Włamanie do
Mój świat z trudnością przedziera się
przez korytarze znajomych
Mają zbyt mało marzeń w sobie
bezbarwność jest u nich częstym gościem
Zostawiają po sobie
plany zapędzone w ślepe uliczki
Trwają bardzo długo
bezczynność tłumaczą wolnością wyboru
stopniowo przeobrażają się
w zarośnięte wyrobisko
ich rozmowy coraz częściej ograniczają się
do pochwały taniej bluzki i placka
Tylko w snach nic ich nie powstrzymuje
aby z rozpuszczoną wyobraźnią
pobiec do starego dworku -
tak wyraźnie czują jego aromat
jakby ustami dotykali kosza jabłek
q
Słodki smak życia
I tak nie ukryję się przed ludźmi
Wywęszą mnie choćbym nic nie uczyniła
przez rok nieruchomo przesiedziała z książką w ręku
pochwalą się że przyłapali mnie na gorącym uczynku
bezwstydnie wtuloną w brzuchy żonatych mężczyzn
potem po znajomych rozniosą
moje dobre imię i prywatność
jak wampirce wystrugają osikowy kołek
Nie chciałam takiej rzeczywistości
miasteczka co przedwcześnie pożera zabawki
Za opuszczonymi żaluzjami
robię sobie jaskrawszy makijaż
- nawet już nie chce mi się
wychodzić nocą
po kryjomu kontrolować
każdą swoją łzę
q
* * *
W tym miasteczku niektórym z moich znajomych
Bóg przypomina martwe okna
jest przeszkodą do lepszego życia
Jednak mieszka się tu zwyczajnie
głośno załatwia się interesy
jeszcze głośniej złorzeczy i przeklina
i nawet czasem chodzi się na poetyckie wieczorki
Może tylko więcej tu dymu z kadzideł
i odpustowych dzwonków
Gdy tłumy rozpychają się łokciami
można wyjść z poderżniętym marzeniem
lub nie trafić na noc do domu
I tak wszyscy wszystkich dostrzegą
podrzucą oszczerstwa na progach
jak butelki po piwie
bo nie nawróceni żyją w pierwszych ławkach sławy
Publicznie można również ukłonić się aż do bólu
ofiarować judaszowy pocałunek
nawet głodne dzieci karmić jak stado kotów
patrząc aby zbyt dużo nie zjadły
Tu za murami znika bezinteresowność
miłosierdzie to dekoracja
zdejmowana jak za ciasne kalesony
Tu kłamstwo jest naturalniejsze
bliższe prawdzie
gdy osądza się innych z małych rzeczy
rozlicza się ze szczęścia jak łebek od szpilki -
nie widząc u siebie umarłego lasu
q
Bunt gospodyni domowej
Wiosną miasteczko zwierzęco drażni moje rzęsy
ciągnie mnie do rynsztoków
Po kryjomu obsypuję sobą klepiska melin
jak kiściami bzów
nie przeszkadza mi że grzęznę w poimprezowych resztkach
boję się tylko plotek i nienawiści
Tutaj nauczycielki przyzwyczaiły się do opadających marzeń
intelektualna śmierć dopadła urzędniczki
poetki odeszły
rozgniecione widmem dostatku i obietnic
że jutro ich twórczością wybrukuje się jakąś uliczkę
omijaną przez psy
Brzydzę się kłopotliwych pytań
by na wysmarowane namiętnością spódnice
księgowi nie rzucili mi "ludzkich" sępów -
przecież tylko nocą jestem kocicą
spuszczoną na pięć minut z domowego fartucha
Dla mnie brud to schronienie
Jedyna rozrywka w synagodze
gdy upodabniam się do całości krajobrazu
q
Dziewczyna z agencji towarzyskiej
Na schodach nocnych klubów
z przyzwyczajenia wkładam ręce w kieszenie płaszcza
potykam się o niewykorzystane bilety
i obojętnych mi ludzi
