
20 Luty 2000 SANTIAGO
Nadajemy to z Santiago w Panamie 08°05.82N 80°58.72W 720 stóp npm
Podjezdżamy na granicę z Panamą w Paseo Cańas z góry obmyślonym planem obrony. Tu miła niespodzianka. Nikt łapy nie wyciągał, a urzednik dokonujący rewizji tak był swą funkcją przejęty że zepsuł zamek przy skrzyni z ubraniami. Jak mieć do niego żal, przecie sumiennie wykonywał swe obowiązki?
Ze wszystkich dotychczasowych krajów najtańszy wjazd. $5 + $1 za wizę i $4 za samochód. Jest już szaro gdy po raz pierwszy stajemy na panamskiej ziemi. O zmroku zatrzymujemy się na podwórku przygodnego farmera. Kolejna niespodzianka. Wsród rozłożystych drzew, soczystej trawy i licznych bananowców nie ma tu komarów. Być może Jankesi wytłukli wszystkie podczas budowy kanału?
Rano następnego dnia przyglądamy się krajobrazowi. Na 100m npm ciagną się zielone łąki przecinane lasami. Nie widzimy tropikalnej dzungli - przynajmniej jeszcze. Kolejna miła niespodzianka, w sklepie spożywczym - wydają nam resztę ze $100 banknotu w tej samej walucie, a nie w oficjalnych Balboach. Jeden Balboa = jeden dolar USA. Nieco później dowiadujemy się że tylko bilon jest bity w Panamie. Większe nominały, począwszy od jednodolarowego banknotu są znajomo zielone, drukowane w USA.
Tego dnia planujemy naprawić na plaży ciężarówkę. Okazało się że dwadzieścia lat rdzewienia na kalifornijskich plażach nie dostatecznie zapiekło śruby. Wystarczyło trzysta kilometrów kostarykańskich dróg by bez kłopotu odkręciły się śruby przedniego zderzaka.
W południe wjezdżamy na Playa Lajas nad Oceanem Spokojnym. Dużo ładniejsza od tych które widzieliśmy w Kostaryce. Ciągnie się ze wschodu na zachód, od horyzontu po horyzont.
Plażowiczki i plażowiczów można policzyć na palcach, a przewodnik Lonely Planet nazywa ją ulubioną plażą Panamczyków. Woda jest tak ciepła że jedynym sprawdzianem czy się w niej jest - jest to że się robi mokro. Ustawiamy ciężarówkę pod palmą na krawędzi oceanu z panoramicznym widokiem na łamiące się fale. Ekran jest tak szeroki że trzeba się okręcić na krzesełku by obejżeć jego krańce.
Nocą świecą nam do paki gwiazdy Krzyża Południa. Iluż to Niemkom z NRD kojarzy się on z utratą cnoty i z brzoskwiniowym likierem o tej samej nazwie? Juliane Bosold, z Jeny, dopiero tu zobaczyła na czym polega magia konstelacji która ją przemogła dwadzieścia lat temu.
21 Luty 2000 CHITRE
Nadajemy to z Chitre, Panama, 07°57.90N 80°26.03W 370 stóp npm
Santiago, pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, czwarte co do wielkości miasto kraju. Robimy zakupy, odpowiadamy na pocztę. Tankujemy samochód. Właścicielka stacji benzynowej (Kubanka, Ibelin de Mendez) z głupia frank zaprasza nas do domu. Dziękujemy za zaproszenie i spieszymy na najbardziej na południe wysunięty cypel Panamy, jak i północnego sub-kontynentu Ameryki. Jest nim Peninsula de Azuero.
Przekraczamy ósmy równoleżnik. Cypel faluje pagórkami pokrytymi pastwiskami. Na noc stajemy na Playa El Arenal z widokiem na wyspę Iguana. Słynie z kryształowej wody i bogatego życia morskiego. Za jedyne $20 można wynająć tu łodź i spędzić dzień na nurkowaniu. Cały dzień i noc wieje tu od oceanu lekka bryza - jakże pożądana w walce z komarami. Następnego dnia badamy plaże. Na Punta Mala trafiamy na plac budowy. Stanie tu prezydencka rezydencja nowej pani prezydent - Mireya Moscoso. Dla dobra CIA podajemy współrzędne pałacyku 07°28.03N 80°00.13W 20m npm po to by podczas następnej inwazji nie pomyli z ambasadą chińską.
