
31 stycznia 1976 roku w lodzkiej gazecie "Glos Robotniczy" ukazal sie artykul Anny Krzyzanowskiej pod tytulem:
NA SZCZYTACH CZARNEGO LADU
To bylo o mnie.
Wiosna 1995 roku minela dwudziesta rocznica, kiedy jako pierwsza kobieta zdobylam wszystkie najwyzsze gory Afryki. Kto by przypuszczal, ze rocznice te bede obchodzic mieszkajac na stale w Kalifornii... Ogloszenie stanu wojennego zastalo mnie w Berkeley. Badalam metabolizm zelaza u bakterii i oszczedzalam na nowego trabanta. Starego sprzedalam po dziesięciu latach "rozjezdzania sie" po Europie, zeby zaplacic za bilet do Ameryki, bo Lodzka Akademia Medyc zna nie pokrywala kosztow podrozy swoich pracownikow. No ale emigracja to temat do zupelnie innych wspomnien, a mialo byc o Afryce. Zaczelam się wspinac w bardzo odleglych czasach, na sprzecie, ktory teraz wydaje sie byc najprostsza droga do samobojstwa. Ukonczylam rozne kursy: teoretyczny, skalkowy, tatrzanski letni i zimowy. Chodzilam do dolin w Tatrach Slowackich, targajac plecaki wyladowane konserwami i chlebem, sypialam w kolebach i przeciekajacych namiotach, spedzalam Sylwestry w Morskim Oku. Nigdy nie weszlam w wielkie sciany i nigdy nie nalezalam do nawet bardzo rozszerzonej czolowki polskiego alpinizmu. Bylam po prostu wiern a gorom i tak juz zostalo. Tym niemniej udalo mi sie "zalapac" na wyprawe do Afryki. Zorganizowalo ja Kolo Katowickie Klubu Wysokogorskiego. Przewodnictwo Komitetu Honorowego objal czlonek Rady Panstwa PRL i wojewoda katowicki - gen. Jerzy Zietek. Bez takiego "poparcia" nigdy i ni gdzie bysmy nie wyjechali, a co dopiero do Afryki! W kazdym razie, latem 1974 roku, dziesieciu wspinaczy, jeden zawodowy filmowiec i jeden kierowca testowy ze Starachowic miotali sie, zeby wszystko pozalatwiac. Organizacja wyprawy w owczesnych warunkach w Polsce to takze osobny rozdzial. "Chlopcy" uwijali sie jak w ukropie, walczac o wszystko ze wszystkimi, kiedy okazalo sie, ze zostali nagle bez lekarza, bo ten się rozmyslil i pojechal w Himalaje. Zasadniczo spelnialam warunki - bylam lekarzem, nachodzil am sie z czekanem i w rakach wystarczajaco duzo, bylam w stanie zalatwic sobie paszport, przydzial dewiz i trzy miesiace urlopu. Problem polegal na tym, ze ... jestem kobieta. To miala byc meska wyprawa i nie chcieli kobiety! A jednak pojechalam z nimi. Uratowalo mnie to, ze z dwojga złego woleli zabrac kobiete, niz zostac bez lekarza. Przygotowalam sie do tej afrykanskiej podrozy jak moglam. Pojechalam do Instytutu Medycyny Tropikalnej w Gdyni, potem do Poznania, do kolegi, ktory pelnil obowiazki lekarza na wyprawie w Afryce. Zebralam taka ilosc sprzetu medycznego i lekow, ze w czasie wyprawy słuzylam pomoca nie tylko jej uczestnikom i tragarzom, ale takze spotkanym w Afryce Polakom - pracownikom placowek dyplomatycznych i m isji handlowych - oraz mieszkancom wiosek, w ktorych się zatrzymywalismy. Jezdzilam na zebrania organizacyjne do Katowic, przygotowujac kolegow do tego, co nas czekalo. Mowilam o zagrozeniu ameba i zmusilam do zabrania pojemnikow na 150 litrow wody, opow iadalam o pchlach piaskowych i koniecznosci noszenia zakrytego obuwia, przekonalam do brania lekow przeciwmalarycznych jeszcze w Polsce. Bylam stanowcza, zdobywalam ich zaufanie. Zaczeli mnie akceptowac i powoli przestalo im przeszkadzac, ze pojedzie z ni mi kobieta. Terenem naszej dzialalnosci byly trzy kraje w Afryce Wschodniej - Uganda, Kenia i Tanzania. To tam znajduja sie najwyzsze gory Afryki. Siedem szczytow