie tylko z widzenia dziewczyny
    które wymodliły dla ciebie śmierć
    wystarczył jeden tir

    Czego więc jeszcze chcesz ode mnie
    Mam za ciebie ofiarować ciało
    współczucie
    kieliszek wódki

    q

    Dziewczyna przy fontannie

    Choć tobie wydaje się
    że ci bogaci mężczyźni lubią cię
    bo sypią komplementami
    ciepło ucieka od nich jak skopany pies
    Od dawna są nieżywi
    ich rozkład rozpoczął się w kłamliwym szyderstwie
    gdy śmiejąc się z takich jak ty
    pogubili klamki do samych siebie

    A ty wciąż żyjesz marzeniami

    W każdy wieczór jak niewolnica
    schodzisz do fontanny
    tańczysz z ich pijanymi cieniami
    o twoje włosy wycierają buty
    z kompleksów i małżeńskiej monotonii
    Gdy odchodzą kładą ci na usta kolejną butelkę
    zimną i pustą
    wkładasz ją w najdalsze wnętrze
    mówiąc - "nie pamiętać"

    Rano nikt nie zapyta
    za co potłuczono twoją przestrzeń
    Ci mężczyźni sami tego nie wiedzą
    po prostu chcieli żeby było im weselej
    niż we wszystkich zabawach w życie

    q

    Temat na papierosa

    Ta młoda kobieta miękko zsunęła się z parapetu
    jak zrzucony z pleców jedwabny szlafrok
    Dopiero rozbijając się o bruk
    odeszła od złej miłości
    przestały ją prześladować niespłacone raty
    co jutro ugotuje na obiad
    Właśnie teraz wypiękniała niespodzianie

    Tu gdzie leżało ciało
    chłopcy cieszyli się z odłożonej lekcji
    dziewczęta lizały różowe lody
    tłum falował drapieżnie
    jak pod kurtką palce erotomana
    Ktoś krzyczał
    ktoś cieszył się
    że Bóg był sprawiedliwy
    gdy odbierał jej czułość dziecka

    Zdarzenie wstrząsnęło tylko kilkoma kamieniami
    w zbiegowisku zginęła
    - prócz torebki -
    uczciwość

    q

    Jubileusz

    Ta przełęcz jest trudna
    nie wiem co po drugiej stronie
    Tutaj jest dużo strachu
    nudy
    z własnej winy niespełnienia -
    żeby przejść do lepszego świata
    nie wystarczy spać z niedomytymi mężczyznami

    Włosy dumnej kobiety szybko tracą blask

    Kiedy pan referent pan księgowy opijają jubileusz
    dwadzieścia lat na tym samym krześle
    na moment pręży się jej rozrosłe ciało
    jeszcze nie rozumie
    że już wypadły jej lotki z palców
    że za chwilę na jej miejscu
    ktoś inny rozrzuci swoją młodość -
    nie mówiąc "nigdy" i "na pewno"
    z łatwością prześliźnie się

    przez życie

    q

    Zauroczenie

    Widziałam wielu mężczyzn w robotniczych autobusach
    i z polityką na ustach
    lecz Ty wydałeś mi się najmniej zrozumiały
    jakbym już Ciebie znała
    i tylko szukała Twojej twarzy pod obecną
    aby upewnić się że jesteś

    Moje oczy niespodzianie rozpaliły się
    gdy stanąłeś obok mnie oddech zatrzymał się
    słońce przestało wędrować
    i nie było już nic więcej prócz tej jednej żywej chwili
    Nie rozpoznałam już swojego imienia
    stałam się prawdziwie kobieca -
    pożądana

    Widziałam wielu mężczyzn w szpitalach
    i przy kioskach z piwem
    Nie kochałam ich
    nie przeżywałam w wyobraźni ich dotyku
    Żałowałam ich czasem

    Widziałam wielu mężczyzn nieogolonych
    cuchnących rosyjskim spirytusem
    aż wreszcie chciałam się ich wyrzec -
    byli dla mnie zbyt pospolici

