
Środa, o siódmej rano wyruszyliśmy do Pragi czeskiej.
Częsciowo droga była nam znana; autostrada, kierunek Eindhoven, Dortmund, Kassel. Pogoda na droge wysmienita; slonecznie chociaz chlodno. Za Kassel zjechalismy z autobahn (autostrady) i na skroty do Eisenach.
Eisenach to już w byłym DDR. Zatrzymaliśmy się na chwilkę przy "żelaznej kurtynie" która nadal stoi i przecina pofalowany wiejski pejzaż. Jedynie szosa zrobiła śmiało dziurę w tym murze. Nie ma żadnych napisów wyjaśniających do czego właściwie służy ten trzy-metrowej wysokości stalowy plot. Za nami przystaje jeszcze jeden samochód i turysci robią zdjęcie. Ja też.
W Eisenach wjezdżamy ponownie na autobahn i jedziemy dalej do Drezna. Jest już po południu. Z Drezna do Pragi nie ma już autostrady więc wjezdżamy do centrum Drezna - zobaczyć miasto. Byliśmy tam już kiedyś - w 1973 roku - wycieczka autokarowa z wczasów w Karpaczu, mieliśmy wówczas po 18 lat. Teraz możemy porównać po 24 latach. Nie poznajemy nic. Czy to tak zmieniło się Drezno? Czy to my się tak zmieniliśmy? Drezno w II wojne całkowicie zniszczone amerykańskimi dywanowymi bombardowaniami nie ma wiele zabytków. Miasto typowe dla Wschodniej Europy - wielkie bloki mieszkaniowe. Jedynie cudem ocalały palac Zwinger przyciąga masy turystów. Da się zauważyć, że niegdyś Drezno - stolica Saksonii - było pięknym renesansowym miastem. Opuszczamy centrum i kierując się drogowskazami jedziemy na Pragę. Na przedmieściach Drezna, wiele kilometrów, po obu stronach drogi mijamy dziesiątki opuszczonych i burzonych fabryk. Nieraz piękne budynki z przełomu wieków - dzisiaj nikomu niepotrzebnego ciężkiego przemysłu, zawalają się same lub burzą je buldożery. Koniec wieku industrializacji.
Jedziemy wzdłuż Łaby do granicznego czeskiego Decina. Bez czekania, ani nawet zagladania w paszporty na granicy, wjezdżamy o 17-tej do Czech. Krajobraz przypomina nam Ardeny. Wzdłuż szosy stragany z tanimi produktami - piwo, wódka, papierosy i odzież sprzedawana przez Wietnamczyków. Co kilkaset metrów "Night Club" - czyli burdele dla Niemców, jak przypuszczam.
Wjezdżamy do Decina i na rynku widzę bankomat - miła niespodzianka - działa na moją EuroCard! Mamy już czeskie korony. Zatankowałem i jedziemy dalej na Pragę. Jeszcze jedna miła niespodzianka - drogi są dobre i ruch samochodowy bardzo mały, więc da się sprawnie jechać. Za to brak oznakowania dróg co nam w mijanych miejscowościach bardzo opóźnia drogę. Mijamy Terezin - w Holandii znany jako Theresienstad - oboz koncentracyjny, przez ktory przeszli niemal wszyscy holenderscy Zydzi (i nie tylko). Olbrzymi krzyz i gwiazda Dawida goruje nad tym starym fortem. Pomalu zbliza sie wieczor i wjezdzamy do Pragi. Ruch kolowy niewielki. Jadac obwodnica widzimy gdzis po lewo hotel. Jedziemy w jego kierunku i wjezdzamy w dzielnice willowa. Robi sie ciemno i jade pomalutku aby zadnej tabliczki nie przegapic. Jadacy za mna Czech zlitowal sie nademna i mowiac po angielsku zaofiarowal sie pokazac mi droge do pobliskiego pensjonatu.
