
Tym co widzą deszcz jak moczy
rozmazaną w szybie twarz
W deszczu kroplach odmierzają
zatrzymany w miejscu czas
Tym co nocą księżycową
dobrym wierszem się zachwycą
a ulicznym muzykantom
rzucą monet garść nie licząc
Ref.: Tym co w oku błyszczy łza...
Tym co budzą się nad ranem
by swej biedzie dać nadzieję,
tym co wiatr na przekór losu
sypie piaskiem, w oczy wieje
Tym co chylą ucho nisko
by usłyszeć szepty ziemi
i choć ziemią utytłani
pozostają niezmienieni
Ref.: Tym co w oku błyszczy łza...
Słowa: Alicja Makowska-Jacyna
Muzyka: Wojtek Hollender
Długo czyściła lufkę,
bursztynową od nikotyny.
Papierosowy dym rysował
obrazy z przeszłości
i żółcił na skroniach jej białe włosy,
kontrastujące z czernią
którą założyła po stracie
bliskich i nigdy już nie zdjęła.
Jej prodiże wypiekały
pierniki bezpieczeństwa
pełne bakaliowych,
ratunkowych kół.
Remedium
na złe godziny i dni
zawinięte w stare,
lniane serwety.
Syberyjskie wiatry
tak wysuszyły jej oczy,
że parę razy dziennie
musi podawać im krople.
Przygięły ją lata
wypiekania pierników
miłości.
Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, styczeń 20, 2002
Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, 15 listopada 2001
Tracę ogrom energii
na wyplątanie się z pajęczyny.
Może pozostać w bezruchu,
przeczekać i zginąć jak mucha.
Może szamotać się i trwać?
Alicja Makowska-Jacyna
Philadelphia, listopad, 2001
Jak wyrazić ból,
Po wszystkich, których nie ma
Jak powstrzymać strach
gdy się zapada ziemia
Jak ugasić pożar
rozpalonego nieba
jak powstrzymać krzyk
kiedy odwagi trzeba
Jak wypowiedzieć żal
kiedy nie wierzysz słowu
i jak patrzeć na miasto
i nie zobaczyć grobu
Jak wyrazić miłość
do tych których już nie ma
Jak zgasić nienawiść
by nie bać się sumienia
Jak powstrzymać gniew,
aby nie skrzywdzić ludzi
Jak uzyskać spokój,
że to się nie powtórzy
Jak powstrzymać łzy,
by ich zostało jeszcze
Jak wyrazić rozpacz,
by przestać płakać wreszcie
Jak długo patrzeć w dół,
by w górę podnieść głowę
Jak długo trwać w milczeniu,
aby nie zabić słowem
Jak powstrzymać pięści,
by nie urągać Bogu
Jak długo jeszcze czekać,
aby wybaczyć wrogom
Jak długo jeszcze walczyć,
by móc się patrzyć w niebo
Jaki postawić pomnik,
ludziom, bliźniaczym wieżom
Jak wytłumaczyć dzieciom,
spokojnie patrząc w oczy
że można żyć normalnie
i spać spokojnie w nocy
Słowa: Alicja Makowska-Jacyna
Muzyka: Wojtek Hollender
Każde zderzenie z drugim człowiekiem
to kula u nogi,
która ciągnie się przez całe życie.
Niektóre z nich
brzemienne,
rodzą nowe kule
ciężkie i czarne.
Niektóre bezpłodne,
dokuczliwe jak stare panny
są,
bo nie mamy sumienia je odciąć.
Nie wszystkim trafia się brylantowa.
Młodzi ciągniemy je bez wysiłku,
bezczelnie silni i ślepi.
starzy zatrzymujemy się pod ich ciężarem.
stoimy zamyśleni
co z nimi zrobić?
Alicja Makowska - Jacyna Philadelphia, listopad, 2001
Są łzy, które
dojrzewają całe życie,
by pojawić się
w oczach
w momencie
najmniej oczekiwanym.
Są duże i tak ciężkie
że drążą dziury
w długo budowanej tamie
odgradzającej uczucie klęski,
od samozadowolenia
z racjonalnego istnienia
w obojętnym tłumie
istnień.
Tej powodzi
nie mogą powstrzymać
powieki.
woda występuje z brzegów
zalewając uczucia dumy i ambicji
i oślepiając na długo
jasność widzenia.
Ponad poziomem wody
unosi się czerwony nos
świadectwo rozpaczy.
Alicja Makowska-Jacyna Philadelphia, styczeń 20, 2002
matematyka,
królowa liczb
mieszkająca między nimi
wszystko w niej
sterylne,
nie skażone żadnym tarciem
czy bezwładnością,
logicznie
idzie do przodu
i logicznie
patrzy wstecz
wszystko w niej
policzone i ponumerowane
ubrane w formuły
zapisane wzorami
wszystko w niej
jasne i przejrzyste
na niej opiera się reszta
ona zawsze jest
całością bezwzględną
z uwzględnieniem
nieskończoności.
W matematyce
nieskończoność
ma cechy
człowieczeństwa.
