
Szósty listopad 1999. Woodland Hills
Nareszcie uporaliśmy się z przygotowaniami, a w międzyczasie nieco opadły wody powodziowe w południowym Meksyku. Jesteśmy gotowi do akcji. Cieżarówka zapakowana po brzegi, resory się uginają, a my z wypiekami na twarzach robimy wałówki i zaopatrujemy w meksykańskie ubezpieczenie drogowe. Wyruszamy w naszą wielką podróż do Ameryki Środkowej. Tak zostaliśmy rozochoceni opowiadaniami Jurka Staszkowskiego że teraz planujemy dotrzeć aż do kanału panamskiego, a nawet do Istmo del Darien. Henryk Gajewski umieszczał będzie na www bieżące reportaże z naszej podróży.
Pierwszy odcinek naszej podróży prowadzi z Woodland Hills (płożonego na przedmieściach Los Angeles) na wschód, do Arizony, przez Phoenix i Tucson do przejścia granicznego w Douglas/Agua Prieta. Następnie przez meksykański stan Sonora i Chihuahua zamierzamy dotrzeć do Creel'a: miasteczka-bramy do kanionów Baranca del Cobre. Tam postaramy się znaleźć dostęp do internetu i nadać pierwszy reportaż. Obliczamy, że nastąpi to za 3-4 dni.
| 8 listopad - 21 grudzień 1999 rok | Meksyk |
| 21 grudzień - 4 styczeń 2000 rok | Gwatemala |
| 4 styczeń - 24 styczeń 2000 rok | Honduras |
| 24 styczeń - 9 luty 2000 rok | Nikaragua |
| 9 luty - 18 luty 2000 rok | Kostaryka |
| 18 luty - 4 marzec 2000 rok | Panama |
| 4 marzec - 10 marzec 2000 rok | Kostaryka |
| 10 marzec - 21 marzec 2000 rok | Nikaragua |
| 21 marzec - 25 marzec 2000 rok | Honduras |
| 25 marzec - 30 marzec 2000 rok | Gwatemala |
| 30 marzec - 1 kwiecień 2000 rok | Belize |
| 1 kwiecień - 9 kwiecień 2000 rok | Meksyk |
9 kwietnia 2000 rok.
W Matamoros przekraczamy granicę do Stanów. Z trzeciego świata do pierwszego. Kilkadziesiąt mil dalej, w Brownsville, goszczą nas u siebie w domu Lucy i Andrzej. Jak to dobrze umyć się w ciepłej bieżącej wodzie. Czy na tym polega cywilizacja? Będziemy o tym myśleć całą drogę do Big Bend. Parku nad rzeką Rio Grande.
17 kwietnia 2000, Nadajemy to z El Paso, Teksas, 31°45.52N 106°29.23W 3500 stóp npm
Stany Zjednoczone po półrocznym wałęsaniu się po Ameryce Środkowej wydają się nam bardziej egzotyczne niż Istmo del Darien. Dopiero teraz rozumiemy szok którego doznają przekraczający granicę z trzeciego świata do pierwszego. Zaskakują szpalery przydrożnych znaków nakazu i zakazu. I te tysiące kilometrów drucianych płotów szatkujących tę bożą ziemię na plasterki - jak szarlotkę.
Pięćset lat temu hiszpańscy conquistadorzy, misjonarze i osadnicy nadali tej ziemi święte nazwy - San Antonio, Corpus Christi, Santa Dorotea po to by zakomunikować Panu że to jemu ofiarują ten dziki kraj. Robili to w nadziei że będzie ich, osamotnionych, wygłodniałych sług bożych, miał w swej opiece. Uchroni też od chorób tych niewielu wynędzniałych Indian których udało się im pojmać i zniewolić. Nie mieli oni zastosowania dla ogrodzeń. Bo niby przed kim? - toż to Pańska ziemia! Sto pięćdziesiąt lat temu gromadnie przybyli tu Jankesi ze swoimi indywidualistycznymi pomysłami.