Zgrzyt paznokci na parapetach
płoszy z mroku rozpustne demony
wraz z nimi ślizgam się w przepoconych kurtkach
kierowców tirów lub futrach dorobkiewiczów
Chciałabym coś ukraść dla siebie
lecz ich wizytówki są równie fałszywe jak mój uśmiech
W tej pustce jedynie przymierzam pończochy
dla kolejnej śmierci z niekochanym mężczyzną
Mało znaczę dla siebie
jeszcze mniej dla nich
głodne ciała wciąż kąsają mi duszę
że nie wiem czy ją jeszcze mam
Jestem tylko miasteczkową tajemnicą
ciekawostką śledczych oczu za firanek
w każdym śnie psy sąsiadów
dopadają mnie jak szkielety kochanków
To miasteczko pozorami wyssało mi nadzieję
gdy udomowiony alkoholik w miłosierdziu
zarąbał moją trzyletnią córeczkę
q
Portret
Długowłosa dziewczyna właśnie stała przy kiosku
studiując palcem przez szybę
najpopularniejsze trendy w czasopismach z modą
gdy on odebrał swój zasiłek dla bezrobotnych
Chciał podarować jej bukiet słów
lecz nie zatrzymała na nim nawet ułamka siebie
W tym momencie najbardziej osiągalne było dla niej
istnienie słupa ogłoszeniowego
z informacjami o sobotnich dyskotekach -
tam przynajmniej może powąchać bogactwo innych
bo prowincji z marzeń nie daje się zmazać
Tu kobiety rzadko podobne są do zwiewnych boginek
z wierszy miejscowego poety
Noszą zbyt ciężki makijaż i buty na koturnie
ich pragnienia o nowych kieckach
nie pozwalają oderwać się do szerszych horyzontów
szkoda im czasu
wolą swoją znajomą codzienność
a ta boli przy każdej tęsknocie
q
Ze szkolnej kroniki
Ta najładniejsza dziewczyna w szkole
wcale nie musiała umierać
miał być inny scenariusz
ale bezradność zacisnęła się odrobinę za daleko
Rano matka znalazła ją w szafie
na szyi miała niebieską apaszkę
i tylko wyrzeźbiona pręga wskazała
że studniówkowa sukienka powędruje do powodzian
Nikt nie wie dlaczego
i wszyscy wiedzą za dużo
wyssane z palca poematy
tysiąc razy obiegły chodniki
dealerzy pochowali się w mysie dziury
przechodnie nabrali w usta granatów
Koleżanki z klasy założyły czarne golfy
z uroczystymi minami delektują się samobójstwem
jakby żuły gumę
ze śmierci zrobiły adorację
co przez tydzień będzie ukrywać prowincjonalną nudę
Kupują z wyprzedaży przywiędłe wiązanki
teatralnymi gestami rozrzucają je na jej ostatnim spacerze
na znak przyjaźni której nigdy nie było
Już nie zagrozi im
w małomiasteczkowych konkursach piękności
q
Pożegnanie
Po tylu rozstaniach pamiętam cię tylko w długim płaszczu
gdy wracaliśmy z kina lub licealnej prywatki
wtedy jeszcze nosiłeś mój parasol
i spojrzenie
Czas upiększa we mnie obrazy
mimo że odszedłeś nie kończąc niczego
umieranie będzie więc dla mnie rozkopaną ulicą
jakbyś na chwilę wsiadł do autobusu
Żałuję że nie byłam na twoim pogrzebie
Może poruszona ziemia pokazałaby mi ciebie inaczej
sprostowała twoje zdrady
ale bałam się łez tych wszystkich
porzuconych przez ciebie kobiet -
nie chciałam nic o nich wiedzieć
Od twojego wypadku źle sypiam
Potrzebujesz czegoś ode mnie
jakbym znała nie tylko z widzenia dziewczyny
które wymodliły dla ciebie śmierć
wystarczył jeden tir