    Z tobą jest inaczej
    że muszę słowa pożyczać od innych
    jakbym jeszcze nigdy niczego nie przeżywała
    jakbym nigdy nie dotknęła żadnego mężczyzny
    i rozumiem cię
    jakbym rozumiała całe swoje życie

    q

    Nad brzegiem

    Rzeka emanuje za pomocą nas
    po raz pierwszy rozmawiających ze sobą ludzi
    Jeszcze nie mamy w sobie obawy
    a usta odsunęły na chwilę fałszywe słowa
    Właśnie dziś spotkaliśmy się
    jakby przez nieuchronność
    niespodziewanie otworzyliśmy zatoki swoich ciał

    Za moment odejdziemy od siebie -
    ledwo zapamiętamy ruchy warg
    na pewno rozgwieżdżoną ciemność
    jakby wypowiedziane wyznania wyprzedziły myśli
    bo gdybyśmy zostali Warta rozlałaby się
    szarym lękiem

    q

    Zwierzenie

    Tak jest dobrze
    gdy leżymy obejmując się oddechami
    Zmysłowy pejzaż tłumi nudne popołudnie
    więc nie przeliczasz mnie na srebrny serwis ciotki
    samochód czy twoje pochodzenie
    nie obchodzi cię nic prócz mojej nagości
    nie zadajesz kłopotliwych pytań
    nie przesłuchujesz z wcześniejszych narzeczonych

    Kiedy otwierasz słowa nie poznaję cię
    Czuję się zmęczona i pusta
    jakbym przez stłuczoną szybę kuchni
    patrzyła na skopane prześcieradła
    Niepokoją się we mnie zbuntowane kobiety
    których trupy przed wiekami wbijano na pal

    Tylko w bliskości pieszczot odnajdujemy się na chwilę
    poznajemy rzeczy o których przedtem nie wiedzieliśmy nic
    smakujemy swoje ciała
    jakbyśmy chcieli zmaterializować każdy szelest mięśni
    Wiedza dotyku jest piękna i przerażająca
    kiedy nasze marzenia biegną po różnych drogach
    a gdy przypadkiem potrącą się
    ranisz mnie walczysz ze mną

    Tak naprawdę jesteś moim wrogiem

    Gdybyś mógł otworzyć moje czoło
    Zobaczyłbyś że nie jestem taką
    za jaką mnie masz

    Tak niewiele zadałeś sobie trudu
    że znasz tylko mój zapach

    q

    Skarga żony robotnika drogowego

    Nie będę cię kochać
    jeśli nie zrobisz czegoś ze sobą
    Idź do fryzjera przeczytaj choć kilka książek
    bo duszę się przy tobie
    Twój oddech jest jak obcy pies
    wciąż tylko nogi zadzierasz
    jakbyś był na piłkarskim meczu
    oglądać te same bezsensowne twarze kolegów -
    przy piwie opowiadasz im sprośne kawały
    lub chwalisz się jaki to dobry jesteś w łóżku

    Zobacz przy tobie wcale nie pięknieję
    zapomniałeś że jestem kobietą marzącą o mężczyźnie
    któremu chętnie gotowałabym obiady i prasowała koszule
    Nienawidzę facetów
    przez których muszę brać wszystko na siebie
    albo sprzątać podwórko o świcie -
    wtedy najbardziej brzydzę się
    swej kobiecości

    q

    Siostra miłosierdzia

    Nienawiść wżarła się w moje palce
    jak zbyt ciężka torba z zakupami
    Tu nikt nie chce mego miłosierdzia
    miasteczko niszczy każdą uczłowieczoną myśl
    jestem potrzebna jeszcze bezdomnym i nędzarzom

    Prócz nich niewiele mi już zostało

    Dla nich musiałam nauczyć się żyć cicho jak szakal
    pokorniej od innych
    żeby mi w duszy jak w przytułku Brata Alberta
    nie zabrakło naczyń na mleko
    i odwagi

    Najbogatsi rzadko zostawiają coś ze swych obietnic
    a ci co nic nie dają
    niczym szczury zabierają najwięcej
    przypisują mi własne skłonności
    oskarżają o przywłaszczanie cudzych mężów
    w pomówieniach upijają szprycują haszem lekami
    żeby nawet nieznajomi lżyli mnie za jakieś urojone ciąże