Żadnemu Panu tej ziemi ofiarowywać nie bedą. Nie po to rozlewali krew pod San Jacinto i Alamo. Ta ziemia jest ich i każdego z nich z osobna. Oświadczyli to wszem i wobec nowym słownictwem - Houston, Dallas, Brownsfield (pole pana Brown'a). Na znak że nie żartuja panowie Houston, Dallas i Brown ogrodzili swe olbrzymie posiadłości, a na dnach drewnianych kufrów ukryli pożółkły papier z nagłowkiem "Land Grant". Wielostrzałowy Winchester w rękach pana Austina czy Coopera rozpraszał wszelkie wątpliwości zaskoczonych nową wiarą Teksańczyków. Ze zdumieniem przyglądali się jak Mr. Kyle ogradza pasmo suchych jak pieprz gór San Juan, a Mr. Cock zamyka za płotem całą rzekę San Marcos wraz ze spragnionymi jeleniami i kojotami.
Jeśli ostoja cywilizacji znaduje się w pierwszym świecie, a dziczy w trzecim, to możemy teraz ze świeżością umysłu Tarzana za kierownicą odpowiedzieć na czym ona polega. W punktach.
1. Na optycznym osłupieniu - jako że w trzecim świecie gałki oczne znajdują się w nieustannym ruchu wypatrując dziur w drogach podczas gdy w pierwszym jakikolwiek ruch gałek ocznych jest zbędny. Kierowca gapi się w przednią szybę, jak w telewizor, i nic z tego nie rozumie.
2. Na przydrożnej monokulturze - jako że w trzecim świecie pobocza dróg kwitną bogatym asortymentem śmieci i innego materiału genetycznego, podczas gdy w pierwszym występuje jedynie trawa vulgaris.
3. Na mokrych skarpetkach - jako że w trzecim świecie przekręcenie kurka z wodą na stacji benzynowej jest operacją wysoce spekulatywną. Rezultatem tego eksperymentu może być syczenie, bulgotanie, ciurkanie lub najprawdopodobniej, absolutna cisza, podczas gdy w pierwszym można być pewnym że odkręcenie kurka spowoduje zamoczenie nóg.
4. Na zastąpieniu wewnętrznego życia duchowego kanadyjską pulpą drewnianą - jako że w trzecim świecie wizyta w publicznej toalecie jest głebokim, nieraz wstrząsającym przeżyciem duchowym którego niezmienną cechą jest brak papieru toaletowego, podczas gdy w pierwszym, zwykłym marnotrawstwem sosnowych lasów połnocnej Kanady.
W Corpus Christi (Ciele Chrystusowym) gości nas Najmita Jacek. Po wielu latach emailowej znajomości mamy okazję uścisnąć mu dłoń. Gnamy dalej na zachód. Mijamy San Antonio. Po obu stronach autostrady ciągną się coraz suchsze rancza. Przy wjazdach do nich widzimy ogłoszenia "Exotic Hunting" co każe się nam domyślać że podstawiają tu klijentom żyrafę lub słonia do odstrzału. Przy moście nad rzeką Nueces uśmiecha się do nas szczęście. Znajdujemy dziki zjazd z autostrady i dostęp do koryta rzeki.
Przyglądamy się jak stadka jelonków przeskakują przez płoty. To może być skutkiem "Native Hunting". Rozpalamy ognisko z drewna krzewów mesquite po to by podsmażyć półgotowe kurze kończyny (wings of fire). Dym z ogniska pachnie już amerykańskim zachodem. Zostajemy tu na noc.
Następnego dnia dojezdżamy do parku Big Bend nad rzeką Rio Grande. Stajemy na "primitive campground" co oznacza że nie ma tu sraczyka. Nie ma tu też żywej duszy, co eliminuje potrzbę tego pierwszego. Rano robi się chłodno i siąpi deszcz. Nie mamy ochoty na robienie zdjęć w taką pogodę. Jedziemy dalej poprzez El Paso do parku White Sands w Nowym Meksyku.
15 kwietnia 2000, Nadajemy to z Phoenix, Arizona. 33°34.56N 111°55.64W 1400 stóp npm
Ostatnie promienie słońca oświetlają szczyty gór San Andres gdy wjeżdżamy do parku Aguirre Springs.
