
Na zaproszenie swojego przyjaciela ze studiow medycznych, postanowilem wreszcie odwiedzic go, tym bardziej, ze kazda wizyta u czlowieka, z ktorym zylo sie obok podczas studiow jest zawsze pozadana. Lata studiow w Grodnie to szczytowe lata stagnacji sowieckiej, a jednak bylismy szalenie optymistyczni i wierzylismy, ze nastana ciekawsze czasy. Przyjaciel moj mieszka w Oszmianie, ktora znajduje sie teraz na terytorium Bialorusi, ale przez wieki nalezala do Wilenszczyzny. Podjalem kiedys decyzje wrocic do Wilna, natomiast moi koledzy zostali na Bialorusi. Postanowilem jechac przez Pawlowo i Turgiele, a chociaz jadac tedy robie niewielki luk, ale zato trasa jest ciekawsza, a do tego dawno nie widzialem, jak wyglada slynne Pawlowo, ktore onegdaj bylo nieprzecietna miejscowoscia, a teraz o bylej jego slawie nie pamietaja nawet historycy. Tak to teraz jest, ze sie szuka jakichs drobnostek dla uzupelnienia drobnych szczegolow na stroniczkach historii zrozumianych dla wtajemniczonego kregu akademickiego, i jednoczesnie opuszcza sie piekne ksiegi naszych dziejow narodowych. Jadac z Wilna przez Jaszuny na poludniowy zachod, wyjezdzam na wezsza asfaltowa droge, wijaca wzdluz pieknej rzeki Mereczanki, ktora zima wyglada szersza, bo nie jest zaslonieta listowiem pochylych licznych olch. W tym roku po Swietach Trzech Kroli pogoda zmienila sie na tyle, ze krajobraz jest bardziej listopadowy, niz styczniowy. Brazowo-szare pola miejscami pokryte sa latami ciemnozoltego piasku, powietrze roznosi wiosenne, nietypowe dla tej pory mieszane zapachy wyplowialej trawy i sosnowych borow. Przejechawszy okolo siedem kilometrow miedzy niewielkich pagorkow dojezdzam do Pawlowa - teraz juz niewielkiej zapadlej wsi. Stare ciemne chaty, smrod donoszacy sie z obor nie usposabia romantycznie. Starsi ludzie krzataja sie kolo zapadlych budowli. Kiedys w Pawlowie byl kolchoz imienia Adama Mickiewicza. Trudno powiedziec, jak Wieszcz reaguje na tamtym swiecie, chyba nie jest zadowolony z tego co sie tu dzieje. Tak, owszem, marzyl, by ksiazka zawedrowala pod strzeche kazdej chaty, ale chyba nie bolszewicka.
Ale oto widze juz potezny wrak palacu z weglowymi scianami, w ktorych okna z arkadami wraz z rozrosnietymi wolkol klonami zmuszaja zmienic nastroj. Zamek zostal budowany z poczatku XVIII wieku i skonczony dopiero w 1767 roku, a jego wlascicielem byl Pawel Brzostowski, kanonik Katedry Wilenskiej. Wielka rodzina Brzostowskich byla jedna z najbardziej wplywowych w Wielkim Ksiestwie Litewskim, a zatem i w calej Rzeczypospolitej. W ich posiadlosciach w Werkach czesto goscili krolowie Rzeczypospolitej, a czestym gosciem byl Krol Wladyslaw IV. Pozniej posiadlosc w Werkach byla sprzedana biskupowi Masalskiemu, a Brzostowscy zostawili tylko palacyk w Wilnie i wiekszy palac w Mereczu, ktory przemianowano na Pawlowo, na czesc Pawla Brzostowskiego.