    Tutaj czynić trochę dobrego
    jest wilkiem rzuconym wśród eleganckie stado

    Lecz nie rezygnuję
    czekam kiedy przechodnie bardziej dojrzeją

    q

    Organizacja charytatywna

    Trudno będzie ich zdemaskować
    umiejętnie grają rolę dobrych
    Znów będę musiała im powiedzieć
    że podaję usta na zgodę jak kęs słodkiego ciasta
    Podobno jeśli uratowałam spojrzenie ptaka
    lub przygarnęłam bezpańskiego psa
    to powinnam czuć się bezpieczna
    Uśmiecham się więc jakbym niczego nie pamiętała -
    przecież tylko brutalnie wyrzucono z mnie pracy
    nawet nie wiem komu przeszkadzałam
    w podbijaniu świata
    nie mogę zapytać o ukradzione masło i pasztet
    choć wciąż potrącam znajome grzechy

    Mówię sobie
    to tylko kolejne doświadczenie
    pazerny zapach rozpoznawalny jak gnijąca podłoga
    zawiść następczyni

    Bo zawsze chciałam więcej
    niż przypadkowego drinka
    czy półgodzinnej elegancji prezesa

    Bo gdybym była piękna na ich sposób
    przekupiliby mnie

    q

    Tragikomedia

    Najlepiej będzie gdy kobiety nie będą rodziły poetów
    niech mają dziewczynki i zwyczajnych chłopców
    z płowymi myślami i piłką -
    nie można nikogo niewinnie skazywać na samotność
    Tu być artystą brzmi jak wyrok
    i aby żyć
    trzeba nosić cudze spojrzenia
    udawać domowe gospodynie
    gotować kaszę lub prać skarpety

    Tu poezja nie może wynikać z nazywania
    miasteczka po imieniu
    lecz z tajemnicy
    zza drzewa
    przy okazji czyichś imienin
    przeważnie z torbą pełną zakupów
    lub gdy wraca się z działki

    Tu zbyt łatwo można pokaleczyć się
    strachem tych wszystkich co nie mogą pojąć życia
    otworzyć się na coś więcej
    niż oskarżanie Żydów i księży
    o rzeczy które sami czynią
    albo przerastają ich podwórko

    Tu mówią że znają się na ludziach
    Ale to wiedza z sąsiedzkiej kłótni lub mydlanego serialu
    Jutro może postawią karabin na balkonie
    będą strzelać do nieznajomych jak do kaczek

    q

    Mój przyjaciel Bruno Schulz

    Nie mogę znaleźć pracy w naszym miasteczku
    bo bardziej szanuję człowieka niż luksusowe przedmioty
    stałam się wrogiem dla wielu skazali mnie
    na samotność nie ma kto zaprosić na łyk herbaty
    Tutaj trzeba mieć szerokie znajomości
    bo wykształcenie niewiele znaczy
    co z tego że pukam do różnych drzwi
    jedynie krwawią mi usta -
    nie umiem odkrywać kolan
    w najbardziej odpowiedniej chwili

    Jedynie poezja chroni mnie
    przed rzuceniem się z mostu albo podcięciem sobie żył
    Gdy piszę spotykam przyjaciela
    Bruno bezpiecznie prowadzi mnie
    przez brudne korytarze bloków
    ludzkie klatki podświadomości
    uczy na nowo chodzić po chodnikach
    jak po kocich łbach
    Wtedy niesiemy w słowie ptaka
    naprawiamy skrzywione krajobrazy miasteczka

    Tylko tak chronimy siebie

    q

    Bliżej mnie

    Mężczyzna powiedział:
    Ożenię się z tobą
    jeśli porzucisz poezję
    i zostaniesz normalną kobietą

    Ależ ja tylko zachowuję się jak artystka
    Jestem normalna na miarę tego miasteczka
    na miarę kobiet które marzą
    że tej nocy umarli ich mężowie
    a potem przy obcorodzinnych stołach
    wsuwają swoje wygłodniałe skóry
    w kleszcze bezdusznych uwodzicieli

    W takiej chwili najbezpieczniej zapatrzyć się w okno
    i tak się zawsze wraca do domowych kapci
    Od zwyczajności nikt zwyczajnie nie odchodzi

    Ja przecież jestem na miarę tego miasteczka
    normalna
    Jeszcze raz od nowa opowiem mężczyźnie
    o moim usprawiedliwieniu
    jak bardzo potrzebnym złudzeniem jest poezja

    q

    Nie może nas nikt zobaczyć

    Gdziekolwiek spotkam się z tobą
    nie może nas nikt zobaczyć
    Milczenie jak pętla czai się wokół nas
    z porannej kawy nie powinna wydobyć się
    nawet smuga obcego oddechu

