
Los Manos - Ocotal
Małe przejście graniczne. Po honduraskiej stronie urzędnicy wykorzystują ostatnią szansę by nas oskubać. Urzadzając sobie zabawę z jajkiem do zwrotu. Za $3 dają ostęplowany kawałek taśmy z kalkulatora a następnie ten że pasek odbierają. To co im pozostaje to gotówka i papier. Odmawiamy oddania im papierka za $3 i trafiamy w nastepną pułapkę. Tym razem po nikaraguańskiej stronie. Ci poza $5 za karte turystyczną żądają kolejne $4 za koszty manipulacyjne. To tylko karta turystyczna.
Aż strach bierze co będzie z samochodem. Odmawiamy uiszczenia opłat i zostajemy na noc na placyku przed okienkiem urzędnika. Myślimy ich przeczekać, w końcu mamy czas, a nic tak nie łączy ludzi jak wspólne nieszczęście. Widzimy jak przed wschodem słońca, urzędas który pobierał opłaty turystyczne wynosi tekturowe pudełko pełne papierów, wyjmuje zapalniczkę i je pali. Wyglądają jak formularze wizowe. Nastepnego dnia rano pojawiają się pierwsi zmotoryzowani turyści. Wpierw Kanadyjczyk, Mark Tilgner, jadący do Kostaryki przerdzewiałym Suburbanem. On płaci wszystko czego od niego żądają i jeszcze trochę. Ma coś na sumieniu. Drugi to amerykański ex-patriota na honduraskich papierach. Płaci tylko za kartę turystyczna. To nas ośmiela do kupienia karty.
Gdy dochodzi do samochodu, to żądają ni z gruszki ni z pietruszki $20. Akurat tyle ile urzędas zauważył w kieszeni koszuli. Odmawiamy oczywiście, wyciągamy stół i rozstawiamy na placyku.
Wczesnym popołudniem, przed nami, pojawiają się dwie dziewczyny. Oferujemy je podwieźć w stronę Leon. To też Holenderki, Ingrid Lutendaal i Dievwke van den Noort. Z naszego doświadczenia wynika ze większość podróżujacych to Holedrzy i Polacy. Dzielimy się doświadczeniami, narzekamy na korupcje i wowczas Ingrid opowiada nam o swym, podobnym doświadczeniu, z Warszawy 1992. Skorumpowani kanarkowie w zmowie z kierowcą autobusu urzadzali wówczas łapanki na zachodnie dzieciaki podróżujace z plecakami. Przetrzymywali je do ostatniego przystanku a następnie wymuszali 30 DM za plecak. Możemy tylko pozgrzytać zębami. Żegnamy się w pośpiechu. Musimy dojchać do czegoś co z mapy wynika jest rolniczym terenem w okolicach wulkanu Telica.
Rano szukamy bulgocących błot i upustów pary i siarki we wsi San Jacinto u podnóża wulkanu. Na placyku 400X200 m odbywa się dantejska scena. Z otworów w ziemi bucha gorąca para, ze szczelin między skałami syczy gorący gaz. Placyk pokryty jest plamami siarki i krystalicznych minerałów. Nad wszystkim tym wisi wstęga dymu i pyłu wydobywającego się z krateru wulkanu.
Leon - siedlisko nikaraguańskich rewolucjonistów czyli Sandanistów. Długotrwałe wdychanie wyziewów z wulkanu Telica uczyniło tych ludzi gorącymi zwolennikami lewackich idei. Całe szczęście dzieki nim Leon nie razi oczu ekstrawaganckimi hotelami i snobistycznymi domami.
Obfituje za to w liczne publiczne biblioteki i szkoły. Godzinne surfowanie po internecie na Leońskim uniwersytecie kosztuje tylko pięć cordobów czyli tylko 35c. Ślady niszczącej kraj wojny domowej sprzed dziesięciu lat widać w zniszczone infrastrukturze kraju i mężczyznach na wózkach inwalidzkich. Widać też w stosunku ludzi do turystów.
Są wdzięczni że tu jesteśmy. Jesteśmy dla nich zwiastunami lepszych czasów. Dwukrotnie spotkaliśmy się z pijanymi kobietami które uznały nas za bogatych i wyładowały na nas swe żale że bogaci nie dbają o biednych. Broń palna jest tu nie dozwolona. Nie ma jej nawet policja. W Leon poznajemy Chilijczyków Tito Riverę i Pancho, Argentynkę Cristin i Angielkę Alanę. Robimy zakupy i zabieramy ich ze sobą do Poneloya, nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej. W niej to, gdzieś przy oceanie, mamy się spotkać z Leną i Darkiem.