Czego więc jeszcze chcesz ode mnie
Mam za ciebie ofiarować ciało
współczucie
kieliszek wódki
q
Dziewczyna przy fontannie
Choć tobie wydaje się
że ci bogaci mężczyźni lubią cię
bo sypią komplementami
ciepło ucieka od nich jak skopany pies
Od dawna są nieżywi
ich rozkład rozpoczął się w kłamliwym szyderstwie
gdy śmiejąc się z takich jak ty
pogubili klamki do samych siebie
A ty wciąż żyjesz marzeniami
W każdy wieczór jak niewolnica
schodzisz do fontanny
tańczysz z ich pijanymi cieniami
o twoje włosy wycierają buty
z kompleksów i małżeńskiej monotonii
Gdy odchodzą kładą ci na usta kolejną butelkę
zimną i pustą
wkładasz ją w najdalsze wnętrze
mówiąc - "nie pamiętać"
Rano nikt nie zapyta
za co potłuczono twoją przestrzeń
Ci mężczyźni sami tego nie wiedzą
po prostu chcieli żeby było im weselej
niż we wszystkich zabawach w życie
q
Temat na papierosa
Ta młoda kobieta miękko zsunęła się z parapetu
jak zrzucony z pleców jedwabny szlafrok
Dopiero rozbijając się o bruk
odeszła od złej miłości
przestały ją prześladować niespłacone raty
co jutro ugotuje na obiad
Właśnie teraz wypiękniała niespodzianie
Tu gdzie leżało ciało
chłopcy cieszyli się z odłożonej lekcji
dziewczęta lizały różowe lody
tłum falował drapieżnie
jak pod kurtką palce erotomana
Ktoś krzyczał
ktoś cieszył się
że Bóg był sprawiedliwy
gdy odbierał jej czułość dziecka
Zdarzenie wstrząsnęło tylko kilkoma kamieniami
w zbiegowisku zginęła
- prócz torebki -
uczciwość
q
Jubileusz
Ta przełęcz jest trudna
nie wiem co po drugiej stronie
Tutaj jest dużo strachu
nudy
z własnej winy niespełnienia -
żeby przejść do lepszego świata
nie wystarczy spać z niedomytymi mężczyznami
Włosy dumnej kobiety szybko tracą blask
Kiedy pan referent pan księgowy opijają jubileusz
dwadzieścia lat na tym samym krześle
na moment pręży się jej rozrosłe ciało
jeszcze nie rozumie
że już wypadły jej lotki z palców
że za chwilę na jej miejscu
ktoś inny rozrzuci swoją młodość -
nie mówiąc "nigdy" i "na pewno"
z łatwością prześliźnie się
przez życie
q
Zauroczenie
Widziałam wielu mężczyzn w robotniczych autobusach
i z polityką na ustach
lecz Ty wydałeś mi się najmniej zrozumiały
jakbym już Ciebie znała
i tylko szukała Twojej twarzy pod obecną
aby upewnić się że jesteś
Moje oczy niespodzianie rozpaliły się
gdy stanąłeś obok mnie oddech zatrzymał się
słońce przestało wędrować
i nie było już nic więcej prócz tej jednej żywej chwili
Nie rozpoznałam już swojego imienia
stałam się prawdziwie kobieca -
pożądana
Widziałam wielu mężczyzn w szpitalach
i przy kioskach z piwem
Nie kochałam ich
nie przeżywałam w wyobraźni ich dotyku
Żałowałam ich czasem
Widziałam wielu mężczyzn nieogolonych
cuchnących rosyjskim spirytusem
aż wreszcie chciałam się ich wyrzec -
byli dla mnie zbyt pospolici
Z tobą jest inaczej
że muszę słowa pożyczać od innych
jakbym jeszcze nigdy niczego nie przeżywała
jakbym nigdy nie dotknęła żadnego mężczyzny
i rozumiem cię
jakbym rozumiała całe swoje życie
q
Nad brzegiem
Rzeka emanuje za pomocą nas
po raz pierwszy rozmawiających ze sobą ludzi
