Panama
Pora deszczowa, 2000 rok

Beata Pawlikowska i Wojciech Cejrowski
przedruk z Rzeczpospolitej

Przyjazny lud Choco przyjął nas gościnnie. Dolary nie były konieczne, ale mile widziane. Indianie je znają, ponieważ dolar amerykański jest oficjalną walutą Panamy

TEKST I ZDJĘCIA BEATA PAWLIKOWSKA WOJCIECH CEJROWSKI

Miejsce, gdzie Panama graniczy z Kolumbią, nosi nazwę Darien Gap - Przesmyk Darien. To ten cienki pasek lądu w kształcie wyrostka, który sterczy u góry Ameryki Południowej i łączy ją z Północną. Na mapach wygląda mizernie, a w rzeczywistości to całkiem solidny kawał tropikalnej puszczy z niewysokimi, ale bardzo stromymi górami. Na dodatek od strony kolumbijskiej zatarasowany bagnami. O Darien mówi się, że jest nieprzebyty.

To przekonanie potwierdza choćby historia budowy Panamericany, czyli systemu dróg asfaltowych, który miał połączyć Ziemię Ognistą z Alaską.

Doborowe siły konstruktorskie z całego świata, ogromne buldożery i miliony dolarów pokonały Andy - góry wysokie, Amazonię - lasy szerokie i tak ogromne pustynie, jak Atacama. Utknęły w Darien. Próbowały się przegryźć na kilka sposobów, lecz nie zmogły przesmyku. Do dziś po obu jego stronach sterczą z błota pordzewiałe wraki wielkich spychaczy. To ślady międzynarodowej machiny, która połamała sobie zęby i poszła ryć gdzie indziej.

Cienka czerwona (przerwana) linia

Na większości map wyrysowuje się Autostradę Panamerykańską jako cienką czerwoną linię, która biegnie, i tu uwaga!, nieprzerwanie z Alaski aż do Ziemi Ognistej. W rzeczywistości jednak Panamericana nigdy nie została ukończona! W samym jej środku brakuje dużego kawałka - optymiści mówią o 200 kilometrach, z naszych doświadczeń wynika, że to raczej 500. Asfalt urywa się jakieś 60 kilometrów po opuszczeniu Panama City. Dalej biegnie żwirówka, która stopniowo zanika i przechodzi w błotnistą drogę polną. Po tej drodze rozklekotane autobusy i terenowe ciężarówki z mozołem brną do osady Yaviza. W porze obfitych deszczów autobusy zastępuje traktor albo muły.

Za Yavizą nie ma nic. Chyba żeby za część "nieprzerwanej czerwonej linii" uznać leśne ścieżki wydeptywane bosymi stopami Indian z plemienia Kuna albo strumienie, którymi poruszają się wąskie czółna Indian Choco. Umiejętne wykorzystanie tych ścieżek i strumieni może człowieka zaprowadzić na drugą stronę Darien - do Kolumbii. Tam, kierując się w stronę Medellin, natrafimy na dalszy ciąg Panamericany.

Znikający naukowcy

Darien nas pociągał od dawna. Postanowiliśmy zostać pierwszymi Polakami, którzy go pokonają na piechotę. Wyprawa miała się nazywać "Od asfaltu do asfaltu". Pomysł był prosty: pewnego dnia stajemy piętami na ostatnim skrawku asfaltu w Panamie i ruszamy przed siebie. Po jakimś czasie kończymy wyprawę, stając palcami na pierwszym skrawku asfaltu w Kolumbii.

Przygotowania do wyprawy trwały kilka lat. Poza trudnościami natury topograficznej (góry, dżungla i bagna) Darien stanowił wyzwanie także ze względu na zamieszkujących go Indian Kuna - plemię bardzo niezależne i wojujące, które nie lubi intruzów, szczególnie białych albo wojskowych. Rządy Panamy i Kolumbii niechętnie się do tego przyznają, ale faktycznie w Darien niepodzielną władzę sprawują Indianie.

Podczas zbierania materiałów na temat przesmyku wciąż trafialiśmy na niepokojące doniesienia prasy, która raz pisała o tajemniczym zaginięciu amerykańskiego antropologa (do dziś go nie odnaleziono), innym razem o zniknięciu japońskiego kolekcjonera orchidei (odnaleziono tylko jego zielnik). Kiedy indziej przeczytaliśmy o losach niemieckiego turysty, który postanowił przejść Darien i podobno wyszedł z tego żywy, ale dopiero po pół roku, nie całkiem świadom tego gdzie jest i co robi, a na dodatek oskubany ze wszystkiego, co miał przy sobie. Zainteresował się nim dopiero kolumbijski patrol wojskowy, kiedy to kompletnie nagi paradował przez poletko manioku.