Brzostowscy walczyli o wplywy z rodzina Sapiehow, ktorzy nie znosili wolnomyslicielstwa, a hetman K. Sapieha, general artylerii i przyszly marszalek Konfederacji litewskiej w Sejmie, wprost obawial sie idei rownosci, gloszonej przez Pawla Brzostowskiego. Pod koniec zycia jednak, stal sie zwolennikiem demokratycznej mysli Brzostowskiego, a pozniej stal sie goracym zwolennikiem Konstytucji 3-majowej. Konstytucja 3-majowa nie powstala na pustym miejscu, bo poprzedzala ja inna pierwsza demokratyczna konstytucja. Nie, nie byla to Konstytucja Stanow Zjednoczonych, ratyfikowana dopiero w 1789, nie byly to Ustawy Konfederacyjne Stanow Zjednoczonych, ratyfikowane w 1781, ale byla to Pierwsza Demokratyczna Konstytucja Rzeczpospolitej Pawlowskiej z 1769 roku. Tak! Byla to prawdziwa republika z wybieranym Sejmem Rzeczypospolitej Pawlowskiej, bity swoj pieniadz, utworzono bank panstwowy, byla pieczec panstwowa i swoj sztandar, utworzono swoja armie, ktora skladala sie na poczatku ze 137 zolnierzy, ale potym powoli zwiekszala sie w miare przyrostu ludnosci. W Pawlowie panszczyzne zamieniono czynszem i utworzono samorzad rolniczy. Kto chce niech sie smieje, ale wowczas niech sie smieje z Watykanu, Andorry i Liechtensteinu. Przeciez to sa panstwa nie wieksze niz Rzeczpospolita Pawlowska. Pozniejszy Sejm Rzeczypospolitej Polski z 1791 roku oficialnie uznal istnienie tego malego, ale ambitnego panstewka. Podczas powstania Kosciuszkowskiego w 1794 roku, Pawlowianie zazarcie walczyli z wyborowymi oddzialami carskich kozakow i czterokrotnie odparli ataki nieprzyjaciela, uzywajac artyleryi. General Kiprijanow byl wielce zaskoczony tak zacietym oporem i kazal ogniem armatnim ripostowac i zrownac okopy i sam zamek. Gdyby I-szej Rzeczpospolitej nie rozparcelowano, najprawdopodobniej mielibysmy dluzsza historie malutkiego panstewka, ktore zdobylo sie na pierwsza demokratyczna konstytucje na swiecie. Zemsta carow przeciez polegala na wymazaniu i znieksztalcaniu pamieci historycznej, a narod polski juz niestety nie jest tym samym narodem, ma swoje bolaczki i nie zawsze chce pamietac o swojej prawdziwej historii, czestokroc znajdujac sie w niewoli stereotypow.
Objezdzam stare zabudowania. Palac i piekny pejzaz za palacem przypomina obraz wybitnego malarza Franciszka Smuglewicza, ktory bywajac w tych stronach uwiecznil widok Pawlowa dla potomnych. Palac juz mam za soba, za kilkaset metrow przejezdzam przez neogotycka wysoka do 8 metry brame, ktora stosunkowo niezle sie zachowala, jeszcze skret w lewo i za jakies dwa kilometry przez las, wjezdzam do malutkiej wioseczki. To sa Wilkiszki. Na brzegu Mereczanki, nieco w stronie stoi dworek posrod starego parku. Teraz w dworku miesci sie szkola, oczywiscie, ze polska, bo innych tu nie ma. Jedynie w nowych kolorowych domkach mieszcza sie domki wypoczynkowe. Dworek kiedys nalezal do rodziny Dmochowskich, z ktorej pochodza trzej malarze, a Wincenty byl najslynniejszy. Za udzial w powstaniu styczniowym, nastapila konfiskacja dworku, pozniej tutaj mieszkal rosyjski general. Z Wilkiszek droga gruntowa prowadzi lukiem na droge do Turgiel. Po drodze mijam Andrzejewo, a raczej to co z niego pozostalo. W Andrzejewie przez dlugi czas mieszkal syn ziemi Wilenskiej general Lucjan Zeligowski - pogromca bolszewikow pod Warszawa. To on dowodzil wojskiem pod Radzyminem, w najkrwawszej bitwie w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku. To jego zolnierze przesadzili o zwyciestwie i sprawili tzw. "Cud nad Wisla". Ten sam Zeligowski wyroznil sie w bitwie "nad Niemnem". Nikomu drugiemu, tylko Zeligowskiemu, Jozef Pilsudski zaufal przeprowadzenie operacji Wilenskiej i odzyskanie Wilna, co dotychczas maja mu za zle Litwini i Sowieci.