Jeszcze nie mamy w sobie obawy
a usta odsunęły na chwilę fałszywe słowa
Właśnie dziś spotkaliśmy się
jakby przez nieuchronność
niespodziewanie otworzyliśmy zatoki swoich ciał
Za moment odejdziemy od siebie -
ledwo zapamiętamy ruchy warg
na pewno rozgwieżdżoną ciemność
jakby wypowiedziane wyznania wyprzedziły myśli
bo gdybyśmy zostali Warta rozlałaby się
szarym lękiem
q
Zwierzenie
Tak jest dobrze
gdy leżymy obejmując się oddechami
Zmysłowy pejzaż tłumi nudne popołudnie
więc nie przeliczasz mnie na srebrny serwis ciotki
samochód czy twoje pochodzenie
nie obchodzi cię nic prócz mojej nagości
nie zadajesz kłopotliwych pytań
nie przesłuchujesz z wcześniejszych narzeczonych
Kiedy otwierasz słowa nie poznaję cię
Czuję się zmęczona i pusta
jakbym przez stłuczoną szybę kuchni
patrzyła na skopane prześcieradła
Niepokoją się we mnie zbuntowane kobiety
których trupy przed wiekami wbijano na pal
Tylko w bliskości pieszczot odnajdujemy się na chwilę
poznajemy rzeczy o których przedtem nie wiedzieliśmy nic
smakujemy swoje ciała
jakbyśmy chcieli zmaterializować każdy szelest mięśni
Wiedza dotyku jest piękna i przerażająca
kiedy nasze marzenia biegną po różnych drogach
a gdy przypadkiem potrącą się
ranisz mnie walczysz ze mną
Tak naprawdę jesteś moim wrogiem
Gdybyś mógł otworzyć moje czoło
Zobaczyłbyś że nie jestem taką
za jaką mnie masz
Tak niewiele zadałeś sobie trudu
że znasz tylko mój zapach
q
Skarga żony robotnika drogowego
Nie będę cię kochać
jeśli nie zrobisz czegoś ze sobą
Idź do fryzjera przeczytaj choć kilka książek
bo duszę się przy tobie
Twój oddech jest jak obcy pies
wciąż tylko nogi zadzierasz
jakbyś był na piłkarskim meczu
oglądać te same bezsensowne twarze kolegów -
przy piwie opowiadasz im sprośne kawały
lub chwalisz się jaki to dobry jesteś w łóżku
Zobacz przy tobie wcale nie pięknieję
zapomniałeś że jestem kobietą marzącą o mężczyźnie
któremu chętnie gotowałabym obiady i prasowała koszule
Nienawidzę facetów
przez których muszę brać wszystko na siebie
albo sprzątać podwórko o świcie -
wtedy najbardziej brzydzę się
swej kobiecości
q
Siostra miłosierdzia
Nienawiść wżarła się w moje palce
jak zbyt ciężka torba z zakupami
Tu nikt nie chce mego miłosierdzia
miasteczko niszczy każdą uczłowieczoną myśl
jestem potrzebna jeszcze bezdomnym i nędzarzom
Prócz nich niewiele mi już zostało
Dla nich musiałam nauczyć się żyć cicho jak szakal
pokorniej od innych
żeby mi w duszy jak w przytułku Brata Alberta
nie zabrakło naczyń na mleko
i odwagi
Najbogatsi rzadko zostawiają coś ze swych obietnic
a ci co nic nie dają
niczym szczury zabierają najwięcej
przypisują mi własne skłonności
oskarżają o przywłaszczanie cudzych mężów
w pomówieniach upijają szprycują haszem lekami
żeby nawet nieznajomi lżyli mnie za jakieś urojone ciąże
Tutaj czynić trochę dobrego
jest wilkiem rzuconym wśród eleganckie stado
Lecz nie rezygnuję
czekam kiedy przechodnie bardziej dojrzeją
q
Organizacja charytatywna
Trudno będzie ich zdemaskować
umiejętnie grają rolę dobrych
Znów będę musiała im powiedzieć