W sklepiku z lodami poznajemy Andres Brezzla który zaprasza nas na obiad na Playa Venao. Plaża okala małą zatoczkę. Jest tu restauracyjka i kilka domków kempingowych. Słynie z równo łamiących się fal. Poza kilkoma surferami i weekendowiczami jesteśmy tu sami.
Jutro ruszamy na zakupy do strefy bezcłowej w Ciudad de Panama. Damy Wam znać co tu warto kupować. Nas interesuje odkupienie skradzionego w Meksyku aparatu i kamery. Przydadzą się też nowe buty. Dajcie nam szybko znać co Was interesuje to poinformujemy o cenach na Avenida Central.
26 luty oraz 3 marca 2000 Ciudad de Panama
Nadajemy to z Ciudad de Panama 9°00.61N 79°32.14W 200 stop npm.
W Południe przejezdżamy Puente de Las Americas, most nad kanałem panamskim i wjezdżamy do stołecznego miasta Ciudad de Panama. Straszono nas zbójami, a tymczasem jest to całkiem cywilizowane miasto. Na Avenida Central idziemy na zakupy. Ceny nie wiele różne od sklepów wysyłkowych. Wybór jest tu zdecywowanie mniejszy. Czego tu w bród to śmieci z dalekiego wschodu. Kupujemy aparat fotograficzy od Boaza Gadeloff'a - Żyda z Łomży. Podobny, lecz o 15 lat nowszy od tego który nam skradziono w Meksyku.
- Obiektyw VIVITAR 28-210mm, f=1:3.5-5.6
- Skrzynka MINOLTA X-300s
- Całość za $600
Następnie kupujemy prowiant w dobrze zaopatrzonym sklepie spożywczym. Ceny o połowę niższe niż w Kalifornii. Nie wielu tu turystów. Kilka zabłąkanych dusz które tu przywiało z Kostaryki i grupki pasażerów z "Cruise Ships". Jest już czwarta gdy jak co dzień stajemy wobec wyboru miejsca na nocleg. Jedziemy na północ po wschodniej stronie kanału. Wypytujemy przygodnych policjantów i pracowników obsługi kanału. Wszyscy są pomocni i życzliwi.
Amerykański murzyn, który tu pozostał po przekazaniu kanału radzi stanać na cypelku w okolicach Gamboa. Cudowne miejsce, jakby budowniczowie kanału przewidzieli naszą potrzebę. Tu nad jeziorem Gatun wsród tropikalnego lasu wystaje z brzegu porośnięty trawą cypelek 100X200m. O siedemdziesiąt metrów od jego brzegu przepływają statki. Zadzieramy głowy by spojżeć w oczy kapitanom jednostek pływających. Osiem z dziesięćiu razy są skośne. Podziwiamy równiutko poukładane stosy kontenerów, wysokie na dziesięć pięter.
Ich zawartość wystawiona jest do wglądu i nabycia w sklepach na Avenida Central. Te które my widzimy spieszą by zalać półki sklepów Wschodniego Wybrzeża i Europy. Od stycznia tego wieku Panamczycy kasują opatę $2.5 za tonę wyporności. Jeśli towaru jest połowa wyporności, to Europejscy konsumeci płacą $5 za tonę tych śmieci i nie tylko śmieci.
Po naszej lewej zaczyna się Guillard Cut. Tu i przy Culebra Cut zgineła większość dwudziestudwu tysięcy ludzi którzy ten kanał budowali. Ryli oni wśród pagórków rów głęboki na sto metrów, i sto szeroki. My mimo repelantów mieliśmy kłopoty z opędzeniem się od komarów. A co dopiero oni? By oddać hołd tym ludziom Panamczycy postawili dwa pomniki. Jeden poległym, drugi człowiekowi który odkrył co ich zabiło.