    Jestem dwadzieścia lat młodsza
    bardziej wykształcona
    ale nie dlatego na pustkowiu czasem pożyczasz mi
    najdroższy samochód w miasteczku

    O świcie brudna od zachwytu wymykam się
    w karzące usta matki
    pod uległością chowam brzytwy łomy i siekiery
    tylko mój biustonosz jest pełen nasienia i krwi

    Dziś jeszcze nie mogę wyrzec się czegokolwiek
    od siebie
    lista wyrzeczeń musiałaby być długa bolesna
    a w naszym miasteczku zima
    pluje zniszczonymi dłońmi kobiet

    Powinnam być dumna
    z tysiąca przedmiotów wybrałeś przecież mnie
    jak kilogram lepszej kiełbasy
    Tak nie może nas nikt zobaczyć

    q

    Zazdrość

    Na pozór nic się jeszcze nie stało
    Wymienili ze sobą
    ledwie uchwytne spojrzenie
    a ja już wiedziałam wszystko
    nie wiedząc jeszcze nic

    Dziesiątki nie istniejących przedmiotów
    ożyło w warownej budowli głowy
    uderzyły zatrute włócznie
    szampan nabrał koloru ognia

    Moja podejrzliwość torturowała ją
    i samą siebie
    mimo że wciąż wciskał mnie
    w nasiąknięte swojskimi słowami ramiona
    Rozpadł się beztroski miłosny etap

    Ale przecież z pozoru niewinnym spojrzeniu
    ich dwojga
    rozpoznałam zbliżającą się
    samotność

    q

    Ochrania mnie strach

    Nie miałam już nic
    co wcześniej zamieniło się w rozsypane domino
    Wszystko zabrała dziewczyna
    bardziej namiętna i gorąca

    Powiedziałam że jestem jej przyjaciółką
    Cóż innego mogłam jej powiedzieć
    by zasnęła spokojna i ufna

    Po omacku moje palce przesunęły się po pościeli
    bliżej włosów
    później szyi

    Było to dziwnie przyjemne niezwykłe

    Skórę miała delikatną
    a przecież nie myślałam o jej skórze
    Moje palce wbijały się głębiej
    za siebie
    za mężczyznę
    za ukradzioną Amerykę

    Zabijałam pierwszy raz w życiu

    Nagle eksplodował we mnie cień
    zapaliłam wszystkie światła
    otworzyłam wszystkie drzwi

    Myślisz że nikt mnie nie obroni?

    q

    Dialog z nienawiścią

    Myślisz że mnie nikt nie obroni
    kiedy wypuścisz na mnie wygłodniałe kruki
    Świat za to wyciągnie do ciebie rękę

    Wciąż próbujesz kłamstwem pobrudzić mi twarz
    wyśmiewasz się ze mnie w kolejce po zasiłek
    obelgami niszczysz drzwi dworcowych szaletów
    jakbyś chciała wyryć sobie dziurę w sercu
    Ale to graffiti nie dociera do mnie
    nie czytam cię
    nie myślę o tobie tak źle
    bo po prostu nie zabierasz mi spacerów po miasteczku
    bo śmierć porywa bardziej ciebie niż mnie
    bo jeszcze głębiej czuję się kobietą

    No i można z tobą żyć pogodzić się
    że co rano gonisz mnie na skrzypiącym rowerze
    aż do kwiaciarni
    choć nie rozumiesz
    dlaczego myję kubki bezdomnym
    dlaczego rozmawiam z dziećmi na katechezie
    nie rozumiesz
    że mogę być jak zwykły przechodzień

    q

    * * *

    Muszę ci wreszcie powiedzieć
    że dziś umarła we mnie lekkomyślność
    zarżnęłam w sobie niewolnicę

    Nie będę więcej rozbierała się przed tobą

    Ta śmierć wyzwoliła mnie z klatki
    stałam się o krok bliższa sobie
    niż wszystkie twoje drogie meble
    zabrakło prowokacji prezentów
    odgonię namiętność
    by nie wyła między naszymi ciałami
    porzucę cię
    nie chcę być ścigana przez nocne kluby i alkohol
    uspokoję się jakąś pracą choćby ciuchami na wagę