że podaję usta na zgodę jak kęs słodkiego ciasta
Podobno jeśli uratowałam spojrzenie ptaka
lub przygarnęłam bezpańskiego psa
to powinnam czuć się bezpieczna
Uśmiecham się więc jakbym niczego nie pamiętała -
przecież tylko brutalnie wyrzucono z mnie pracy
nawet nie wiem komu przeszkadzałam
w podbijaniu świata
nie mogę zapytać o ukradzione masło i pasztet
choć wciąż potrącam znajome grzechy
Mówię sobie
to tylko kolejne doświadczenie
pazerny zapach rozpoznawalny jak gnijąca podłoga
zawiść następczyni
Bo zawsze chciałam więcej
niż przypadkowego drinka
czy półgodzinnej elegancji prezesa
Bo gdybym była piękna na ich sposób
przekupiliby mnie
q
Tragikomedia
Najlepiej będzie gdy kobiety nie będą rodziły poetów
niech mają dziewczynki i zwyczajnych chłopców
z płowymi myślami i piłką -
nie można nikogo niewinnie skazywać na samotność
Tu być artystą brzmi jak wyrok
i aby żyć
trzeba nosić cudze spojrzenia
udawać domowe gospodynie
gotować kaszę lub prać skarpety
Tu poezja nie może wynikać z nazywania
miasteczka po imieniu
lecz z tajemnicy
zza drzewa
przy okazji czyichś imienin
przeważnie z torbą pełną zakupów
lub gdy wraca się z działki
Tu zbyt łatwo można pokaleczyć się
strachem tych wszystkich co nie mogą pojąć życia
otworzyć się na coś więcej
niż oskarżanie Żydów i księży
o rzeczy które sami czynią
albo przerastają ich podwórko
Tu mówią że znają się na ludziach
Ale to wiedza z sąsiedzkiej kłótni lub mydlanego serialu
Jutro może postawią karabin na balkonie
będą strzelać do nieznajomych jak do kaczek
q
Mój przyjaciel Bruno Schulz
Nie mogę znaleźć pracy w naszym miasteczku
bo bardziej szanuję człowieka niż luksusowe przedmioty
stałam się wrogiem dla wielu skazali mnie
na samotność nie ma kto zaprosić na łyk herbaty
Tutaj trzeba mieć szerokie znajomości
bo wykształcenie niewiele znaczy
co z tego że pukam do różnych drzwi
jedynie krwawią mi usta -
nie umiem odkrywać kolan
w najbardziej odpowiedniej chwili
Jedynie poezja chroni mnie
przed rzuceniem się z mostu albo podcięciem sobie żył
Gdy piszę spotykam przyjaciela
Bruno bezpiecznie prowadzi mnie
przez brudne korytarze bloków
ludzkie klatki podświadomości
uczy na nowo chodzić po chodnikach
jak po kocich łbach
Wtedy niesiemy w słowie ptaka
naprawiamy skrzywione krajobrazy miasteczka
Tylko tak chronimy siebie
q
Bliżej mnie
Mężczyzna powiedział:
Ożenię się z tobą
jeśli porzucisz poezję
i zostaniesz normalną kobietą
Ależ ja tylko zachowuję się jak artystka
Jestem normalna na miarę tego miasteczka
na miarę kobiet które marzą
że tej nocy umarli ich mężowie
a potem przy obcorodzinnych stołach
wsuwają swoje wygłodniałe skóry
w kleszcze bezdusznych uwodzicieli
W takiej chwili najbezpieczniej zapatrzyć się w okno
i tak się zawsze wraca do domowych kapci
Od zwyczajności nikt zwyczajnie nie odchodzi
Ja przecież jestem na miarę tego miasteczka
normalna
Jeszcze raz od nowa opowiem mężczyźnie
o moim usprawiedliwieniu
jak bardzo potrzebnym złudzeniem jest poezja
q
Nie może nas nikt zobaczyć
Gdziekolwiek spotkam się z tobą
nie może nas nikt zobaczyć