Nieco dalej, w stronę Oceanu Spokojnego, znajduje się najsłynniejsza śluza kanału - Miraflores. Jest przy niej videocam. Ci którzy chcą popatrzeć na przepływające statki mogą to robić na żywo. Szerokość śluzy wynosi tu dokładnie 33.5 metrów.
Rano zwiedzamy park Soberania. Jest to spory teren dookoła środkowego biegu kanału. Przecinają go dziesiątki leśnych dróżek. Taką dżunglę zobaczył Krzysztof Kolumb pięćset lat temu. Nie dziwi nas że jego wyprawy w głąb lądu nie dotarły do odległego o zaledwie osiemdziesiąt kilometrów Oceanu Spokojnego. Gdyby do niego dotarł nie umierał by w błędnym przekonaniu że odkrył drogę do Indii, a że odkrył cały nowy świat.
Wyruszamy do Gamboa po lód. Wiele tu baraków porzuconych przez Amerykanów. Złota szansa dla odważnych spekulantów nieruchomościami. Ci którzy dzieśięć lat temu kupili ziemię po wojskowych instalacjach Manuela Noriegi zarobili dziś pięciokrotnie.
David - 3 marca 2000
Nadajemy to z David, 8°26.02N 82°25.58W 300 stóp npm
Błąkamy się po Ciudad de Panama szukając cen za przedmioty o które nas proszono. Komputery, sprzęt gospodarstwa domowego, kamery i hawańskie cygara. Centra handlowe przy Avenida de Espańa zamieniają się w wieżowce przeplatane perełkami kolonialnej architektury. Na obrębie miasta stoją jakże swojskie bloki mieszkalne.
- tu są prace za $60k/rocznie - mowi były lotnik amerykański wskazując palcem na przeszklony wieżowiec
- mojej żonie udało się dostać pracę w tym banku
- nazywają się "off-shore banks", ale to co naprawde robią to piorą brudne pieniądze
Musi w tym coś być. Dziesiątki drapaczy nie są potrzebne by obsłużyć tranzakcje finansowe dwudziestu statków przepływajacych dziennie kanałem. Jeśli natomiast pozwolą legalnie uchronić od 45 procentowych podatków dochody od inwestycji (capital gains), to mają klijentów.
- w najlepszych czasach przepływało kanałem trzydzieści osiem jednostek dziennie, dziś połowa tego - wspomina nasz lotnik
- kanał zawsze był deficytowy, teraz Panamczycy po latach biadolenia na temat jak to ich Amerykanie wykorzystują starają się wyjść na zero podnosząc opłaty za żaglówki.
- minimum $1500 - żali się - nie każdego na to stać.
- nawet żeglarze się stąd wyniosą gdy ktoś wpadnie na sposób transportu drogą lądową
Jedziemy na sześcio-kilometrowy połwysep Amador. Jest to zbudowany przez Amerykanów falochron strzegący wejścia do kanału przed wschodnimi wiatrami. W swoim czasie strzegł też przed niemieckimi łodziami podwodnymi, potem rosyjskimi. Składa się on z trzech wysp i niezliczonej ilości kruszywa. Tu, przy moście Puente de Las Americas mieścił się jeszcze dwa lata temu "Balboa Yacht Club". Restauracja wraz z biurem wygodnie spłonęła po tym, gdy zarząd klubu odmówił przeniesienia się gdzie indziej. Po klubie został basen kąpielowy i pomost. Nie chciały sie palić.
- Panamczycy starają się zatrzeć wszelkie ślady amerykańskiej bytności - mówi nam przygodny spacerowicz
- tutaj zbudują kompletne centrum handlowe z MacDonaldem i Burger Kingiem na czele - informuje wskazując na były klub oficerski, pole golfowe i kolonie domków-bliźniaków.