    Moja twarz bardziej pasuje do ulicznej tandety -
    tu normalniej i więcej wstydu
    choć brakuje pieniędzy na gaz

    * * *

    Odchodzę od ciebie byś do mnie powrócił
    bym poczuła się przy tobie bezpieczniej
    Bo gdy pytam czy mnie kochasz
    spoglądasz przez okno
    jakby to słowo znaczyło dla ciebie
    tak wiele nic
    Wtedy przypominasz garnitur z wystawy
    gdy ktoś skreśla z ceny jedno zero

    Nie wystarcza mi już twój szorstki dotyk
    Na moje wypatrywanie
    głaszczesz telewizor
    zapalasz papierosa
    Co z tego że jesteś przystojny
    nie nakarmię tym moich nienarodzonych dzieci

    Odchodzę od ciebie abyś do mnie nie powrócił
    nie miał już złudzeń
    nie zmienisz się jak za muśnięciem moich warg
    Dojrzewanie trwa całe wieki
    twoje miasteczko zawsze będzie ciemnym labiryntem
    gdzie najwyżej mogę napotkać niespłacone długi
    z życia

    q

    Przy kawie

    Co w tobie takiego
    że twoje dawne kochanki
    jak pijawki wbijają się w moje sny

    Kiedy tulisz mnie
    dla tych kobiet jestem jak śmierć
    Nienawidzą mnie przy straganie z warzywami
    choć nigdy żadnym gestem nie wyraziłam
    że mogę być lepsza od nich
    a to nie moje uda przedwcześnie pęcznieją
    domysłami i starością
    W ich domach wciąż brakuje zapałek i soli
    wszechobecne są za to zatęchłe wspomnienia
    i twój cierń w sypialniach

    Zapomniały oddzielić dni od nocy
    rozkwitają w niszczeniu innych
    w krzywoprzysięstwie
    na wyszukiwaniu we mnie
    coraz straszniejszych grzechów

    Co w tobie jest takiego
    że wtargnęłam w obcą ulicę
    Bo dotykasz mnie czasem tak
    jakby mi trzeba było zbyt wiele
    jakby moją zbrodnią było
    że te kobiety muszą coś ze sobą zrobić -
    przynajmniej pomyśleć o jutrze

    q

    Małomiasteczkowa ballada

    Podczas deszczu i ulicznych katastrof
    czuję się bezpieczniej niż między ludźmi
    Przez chwilę mogę zacząć oddychać
    w spojrzenie nabrać gruzów miasteczka
    myśli zatrzymać przy stole

    Ta paranoiczka wtedy nie strzela do mnie

    Jej nienawiść przykuca w butelce wódki
    kupionej zamiast bułek
    z bezsilności umiera szybciej
    chociaż wciąż odrzuca swoją nieuchronność
    próbuje zatrzymać na sobie pożądanie
    tych którzy zainteresowali się mną
    Siłę czerpie z mojego cierpienia
    bo gdy niszczy mnie
    przeżywa rozkosz
    równą tej między ciałem mężczyzny
    krzyczy jakby pękał w niej granat

    Od roku nie może mnie dopaść
    zagryźć do końca
    Znajomi jak stado hien śmieją się coraz głośniej:
    przecież to tylko stara wariatka
    uciekł od niej piętnaście lat młodszy kochanek

    q

    * * *

    Czego mi właściwie zazdrościsz
    że od czasu do czasu obejmie mnie spojrzeniem
    przy ludziach głęboko wedrze się w oczy
    a potem zastygnie jak wąż gotowy do obojętności
    To jedynie pokazowe zachłyśnięcie

    Tak niewiele wiesz o nas a umierasz z zawiści
    przeciwko mnie uruchamiasz kłamstwo
    jak odział zaciężnego wojska
    nawet zaschniętym pędzlom w moim pokoju nie dajesz odpocząć
    Nie wiesz że nie musiałam czekać do północy
    żeby poczuć się zwyczajną:
    niekochaną