Milczenie jak pętla czai się wokół nas
z porannej kawy nie powinna wydobyć się
nawet smuga obcego oddechu
Jestem dwadzieścia lat młodsza
bardziej wykształcona
ale nie dlatego na pustkowiu czasem pożyczasz mi
najdroższy samochód w miasteczku
O świcie brudna od zachwytu wymykam się
w karzące usta matki
pod uległością chowam brzytwy łomy i siekiery
tylko mój biustonosz jest pełen nasienia i krwi
Dziś jeszcze nie mogę wyrzec się czegokolwiek
od siebie
lista wyrzeczeń musiałaby być długa bolesna
a w naszym miasteczku zima
pluje zniszczonymi dłońmi kobiet
Powinnam być dumna
z tysiąca przedmiotów wybrałeś przecież mnie
jak kilogram lepszej kiełbasy
Tak nie może nas nikt zobaczyć
q
Zazdrość
Na pozór nic się jeszcze nie stało
Wymienili ze sobą
ledwie uchwytne spojrzenie
a ja już wiedziałam wszystko
nie wiedząc jeszcze nic
Dziesiątki nie istniejących przedmiotów
ożyło w warownej budowli głowy
uderzyły zatrute włócznie
szampan nabrał koloru ognia
Moja podejrzliwość torturowała ją
i samą siebie
mimo że wciąż wciskał mnie
w nasiąknięte swojskimi słowami ramiona
Rozpadł się beztroski miłosny etap
Ale przecież z pozoru niewinnym spojrzeniu
ich dwojga
rozpoznałam zbliżającą się
samotność
q
Ochrania mnie strach
Nie miałam już nic
co wcześniej zamieniło się w rozsypane domino
Wszystko zabrała dziewczyna
bardziej namiętna i gorąca
Powiedziałam że jestem jej przyjaciółką
Cóż innego mogłam jej powiedzieć
by zasnęła spokojna i ufna
Po omacku moje palce przesunęły się po pościeli
bliżej włosów
później szyi
Było to dziwnie przyjemne niezwykłe
Skórę miała delikatną
a przecież nie myślałam o jej skórze
Moje palce wbijały się głębiej
za siebie
za mężczyznę
za ukradzioną Amerykę
Zabijałam pierwszy raz w życiu
Nagle eksplodował we mnie cień
zapaliłam wszystkie światła
otworzyłam wszystkie drzwi
Myślisz że nikt mnie nie obroni?
q
Dialog z nienawiścią
Myślisz że mnie nikt nie obroni
kiedy wypuścisz na mnie wygłodniałe kruki
Świat za to wyciągnie do ciebie rękę
Wciąż próbujesz kłamstwem pobrudzić mi twarz
wyśmiewasz się ze mnie w kolejce po zasiłek
obelgami niszczysz drzwi dworcowych szaletów
jakbyś chciała wyryć sobie dziurę w sercu
Ale to graffiti nie dociera do mnie
nie czytam cię
nie myślę o tobie tak źle
bo po prostu nie zabierasz mi spacerów po miasteczku
bo śmierć porywa bardziej ciebie niż mnie
bo jeszcze głębiej czuję się kobietą
No i można z tobą żyć pogodzić się
że co rano gonisz mnie na skrzypiącym rowerze
aż do kwiaciarni
choć nie rozumiesz
dlaczego myję kubki bezdomnym
dlaczego rozmawiam z dziećmi na katechezie
nie rozumiesz
że mogę być jak zwykły przechodzień
q
* * *
Muszę ci wreszcie powiedzieć
że dziś umarła we mnie lekkomyślność
zarżnęłam w sobie niewolnicę
Nie będę więcej rozbierała się przed tobą
Ta śmierć wyzwoliła mnie z klatki
stałam się o krok bliższa sobie
niż wszystkie twoje drogie meble
zabrakło prowokacji prezentów
odgonię namiętność
by nie wyła między naszymi ciałami
porzucę cię
nie chcę być ścigana przez nocne kluby i alkohol
uspokoję się jakąś pracą choćby ciuchami na wagę