Zatrzymujemy się na południowej cześci plaży w wiosce Los Pińitas. Graniczy ona z narodowym parkiem. Są w nim ponoć krokodyle i inne egzotyczne stwory. Jeszcze rok temu wejścia do parku strzegło wojsko. Dziś po cięciach budżetowych każdy na łodzi może do niego wpłynąć. Stawiamy ciężarówkę na cyplu oddzielającym ocean od laguny i wejścia do parku. Rano pojawia się na plaży człowiek w czerwonej koszulce. Wpierw chce nam sprzedać woreczek muszelek. Potem chce zakopać nasze śmieci. Dajemy mu, za cztery cordoby (30c) zlecenie znalezienia Leny i Darka. Bez większych kłopotów odnajduje ich i sprowadza na plażę Los Pińitas.
Następnego dnia umawiamy się z miejscowym przewodnikiem imieniem Henry, na całodniową wyprawę w mangrowe bagna parku. Wyruszamy o siódmej rano, w siedem osob, podczas przypływu. Wracamy o czwartej po południu przy najniższej wodzie. Nie zazdrościmy krokodylom życia w tym bagnie. Nocą przyglądamy się miejscowym chłopaczkom podczas gdy łapią
żółwie i zbierają ich jaja.
Nie potrafimy się na to oburzać. Cóż innego, poza wyjazdem na saksy do Kostaryki mogą robić by zjeść tego wieczora kolację.
Jutro musimy zbadać niezwykłe jezioro Nikaragua w którym ponoć żyją słodkowodne rekiny.
MANAGUA - 2 luty 2000 nadajemy to z Managuy 12°06.89N 86°16.76W 608 stop npm
W Leonie zabawiamy aż do zmierzchu. Z przewodnika Lonely Planet dowiadujemy się o ruinach starego Leon, miedzy wulkanem Momotombo a jeziorem Managua.
Wypytujemy ustawione rzędem prostytutki na ulicy w La Paz Centro, o drogę do Leon Viejo. W tumanach wulkanicznego pyłu, bardzo zniszczoną powodziami drogą docieramy do wioski Momotombo. Dzieciaki wskazują nam powstałą po ostatniej burzy plażę. Stajemy na mierzei z wulkanicznego żwiru, między jeziorem a zatoczką. Rano naszym oczom ukazuje się pykający białym dymem stożek wulkanu stojącego w jeziorze wypełnionym cherbatą z mlekiem. Takiego koloru nabrała woda zaparzona wyziewami z wulkanu. Nie przeszkadza to miejscowym dzieciakom w kąpieli, ani bujnej roślinności.
Zwiedzamy za dziesięć cordobów pierwszą stolicę Nikaraguy z 1524 roku. Dziwi nas że Hiszpanie z uporem maniaka budowali swe stolice przy aktywnych wulkanach jakby się prosili by je piekło pochłonęło. Kusili diabła, a mieli to jak w banku. Każda z tych stolic była zniszczona przez wulkan lub trzęsienie ziemi nim wywołane. Wracamy do La Paz Centro jeszcze inną drogą. Tę drogą w 1610 nieśli swój dobytek mieszkańcy Leon Viejo do obecnego Leon, trzydzieści dwa kilometry na północ, pod następny wulkan.
My kierujamy sie do Managuy na zakupy i w poszukiwaniu chętnych na samochód Darka. Obecna stolica kraju zaskakuje nas względną czystością i ładem. Nie ma tu slumsów Tegucigalpy, ludzie są życzliwi i jakby mniej hamscy od Hondurni. Dziwią nas ostrzeżenia Departamentu Stanu USA (Home of the Brave) o niebezpieczeństwach kraju. Jedziemy dalej na południe do wulkanów w parku Masaya. Późnym popołudniem wjezdżamy do parku i już na wstępie musimy uiścić 40 cordobów od osoby. Stromą asfaltowa dróżką dojezdżamy do krawedzi aktywnego krateru Santiago. Bucha z niego na połnocny zachód długa wstęga pary z pyłem. Widać przez nią jak przez okulary spawacza pomarańczową kulę słońca. Jest nas czworo we dwóch samochodach. Postanawiamy zostać tu na noc. Strażnik informuje nas że musimy uiścić kolejną nocną opłatę przy bramie. Darek i Piotr kupuja tylko dwa bilety tłumacząc że kobiety to "puty" z La Paz Centro, a więc są tu służbowo. Nikt tego nie śmie kwestionować.