czarnego ladu przekracza 5000m: trzy w Gorach Ruwenzori w Ugandzie, dwa w masywie Mount Kenya w Kenii i dwa w masywie Kilimandzaro w Tanzanii. W 1975r. kraje te roznily sie bardzo w swoich systemach politycznych. W Ugandzie panowal gen. Idi Amin, w Kenii rozwijal sie "czarny kapitalizm" pod wodza prezydenta Kenyatta, w Tanzanii - "czarny socjalizm" pod wo dza prezydenta Nyerere. Nie pozostawalo to bez wplywu na to, co mielismy zobaczyc: glod i nedze w Ugandzie, stolki z nog sloni w luksusowych sklepach w Nairobi i socjalistyczne cwaniactwo w Tanzanii. Mnie osobiscie najblizsza stala sie biedna i umeczona U ganda, gdzie ludzie byli przyjazni i uczciwi. Podczas trzydniowej karawany w gory Ruwenzori, w ktorej bralo udział 75 tragarzy, nie zginela nam nawet szpilka. Kiedy po miesiacu aktywnosci w gorach zeszlismy do wioski, przez trzy dni pod rownikowym sloncem leczylam dzieci i doroslych, ktorzy sciagneli z okolicznych wiosek wiedzac, ze taka duza wyprawa musi miec ze soba lekarza. Wioski te byly już praktycznie pozbawione pomocy lekarskiej. Wtedy jeszcze nie zdawalam sobie sprawy, ze dla tych ludzi byl to poc zatek konca. Po obaleniu Amina w 1979 roku doszlo do krwawej wojny domowej, potem AIDS dokonal reszty.Tamta Uganda, ktora zobaczylam i mam na przezroczach, przestala istniec. Wyprawa zaczela sie w listopadzie 1974 roku, kiedy to czesc jej uczestnikow wraz z samochodem STAR A-29 i piecioma tonami bagazu wyplynela z Gdyni na statku PLO "Zygmunt III Waza", by 5 stycznia dotrzec do Mombasy. Spotkanie calej grupy nastapilo 16 styc znia w Kampali, stolicy Ugandy. Przylecialam do Ugandy samolotem i musialam wracac samolotem. Nie bylam w stanie zorganizowac sobie szesciu dodatkowych tygodni urlopu na oplyniecie Afryki. Akademia Medyczna i tak poszla mi na reke, wyrazajac zgode na pola czenie dwoch 6-cio tygodniowych urlopow. To, ze spotkalismy sie wszcysy dokladnie w dniu przylotu, bylo nieslychanym sukcesem. My wylecielismy z Polski w ostatnim dniu waznosci wiz afrykanskich, ktore trzeba bylo przedluzyc podczas 24 godzinnej przesiadki w Moskwie; tam znajdowaly sie ambasady, ktorych nie bylo w Polsce. Zalatwienie formalnosci w tak krotkim czasie zakrawalo na cud. Z kolei grupa "samochodowo-statkowa" natrafila na bardzo powazne klopoty z uzyskaniem zgody na wyladunek STARA, poniewaz Afr ykanczycy obawiali sie, ze bedziemy chcieli go sprzedac. Uratowalo nas PLO, placac kaucje. Jej wysokosc przekraczala znacznie caly fundusz dewizowy wyprawy! Po kilku dniach "przepaku" wyruszylismy w gory Ruwenzori. Jechalismy przez zielona Ugande, ogladajac plantacje kawy, herbaty i agawy sizalowej. Mijane dzieci krzyczaly "Jambo" i rzucaly nam owoce mango. Nasz STAR byl najwieksza ciezarowka w calej Ugandzi e. Miedzy Kampala a Masaka przekroczylismy rownik. Stojac na skrzyniach ustawionych na platformie samochodu bylam tak oczarowana Afryka, ze dopiero wieczorem zorientowalam sie, ze przedramiona i dlonie, ktore opieralam na ramie mam poparzone od slonca. Za czelam potem bandazowac rece i patent ten stosowalam takze na innych wyprawach. Nocowalismy po drodze, rozkladajac materace piankowe dookola samochodu. Poczatkowo bylo trudno sie przyzwyczaic, ze bylismy w Afryce rownikowej, gdzie praktycznie nie ma pory zmierzchu i switania. Noc zapadala w ciagu kilku minut o 19.00 i trwala prawie dokładnie 12 godzin. Lancuch Ruwenzori ciagnie sie wzdluz zachodniej granicy Ugandy, liczac okolo 110 km dlugosci i 48 km