Najgłośniejsza była sprawa z początku lat 90. Pewien śmiałek sponsorowany przez telewizję wymyślił sobie, że przejedzie Panamericanę na motorze. Przy wtórze zachęcających wrzasków i gwizdów wystartował na Alasce. Kanada przemknęła mu prawie niepostrzeżenie. W Kalifornii musiał zwolnić ze względu na tamtejszą policję, która nie zna się na żartach. Na dobre rozpędził się dopiero w Meksyku. Kilka następnych krajów potraktował jak tor wyścigowy i wreszcie z impetem runął w gęstwinę Darien. Trzeba przyznać, że wbił się dość głęboko. I utknął. W dżungli i błocie.

Targał podobno ten swój motor przez jakiś czas na plecach, licząc na to, że błoto po kolana oraz strome góry się skończą, ale się przeliczył. W końcu zawrócił, tyle że bez motoru, który wzięli Indianie jako część zapłaty za uratowanie* życia.

Dwa tygodnie później kontynuował wyprawę na innym motorze. Sceny wsiadania na prom i omijania Przesmyku Darien potraktowano nader pobieżnie. Chyba nawet wstydliwie. A to przecież żaden wstyd. Utknąć na ziemiach Kuna to rzecz normalna.

Nieprzyjazna kraina

Wraki maszyn, które miały wybudować Panamericanę, służą dziś Indianom jako wspaniałe miejsca na obozowiska w drodze w głąb dżungli

Myśmy utknęli baardzo, baardzo głęboko. Zostaliśmy zatrzymani i uwięzieni w indiańskiej wiosce Paya, położonej nad rzeką o tej samej nazwie.

Wszystko dlatego, że biali nie docierają tak daleko. W każdym razie nigdy nie docierają tak daleko sami i w dodatku niepostrzeżenie. A nas nikt się tu nie spodziewał, bo nie pojawiliśmy się wcześniej w żadnej z wiosek Kuna leżących po drodze. Prawdę powiedziawszy, celowo je omijaliśmy w obawie, że Indianie zawrócą nas z drogi. Chcieliśmy wedrzeć się po kryjomu jak najdalej w głąb ich terytorium. Tak daleko, żeby nasza ewentualna ekstradycja odbyła się nie z powrotem do Panamy, ale na stronę kolumbijską.

Pomagał nam w tym Indianin, myśliwy z plemienia Choco, które wojuje z Kuna i trochę się ich boi. Całą drogę opowiadał mrożące krew w żyłach historie na ich temat i serdecznie odradzał dalszą wędrówkę.

Wynajęliśmy go w okolicach Yavizy. Miał porządną łódź wydłubaną z solidnego pnia, do tego motor, który bez przerwy się krztusił i gasł, oraz beczkę paliwa. Był zawodowym tropicielem, a więc znał okoliczne lasy i rzeki.

Z Yavizy ruszyliśmy w górę rzeki oznaczonej na mapach jako Tuira. Wiele dni kluczyliśmy kierując się w głąb Darien. Korzystaliśmy z rzeczek i strumieni, czasem tak płytkich, że silnik trzeba było wyciągać z wody i odpychać się kijami. Kiedy indziej musieliśmy wysiadać z czółna i przeciągać je przez płycizny.

Pierwszych kilka nocy spędziliśmy w wioskach plemienia Choco - zawsze przypływając po zmroku i odpływając bladym świtem. Wreszcie przyjazny i życzliwy gościom lud Choco został za nami. Wpłynęliśmy do krainy Kuna.

Nie chciała nas przyjąć - nagle skończyły się ryby w rzece, a potem nawet woda. Coraz dłuższe odcinki pokonywaliśmy, ciągnąc czółno po dnie. W końcu nasz przewodnik zarządził wędrówkę na piechotę. Porzuciliśmy łódź, wzięliśmy cały dobytek na plecy i ruszyliśmy w górę strumienia. Brodząc w wodzie do pół łydki, dotarliśmy do miejsca, w którym Indianin zatrzymał się, oznajmił stanowczo, że dalej nie pójdzie i upomniał o zapłatę.

Miasteczko Yaviza - w pewnym sensie jest to koniec świata, dalej nie biegnie już żadna droga

Rozejrzeliśmy się dookoła i powiedzieliśmy, że przecież miał nas doprowadzić do wioski, a tu żadnej wioski nie ma. Zazgrzytał zębami, ale ponieważ był uczciwym człowiekiem, podprowadził nas jeszcze kilkaset kroków stromą ścieżynką do pnia, po którym przeszliśmy nad głębokim parowem i nagle stanęliśmy na obrzeżach wioski Paya.