Pensjonat Polly to duża ładna willa z restauracją na parterze. Mam duże trudności z mówieniem. Nie wiem w jakim języku mam mówić. Szybko się orientuję, że właściciel pensjonatu najlepiej mnie rozumie gdy mówię po polsku, ale to nie wiedzieć czemu nie przychodzi mi łatwo. Mamy pokoj; 3 łóżka, wyposażona kuchnia, łazienka, sateliet TV i telefon - to wszystko za 1300 koron na nas troje ze śniadaniem, to jest ok. 90 guldenów. Jak na Czachy to nie tanio, ale jak na Prage, blisko centrum i ten standard pokoju to nie drogo. Zamawiamy ten pokój na trzy dni.
Schodzimy na dół do restauracji i zamawiamy spóźniony obiad. Oczywiscie czeskie specjalności i wszystko z knedlikami a do tego piwo. Za to wszystko płacimy grosze. Po powrocie do pokoju próbuję dodzwonić się do starszego syna. On został w domu - nie mial wakacji szkolnych. Nie udaje mi się połączyć.
Czwartek. Próbuję dalej sie dodzwonic - bez skutku. Na dole dowiaduje sie, ze centrala pensjonatu dziala dopiero od 11-tej (?!). To nic. Zjadamy sniadanie. Kupujemy karte telefoniczna i bilet komunikacji miejskiej i jedziemy metrem do centrum. Wiem, ze mam wysiasc na stacji Muzeum. Wychodzimy z metra i znajdujemy sie na Vaclavskie Namiesti, przy jakims pomniku. Co za zaskoczenie! Ulica przypomina mi troche Champs Elyse w Paryzu. Zobaczylem budke telefoniczna i dwonimy do syna, jest juz prawie poludnie... Mam polaczenie.
Wiadomosc: "Babcia umarla... pogrzeb w sobote" - zcina mnie z nog. Patrze do okola i swiat jest jakis nierealny. Moja mama nie zyje. Praga jest nieistotnym tlem.
Stoimy tak w trójkę na tych Vaclavskich Namesti, samotni w tłumie, nie wiedząc co dalej. Do Warszawy jest około 700 km bez autostrad. Już dzisiaj nie zdążę tam dojechać. Schodzimy do metra i jedziemy spowrotem do pensjonatu. Pakujemy rzeczy i w drogę. Przejezdżamy przez centrum Pragi. Z okien samochodu widzę piękne miasto - dużo ładniejsze niż to sobie wyobrażałem. Pogoda się psuje. Zaczyna padać deszcz.
Jest już dobrze po południu jak wydostajemy sie z miasta w kierunku na Hradec Kralowe i dalej do polskiej granicy w Kudowie Zdrój. Po drodze zatrzymujemy się w przydrożnym barze na obiad. Deszcz się wzmaga. Dojezdżamy do polskiej granicy... i jak to na polskiej granicy kolejka. Czekamy godzinę. Wjezdżamy do Polski przed zmierzchem. Nie mam przy sobie wiele gotówki, trochę guldenów i marek, ale muszę wymienić aby móc zatankować i przenocować. W mijanych miejscowościach wszystko już pozamykane na cztery spusty. W Kłodzku też. W Nysie w hotelu jest kantor wymiany. Wymieniamy ostatnie 100 DM na 175 zł. Jeszcze jadę dalej. Jest już godzina 10-ta wieczorem, deszcz leje niemiłosiernie. Za Opolem widzę Zajazd - taki typowy jakich w latach '70 wybudowano sporo na zachodzie Polski. Jest wolny pokój! Restauracja jest już zamknięta. Padamy ze zmęczenia.