Noc spędzamy na końcu falochronu Amador. Czujemy nerwowość strażników nie bedąc pewnych celu naszej wizyty. Pstrykamy zdjęcia co interpretują że chcemy ich przyłapać na gorącym uczynku.
Na pomoście "Balboa Yacht Clubu" poznajemy Gringa z New Hampshire, który tu przyjechał by odnaleźć grób swego dziadka. Dziadek, podobnie jak dzisiątki tysięcy innych desperatów ze wschodniego wybrzeża USA, pod koniec 1850-tych, podczas gorączki złota przyjechał do Colon by się przedostać do Kalifornii. Gdy tu dotarł w 1859 roku, złota już nie było - została tylko gorączka. Zmarł na malarię. Najprawdopodobniej został pochowany na miejskim cmentarzu w Colon.
Jedziemy do prowincji Chirqui, zbadać wulkany i Bocas del Toro. Stamtąd już do Kostaryki.
29 Luty 2000 PORTOBELO
Nadajemy to z Santa Fe, Istmo del Darien 8°39.53N 78°09.58W 200 stop npm
Ruszamy dalej na północ na Karaiby. Zatrzymujemy sie w Portobelo. Założył to miasto Krzysztof Kolumb. Dziś są tu ruiny hiszpańskich fortów i starych budynków administracyjnych. Jak wiekszość padała ofarą pirata Morgana.
Teren faluje łagodnymi pagórkami porośniętymi bujną florą. Nie mówiąc już o faunie. Zatrzymujemy się w garifuńskiej wiosce Cacique (Kacyki). Jest na co popatrzeć.
Trzech młodych Garifunów weszło do lazurowej wody zdjęli z siebie slipki (jedyne trwałe przedmioty jakie pewie posiadają) i grają nimi w piłkę wodną rzucając je sobie na wzajem. Nieopodal kilku chłopaczkow złapało iguanę i starają się nam ją sprzedać. Nieco dalej Garifunka zabrała na kolację pięcioro swoich dzieci. Chodzą wśród korali i szukają małż. Zjedzą tyle ile znajdą. Dokładki nie będzie. Grupka mężczyzn odpoczywa pod palmą.
Pewnie dziś rano wypłyneli czółenkami na ryby. Może zastawili sieci i dyskutują teraz co się może w nie złapać.
Na noc zatrzymujemy się na opuszczonej działce Joe Nicolasa Cornejo - adwokata z Colon. Mamy widok na wyspy San Blas i zakotwiczone żaglówki. Adwokat chce za nią $35K, a sprzeda za $15K. Wąska biała plaża, pasmo korali i dalej szmaragdowa woda. Niepodal Isla Grande i oddział istniejącego jeszcze Panama Yacht Clubu. Oddalona od lądu o pięćset metrów tropikalna wyspa z piękną duża białą plażą po zachodniej stronie. Pole zabaw Amerykanów. Podobnie jak reszta zabawowych miejsc zostało osierocone przez odjezdżających żołnierzy.
Kolejne miejsce do popisu spekulantów i budowniczych. Ceny tej ziemiu już bardziej nie stanieją. Dalej na wschód wioska Nobre del Dias. Ongiś, za czasów Kolumba, ważny port, dziś zapomniana ruina. Asfaltowa dróga zamienia się w ciężki żwirowy trakt.

Następnie wieś Palenque. Są tu dwie plaże, biała piaszczysta i koralowy cypel. W zatoczce stoi siedemnaście żaglówek. Życie żeglarzy ze wszystkich innych sposobów istnienia na tym padole, najbardziej przypomina Garifunów. Fryderyk Nietzsche nie obserwował tych ludzi. "To co Cię nie zabije uczyni Cię mocniejszym, a to co Cię nie zmęczy przysporzy opalenizny".
