
Tego dnia przekraczamy granice do Nikaragui.
Znajdujemy odludną plażę nad Lago Nikaragua, tuż za pastwiskiem. Usypiają nas wiatry Papagajo, wiejące promieniście z tego jeziora. Gdzieś w tych okolicach, w 1848 roku, Cornelius Vanderbilt miał pomost do którego dobijały parowce płynące na zachód rzeką San Juan z ładunkiem rozgorączkowanych poszukiwaczy złota. My jedziemy osiemnasto kilometrowym odcinkiem lądowej odnogi podróży z Nowego Jorku do Kaliforni. Dziś asfaltowa droga prowadzi do San Juan del Sur. Z tego portu stopięćdziesiąt lat temu niepoprawni optymiści płynęli już bez przesiadek wprost do San Francisco.
Jest jeszcze wcześnie rano gdy zwabieni szyldem Internet Cafe zasiadamy w barze na plaży. Bar prowadzą Marie i Ryszard z południowej Bawarii. Ryszard wymienia tylni most w starym Jeepie, a Marie uwija się za ladą.
Na plaży przed barem opala się dwóch chłopaczków. Jeden coś czyta drugi żągluje pięcioma piłeczkami Po chwili kuglarz wchodzi do baru by zamówić tonic.
- skąd jesteś? - pytamy.
- z Drezna - mamrocze kuglarz
- skąd? - pytamy by się upewnić.
- z Zachodniej Polski - podpowiada zza baru Marie
San Juan jest resortem w powijakach. Tym czym było kostarykańskie Tamarindo dwadzieścia lat temu. Za $20k można tu jeszcze zapuścić korzenie i czekać by się inwestycja zwielokrotniła.
Zaglądamy do Snider's Realty by się bliżej zapoznać z prawem własności ziemskiej w post-sandanistowskiej Nikaragui. W jednopiętrowym domu przy plażowej promenadzie wita nas Christina Huss - "redneck" z Nevady. Zmuszona opuścić kraj za zaległy dług podatkowy.
- te działki po północnej stronie zatoki są po $50k - mówi wskazując na przeorany spychaczami wzgórek.
- Niedawno działkę kupił tu osiemdziesięcio letni Gringo - zachęca nasza rozmówczyni.
- idealny klijent - przytakujemy
- ta działka wkrótce (nie daj Bóg) znów będzie na sprzedaż.
- żeby tylko wynieśli się stąd ci Eurothrash - żali się nam nie wiedząc że my też kiedyś nimi byliśmy.
- w czym ci przeszkadzają młodzi Europejczycy? - pytamy.
- wydają emerytury swych rodziców! - z zawiścią zbywa pytanie.
18 marca 2000 MASAYA
Nadajemy to z Masaya, 11°58.50N 86°05.73W 800 stóp npm
Wracamy do Rivas i nad jezioro Nicaragua przy San Jorge. Tu jest przystań dla dzisiejszych promów kursujących na wyspę Ometepe. Jak by nie liczyć, bardziej opłaca się nam zapłacić $20 i przewieźć ciężarówkę na wyspę. Jest już ciemno gdy po omacku znajdujemy zadrzewioną plaże na cypelku Jesus-Maria.
Wyspa zbudowana jest z dwóch przylegających wulkanów sterczących ze środka jeziora. Wulkan Concepcion jest idealnym cyckiem, bliźniaczy Madera ma urwany czubek. Dokoła wyspy i między cyckami prowadzą żwirowe drogi. W sumie około sto pięćdziesiąt kilometrów. Z piećdziesięciu wiosek rozsianych po obwodzie wyspy jedna zwie się La Polonia. Czujemy się zobowiązani złożyć przyjacielską wizytę Polakom z La Polonia.
Fotoreportaż z tej wizyty jest do obejżenia na wystawie fotografii pt. Mieszkańcy La Polonia. Wyspę zamieszkuje około trzydzieści tysięcy Latynosów, Indian, Europejczyków, Kanadyjczyków, Australijczyków i Nowozelanczyków. Do tej pory nie spotkaliśmy ani jednego Gringa z USA.
Na noc stajemy na otwartej Playa San Fernando, na przesmyku między wulkanami. Ze wschodu wieją nam do paki wiatry Papagayo. Bardzo stałe, około dziesięć węzłów. Jezioro jest tak duże że potrafimy zaobserwować przypływy, a szary wulkaniczny piasek plaży jest tak mocno zbity że można po nim jeździć rowerem.