szerokosci. Prawdopodobnie masyw ten mozna identyfikowac z legendarnymi "Gorami Ksiezycowymi", w ktorych starozytni geografowie szukali zrodel Nilu. Pier wszych konkretnych informacji o Ruwenzori dostarczyl Henry M. Stanley w latach 1888-1989, a rejon glownych szczytow zostal szczegolowo zbadany w 1906r. przez wyprawe Luigi Amadeo di Savoia, ksiecia Abruzzów. Nazwa "Ruwenzori", ktora wprowadzil Stanley, oz nacza w narzeczu miejscowym "gory tworzace deszcz". Jest to bardzo trafne, poniewaz w gorach tych nie wystepuja pory sucha i deszczowa, lecz pada przez caly rok. Masy cieplego i wilgotnego powietrza w zetknieciu z masywem gorskim daja stale opady deszczu, sniegu, gradu i ograniczajace widocznosc mgly. Ruwenzori otoczone sa trudno dostepnym lasem rownikowym, ktorego gorna granica przebiega na wysokosci ok. 3000 m. Pojawia się tam niezwykla roslinnosc tropikalna: lobelie, senecje i helichrystum. Na wysokosc i 4000-4400m wystepuja mocno nawodnione laki gorskie, a powyzej tej strefy - wieczne sniegi i lodowce. Dzialalismy w Gorach Ruwenzori przez 4 tygodnie. Baze glowna zalozylismy 21 stycznia w Dolinie Bujuku na wysokosci 4000m. W czasie akcji powyzej bazy nie korzystalismy z tragarzy. Caly ten okres utkwil mi w pamieci jak nierealny wilgotny sen, ktory przes nilam w deszczu i mgle, chodzac po bagnach, blocie, sniegu i lodowcach. Wyprawa zrealizowala swoje zamierzenie, ktorym bylo pierwsze calkowite trawersowanie grani glownej Ruwenzori poprzez jej wszystkie 6 grup - Gessi, Emin, Duwoni ( inaczej zwana Speke) , Kanyangungwe (albo: Stanley), Kiyanję (Baker) i Luigi di Savoia. Wchodzilam w sklad grupy pomocniczej, zabezpieczajacej przejscie grani. Donosilam sprzet, zywnosc i kalosze na wysuniete przelecze, leczylam zapalenia gardla i oskrzeli, katary i czyraki. Pilnowalam regularnego brania witamin i higieny osobistej. Przechodzilam od jednego obozu wysunietego do drugiego, zabezpieczajac jako lekarz grupe graniowa. Przetuptalam od bazy w Bujuku do obozu pod Lodowcem Eleny (4600m) i do doliny Kitandara. Wieczora mi palilismy "swieczniki Ruwenzori", czyli wysokie, suche lobelie, a w ciagu dnia uwalnialismy z pułapek przestraszone goralki (hyrax) - zwierzatka podobne do swistakow, spokrewnione anatomicznie ze sloniami. Goralki i male lesne antylopy (bushbuck) byly jedynymi zwierzetami, ktore mozna bylo jeszcze spotkac w Ruwenzori. Wszystkie inne zwierzeta zostaly zjedzone, a napotykani przez nas mysliwi, wyposazeni w dzidy z "zelaznego drzewa", przechodzili przez gory do Zairu, by polowac tam na lamparty. Podczas pobytu w Ruwenzori weszlam z Krzysztofem Cieleckim na trzy tamtejsze pieciotysieczniki: Margherite (5119m) z Plateau Stanleya przez lodowiec Margherity i gorna czesc grani wschodniej, nastepnie grania na szczyt Alberta (5090m) i trawersem na szcz yt Aleksandry (5094m). Zeszlismy poludniowo-wschodnia grania szczytu Aleksandry. Dokonalam też dwoch wejsc szczytowych z Pawlem Pallusem - na szczyt Edwarda (4846m) i na szczyt Johnstona (4837m). Po zakonczeniu dzialalnosci w Ruwenzori wrocilismy do Kampali, zwiedzajac po drodze Park Narodowy Murchison Falls, ktory w czasach Amina nazywal sie Kabalega. Widzielismy niezliczona ilosc zwierzat. Poplynęlismy lodzia po Nilu Wiktoria, ktory wyplywa z j eziora Wiktoria i wpada do jeziora Alberta. Plynelismy miedzy leniwymi hipopotamami, drzemiacymi na brzegach krokodylami i przygladajacymi sie nam sloniami. Tamtych zwierzat takze juz nie ma. Park nie istnieje. Zostal