Stajemy na noc w palmowym gaju na porośnietym trawą końcu cypla. Znad Karaibow wieje równa chłodna bryza. Jesteśmy sami. Rano zjawia się Garifuna, Leonel Penilla i żąda $5. Zdajemy sobie sprawę że ze wszystkich sposobów na zarabianie pieniędzy ten mu nabardziej leży. Wystarczy zażądać. Wdajemy się z nim w negocjacje. Żądamy za te pieniądze ciepłej wody. Poleca nam letnią rzeczkę nieopodal. Chcemy sraczyka - nie pojmuje wymogu, przecie tu tyle palm. Chcemy pojemnik na śmieci - rozgląda się po plaży. Dajemy za wygraną. Garifuni w pierwszym kontakcie są turystyczną atrakcją, we współżyciu poważnym problemem który utrudnia rozbudowę Karaibów. Być może jest to ich strategia na obronę przed obcym najazdem, jakkowiek świadoma.
Wracamy do strefy kanału. Na noc zatrzymujemy się na placyku w parku Soberania. Wyjce (małpy) straszą nas nocą, a z rana wycieczka młodzieży szkolnej. Idziemy z nimi (młodzieżą szkolną) by za darmo poznać tajniki tropikalnej dżungli. Za słoną opłatą canopytower.com oferuje to samo. W południe Avenidą de Espańa wjezdżamy do miasta. Upstrzona jest ona po obu stronach centrami handlowymi. Tu sprawdzamy e-mail, robimy zakupy i ruszamy na koniec północnego subkontynentu Ameryki - do Istmo del Darien.
Asfaltowa Pan Americana kończy sie po sześćdziesięciu kilometrach za Ciudad de Panama, na moście przez Lago Bayano. A jeszcze nie dojechaliśmy do prowincji Darien! Stąd do ostatniej wioski Yaviza jest następne dwieście kilometrów morderczą żwirową drogą.
Tu kończy się Panama a zaczyna ziemia niczyja. Gdzieś w mokradłach Darien przebiega granica miedzy Panamą a Kolumbią. Tylko Indianie Kuna i Choco wiedzą gdzie stoją słupki graniczne. Ponoć grasują tu zbóje, partyzanci bez manifestu, misjonarze poszukujący zbłąkanych dusz, górnicy szukający szczerego złota i zwykli awanturnicy szukający guza.
Przyjezdżaja też śmiałkowie w poszukiwaniu mocnych wrażeń głównie po to by poszczycić się tym że przebrnęli przesmyk z Panamy do Kolumbii. Jest kilka sposobów na to i zawsze suchą pora, europejską zimą, czyli właśnie teraz. Krzysztof Dydyński pokonał Istmo del Darien połnocnym szlakiem z Puerto Obaldia w Panamie do Capurguana w Kolumbii. Dalej łodzią do Turbo, gdzie zaczyna się kolumbijski asfalt. Ostatnio, porą deszczową, Beata Pawlikowska i Wojciech Cejrowski. Spodziewamy się że i Dewey the Bikeman przejedzie przesmyk na swym rowerze.
My zadawalamy się Santa Fe gdzie swe źrodła ma rzeką Sabańas wpływająca do Pacyfiku, przy stolicy regionu w La Palma. Ciekawe że do stolicy można się dostać tylko wodą lub powietrzem. Rozumiemy przeznaczenie cieżkiej, żwirowej drogi do Yaviza. Nie służy ona do zbliżenia połkontynentów, lecz do lokalnej komunikacji i transportu olbrzymich pni drzew Espave (Anacardium excelsum). Przytroczone do 12-to kołowych przyczep jadą na północ do tartaków. Kierowcy ciężarówek na widok mojego aparatu okazali swe niezadowolenie wypytując się po co mi te zdjęcia. Jak nic mają coś na sumieniu.

- Połączenie drogowe z Kolumbią nie jest Amerykanom ani Panamie potrzebne - uświadamia nas Andres Brezzel, doradca obecnej pani prezydent
- Wręcz przeciwnie, może tylko zaszkodzić transportowi kanałem. Poza tym - ciągnie
- Panama będzie zmuszona do aktywnego strzeżenia granicy ze zdesperowanym sąsiadem. Jak to zrobić skoro od czasu amerykańskiej inwazji nie ma sił wojskowych?