Ustawiamy samochody na wschodniej krawedzi krateru z widokiem na światła Managuy, gardziel krateru i jezioro Nikaragua. Liczymy że wiatr nie zmieni w nocy kierunku i nie udusimy się wyziewami SO2. Rano w świetle porannego słońca, naszym oczom ukazują się różowe kłęby. Może jesteśmy w niebie? Ale nie, to nadal padół ziemski, wiatr nie zmienił kierunku. Tego dnia zwiedzamy wioskę Masaya i garncarzy z San Juan de Oriente. Zaskakuje nas ilość leżacych w rowach pijanych mężczyzn. Tłumaczymy to niedzielą i niską ceną biumbru. Późnym popołudniem ruszamy na poszukiwanie noclegu na zachodnim brzegu jeziora Nikaragua.
Przewodnik informuje nas że ma ono 160 kM długości i 50 szerokości, a zamieszkują je najdziwniejsze stwory które naturze udało się wyprodukować. To podsyca naszą ciekawość i determinację by tam dotrzeć. Okazuje się to pomocne jako że jest tu tylko kilka dzikich dostepów do plaży. Błąkamy się godzinami po zapadłych wsiach i bagnistych dróżkach, aż trafiamy na dobrze zagospodarowany kołchoz. Nasza lustracja parku maszynowego odkrywa kilka zdezelowanych, lecz na chodzie, traktorów Bielorus. Na miedzach gospodarstwa Cooperativo spotykamy konnych strażników mienia, uzbrojonych w AK-47. Wstydliwie starają się przed nami ukryć swą broń. Nie jesteśmy pewni czy to dla tego że musieli by się przyznać że muszą strzec swych plonów przed złodziejami, czy dla tego by nas nie przestraszyć. Są nam pomocni i bardzo życzliwi. Wreszcie docieramy do dróżki przez piaszczystą wydmę, która doprowadza nas już do wąskiej, twardej plaży.
Przed nami ukazują się spowite chmurami stożki wulkanów Concepcion i Madera sterczących z olbrzymiego jeziora. W przeciwieństwie do jeziora Managua tu woda jest czysta. Nie przepuścimy takiej okazji na zrobienie wielkiego prania.
Na jeziorze nie widać ani jednej łodzi, natomiast plaża służy miejscowym za arterię komunikacyjną pomiędzy sporadycznym chatkami nad jeziorem. Korzystają z niej rowerzysci, piesi i zaprzęgi konne. Przejezdni zwalniają, oddają nam szacunek i jednocześnie zaspakajają swą ciekawość. Czegoś takiego jeszcze w swoim życiu nie widzieli! My też.
Dlaczego nie dotarły tu jeszcze Gringi? Jak to możliwe by tak wielkie i piękne jezioro nie zostało jeszcze zamienione na pole zabaw? Czy powodem jest dostęp do jeziora rzeką San Juan? Przecie dużo mniejsze jezioro Izabal w Gwatemali jest dziś Amerykańskim centrum rozrywkowym. Piaskownicą bogatych. A to tylko kilkaset mil na północ stąd.
Kilkadziesiąt kilometrów od wschodniego wybrzeża Nikaraguy leża Wyspy Kukurydziane. Część Wysp Karaibskiech. Na nich także nie rozplewił się jeszcze globalny przemysł turystyczny. Oto co Darek Klentak tam doświadczył następnego roku.
Wracamy do Managua by opylić samochód Darka. Z szybkiego sprzedania są nici. Wiele jest przeszkód, głównie cłowo-podatkowych. Wieczorem żegnamy się. Lena z Darkiem prują na północ, my na południe do Grenady. Ciekawi jesteśmy gustu Williama Walkera, który w 1855 roku rzeką San Juan wpłynał na jezioro Nikaragua i zajął Grenadę pięćdziesięcioma sześcioma zbójami. Ogłosił się prezydentem i rządził tu półtora roku, aż się naraził miejscowym głupimi pomysłami i został zmuszony opuścić lokal. Wpierw jednak urządzono mu przykładową egzekucję której ślady do dziś widać na ścianie restauracji Dońa Conchi's.
My zostajemy na wschodniej plaży w drodze do Matalacatoya.
3 Luty 2000 Grenada
Dorożką zaprzężoną w dwie chude szkapy dojezdżamy pod Internet Cafe w Grenadzie 11°55.87N 85°57.22W 140 stóp npm
Grenada doczekała się dużo większej świetności niż Leon. Widać to po domach i kościołach. Być może brytyjscy piraci w osiemnastym i William Walker w dziewiętnastym wieku odcisnęli swe piętno na mentalności mieszkańców. Świadczy o tym zużycie farby, ilość barów i hoteli prowadzonych przez Jankesów, i przyjezdnych motocyklistach. Zamiast rewolucyjnego ferworu Leon, panuje tu tropikalny luz. Niemka, która dorabia sobie w hospedaje CENTRAL jako kelnerka - rusza się jak mucha w smole, a sprzedawca lodów tak zmęczył się dzwonieniem dzwoneczkiem że zasnął na posterunku. Kusi nas Puerto Asese. Czekając na wiadomość od Leny i Darka pojedziemy tam na noc.