Umieszczamy ciężarówkę między jednopasmową, asfaltową ścieżką a znakiem "Wildlife Study Area". W olbrzymiej dolinie przed nami staramy się dopatrzeć miejsca gdzie w 1945 roku gruchnęła pierwsza bomba atomowa. Miejsce to nazywa się Trinity Site. Do 44-tego roku mieszkał tam w skromnym glinianym (adobe) domku George McDonald ze swą żoną. Wielkie musiało być jego zdziwienie gdy wiosną tego roku zawitało u niego kilku dżentelmenów w krawatach i kazali mu się w pośpiechu wynosić. George nie przyjął tego za koleżeński gest, lecz że nie w ciemię był bity, spakował co mógł, okiełzał osiołka i przed odjazdem porąbął na kawałki swe meble w domu, a stodołę uszkodził laską dynamitu. Tym heroicznym czynem, jakkolwiek nieświadomym, George zapisał się w księgach historii jako pierwszy aktywista "Green Peace". George nie zdawał sobie sprawy z tego że zmusił Roberta Oppenheimera do składania swej plutonowej bomby na podłodze małżeńskiej sypialni.
Na kolację mamy kurczaki z makaronem. Ledwo możemy się w nich rozsmakować gdy podjeżdża do nas dwóch emerytów w czapkach na głowach i ze świecącymi znaczkami na piersiach. Ośwadczają nam:
- Nie możecie się tu zatrzymywać! - szczekają obaj
- A to dlaczego? Przecie jesteśmy przed tabliczką "Wildlife Study Area" - odparowujemy
- Musicie być dwieście stóp od niej - cytują zarządzenie
- Jak to? Przecie dróżka jest zaledwie sto stóp od tabliczki - trzeźwo zauważamy.
- Jeśli Was tu leśnik zobaczy to wlepi mandat - straszą
- Jakie dzikie życie jest tu studiowane? - pytamy wskazując na kawałek krowiego łajna, tuż za tabliczką
- Nie wiemy, rząd nam wszystkiego nie mówi - zbywają podchwytliwe pytanie
Jeśli na tym polega cywilizacja to najlepiej się znaleźć po drugiej stronie znaku "Wildlife Study Area". Przynajmiej nie trzeba reagować na zaczepki baranów. Parkujemy kilkaset metrów dalej na przeznaczonym do tego celu miejscu. Mimo ciemności nie mamy co do tego żadnych złudzeń, jako, że gdzie by latarką nie poświecić widać sraczyk lub stół pod daszkiem.
Rano składamy wizytę w White Sands Missile Range. Przez piećdziesiąt lat udoskonalano tu rakiety po to by denerwować Rosjan. Dziś czuć tu nerwowość obsługi która nie jest pewna swej przyszłości jeśli szybko nie znajdą kogoś do denerwowania, lub przynajmiej do wykasłania kilkuset milionów rocznie. W ramach przekuwania kos na brony wydumano tu cyrkowy numer z kewlarową liną rozciągniętą między dwoma pasmami górskimi odległymi od siebie o kilka mil. Za opłatą, pozwolą każdemu zawieśić na niej np. lodówkę a następnie ją upuścić po to by zobaczyć co po niej zostanie.
Jeśli zabawa objektami latającymi nad White Sands kogokolwiek wytrąciła z równowagi to musieli nimi być Marsjanie, którzy wylądowali 150 mil dalej w okolicach miasteczka Roswell. Naoczni świadkowie twierdzą że owi Marsjanie byli tak zdenerwowani że podczas lądowania na pobliskim pastwisku roztrzaskali swój latający talerz. Patrz strona www.
My natomiast jedziemy koić nasze rozdygotane nerwy na gipsowych wydmach White Sands National Monument. Polecamy to miejsce tym wszystkim którzy korzystają z "Drive-thru Window" u McDonald'a. Podobna idea tu przyświeca. Po uiszczeniu $3 od osoby można bezkolizyjnie przejechać się między wydmami a nasyciwszy się przyrodą wyjechać na autostradę.
- Dla Twojej wygody zarząd parku postawił liczne sraczyki przy drodze przez piękne wydmy
- mówi nam głos z telewizora w "Visitor's Center"
Tak pierzchają nasze nadzieje że będziemy mogli wjechać na wydmy i nocą, przy księżycowym świetle, przyjżeć się skrzącym kryształkom CaSO4.