Piątek. Rano świeci słońce. Zjadamy śniadanie i wyruszamy dalej na Warszawę. Przejezdżamy przez Częstochowę i objezdżamy Jasną Gorę dookoła. Tu też byliśmy 25 lat temu, przejazdem - biedni nastolatcy z plecakiem i namiotem na wakacjach. Wówczas w SAM-ie pod klasztorem ukradłem paczkę herbaty - już nie mieliśmy pieniędzy. Teraz jest inaczej. Ale miasto się nie zmieniło. Dopadają nas jakieś dwie fanatyczki i wpinają w ubranie tandetne krzyżyki za "co łaska - 5 zł". W Częstochowie wpadamy na "trasę katowicką" co znacznie przyspiesza podróż. Za Piotrkowem Trybunalskim zatrzymuje mnie policja. Był znak 70 a ja jechałem 103 km/h. OK! 200 zł mandat i 6 punktów karnych - w moim wypadku nie bedzie punktów a powiadomienie ambasady holenderskiej. Nam zostało jeszcze tylko 50 zł. Muszę więc pojechać do najbliższej miejscowości i wymienić. Teresie udaje się przekonać policjanta, że 50 zł wystarczy. Płacimy i jedziemy dalej uważająć na znaki.
Po południu jesteśmy w Warszawie. Nie mam zbyt wiele gotowki wiec podjezdzam na lotnisko Okecie i w okienku realizuje EuroCheque na 500 zl i do tego probuje bankomat - po dlugim zastanowieniu wypluwa karte bez pieniedzy. Jest drugi bankomat! Ten, po tez dlugim zastanowieniu, wypluwa stowke. OK! Teraz juz wiem, ze w weekend moge tam
pobrac pieniadze. Jedziemy do ojca na Rakowiec. W sobotę o 14-tej pogrzeb w Bończy.
To wieś koło Warki, 100 km na południe w kierunku na Radom, gdzie mieszka rodzina. Z tamtad pochodzi moja babcia ze strony ojca i ona tam jest pochowana. W grobie jest jeszcze miejsce na dwie osoby, tzn. moja mame i ojca. Na Brodnie juz wszystkie groby rodzinne sa pelne. Z calej mojej rodziny juz prawie wszyscy niezyja. W ostatnie 10 lat umarli wszyscy - na starosc, rak, serce, wypadek. Zostal mi tylko ojciec i brat cioteczny.
Sobota. Jest piękna letnia pogoda. Jedziemy na wieś. To mój pierwszy pogrzeb w Polsce. Nie wiem nawet jak się zachować, jakie są obyczaje, kiedy klękać a kiedy stać. Z kościoła jest ok. 500 m do cmentarza. Idziemy drogą przecinającą kwitnące sady jabłkowe. Jest pięknie. Na tym cmentarzu leży też ojciec kardynała Wyszyńskiego. Moja babcia chodziła tu z Wyszyńskim do szkoły powszechnej. Po pogrzebie stypa w domu wujka na wsi.
Bedąc małym dzieckiem jezdziłem tam zawsze w sierpniu na wakacje. Pamietam ta wieś; drewniane chałupy słomą kryte, koń przy kieracie, parę krówek i świnek i pieczenie chleba raz na dwa tygodnie, wyprawy furą na pole pod lasem. Chleb ze smalcem i kartofle z siadłym mlekiem. Znałem wówczas wszystkich we wsi.
Dzisiaj nic nie poznałem. Jedynie ludzie się nie zmienili. Serdeczni, prości i prostoduszni. Przygarbieni, ogorzałe twarze, bezzębne usta, duże dłonie przywykłe do ciężkiej pracy. Ludzie żyjący w harmonii z naturą. Jakże inni niż wiecznie niezadowoleni i leniwi ludzie z Warszawy. Wujek ma 20 ha sadów. Jesienią bierze robotników sezonowych z Rosji. Są lepsi niż Polacy. Pracują lepiej i sumienniej za 20 zł dniówki plus spanie i wyżywienie. Świat się zmienia. Wieczorem wracamy do Warszawy.