Alicja Makowska-Jacyna Philadelphia, listopad, 2001
Mój dom rodzinny
przychodzi z burzą
kiedy powietrze gorące i
rozgrzane.
W strachu palę zioła
święcone na Matki Boskiej Zielnej,
aby ich dym odgonił
błyskawice i gromy
od naszego domu.
Zapalam gromnicę i
modle sie...
gorączkowo powtarzam słowa
do Boga o pomoc.
Bóg pewnie nie może ich rozumieć
bo mówię szybko, chaotycznie,
w strachu przed gromem niebios.
Po burzy jest mi wstyd przed Bogiem,
tej modlitwy ze strachu.
Ale o tym wstydzie wie tylko
ja i On.
Mój dom rodzinny
przychodzi z opłatkiem
w wigilijny wieczór
dzielę go rękoma mojej matki
mówię jej słowami życzenia
i jak ona mam łzy w oczach.
Mój dom rodzinny
przychodzi z wiosną
kiedy pierwsze zielone pędy
wychylają się z ziemi
myślę wtedy z niechęcią,
znowu trzeba będzie
sadzić, pielić i podlewać i dbać
i zbierać
i po co to..., po co to,
myślę
przecież można kupić wszystko,
można kupić wszystko,
i sadzę podarowaną przez kogoś
cebulkę.
Codziennie idę patrzeć jak
rośnie, jak zamienia się w kwiat,
jak więdnie bo jego czas minął.
Mój dom rodzinny
pojawia się w czasie
niedzielnej mszy.
Klęczymy z mamą.
Mama w skupieniu,
modli się.
Patrzę na nią i myślę
czy można nauczyć się
tak modlić!
Mój dom rodzinny
pojawia się kiedy
widzę wysokie,
smukłe drzewa.
Przypominają mi topole,
które rosły nad rzeczką.
Rzeczki już nie ma.
Został po niej dół.
Patrzyłam na topole nad rzeczką
przez całe dzieciństwo.
Były wysokie i smukłe i
budziły szacunek.
Niektóre powalał grom!
Kładły się przez rzekę,
pokazując górę korzeni.
Ludzie potem pozbawiali je
gałęzi i bywało,
że zmartwychwstawały
samym pniem.
Tak stały te topolowe pnie
między topolami
i schły z rozpaczy
Topoli też już nie ma.
Były stare i umarły.
Mój dom rodzinny
widzę kiedy włączam ogrzewanie.
Palę w piecu kaflowym,
w którym nie ma cugu.
Nie chce się palić
drewno na podpałkę i dymi piec.
Kaszlę i dmucham.
Ręce i twarz mam całe czarne od sadzy.
Otwarte drzwi pokoju, korytarza
i werandy.
Wreszcie cug, płomień i ciepło.
Przytulam się do ciepłego pieca i
patrzę w okna jak w telewizor
na których mróz rysuje białe obrazy.
Mój dom rodzinny
pojawia się podczas każdego prania.
Widzę pochylone nad balią
plecy mamy.
Tą balią wybrałam się kiedyś,
rzeczką w daleką podróż
w nieznane.
Miałam bardzo dobrze
przygotowany plan
ale osiadłam na mieliźnie
pod mostkiem,
niedaleko domu.
Wracałam z ciężką balią
i wiarą, że kiedyś mi się uda.
Ludzie pytają, czy tęsknię
za moim domem rodzinnym
Mówię, że tak, ale nie tęsknię
bo mój dom rodzinny
pojawia się ciągle i wszędzie
kiedy patrzę przed siebie,
kiedy ręką dotykam przyszłości,
kiedy odpoczywam w teraźniejszości.
Alicja Makowska-Jacyna Philadelphia, grudzień 31, 2001
I
Moje życie jak blues
Wolno pnie się jak bluszcz
Szuka miejsca na ziemi,
wolno wita się z dniem
w nocy zlewa się z tłem
cieni świateł w przestrzeni
Taki blues w tłumie słów
Składa się z wielu snów,
blasku gwiazd, wiatru szumu
Taki blues w ciszy gra
Bawi się światłem dnia
snując się pośród tłumu
Ref.
A za zakrętem świat,
Pędzi przez światła czerwone
Myśli rozwiewa wiatr
W nieznaną już światu stronę
A na rozstaju dróg
Świat, Boże igrzysko bez Boga
Gdzieś pędzi, nawet Bóg
Nie wie, jak skończy się droga
II
Moje życie jak blues
Głowę chowa jak struś
W ziarnach piasku pustyni
Czasem mokre od łez
W kącie chowa się gdzieś
W snach, od gwiazdy jasnymi
Jest wśród łąk i wzdłuż dróg
Tam gdzie licho i głóg,
Proszą go na pokoje
Biegnie wśród pól i drzew
Gdzie szum traw, ptaków śpiew
ten mój blues to życie moje
Ref.
***
Zrobiliście mi sąd ostateczny
wyrok zapadł.
nie zasłużyłam,
ani na piekło,
ani na czyściec,
ani na niebo.
Na wieki już do ziemi
przynależeć będę!
Alicja Makowska - Jacyna Philadelphia, listopad, 2001.