- Do tego dochodzi koszt. Kto ma za to zapłacic? Kilkadziesiąt mil florydzkiej autostrady wzdłuż Keys kosztowało miliardy.
- Inicjatywa budowy drogi musi przyjść ze strony Kolumbii. Nie sądzę by się to za naszego życia stało - konkluduje
Szukamy miejsca na nocleg. Przymierzamy się do indiańskich wiosek, lecz jest tu tłoczno. Wszędzie byle z dala od zakurzonej Pan Americany. Decydujemy się zjechać nieco z drogi do wioski Santa Fe. Tu jest główny posterunek policji darieńskiej. Na wariata zatrzymujemy się przed nim i pytamy o bezpieczne miejsce na noc.
Komendant woła grającego w piłke nożną policjanta z plemienia Kuna i każe mu się ubrać i uzbroić. Wsiada on z nami do szoferki w służbowej marynarce i czapce, krótkich piłkarskich spodenkach i nieodłącznym kałasznikowem. Tak we troje ruszamy na objazd okolic Santa Fe. Nie ma tu niezagospodarowanych terenów poza dżunglą, a w nią bez drogi nie sposób wjechać. Noc spędzamy na pagórku przy mikrofalowej stacji przekaźnikowej.
Mamy tu panoramicznyh widok na nizinę Darien. Nocą po jednej stronie pagórka słyszymy latynoską muzykę z restauracji w Santa Fe, z drugiej śpiewy Indianek Chocó ze wsi La Cantera. Hipnotyczny śpiew Indianek ukołysał nas do letargicznego snu. Trzy powtarzające się nuty, wpierw monotonne, z biegiem nocy nabrały tempa i wyrazu. Nad ranem przypominały trans. Jesteśmy przekonani że ćpali. Tylko co? Grzyby?
Rano, lekko oszołomieni nocym seansem, jemy śniadanie w gorąco polecanej jadłodajni. Następnie meldujemy się na komisariacie policji u kapitana Aldo Ray Cowarda. On to z narażeniem życia strzeże pokoju na tym ostatnim amerykańskim pograniczu. Jest w niebo wzięty że ktoś poza miejscowymi go odwiedził. Koniecznie chce nam czymś nasz pobyt okrasić.
Aldo wpierw bawi nas rozmową w swym gabinecie. Rozwodzi się nad tym dlaczego Panama nie ma armii i dlaczego policja uzbrojona jest w jugosłowiańską broń. Twierdzi że Jugosłowianie upchnęli im cały swój arsenał po $17 za sztukę. Jest to możliwe, bowiem broń ta ma przynajmniej trzydzieści lat. Następnie, w dowód zaufania, Aldo wydaje nam po AK-47, i przed budynkiem komisariatu radośnie pozuje z nami do zdjęć.
Zawracamy. Tu kończy się sławetna szosa Pan Americana i tu kończy się nasz szlak. W tumanach kurzu mijamy indiańskie wioski i osady latynosów zwabionych tu ofertą darmowej ziemi. Na noc znów zatrzymujemy się nad rzeką Mamoni, by zmyć z siebie darieński kurz i rano, cali czyściutcy, wyprani i wykąpani wyjechać do stołecznego miasta Ciudad de Panama. Tu nad rzeką Mamoni znajduje się dwustu hektarowa finca (obszar ziemski) rodziny Lasaro. Rano podjezdża do nas wierzchem Antero Florez Espinoza
- Ta finca jest własnością pięciu "patrones" - mówi nam Antero
- Od trzystu lat ta ziemia należy do rodziny Lasaro - informuje
- Przywiozłem wam świeże mleko z porannego udoju - mówi wręczając nam litrową butelkę po coca-coli
Dodajemy do niego meksykańskie kakao - palce lizać.

Z David wspinamy się na ponad 3000 stóp do Bouquete. Jest to górski kurort przypominajacy Karpacz z przez 30-lat. Osadzili sie tu, jak nas informuje przewodnik, niemieccy, szwajcarscy i jugosłowiańscy imigranci.