Niedziela. Żegnamy się z rodziną żony na Grochowie. Dajemy jej chrzestniakowi, co w nastepna niedziele idzie do komunii, w prezencie nasze ostatnie 200 guldenów. Wracamy na Rakowiec do ojca. Jeszcze rytualny objazd wszystkich strzeżonych parkingów w okolicy i przymilanie się do stróża aby zechciał przyjąć na noc mój samochód. Na widok żółtych numerów auta odmawiaja wjazdu. Tylko dla Polaków. Wreszcie na jednym parkingu mogę wjechać za 10 zł, ale o 7-mej muszę go już zabrać. Wieczór spędzamy z moim ojcem. Milczymy. Nie mamy sobie wiele do powiedzenia. Ostatnie 20 lat mieliśmy ze soba niewiele wspólnego.
Poniedzialek. Żegnamy się z ojcem i wyruszamy w drogę powrotna do Bredy. Jest upał. Zatrzymujemy się po drodze na rynku w Łowiczu i dzwonimy do Bredy - do sasiadów powiadomić, że wracamy. Teresa kupuje w piekarni 10 świeżych pączków. Dla nas to rarytas z Polski. Pączki, polska kiełbasa, ogórki kiszone, biały ser - to towary nieznane w naszej części Europy.
Trasa E30 Warszawa-Poznan-Berlin jak zwykle zatłoczona. Cały transport samochodowy z Zachodu na Wschód musi się tę szosą przecisnąć. Na granicy pewnie znowu długie czekanie. Postanawiam być sprytniejszy i nie jechać na Świecko-Slubice ale zboczyć nieco na północ i przejechać granicę w Kostrzyniu za Gorzowem Wielkopolskim. W Poznaniu skracam sobie droge i nie jade obwodnica, ktora zawsze jest zakorkowana, a przejezdzam przez centrum mista - szybciej. Bernard zobaczył McDrive - a te gumowe bułki to jego największy przysmak. OK! Podjezdżamy do McDonalda. Przed nami trzy samochody i... pół godziny czekania. Sprawność, szybkość i wydajność to jakieś amerykańskie wynalazki - zupełnie nie do zastosowania w Polsce.
W Pniewach skręcamy w kierunku na Szczecin. Jedziemy przez piekne tereny, lasy, rozlewiska Warty. Moze, to subiektywne odczucie, ale Ziemie Zachodnie wydają mi sie najładniejsze w Polsce, a może nawet wszystkie ziemie ktore nalezaly wczesniej do Niemcow? Jest już późno po południu jak się zbliżamy do Kostrzynia. Postanawiamy przenocować w Polsce, bo i tak nie damy rady dojechać do Bredy za jednym razem. Do Bredy jest jeszcze 850 km ale to już po autostradzie więc szybciej. Znajdujemy w miejscowości Słońsk (dawniej Sonnenburg) Zimmer Frei.
Jeszcze nie jest ciemno, wiec spacerujemy po tej miejscowosci. Dochodzimy do kosciola. Zamkniety. Ksiadz z plebani zobaczyl turystow i przylecial z kluczem pokazac nam kościół. Bardzo miło. Przy okazji sprzedał nam "cegiełki" za 20 zł na remont kościoła. Kościół był rzeczywiście piękny, zbudowany we wczesnym średniowieczu przez krzyżacki zakon Joanitów. Alabastrowy ołtarz był sprowadzony z zamku królewskiego z Berlina. Wojne przetrwał nieuszkodzony, za to wspaniały pałac naprzeciwko kościoła spalili polscy barbarzyncy (czyli ekipa remontowa po wódce) w 1975 roku. Z miejscowego cmentarza starannie usunięto wszelkie ślady niemieckości tych ziem. Gdzieniegdzie tylko w trawie wystaje skrawek płyty z gotyckim napisem. Szkoda... Głupota... Oszukiwanie historii.