Tej nocy ukradli mi buty. Kiełkujący przemysł turystyczny Nikaraguy uczynił pierwszy nieśmiały krok we właściwym kierunku. W następnej fazie rozwoju turystyki, oczy złodziei (ladronów) zwrócą się ku kamerom video. W końcowym, koronnym etapie rozwoju, rolę ladronów przejmą właściciele wielkich hoteli. Oni to, drogą dżentelmeńskich umów, ustalą wybujałe ceny na pokoje i usługi.
Puerte Asese i połwysep na którym leży imponuje nam materiałem z którego powstało. Budulec przyleciał tu drogą powietrzną z odległego o siedem kilometrów aktywnego wulkanu Mombacho. Poza drobnicą przyleciały też tysiąctonowe głazy. Niektóre tak wielkie że dziś nazywają się wyspami. Całość porosła bujną roslinnością. Jest to jedno z niewielu miejsc na kuli ziemskiej gdzie można jeszcze kupić wyspę z widokiem na Grenadę za jedne $50k. Samo Puerto Asese nie dorównało by malowniczością przystani w Mikołajkach, gdyby nie to że właścicielem włoskiej restauracji jest ekscentryk, Don Lombardo - tenor koloraturowy.
Na ulicach Grenady słyszymy rosyjski. To operatorzy promów na jeziorze Nikaragua. Ponoć zapomniano o nich tak jak o austronautach "Mir'a". Po upadku ZSRR nie mieli na bilet powrotny do domu, więc tu zostali. Joe Konig, emerytowany funkcjonariusz CIA, Węgier z pochodzenia, też się tu osiedlił, ale z własnego wyboru. Od ex-patrioty Billa, właściciela hospedaje CENTRAL dowiadujemy się o grasującym w tych stronach Polaku, panie Janie. Skupuje on okoliczne okazy przedkolumbijskiej sztuki i rozsyła pocztą po świecie.
My na drogę zaopatrujemy się w dwa litry dobrego nikaraguańskiego bimbru (38% agardiente), po $1.20 za litr. Rozlewany on jest miejscowym zwyczajem do plastikowych butelek po coca-coli. Z tę kontrabandą ruszamy do, jak nas informuje przewodnik, Szwajcarii Ameryki Centralnej - Kostaryki.
Przed samą granicą z Kostaryką, zbaczamy w ciężką żwirową dróżkę prowadzącą na wschód, wzdłuż jeziora, do Cardenas. Sądzimy że uchylimy rąbka tajemnicy rzeki San Juan. Tu wąski pasek nikaraguańskiej ziemi oddziela jezioro od Kostaryki. Tego pagórkowatego terenu nie da się nawadniać. Mijamy ubogie pastwiska. Cardenas jest zabitym deskami miasteczkiem na końcu przejezdnej drogi, z którego odchodzą łodzie do Colon, Archipelago de Solentiname i San Carlos u ujścia rzeki San Juan. Własnie tę rzeką, z Karaibów, przypłynęły wszystkie szczęścia i nieszczęścia Nikaraguy. Teraz my zastanawiamy się jakby tu dodać swe trzy grosze i rozdziewiczyć to jezioro. Brak rzetelnych informacji o nawigacji rzeką San Juan jeszcze bardziej podsyca nasz apetyt. Oto najlepszy opis jaki udało się nam zdobyć. Może następnym razem?
Samo Cardenas znajduje się w stanie głębokiej hibernacji. Na rynku stoi kilka ciężarówek ZIL i każdej z nich brakuje istotnych części podwozia. Czekają na przewrót w Rosji? Tu kończy się przejezdna droga. Dalszy odcinek do Colon znalazł się pod wodą i jedynym środkiem komunikacji mieszkańców Colon jest cztero godzinna podróż łodzią. Nawet tego nie da się odbyć suchą nogą. Brak pomostu w Cardenas zmusza pasażerów jak i ich żywy towar do wskakiwania z łodzi do jeziora. Jest na co patrzeć.
Obras No Palabras, (Czyny nie słowa) głoszą przydrożne tablice które we wszystkich innych krajach namawiały nas do kupna luksusowych przedmiotów. Planowaliśmy przejechać Nikaraguę w jeden dzień, zostaliśmy dwa tygodnie. Nadal czujemy niedosyt tego fascynującego kraju.