Rano, od przechodzacej krawędzią jeziora Włoszki z Pizzy, dowiadujemy się że przy Santo Domingo mieszka na plaży poeta Jorge Quintana. Resztę dnia spędzamy nad debatami kto jest, a kto nie jest Indianinem, kim są Metysi i jak strząsnąć z nikaraguańskiego społeczeństwa Somosów, Sandanistów, Kontrów i te kilka rodzin które przez pięćset lat rządzą krajem. Nie jasne jest tylko dla nas:
- co potem?
- założmy komuny na wzór indiański - podpowiada Jorge.
Jak miło jest siedzieć z Jorgem na plaży. Kwitnie hibiskus, ćwierkają papugi, szumią na jeziorze fale, a w głowach piwo.
Następnego dnia objezdżamy wulkan Madera. To przy nim znajduje się wiekszość indiańskich (Nahualts) petroglifów i wykopalisk. Tu pan Jan skupuje prekolumbijską ceramikę. Przyglądamy się jak z czerwonej gliny wygniatają dzisiejsi mieszkańcy cegły na domy. Nowe naczynia przypłynęły tu z Chin i Korei, stare wysłał pocztą pan Jan.
Dziesięć tysięcy lat temu wulkan Madera wyzionął ducha. W agonalnym spażmie parsnął dymem, grzmotnął, a urwany czubek wulkanu rozsypał się po wyspie. Między czarnymi głazami wrośli w tę ziemię Indianie Nahualts. Ani Hiszpanie, ani piraci, ani William Walker nie mieli zastosowania dla tych głazów ani Indian. Dlatego dziś potrafią ufnie spojżeć w oczy tym kilku przyjezdnym.
Na widok obiektywów usmiechają się. Wiedzą że nie ma siły która by im duszę odebrała bez ruszenia tych głazów. Sadzą banany, kokosy, manga, a ostatnio kawę. Żyją ze świata roślinnego, lecz nie zawsze w zgodzie z naczelnymi przedstawicielami świata zwierzęcego. Sprawdzianem waleczności dzieśięcio letnich chłopców jest lęk jaki potrafią wywołać wsród kapucynów i wyjców.
Z południowego końca Ometepe widać wyspy Solentiname. To jest nikaraguańska "frontera" gdzie swe niewyczerpalne źrodło ma też rzeka San Juan. Na tych wyspach, poeta Ernesto Cardenal wykrzesał iskrę sandanistowskiej rewolucji. Dziś siedemdziesięcio pięcio letni Cardenal obraziwszy się na wszystkich i nazwawszy swych kumpli po imieniu przeniósł się do Managua.
Wracamy na ląd. Z jakiś powodów bilet powrotny kosztuje więcej. Zatrzymujemy się w Grenadzie by poznać enigmatycznego pana Jana z New Jersey. Włóczymy się uliczkami tego fascynujacego miasta. Rosyjskie Łady z późnych lat siedemdziesiątych służą tu za taksówki. Łezka nostalgii się nam w oku kręci na widok starutkiej
Skody 1000MB. Usiłujemy połapać się w gatunkach lokalnych pieprzy. Są one ostre i palące jak wulkan Mombacho.
Tu na miejskim targu poza egzotycznymi przyprawami, wonnymi ziołami i zagadkowymi owocami tej ziemi, znajdujemy
żywe żółwie znane nam z wybrzeży Poneloya.
Nocujemy na plaży w "Centro Turistico". Woda przy plaży wydaje się nam tak brudna że nie mamy odwagi do niej wejść.
Trzeciego dnia czujemy nieodpartą potrzebę kąpieli. Jedziemy dwadzieścia kilometrów do wypełnionego krystaliczną wodą krateru Apoyo (Laguna de Apoyo, 6 km średnicy, 200 m głębokości). Robimy wielkie pranie w wulkanie. Proces ten nazywa się wulkanizacją.
25 marca 2000 SANTA BARBARA
Nadajemy to z Santa Barbara, Honduras 14°55.05N 88°14.11W 1000 stóp npm
W drodze do Leon przystajemy w Mirador Catarina. Jest to park na szczycie pagórka z widokiem na okalające wulkany i jeziora. Park składa się z wyasfaltowanego parkingu, restauracji i bramkarza pobierającego $1. Strata czasu. Noc spędzamy w znanej nam już plaży Poneloya. Chcemy odwiedzić Henry'ego, naszego przewodnika po mangrowych bagnach. Dowiadujemy się ze Henry dostał paszport i pojechał na saksy do Kostaryki. Robimy ostatnie zakupy w Leon i ruszamy do Hondurasu. Granica między tymi dwoma krajami zabiera nam najwięcej czasu. Nie pomagają prośby by nas deportowano celem przyspieszenia procedury. Śpimy na pogranicznym parkingu.