Moja twarz bardziej pasuje do ulicznej tandety -
tu normalniej i więcej wstydu
choć brakuje pieniędzy na gaz
* * *
Odchodzę od ciebie byś do mnie powrócił
bym poczuła się przy tobie bezpieczniej
Bo gdy pytam czy mnie kochasz
spoglądasz przez okno
jakby to słowo znaczyło dla ciebie
tak wiele nic
Wtedy przypominasz garnitur z wystawy
gdy ktoś skreśla z ceny jedno zero
Nie wystarcza mi już twój szorstki dotyk
Na moje wypatrywanie
głaszczesz telewizor
zapalasz papierosa
Co z tego że jesteś przystojny
nie nakarmię tym moich nienarodzonych dzieci
Odchodzę od ciebie abyś do mnie nie powrócił
nie miał już złudzeń
nie zmienisz się jak za muśnięciem moich warg
Dojrzewanie trwa całe wieki
twoje miasteczko zawsze będzie ciemnym labiryntem
gdzie najwyżej mogę napotkać niespłacone długi
z życia
q
Przy kawie
Co w tobie takiego
że twoje dawne kochanki
jak pijawki wbijają się w moje sny
Kiedy tulisz mnie
dla tych kobiet jestem jak śmierć
Nienawidzą mnie przy straganie z warzywami
choć nigdy żadnym gestem nie wyraziłam
że mogę być lepsza od nich
a to nie moje uda przedwcześnie pęcznieją
domysłami i starością
W ich domach wciąż brakuje zapałek i soli
wszechobecne są za to zatęchłe wspomnienia
i twój cierń w sypialniach
Zapomniały oddzielić dni od nocy
rozkwitają w niszczeniu innych
w krzywoprzysięstwie
na wyszukiwaniu we mnie
coraz straszniejszych grzechów
Co w tobie jest takiego
że wtargnęłam w obcą ulicę
Bo dotykasz mnie czasem tak
jakby mi trzeba było zbyt wiele
jakby moją zbrodnią było
że te kobiety muszą coś ze sobą zrobić -
przynajmniej pomyśleć o jutrze
q
Małomiasteczkowa ballada
Podczas deszczu i ulicznych katastrof
czuję się bezpieczniej niż między ludźmi
Przez chwilę mogę zacząć oddychać
w spojrzenie nabrać gruzów miasteczka
myśli zatrzymać przy stole
Ta paranoiczka wtedy nie strzela do mnie
Jej nienawiść przykuca w butelce wódki
kupionej zamiast bułek
z bezsilności umiera szybciej
chociaż wciąż odrzuca swoją nieuchronność
próbuje zatrzymać na sobie pożądanie
tych którzy zainteresowali się mną
Siłę czerpie z mojego cierpienia
bo gdy niszczy mnie
przeżywa rozkosz
równą tej między ciałem mężczyzny
krzyczy jakby pękał w niej granat
Od roku nie może mnie dopaść
zagryźć do końca
Znajomi jak stado hien śmieją się coraz głośniej:
przecież to tylko stara wariatka
uciekł od niej piętnaście lat młodszy kochanek
q
* * *
Czego mi właściwie zazdrościsz
że od czasu do czasu obejmie mnie spojrzeniem
przy ludziach głęboko wedrze się w oczy
a potem zastygnie jak wąż gotowy do obojętności
To jedynie pokazowe zachłyśnięcie
Tak niewiele wiesz o nas a umierasz z zawiści
przeciwko mnie uruchamiasz kłamstwo
jak odział zaciężnego wojska
nawet zaschniętym pędzlom w moim pokoju nie dajesz odpocząć
Nie wiesz że nie musiałam czekać do północy
żeby poczuć się zwyczajną:
niekochaną
Chcesz mi go zabrać
oddam ci go za darmo
Daleką drogę masz do jego ramion
nie dostaniesz tam mleka ani miodu
weź go sobie jak przytępiony tasak ze stołu
pozwalam ci przeciąć rozdzierającą nas nić