W niemieckiej piekarni znajdujemy dwa wypieki - keks bananowy i "chocolate-chip cookies". Środkiem dolinki płynie rzeczka Caldera, szerokości Wisły na wysokości Wisły. Nad całością góruje wygasły wulkan Baru.
W samym miasteczku nie ma się czym zachwycić. Zwłaszcza Europejczykom. Cofamy się nieco w stronę David i bocznymi dróżkami przekraczamy pasmo górskie Cordilliera de Talamanca. Nocą stajemy na krawedzi kanionu rzeki Caldery. Po przeciwnej, zadrzewionej stronie kanionu widzimy ukryte w tropikalnym lesie indiańskie chatki. Starsze, kryte palmowymi liśćmi i dobudowane nowe, kryte już blachą falistą.
Ci ludzie odcięli się od świata głębokim kanionem. Jakby umyślnie szukali naturalnych przeszkód dla napierającej cywilizacji. Nocą przyglądaliśmy się migocącym światełkom ich ognisk. Przy nich śpiewali aż do rana akompaniując sobie instrumentami perkusyjnymi i fujarkami. Ich repertuar jest dużo bogatszy od tego który słyszeliśmy w Darien w wykonaniu Indian Chocó.
Cordilliera de Talamanca dzieli na pół nie tylko Panamę ale i dwa światy botaniczne. Hale i pólka południowej strony wzdłuż szczytów zamieniają się w las mgielny, a na niższych elewacjach aż do Karaibów w tropikalną dzunglę. Całość poprzecinana jest dziesiątkami dobrych żwirowych dróżek. Bardzo mały tu ruch na drogach, jakby turyści jeszcze tego zakątka nie odkryli. Polecamy to miejsce. Wystarczy kilkanaście kilometrów by zmienić klimat.
Zjezdżamy na Karaiby do odkrytych przez Krzysztofa Kolumba Bocas del Toro. Ukończoną w sierpniu 1999 roku malowniczą drogą docieramy do portu Almirante.
Stąd za $2 można popłynąć na wyspy Bocas del Toro lub drogą na północ wjechać do Kostaryki. Iwona pstryka zdjęcia a ja postanawiam zgłebić tajniki czarnej duszy i przyłączam się do grupki czarnych chłopców skaczących do wody z pokładu nieczynnego promu. Już po pierwszym skoku uczę się garifuńskiego czasownika foki-foki w języku guari-guari.
- Nasz uczony językoznawca teoretyzuje że wszystkie istotne czasowniki i rzeczowniki w języku guari-guari wysławia się podwójnie - komentuje Iwona.
- Pomińmy milczeniem czego to Piotr się nauczył po kolejnych skokach do lazurowej wody.
Mimo że przewodnik (Lonely Planet) upiera się przy statystykach że jest to sucha pora, przez cały nasz teraz pobyt na Karaibach jest pochmurno i z przerwami leje. Termometr jakby się zaciął. Niezmiennie wskazuje 26°C, dzień i noc.
Czarny jak smoła brother Beardsley na nasze utyskiwania że ponuro, tłumaczy że:
- wręcz odwrotnie, jest miło,
- jest cool i słońce nie pali - klaruje
Może brat Beardsley ma rację? To my napatrzywszy się na zdjęcia skąpanych w słońcu tropikalnych plaż nie potrafimy tego docenić.
Błąkamy się po miasteczku. Zaczepiamy idącego z plecakiem Chrisa Moinarda, trzydziestojedno letniego Francuza z Burgundii. Zabieramy go ze sobą do Kostaryki. Od przydrożnej buisnessmanki kupujemy żółte owoce o smaku gotowanych kartofli, a w miasteczku Guabito, śmietankowe lody o smaku kakaowym. Przejście graniczne prowadzi jednopasmowym mostem kolejowym przez rzekę Sixaola. Jeśli nie daj Boże wjadą na ten most samochody z obu stron to trzeba będzie zamknąć przejście graniczne jako że się nie miną.