doszczetnie zniszczony podczas wojny domowej. Przejezdzajac z Ugandy do Kenii spedzilismy caly dzien w leprozorium w Bulubie nad jeziorem Wiktoria, dokad zaprosila nas Polka - dr Wanda Blenska. Ta, wtedy 65-cio letnia drobna, siwa kobieta, byla jednym z najlepszych w swiecie specjalistow od leczenia tradu. Bylismy wstrzasnieci widokiem chorych i jednoczesnie oczarowani osobowoscia gospodyni. Dla mnie byla to pierwsza i, jak na razie, ostatnia okazja, zeby zobaczyc na wlasne oczy to, co znalam jedynie z podrecznikow chorob zakaznych. Do dzis mam watpliwosci, czy po zakonczeniu wyprawy nie powinnam byla wrocic do Buluby, aby pomoc dr Blenskiej. Zaklad Biochemii AM w Lodzi moglby sie pewnie już wtedy obejsc beze mnie. W Nairobi, stolicy Kenii, rozbilismy namioty i rozlozylismy gospodarstwo na tylach polskiej Ambasady. Bardzo milo wspominam goscinnosc konsula, jego zony i calego personelu. Pamietam, jak pani konsulowa przygotowala dla nas sniadanie wielkanocne. Wyrusza lismy tego dnia bladym switem pod kolejna gore. Bylo to dwunastu wyglodnialych facetow i ja. Na pytanie ile jajek na twardo jestesmy w stanie zjesc, odpowiedzielismy zgodnym chorem, ze wolimy jajecznice. Skonczylo sie wiec na jednym symbolicznym jajku na twardo i jajecznicy ... z 50 jaj! W masywie Mount Kenya spedzilismy 5 dni, zdobywajac gore systemem alpejskim, to znaczy targajac wszystko sami, bez tragarzy. Mount Kenya to bardzo piekna gora, bez mozliwości wejscia turystycznego, ktora znajduje sie na terenie Parku Narodowego Mount Ken ya. Podczas stromego i sliskiego podjazdu do miejsca, gdzie mial zostac samochod, przezylismy chwile grozy, kiedy to naszego STARA zaatakowala olbrzymia slonica, ktora byla z malym, a ktorej odcielismy droge do wodopoju. Musielismy sie wycofac. Ona byla u siebie. My bylismy tylko goscmi. W towarzystwie Mirka Kurasia, Janusza Chaleckiego i Macieja Bernadta weszlam na kenijski pieciotysiecznik Batian (5199m) poludniowa flanka przez lodowce Darwina i Diamonda (pierwsze polskie przejscie), a nastepnie grania na szczyt Neliona (5183m), po prz erabaniu poprzedniego dnia lodowca Darwina. Biwakowalismy w metalowej chatce na szczycie Neliona, a zjezdzalismy i schodzilismy droga normalna. Ze wspinaczki na Mount Kenya najbardziej utkwila mi w pamieci noc na szczycie. W malym czteroosobowym schronie spedzilismy ja w osiem osob, poniewaz spotkalismy sie na wierzcholku z grupa, ktora weszla polnocno-zachodnia sciana. Na szczescie wypadlo mi miejsce obok, a wlasciwie nieomal na Zygmuncie Kwasniaku, ktory z anielska cierpliwoscia i calkowicie nieruchomo znosil moje krecenie sie, wyczolgiwanie sie i wczolgiwanie, topienie wody w plastikowej butelce pod puchowa kurtka. "Nie przejmuj sie - powiedzial. - Ja mam wprawe. Przez kilka lat spalismy z zoną na jednoosobowej wersalce." Pomyslalam, jak to nigdy nie w iadomo, co moze sie przydac w gorach... Po wejsciu na Mount Kenya zostalo nam jeszcze Kilimandzaro. Zaczelam zdawac sobie sprawe, ze oto mam szanse zdobyc wszystkie najwyzsze gory Afryki. Bylam w dobrej formie, a Mirek - moj partner z Mount Kenya - byl gotow wspinac sie ze mna. Spedzilismy kilka dni w Nairobi. Zwiedzilismy farme Karen Blixen, ktorej ksiazka "Pozegnanie z Afryka" towarzyszyla mi podczas mojej afrykanskiej przygody. Zrobilismy kolejny "przepak" i pojechalismy do Tanzanii. Na granicy czulo sie swojskie, socjalisty czne porzadki. Spedzilismy tam wiele godzin, bo nikt nie mogl i nie umial podjac