Zapłaciliśmy mu, a potem, kiedy chcieliśmy uściskać rękę na pożegnanie, okazało się, że zniknął jak kamfora. Między domostwa Kuna wkroczyliśmy więc bez eskorty.

Kto tu jest kacykiem

Przyjęto nas bardzo niechętnie. Kobiety gwałtownie porzucały przydomowe zajęcia i w pośpiechu umykały w ciemne czeluście szałasów. Po drodze zgarniały drobniejsze dzieci, a starsze wysyłały gdzieś w głąb wioski, jakby po pomoc. Za każdym razem towarzyszyła temu seria krótkich okrzyków. Potem zapadała nieprzyjemna cisza.

Za naszymi plecami sześciu podrostków utworzyło półkolistą tyralierę i wyraźnie zaganiało nas w określonym kierunku. Zachowywali przy tym dystans kilkunastu kroków. Wkrótce dotarliśmy do placu pośrodku wsi, gdzie zastaliśmy pół setki mężczyzn i kilka bardzo starych kobiet.

- Buenos dias - zaczęliśmy po hiszpańsku, szukając zrozumienia na twarzach osób stojących najbliżej. Z tłumu wystąpił młody Indianin i odpowiedział w tym samym języku:

- Dzień dobry. Czego szukacie?

- Szukamy kacyka.

- Ja jestem - odrzekł bez chwili wahania, dumnie zadzierając głowę.

Byliśmy pewni, że skłamał. Wydawał się zbyt młody, żeby piastować tak zaszczytną funkcję. Spośród wszystkich zebranych na placu był najmłodszy i pełen jawnej niechęci do obcych.

Powoli i spokojnie wyjaśniliśmy, kim jesteśmy, mówiąc na tyle głośno, żeby nasze słowa dotarły do wszystkich. Także do uszu prawdziwego kacyka, którego wciąż poszukiwaliśmy wzrokiem.

Na koniec gorąco zapewniliśmy, że jesteśmy tu tylko w celach badawczych jako para antropologów i że chcielibyśmy wynająć przewodnika i pójść sobie precz do Kolumbii.

Mówiliśmy szczerą prawdę, a mimo to Indianie słuchali coraz bardziej nieufnie. Wkrótce potem odprowadzono nas do indiańskiego aresztu.


źródła mniej życzliwe plemieniu Kuna używają w tym miejscu słowa "darowanie".

Z lotu ptaka dżungla wygląda idyllicznie. Kolorowe stada papug, strzępiaste korony palm, czasem jakaś małpa dyndająca na lianie.

Osadzono nas w samotnej chacie położonej pośrodku wioski. Mogliśmy z niej wychodzić tylko na posiłki i za potrzebą.

Pod eskortą szliśmy do czyjejś kuchni, gdzie serwowano proste indiańskie jedzenie: rybę ugotowaną bez patroszenia i soli oraz kilka bulw manioku pieczonych w ognisku. W celach higienicznych wolno nam było wychodzić bez eskorty, ale tylko w ściśle oznaczone miejsce nad rzeką.

W tej sytuacji całe dnie spędzaliśmy zawieszeni w hamakach albo siedząc na przyzbie. Bezczynnie, ponieważ powiedziano nam wyraźnie: żadnych zdjęć, żadnych spacerów, żadnych kontaktów z mieszkańcami wioski, chyba że sami przyjdą.

Tajemnicze śpiewy

Nocami przez ażurowe ścianki naszego więzienia słyszeliśmy jakieś tajemne śpiewy - wielogodzinne inwokacje do indiańskich bogów. Najpierw ktoś podawał ton i wyśpiewywał kilka niezrozumiałych słów, potem pozostali powtarzali po nim. Przeciągle i płaczliwie. A im dalej w noc, tym śpiew stawał się bardziej agresywny. Wreszcie ustępował rytmicznym wrzaskom. Indianie wprowadzali się w trans.

Po kilku dniach nerwowego oczekiwania wezwano nas przed Radę Starszych. W niepozornej, rozklekotanej chałupie siedziało ośmiu mężczyzn w różnym wieku. Każdy z nich dzierżył w dłoni berło - drewnianą pałkę rzeźbioną na czubku. Rzeźby były różne - przedstawiały zwierzęta, ludzi, a w jednym wypadku zwykłą skromną kulkę. Człowiek z kulką udzielał głosu.