Jadac droga spotykam staruszka po siedemdziesiatce."Mnie Panoczek do Turgiel"-niesmialo pyta i po uzyskaniu mojej zgody wsiada do samochodu.
Wspomnialem wierszyk Henryka Sobolewskiego:
Szla do ziemi tesknota...
Do pagorkow piekniejszych niz inne,
Do krainy sliczniejszej nad wszystkie.
Tam gdzie strony moje rodzinne,
Strony mile,kochane i bliskie.
Szla do ziemi tesknota...
Do tych wiosek prawdziwie wiesniaczych
Do kukania Wilenskiej zazuli,
Do tych zagrod slomianych,prostaczych,
Do panoczka i wiejskiej babuli.
"Ach Boze jakoje zycie nastalo''- po "prostu", jak u nas nazywaja polska odmiane jezyka bialoruskiego, zali sie dziadek - "Dzieci pouciekali do Wilna, zdrowia nie maju, pensja mala, a kolchozy porozpedzali, to i traktora nie ma hdzie wziac, a czy ja zmahu sam". Gdy zas zapytal w jakiej ja sprawie tu jade, ozywil sie. Zaczal wspominac, jak general Zeligowski rozne spolki zakladal, jak dzialala Liga Obrony Powietrza, a takze jak to on upiekszal brame przy wjezdzie do Turgiel w 1932 roku, gdy tu przyjezdzal Prezydent Moscicki. "Nas tutejszych Polakow teraz usie (czyli wszyscy) zapomniawszy, tylko woszy hryzuc"- ponownie w jezyku prostym podsumowal staruszek. A oto z daleka czerwonieja cegly wspanialego kosciola w Turgielach. Moj pasazer wysiada i w lusterku widze jak uprzejmie sie klania, unoszac grzecznosciowo po dawnemu czapke nad glowa. Rzeczywiscie, po wsiach nie wszyscy dobrze rozmawiaja po polsku, ale w wiekszosci sa wielkimi polskimi patriotami. Przeciez akurat te miejscowosci, przez ktore jade byly ostoja Armii Krajowej, a chlopcy walnie szli bronic swej ziemi. To na tych terenach z powodzeniem dzialala Trzecia Brygada Wilenska AK "Szczerbiec", pod dowodztwem generala Krzyzanowskiego ("Wilka"), ojca vice - Marszalka Sejmu RP Olgi Krzyzanowskiej. To w tych terenach, majac dobre zaplecze rodakow dzialal "Lupaszko", to stad zolnierze wyruszyli na Wilno podczas operacji "Ostra Brama", w ramach ogolnopolskiej operacji "Burza", ktora byla jedna z najwiekszych operacji AK. Kolo tych samych borow sosnowych, przez ktore jechalem do Oszmian, byli rozbite znaczne oddzialy "Litauische Sonderverbande", dowodzone przez generala Plechaviciusa, a jego niefortunni zolnierze po rozbrojeniu, w kalesonach bez guzikow uciekali w strone Kowna. Historia lubi szydzic. W Wilnie panuje jezyk litewski, a jedna z nowych ulic bedzie nosila imie generala, ktory walczyl z Polakami po stronie niemieckiej. Caly okres miedzywojenny okresla sie jako polska okupacja. Nie wolno upamietniac czyny akowcow. Tablica pamiatkowa z nazwiskami chlopcow z trzeciej Brygady zostala zamieszczona w dalekim Gdansku w kosciele sw.Bartlomieja. Wiekszosc politykow powiada, ze rachunki musza byc zamkniete. Zgoda, ale czy sprawiedliwosci stalo sie zadosc?