decyzji, co z nami zrobic. W koncu nas puscili. Kiedy dzis zamykam oczy, widze mala ciezarowke, ktorej kierowca - w bialej koszuli i "europejskich" spodniach - mial wlozone w oba platki uszne ... metalowe pudelka od filmow Kodaka. Gdy przejezdzalismy przez kraj Masajow, zrobilo sie malowniczo - niebezpiecznie. Na widok aparatow fotograficznych Masajowie obrzucili nas kamieniami. Byl to wyraz biedy i rozpaczy. Juz wtedy nie wolno im bylo im nosic dzid, mogli miec tylko tarcze. Odbi erano im godnosc. Na rynku w Arusha za pare groszy Masajki z malymi dziecmi pozwalaly sie fotografowac. Dalam im troche drobnych, ale nie robilam zdjec. W Arusha rozlozylismy sie w ogrodzie u panstwa Wojtowiczow, o ktorych serdecznosci i goscinnosci opowiadali wszyscy Polacy, ktorym zdarzylo sie byc w okolicy Kilimandzaro. "Czarny socjalizm" zdazyl juz odebrac im i upanstwowic ich sklep i wywornie wedlin . Zastanawiali sie, co robic. Mieszkali w Tanzanii od ponad trzydziestu lat i uwazali ten kraj za swoja druga ojczyzne. Nalezeli do grupy uchodzcow wojennych, ktorzy przeszli przez oboz w Tengeru, wiec mieli prawo przeniesc sie na stale do Anglii. Kiedy w rocilam do Polski, bylam z nimi jeszcze przez pewien czas w kontakcie. Wysylalam im miete. Byla to jedna z roslin, jakiej nie udalo im sie wyhodowac w tamtejszym klimacie. To byli nadzyczajni ludzie. Gdy wrocilismy spod Kilimandzaro, nie pozwolili nam naw et wypakowac maszynek do gotowania, tylko cala - niemala przeciez - grupe zywili przez dwa dni. Na widok kaszanki o malo sie nie poplakalismy. To bylo "wielkie zarcie"! Masyw Kilimandzaro atakowalismy od polnocnego zachodu, na co udalo sie nam uzyskac specjalne zezwolenie. Lodowiec osiagnelismy droga Umbwe. W trzydniowym podejsciu dotarlismy do biwaku na wysokosci ok.4700m, korzystajac z pomocy dziewieciu tragarzy. Poza kierowca, Jerzym Smela, cala 12 osobowa grupa wyruszyla na podboj GORY. Jurek musial zostac ze STAREM i przyjechac po nas do wioski Moshi, skad wiedzie turystyczna droga na Kilimandzaro. Dla nas byla to droga zejsciowa. Po dotarciu na lodowiec, zespol w skladzie Maciej Bernadt, Janusz Chalecki, Staszek Cholewa, Leszek Czarnecki, Mirek Kuras i ja wszedl na droge Heima i po biwaku na wysokosci 5700m, osiagnal 19 marca najwyzszy punkt wierzcholka Kibo - Uhuru Peak (5895m). Po obejsciu jednej czwartej krater u szczytowego, doszlismy do Gilmanspoint i zeszlismy droga turystyczna na tzw. Siodlo pomiedzy Kibo i Mawenzi. W schronisku Kibo zostali Bernadt i Chalecki. W czworke doszlismy do metalowej chaty pod Mawenzi i nastepnego dnia zdobylismy, jako pierwsi Pola cy, najwyzszy wierzcholek w masywie Mawenzi - szczyt Hansa Meyera (5357m). To byla niebezpieczna gora: krucha skala, "zle zwiazany" snieg i lod. W dodatku zaspalismy i za pozno zaczelismy sie wspinac. Kiedy okolo 16.00 szykowalam sie do koncowych zjazdow, zrzucilam okulary lodowcowe, przekladajac line ponad kaskiem. Niebo bylo zachmurzone, zostaly trzy godziny dnia i myslalam, ze moze uda mi sie oszukac Afryke. Nie udalo sie. Cala noc spedzilam potem z torebkami herbaty na opuchnietych powiekach, a podcza s schodzenia w dol musieli pomagac mi koledzy. Schodzilam zmeczona i na wpol slepa, ale JE mialam za soba. Nikt mi ich nie odbierze. NIGDY. Bylam pierwsza kobieta na swiecie, ktora weszla na wszystkie najwyzsze gory Afryki i to w dodatku drogami wspinaczk owymi. "Kazdy ma swoj Everest" powiedziala kiedys Wanda Rutkiewicz. Ja mam swoje pieciotysieczniki.