Wtorek rano, dalej upalna pogoda. Dojezdżamy do granicy w Kostrzynie. Niestety przeliczyłem się! Kilometrowa kolejka samochodów z niemiecką rejestracją czaka na wjazd do Niemiec. Różnice cen między tymi krajami są tak duże, że Niemcy masowo przyjezdżają do Polski na zakupy. Przy granicy olbrzymie bazary. Celnicy się nie spieszą. Wiele godzin czekania. Zawziełem sie! Nie! Nie bede czekał! Szukam na mapie. Jadę dalej na północ, na Cedynie, tam też jest małe przejście graniczne, to już niedaleko, może tam przelecę przez granicę szybko. Skonczyły nam się złotówki. W Kostrzynie na poczcie możemy na szczęście zrealizować czek. 200 zł. Teresa chce sobie koniecznie kupić (dużo) sernika do Holandii, a ja muszę zatankować. Sernika w tych miasteczkach nigdzie kupić się nie dało. Dziwne, ale w kilkudziesięciotysięcznych miasteczkach nie ma ani jednej piekarni czy cukierni. Jakbym był piekarzem to zrobił bym majątek w Cedyni.
W końcu zostało nam niepotrzebnie sporo złotówek Kupiłem za to wódkę i papierosy - jest w końcu trzy razy taniej niż u nas. Jedziemy wzdłuż Odry na Cedynie. Piękne okolice. W Cedyni mam szczęscie! Na granicy mała kilkuset-metrowa kolejka. Po pół godzinie jesteśmy po niemieckiej stronie. Teraz jeszcze tylko niemiecki celnik: "alcohol, zigaretten, benziene?" - "nein" odpowiadam. Na to celnik; "Proszę otworzyć bagażnik - bitte". No i już widziałem siebie jak celnik wyjmuje tę wódkę a ja patrzę się na niego jak ryba na piasku. Celnik widocznie spodziewał się całego bagażnika papierosów i gdy tego nie zobaczył - oddał paszporty i mogliśmy jechać. Co za ulga! Z Cedyni do Berlina jest juz tylko 50 km i wjezdżając na Berliner Ring musiałbym objechać caly Berlin, wiec postanowiłem przejechać na przestrzał przez Berlin i przy okazji zobaczyć jak wygląda dziś. Byliśmy tam zaraz po upadku muru, ale to już 8 lat temu.
Do Berlina wjechaliśmy od wschodu, wiec jechaliśmy przez wielkie osiedla, wielkich socjalistycznych bloków, jak w Polsce, jedynie schludniej i czyściej. Wjechaliśmy w Aleje Karola Marksa (!) i dalej na Alexanderplatz, Unter den Linden do Bramy Brandenburskiej - była granica dwóch światów. Dziś ten szeroki pas oddzielający Wschód od Zachodu to największy las dzwigów budowlanych jaki kiedykolwiek widziałem. Budowa Nowego Berlina idzie pełną parą, ale jeszcze nie wiele widać. To ma być futurystyczne miasto XXI wieku. Nad Berlinem górować bedzie Daimler- Benz i Sony. Dalej szeroka aleja za Reichtagiem wjechaliśmy w Berlin Zachodni i tam już prosto na autobahn na Magdenburg, Hanover. Teraz zostało nam tylko "połknąć" 800 km do Bredy. Autostrada od Berlina do Dortmundu nazwana została Deutshe Einheit Autobahn (Autostrada Niemieckiej Jednosci) i tak tez nazywaja sie stacje benzynowe przy niej polozone (DEA). Jest w przebudowie, na całej linii kilkuset kilometrów jest poszerzana na trzy pasy, także jest wiele korków. Prawy pas zajmuje nieprzerwany konwój ciężarówek, lewy - osobowe. Jedzie się niemal cały czas 80-120 km/h zdeżak w zdeżak. Maksimum koncentracji, o zdeżenie łańcuchowe nietrudno. Wyczerpująca jazda. Gdy jechałem tę drogą po raz pierwszy 8 lat temu - było pusto. Pod wieczór wjechaliśmy do Holandii. Tu na drogach było już luźniej. Niedaleko od Bredy sfotografował mnie automatyczny radar, za przekroczenie szybkości. Słony mandat. O 22-giej byliśmy w domu.
W te 6 dni przejechałem 3500 km i codziennie spałem w innym łóżku.
Na razie mam dość wycieczek.