Ruszamy dalej na zachód. W okolicach Deming zapada zmrok. Jest to okolica słynąca z przemytu narkotyków a ostatnio nielegalnych imigrantów. Granica z Meksykiem ciągnie się tu suchym płaskowyżem pustyni Chihuahua. Ze wszystkich zielonych granic ta ją najmniej przypomina. Jest ona brązowo-szara. Jak okiem śięgnać. Mijają nas w pośpiechu samochody Border Patrol. Widać czujniki sejsmiczne zakopane w ziemi wzdłuż całej granicy wykryły ludzkie stąpanie. Najprawdopodobniej biegnie grupka dziesięciu potencjalnych imigrantów prowadzonych przez doświadczonego "kojota" (przewodnika przez brązową granicę). Jego celem jest doprowadzić i ukryć tych pełnych nadziei (nadzianych) ludzi w miejscu poza zasięgiem lornetek Border Patrol. Nastepnie, już rano, inny kojot ma ich stamtąd zabrać samochodem. Co noc czujniki muszą wykrywać krocie, oddalonych od siebie o dziesiątki mil ludzkich stąpań. Tylko kilku wpadnie. Na tym jednak nie koniec, teraz tych ludzi trzeba będzie przetransportować w głąb kraju. Obawiamy się zaangażowania w taką akcję. Wolimy zostać na noc w stanowym parku "Rock Hound".
Skoro świt ponownie wjeżdżamy do Meksyku, w Columbus. Tym razem tylko na chwilę, tylko po to by nam z szyby zdrapano nalepkę pozwalającą posługiwać się samochodem bez płacenia cła importowego. Jest to istotne jako że Meksykanie mają numer naszej karty kredytowej i w przeciwnym wypadku, po upłynięciu terminu pozwolenia, policzą nam automatycznie za następne pół roku.
W Columbus nic się nie dzieje poza tym że w 1916 roku Pancho Villa zajął to miasto na kilka dni, dając tym samym pstyczka w nos Amerykańskiej Armii. Ta, mocno rozsierdzona, ruszyła w głąb Meksyku z pościgiem za tym narodowym bohaterem. Po raz pierwszy użyto wówczas samolotów do powietrznego zwiadu. Na nic się to zdało. Pancho zapadł się pod ziemię. Dziś w Columbus jest całkiem ładny kaktusowy park, z kempingiem, poświęcony zbójowi Pancho Villa. Czego to tu nie wymyślą by tylko ściągnać płacących turystów?
Prujemy dalej do domu na zachód. W Arizonie przystajemy na rezerwacie Apaczów w Geronimo. Być może dopiero w krainie wiecznych łowów Winnetou doczeka się sprawiedliwości. Podbudowni nowym sentymentem, Amerykańscy Indianie masowo stawiają dziś kasyna na swych rezerwatach, licząc na to że Sąd Najwyższy wreszcie się wypowie że mają prawo do życia z hazardu, zwłaszcza że życie z łowiectwa już nie jest legalne. To kasyno, o ironio, zowie się Apache Gold.
Późnym popołudniem docieramy do gościnnego domu Najmitów Eli i Tomka z Phoenix.
20 kwietnia 2000. Nadajemy to już z domu w Woodland Hills, 34°10.30N 118°37.51W 700 stóp npm.
Do późna w nocy pijemy, w domu Brożków, bimber Yuscuran i palimy honduraskie cygara. Piotr opowiada stary dowcip:
Amerykański buisnessman stoi na pomoście w skromnej meksykańskiej wiosce rybackiej, gdy zauważa małą łódeczkę z jednym rybakiem. Na dnie łodzi spostrzega kilka dużych tuńczyków. Amerykanin chwali rybaka za rozmiar, jakość ryb i pyta jak długo mu zajął połów. Meksykanin odpowiada:
- o, nie długo - mówi po zastanowieniu
Wówczas Amerykanin pyta:
- dlaczego nie łowiłeś dłużej by złapać więcej ryb?
Na co Meksykanin odpowiada:
- to wystarczy by nakarmić mą rodzinę i jeszcze dla kota zostanie
- co zrobisz z resztą czasu który Ci pozostanie? - pyta zdziwiony Amerykanin
- pośpię sobie, porozmawiam z dziećmi, wezmę siestę z Marią, moją żoną.
Wieczorem pójdę na rynek pogadać z kolegami, wypijemy troche tequili, pogramy na gitarze...
- Mam - odpowiada Meksykanin - mnóstwo zajęć, a me życie wypełnione jest obowiązkami.
- Ja jestem buisnessmanem - oświadcza Amerykanin - mógłbym ci pomóc.