Przez godzinę wymienialiśmy szczere i nieszczere kurtuazje. Indianie ze zrozumieniem przyjmowali wszystkie wyjaśnienia, a potem niespodziewanie jeden z nich zapytał: - Co tu robicie w czasie naszego Tajnego Zgromadzenia?

Aż nas zatkało, ale w jednej sekundzie zrozumieliśmy, o co chodzi - oni wszyscy byli kacykami. Zeszli się tutaj z różnych wiosek na sekretne obrady. Nic dziwnego, że nas uwięzili.

Gdzie są pieniądze z Polski

Żaden spiskowiec na świecie nie uwierzy w przypadkowe najście nieproszonych gości w czasie konspiracyjnego spotkania. Dlatego szybko trzeba było wymyślić jakąś historyjkę, na tyle wiarygodną, żeby ocaliła nam skórę. Historyjka brzmiała tak:

Jesteśmy wysłannikami rządu Rzeczypospolitej. Nasz kraj, podobnie jak inne europejskie demokracje, ma świadomość wartości ekologicznej, jaką przedstawia Darien. Polska co roku wysyła do Panamy pieniądze na ochronę przyrody w Darien oraz plemienia Kuna. Ponieważ Polacy nie są idiotami, zorientowali się, że pieniądze giną gdzieś po drodze. Dlatego posłano tajną misję, która miała za zadanie ominąć oficjalne władze Panamy, dotrzeć wprost do serca Darien i zapytać kacyków Kuna, czy otrzymują pomoc z Europy.

I oto jesteśmy w samym sercu Darien, przed obliczem najwyższych wodzów Kuna i pytamy, czy biurokraci w Panama City to podłe złodzieje przeżarte korupcją?

Nietrudno się domyślić, że Indianie zareagowali ochoczym potwierdzeniem. Nie bez powodu od lat pozostają w konflikcie z władzami państwowymi i walczą o autonomię. Historyjka wyssana z palca trafiła na podatny spiskowy grunt. I ocaliła nam życie!

Indianka przygotowuje posiłek w szałasie.

Następnego dnia starszyzna podyktowała nam krótki list do rządu Rzeczypospolitej z zawiadomieniem, że rząd w Panamie to banda złodziei. Potem przez godzinę wymienialiśmy wyrazy kurtuazji (wyłącznie szczere), aż wreszcie stało się to, na co tak długo czekaliśmy - wodzowie przydzielili nam dwóch przewodników na dalszą drogę do Kolumbii. Dla wszystkich było oczywiste, że z tym trefnym listem do rządu nie powinniśmy wracać przez Panamę.

Problemy zostały za nami. Teraz już będzie z górki - myśleliśmy. Skąd mogliśmy wiedzieć, że najgorsze dopiero nastąpi?

Dżungla dała nam w kość

Darien to tropikalny odpowiednik Himalajów, z tą tylko różnicą, że w Himalajach idzie się najpierw długo pod górę, a z powrotem długo w dół. Natomiast w Darien idzie się trzysta metrów w górę, a potem trzysta metrów w dół i tak wiele, wiele razy od świtu do nocy. Gdyby zsumować wszystkie te małe górki, to by się uskładał Everest.

Powietrze w Darien też trochę przypomina himalajskie - jest bardzo rozrzedzone. Oczywiście nie z powodu wysokości, ale wilgoci. Człowiek odnosi wrażenie, że w łyku powietrza więcej jest wody niż tlenu. A do tego 40 stopni w cieniu.

Mimo że wlewaliśmy w siebie całe wiadra płynów, groziło nam odwodnienie. Picie w czasie marszu nie miało sensu - każdy łyk wody natychmiast wypływał przez skórę i zamiast przynosić ochłodę, tylko moczył ubranie. Natomiast picie wieczorem, w czasie odpoczynku, często kończyło się wymiotami. Woda była czysta, a mimo to żołądek jej nie przyjmował.

Groźne "calówy"

Marsz przez Darien wspominamy dzisiaj jako najgorszy w życiu. Nic go nie przebiło. Żadna inna dżungla nie dała nam w kość tak, jak ten niepozorny, mało znany kawałek tropikalnego lasu.

Ze względu na stromizny i błoto chcieliśmy odciążyć plecaki. Rozłożyliśmy zawartość na kupki - co wyrzucić? Było tego tak niewiele: absolutne minimum odzieży, sprzęt fotograficzny, do tego hamak, latarka, nóż i zapas baterii. Trzeba targać wszystko.