    Chcesz mi go zabrać
    oddam ci go za darmo
    Daleką drogę masz do jego ramion
    nie dostaniesz tam mleka ani miodu
    weź go sobie jak przytępiony tasak ze stołu
    pozwalam ci przeciąć rozdzierającą nas nić
    Skąd masz wiedzieć
    że to co wydaje się szczęściem
    jest tylko dobrze zagraną rolą

    Prawda o nas to wyłącznie nasza ironia

    q

    Perspektywy

    W moim życiu nie zdarzy się już nic efektownego
    będę spacerować po jednobarwnych ulicach
    mając wycenione każde otwarcie oczu i śmierć
    Moje istnienie należy do prozy tego miasta
    W taki sposób odeszło ćwierć wieku
    zmienna była tylko pogoda -
    śnieg i słońce pozwalają łatwiej zauważyć pękanie ust

    W moim życiu nie zdarzy się już nic nadzwyczajnego
    To tragiczna prowokacja losu
    przeminąć bez pozostawienia po sobie czegoś więcej niż szarości
    Tak niespokojnie płoną we mnie lasy
    że choć przez moment chcę zasmakować
    przestrzeni
    ale coraz mocniej pogrążam się
    w bunkrach ograniczeń
    Jestem więźniem swojego lęku

    Najtrudniej wojnę wypowiedzieć sobie

    q

    Oczekiwanie

    To nic nie znaczy
    że znajomi odwrócili się do mnie plecami
    by nie życzyć mi powodzenia
    Pomyliłam się
    zbyt kolorowo wymyśliłam sobie ludzi
    jak stół z obrusem w kratę

    Gdy zaczęłam uczyć się wychodzić ponad miejsce
    przyznane mi w miasteczkowej społeczności
    gdy wzgardziłam stanowiskiem sprzedawczyni w rybnym sklepie
    nikt nie ucieszył się

    Obudziłam się
    na pustym tle fałszywych przyjaciół widzi się wyraźnie

    I na tym kończy się miasteczko?
    Przecież coś jeszcze musi być
    choćby na przedmieściu koper w zagonie ziemniaków

    Teraz przynajmniej szarość świtu jest dotykalna
    sufit patrzy znajomo i bezpiecznie
    nic nie zagłusza wróbli za szybą

    Trzeba żyć dalej
    głębiej
    choćby dla siebie i zwierząt

    q

    Puste pokoje

    Gdy rozmawiam o twarzach znajomych
    podobna jestem do deszczu
    Lecz kiedy za szybami pojawiają się nowe kolorowe przedmioty
    Syzyf wtapia się w Judę z Kariothu
    i obaj przenikają moje uczucia

    To chyba czerń zamknęła się we mnie
    że zrobiłam się senna
    Jestem polnym kamieniem
    w miękkiej i wygodnej trawie
    Słowa o świcie brzmią nierzeczywiście
    nieodkryte kontynenty czekają na dłoniach i stopach
    a wciąż spotykam puste pokoje -
    słyszę w nich tylko
    odchodzących żołnierzy z tandetnymi guzikami

    Może kiedyś nauczę się płakać
    Może to wystarczy
    by przełamała się we mnie cząstka słońca

    q

    Moja Europa

    Już wiem to miasteczko jest niezniszczalne
    choć przesuwają się granice tolerancji
    Trwa w swojej skorupie nieczułości jak tysiącletni grzyb
    tylko ja zmieniam się
    więc iluzje odpadają ode mnie jak łuski tynku
    ze świeżo pomalowanych kamieniczek w rynku

    Tu Europa rodzi się pozornie
    choć wysoko powiewają flagi zjednoczonych narodów
    i wszędzie sadzi się kolorowe bratki
    ale szkolne uroczystości i plakaty
    nie otwierają zrozumienia
    w ludzkich głowach uwiązł zaścianek i poluje się na czarownice
    W takiej sytuacji niezręcznością staje się moja cywilizacja
    chociaż jeszcze zaprasza się mnie na chrzciny i pogrzeby

    Chciałabym być nowoczesną kobietą
    lecz bardziej przypominam wierzbę skazaną na wycięcie
    mam znajomych którzy tak ładnie zazdroszczą
    przyjaciół co z przyzwyczajenia tak siebie nazywają
    ich lęk zamienił się w mój wyrok -

    Przesądów nie da się usunąć jak butwiejących liści
    wciąż gryzą nienawiścią
    niczym graffiti na blokach


    Swiat