- Powinieneś spędzać więcej czasu łowiąc ryby po to by z zysków kupić większą lódź, potem kuter i wreszcie flotę rybacką - poucza Gringo
- Następnie zbudował byś swą własną przetwórnię i puszkarnię, a potem dystrybucję - ciągnie
- Tym sposobem kontrolował byś wyrób i musiał się przenieść do Ciudad de Mexico, następnie LA, a wreszcie NYC skąd mógłbyś kierować swym rosnącym przedsiębiorstwem.
- Señor? - pyta Meksykanin - a jak długo mi to zajmie?
- Piętnaście do dwudziestu lat - odpowiada Gringo
- A co potem? - pyta rybak
- Wówczas mógłbyś sprzedać swe przedsiębiorstwo i przenieść się do małej meksykańskiej wioski - informuje Gringo.
- Tam, mogłbyś sobie pospać, porozmawiać z dziećmi, wziąć siestę z Marią. Wieczorem pójść na rynek pogadać z kolegami, wypić trochę tequili i pograć na gitarze...
Cieżko nam się zebrać następnego dnia. To czegośmy doświadczyli przez ostatnie pół roku nie zachęca nas do powrotu do domu. Być może adaptacyjny mechanizm ludzkiej natury wiąże nas do miejsc które znamy i w których nauczyliśmy się przetrwać. Tak jak wiara Mayów w halucynogenne bóstwa przywiązała ich do Jukatanu, tak nasza ślepa wiara w dolara do Los Angeles. Mimo olbrzymiego wysiłku cywilizacja Mayów przygwoździła ich do miejsc dookoła swych piramid. Jesteśmy przekonani że to było powodem dla którego tam tkwili przez pięćset lat. Każda wiara musi mieć swoje magnesiki którymi przyciąga nowe pokolenia. Dla Mayów były to gliniane zabawki i spektakularne mecze piłkarskie. Dziś w miasteczku Alta Gracia (Wysoka Łaska), na wyspie Ometepe, sprytny inowierca otworzył "Game Arcade". Mieści się ona w glinianej chatce na przeciw starego, pięknego cmentarza. Zjeżdżają się do niej na osiołkach, bawołach i rowerach dzieciaki z całej wyspy. Dla młodych Indian z Ometepe magnesikiem nowej wiary jest dziś Nintendo.
- To co nie udało się Hiszpanom, bez większego wysiłku przychodzi Japończykom - skarży się nam nikaraguański poeta Jorge Quintana.
- Ta wyspa pada dziś ofiarą nowej wiary - lamentuje Jorge
- Do ochrony cywilizacji, a przede wszystkim wiary, potrzebny jest mechanizm przemocy - ciągnie
- Sprytniejszy magnesik zawsze zaćmi nudniejszy -
- Gdybym ja był władcą Omotepe, zakazał bym importu komputerów - konkluduje
Nasze błyskotki znajdują się czterystapięćdziesiąt mil na zachód od Phoenix. Krwawo-czerwono zachodzące słońce wskazuje nam drogę. Ileż to razy hollywoodskie produkcje filmowe posługiwały się tę metaforą? W niej, po dokonaniu szlachetnych czynów, na sam Happy End, dobry kowboj odjezdżał wierzchem do swojego domu, wprost w zachodzące słońce. Tam znajdowała się jego nowa wiara.
Mijamy nowiutkie, stanowe więzienia budowane wzdłuż autostrady nr.10. Przydrożne znaki zabraniają Nie zabieraj autostopowiczów. Niby dlaczego każdy autostopowicz ma być odziany w pasiatą piżamę? Gdzie my jedziemy?
Późną nocą dojezdżamy do zapomnianego na pół roku - szczęśliwego końca.
post scriptum
Ze wszystkimi posiadaczami GPS'ów dzielimy się naszymi "WayPoints" po to by mogli łatwo trafić do miejsc opisanych w reportażach. Szczególnie cenne wydają się nam współrzędne co piękniejszych plaż, znalezienie których zawsze zajmowało nam wiele czasu. Często to co na mapie wyglądało atrakcyjnie (np. El Paraiso) okazywało się wielkim niewypałem. Odwrót najczęściej był niemożliwy jako że zapadał już zmrok, a po ciemku nie ma co liczyć na znalezienie ładnego miejsca. Patrząc wstecz sądzimy że bardzo by się nam współrzędne przydały przed wyruszeniem w podróż. Stracilibyśmy mniej czasu na frustrujące poszukiwania miejsc na nocleg, a więcej na dzienne przygody.