Skąd masz wiedzieć
że to co wydaje się szczęściem
jest tylko dobrze zagraną rolą
Prawda o nas to wyłącznie nasza ironia
q
Perspektywy
W moim życiu nie zdarzy się już nic efektownego
będę spacerować po jednobarwnych ulicach
mając wycenione każde otwarcie oczu i śmierć
Moje istnienie należy do prozy tego miasta
W taki sposób odeszło ćwierć wieku
zmienna była tylko pogoda -
śnieg i słońce pozwalają łatwiej zauważyć pękanie ust
W moim życiu nie zdarzy się już nic nadzwyczajnego
To tragiczna prowokacja losu
przeminąć bez pozostawienia po sobie czegoś więcej niż szarości
Tak niespokojnie płoną we mnie lasy
że choć przez moment chcę zasmakować
przestrzeni
ale coraz mocniej pogrążam się
w bunkrach ograniczeń
Jestem więźniem swojego lęku
Najtrudniej wojnę wypowiedzieć sobie
q
Oczekiwanie
To nic nie znaczy
że znajomi odwrócili się do mnie plecami
by nie życzyć mi powodzenia
Pomyliłam się
zbyt kolorowo wymyśliłam sobie ludzi
jak stół z obrusem w kratę
Gdy zaczęłam uczyć się wychodzić ponad miejsce
przyznane mi w miasteczkowej społeczności
gdy wzgardziłam stanowiskiem sprzedawczyni w rybnym sklepie
nikt nie ucieszył się
Obudziłam się
na pustym tle fałszywych przyjaciół widzi się wyraźnie
I na tym kończy się miasteczko?
Przecież coś jeszcze musi być
choćby na przedmieściu koper w zagonie ziemniaków
Teraz przynajmniej szarość świtu jest dotykalna
sufit patrzy znajomo i bezpiecznie
nic nie zagłusza wróbli za szybą
Trzeba żyć dalej
głębiej
choćby dla siebie i zwierząt
q
Puste pokoje
Gdy rozmawiam o twarzach znajomych
podobna jestem do deszczu
Lecz kiedy za szybami pojawiają się nowe kolorowe przedmioty
Syzyf wtapia się w Judę z Kariothu
i obaj przenikają moje uczucia
To chyba czerń zamknęła się we mnie
że zrobiłam się senna
Jestem polnym kamieniem
w miękkiej i wygodnej trawie
Słowa o świcie brzmią nierzeczywiście
nieodkryte kontynenty czekają na dłoniach i stopach
a wciąż spotykam puste pokoje -
słyszę w nich tylko
odchodzących żołnierzy z tandetnymi guzikami
Może kiedyś nauczę się płakać
Może to wystarczy
by przełamała się we mnie cząstka słońca
q
Moja Europa
Już wiem to miasteczko jest niezniszczalne
choć przesuwają się granice tolerancji
Trwa w swojej skorupie nieczułości jak tysiącletni grzyb
tylko ja zmieniam się
więc iluzje odpadają ode mnie jak łuski tynku
ze świeżo pomalowanych kamieniczek w rynku
Tu Europa rodzi się pozornie
choć wysoko powiewają flagi zjednoczonych narodów
i wszędzie sadzi się kolorowe bratki
ale szkolne uroczystości i plakaty
nie otwierają zrozumienia
w ludzkich głowach uwiązł zaścianek i poluje się na czarownice
W takiej sytuacji niezręcznością staje się moja cywilizacja
chociaż jeszcze zaprasza się mnie na chrzciny i pogrzeby
Chciałabym być nowoczesną kobietą
lecz bardziej przypominam wierzbę skazaną na wycięcie
mam znajomych którzy tak ładnie zazdroszczą
przyjaciół co z przyzwyczajenia tak siebie nazywają
ich lęk zamienił się w mój wyrok -
Przesądów nie da się usunąć jak butwiejących liści
wciąż gryzą nienawiścią
niczym graffiti na blokach |