Po wojnie trwal zaciekly opor miejscowej ludnosci. Pod dowodztwem partyzantow Komara, zabijano sowieckich policjantow i aktywistow kolektywizacji. W 1948 roku wyslano oddzial NKWD na likwidacje partyzantow. Partyzanci zaskoczyli oddzial, zasrzelili 8 zolnierzy sowieckich, a potym przywiezli na plac Turgielski dla przestrogi. Dopiero w koncu lat 50-tych kolektywizacja poszla latwiej. Paradoks historii polega takze na tym, ze przed rozpadnieciem sie Zwiazku Sowieckiego, warunki zycia zaczeli sie polepszac i byli nieco lepsze niz obecnie, gdy ludzie zostali bez niczego po upadku kolchozow, bo jedynie grupka kierownikow potrafila "prywatyzowac", czyli przywlaszczyc mienie kolchozowe. Inni wspominaja o czasach, gdy ziemniaki kopalo sie koparka, a teraztrzeba motyka, a zamiast kombajna trzeba kosic kosa, a potym mlocic, przewiewac, suszyc itd. Na pole wrocil konik. Obecnie bezrobocie w miescie zaczelo zatrzymywac mlodziez na wsiach. Kto wie, moze mlodzi przyczynia sie do odrodzenia wsi i rolnictwa? W zadumie jade obok odlogow, w stronie zostaly Taboryszki z pieknym historycznym drewnianym kosciolkiem. Znowu droga zanurza sie w las. W tym kierunku ta droga prawie nikt nie jezdzi. Widze szlaban, wychodzi litewski zolnierz, nudzi mu sie, nie ma z kim porozmawiac, tym bardziej jest zadowolony, gdy przekonuje sie, ze w odroznieniu od okolicznych mieszkancow rozumiem panstwowy jezyk litewski. Nie mam czasu na rozmowe. Jade dalej, uswiadamiam sobie, ze ten zolnierz nie czuje sie na swojej ziemi, czuje sie obco. Rozmawia inaczej, nie bardzo rozumie miejscowych. Spiewaja tu polskie piosenki, ktore nie sciskaja mu serca, bo sa mu obce.
Granicy, ktora tu zrobiono nie bylo nigdy w ciagu calej historii. Teraz bracia, lub dzieci i rodzice mieszkaja po roznych stronach granicy. Zawsze byli Polakami, teraz czesto im sie wmawia, ze Polska tu juz nigdy nie wroci. Najlatwiej byc litwinem po jednej, a bialorusinem po drugiej stronie. Jest milczaca postawa i aprobata Polski obecnej, nikt nie chce podnosic drazliwych tematow, gdy sie idzie do NATO i Unii Europejskiej. "Wszystko jest dobrze"- bebnia liderzy. "Najlepiej jak moze byc"- wtoruje warstwa podlegla. Nikogo w zasadzie "ta ciemnota w lasach" nie obchodzi. U wielkich polskich patriotow z lewa i z prawa wszystko w porzadku. U nich Polska tylko tam, gdzie oni rzadza. Kogos to nie obchodzi, ktos wierzy, ze nastapia zmiany i milczy. A tutaj? Przyzwyczaili sie trwac z dziada pradziada wbrew wszystkiemu.
Zima dzien szybko sie skancza. Szarowka. Wynurza sie za krzakiem ponura figura zolnierza w zielonym plaszczu. "Waszy dokumenty!". Dalej juz tak zwana Bialorus z Leninami w miasteczkach i ogolna bieda. To inna czesc naszej zapomnianej Wilenszczyzny, jeszcze wiecej zapomniana...