Szło nam się coraz gorzej. Ostre podejścia przypominały wchodzenie po drabinie zrobionej z korzeni. ślizgaliśmy się po błocie i zaczepialiśmy ubraniem o cierniste pnącza. Miejscami darliśmy w górę na czworakach.

W butach mieliśmy bagno. Nawet nasi przewodnicy byli wyraźnie zmęczeni. Jednego z nich pogryzły "calówy" - ogromne jadowite mrówki długości dwudziestu milimetrów. Przez kilkanaście minut wył z bólu, łydka mu spuchła i do końca drogi lekko utykał.

Ostatnie podejście

W pewnym momencie po kolejnym ostrym podejściu powiało świeżym powietrzem i zaświeciło słońce. Weszliśmy na przełęcz. To było najcudowniejsze miejsce na ziemi.

Od tej pory szliśmy grzbietami gór. Po prawej i lewej stronie przez rzadko rosnące drzewa widać było przepiękny krajobraz. Z lotu ptaka dżungla wygląda idyllicznie. Kolorowe stada papug, strzępiaste korony palm, czasem jakaś małpa dyndająca na lianie. Ani śladu zgnilizny, duchoty i jadowitych mrówek.

Indiańskie tkaniny są niezwykle kolorowe.

Wędrówka stała się samą radością. Zniknęło błoto, pojawiły się szerokie leśne dukty, w dodatku trafiliśmy na kilka indiańskich domostw. To jeszcze nie były wioski, a zaledwie samotne myśliwskie rancha, ale częstowano nas świeżymi owocami i zaczęła w nas rosnąć nadzieja na szczęśliwy koniec wyprawy.

W pewnym miejscu trafiliśmy na bardzo szeroką drogę przez las. Było to właściwie długie karczowisko pobrużdżone koleinami maszyn do wyrębu. To była pierwsza po tej stronie gór zapowiedź Panamericany. Droga prowadziła znikąd donikąd. Robotników i ciężki sprzęt spuszczono z helikoptera. Popracowali czas jakiś, ale bez sukcesu - ich robotę pochłonął Darien.

Na przeciwległym końcu karczowiska znaleźliśmy wyraźną ścieżkę, która wiodła prosto w górę. To było ostatnie podejście.

Ze szczytu wzniesienia zobaczyliśmy trawiaste doliny poprzecinane płotami, tu i ówdzie smużkę dymu z komina, stada owiec, kóz i krów, a w oddali na horyzoncie zatokę Uraba, zapowiedź Karaibów. To była już Kolumbia! A więc dotarliśmy na drugą stronę... Przeszliśmy Darien!

Dotknęliśmy asfaltu

Przecięcie tego pięknego pejzażu i dotarcie nad brzeg zatoki zajęło nam cały następny dzień. Noc spędziliśmy w małej osadzie Indian Kuna, w której mieszkali nasi przewodnicy.

Bladym świtem ruszyliśmy w kierunku odległej o dwie godziny marszu przystani. Tam wsiedliśmy na łódź, która zabrała nas i gromadę okolicznych chłopów na drugą stronę zatoki, do miejscowości Turbo. Po przybiciu do brzegu chłopi poszli na targ, a my do bazy Kolumbijskiej Marynarki Wojennej. Musieliśmy zdobyć stemple świadczące o przekroczeniu granicy.

Odpowiedniego urzędnika odnaleźliśmy w zapyziałym kantorku wielkości szafy na ubrania. Obejrzał paszporty, a potem zagłębił się w blaszanej szufladzie w poszukiwaniu pieczątek. Wprawdzie był pracownikiem Straży Granicznej, ale na co dzień odprawiał tylko łodzie rybackie. Obywał się przy tym bez stempli, wpisując wszystko do zatłuszczonego zeszytu. Byliśmy jego pierwszymi turystami. Wreszcie znalazł upaprane tuszem pudełko.

- To skąd wy tutaj? - zapytał.

- Przyszliśmy z Panamy.

- ??? He???

- Przyszliśmy z Panamy.

- Jak to przyszliście? Na jakiej łodzi?

- Na nogach, na piechotę.

- Z Panamy?! Niemożliwe! Tam mieszkają Kuna i nikogo nie puszczają, bo chcą kontrolować cały przemyt naszej kokainy!...

Urzędnik długo nie mógł uwierzyć, że ma przed sobą dwójkę białych ludzi, którzy przeszli Darien. W końcu jednak, bogatsi o dwa niewyraźne stempelki, opuściliśmy bazę Marynarki Wojennej.

Za szlabanem zaczynała się droga do Medellin. Stanęliśmy czubkami palców na krawędzi asfaltu. To był początek Panamericany i koniec wyprawy.


Powrót do strony głównej