
8 kwietnia 2000. Nadajemy to z Cuatemaco w Meksyku, stan Veracruz - 18°25.24N 95°06.73W 1500 stop npm
Na granicy z Meksykiem, po belizkiej stronie, trafiamy na strefę bezcłową.
W większości są tu tanie bzdeciki z Dalekiego Wschodu. Jest też benzyna tańsza o 30% od tej w Meksyku. Pomijamy rybackie miasto Chetumal i na noc stajemy nad brzegiem słodkowodnej laguny Bacalar.
Podobnie jak Peten Itza jest to płytkie wapienne jezioro z kryształową wodą i białymi plażami. Znajdujemy trawniczek przy brzegu na wiejskim kąpielisku.
Zaczepiamy pasażera dwudziesto stopowego RV. Jest nim Szwed Hanz Lochson. Pięć lat już mieszka on w południowym Meksyku i Ameryce Centralnej ze szwedzkiej emerytury $400/miesiąc.
Obserwujemy z podziwem jak sprawie i wydajnie dysponuje on swym budżetem.
- Jeśli nie jezdżę - mowi Hanz
- potrafię zaoszczedzić $100 miesięcznie - chwali się nam.
- Gdybym miał partnera do podziału wydatków - ciągnie
- pojechał bym do Darien, tak jak wy, albo przewiózł bym autobus do Brazylii
- tam dopiero jest na co popatrzeć! lochson1@yahoo.com jest moim adresem kontaktowym.
O zmierzchu wjezdżamy do miasteczka Tulum. Pytamy przypadkowego turystę o drogę do Boca Paila. Okazuje się nim być Berlińczyk którego juą miesiąc temu poznaliśmy w Grenadzie.
Musimy skonfrontawać peany pochwał które wcześniej przeczytaliśmy na www. Po omacku szukamy Carlosa z Argentyny, 100m od posterunku wojskowego na Boca Paila. Nic z tego. Jest głucho i ciemno. Tylko za krzakami w oddali słychać szum oceanu. Jedziemy na południe półwyspu. Gdzieś tu mają być bezludne plaże.
Kilka mil dalej po wschodniej stronie drogi widzimy swiatełka i przesiekę. Wjezdżamy na duży, porośniety palmami placyk, oddzielony od morza niewielką wydmą. Stoją już tu trzy samochody i cztery namioty. Przy wydmie stajemy na noc.
Rano naszym oczom ukazuje się biała plaża i wzburzona amarantowa woda. O dziewiątej na tę publiczną plażę wjezdżają "mercenary commerce", cztery jeepy z turystami. Kierowcy wynoszą "coolery", otwierają butelkę bezalkoholowego szampana i rozlewają do plastikowych kubeczków. Robią zdjęcia. Cały ten rytuał trwa piętnaście minut. Odjezdżają na południe. Po wschodniej stronie cypla znajdujemy porzuconą plażę z widokiem na lagunę. Piękne miejsce i jest gdzie łódź spuścić na wodę. Aż żal stąd wyjezdżać.
Wczesnym popołudniem zatrzymujemy się na parkingu w Chechen Itzy. Jest niedziela więc wstęp jest za darmo. Tak jak Tikal ujmuje wysokością i tajemniczością piramid, tak Chechen Itza zachwyca wykwintnością architektury. Życie tego miasta staje się nam bliskie poprzez utylitarną funkcję budowli. Tu mieściła sie łaźnia, tu stadion sportowy, tu administracja, a tu składano ludzkie ofiary. Fotoreportaż z parku archeologicznego Chechen Itzy umieściliśmy na oddzielnej stronie.
Na noc zatrzymujemy się przy cenote Itza, czyli głębokiej wypełnionej wodą dziurze w wapiennym podłożu półwyspu jukatańskiego. Z takich cenote Mayowie czerpali wodę do życia i natchnienie do anegdot. My nie potrafimy nawet rąk umyć tak strome są ściany tej studni.
Przecinamy półwysep Jukatanu dobrymi trzeciorzędowymi dróżkami. Wszystkie są asfaltowe. Mijamy senne miasteczka które już dawno przeżyły swą świetność. Dziwi nas że nie widać nawet śladów kukurydzianych pól, które tysiąc lat temu karmiły wielkie mayowskie miasta półwyspu. Mijamy dziesiątki pomniejszych wykopalisk archeologicznych rozsianych w bezkresnej dżungli. Dlaczego nikt dziś nie uprawia tu kukurydzy? Co takiego mieli starożytni Mayowie, a zabrakło dzisiejszym farmerom?
W Campache docieramy do Zatoki Meksykanskiej. Stąd, wzdłuż wybrzeża, jedziemy do Palenque. Na noc zarzymujemy sie nad białą piaszczystą plażą. Z mulistego dna miejscowi rybacy wybierają małe raczki i suszą je przy drogach na pokarm dla Japończyków. Zdrowo to śmierdzi.
Od dwu dni piszczy nam prawy chamulec. W Escarcega znajdujemy przydrożny sklep z częściami samochodowymi. Piotr kupuje za $10 nowe klocki hamulcowe, a dwóch mężczyzn stojących przy sklepie oferuje się je wymienić za "refrescos" czyli piwo. Operacja zajmuje nam trzydzieści minut i jedziemy dalej do Palenque. Wczesnym popołudniem wjezdżamy do miasteczka. Leje deszcz. Planowaliśmy zatrzymać się przy wodospadzie Agua Azul, lecz mamy dość zimnej wody. Szukamy hotelu z ciepłą. Na parkingu New Age hotelu o nazwie Panchan, spotykamy sześćdziesięcio letnią damulkę z suką rasy wyżeł czekającą na nią w samochodzie. Widząc nasze zainteresowanie psem spieszy nas poinformować:
- This is a hunting dog. She needs a lot of excercise - wyjaśnia.
- That is why I carry a set of balls so that she can chase them each morning - kontynuuje.
- Follow my car and I will take you to Chaac - oferuje nam na nasze pytanie o rozsądny hotel.
Wsiadamy do samochodów i nie spuszczamy oka z jej pojazdu. W pewnym momencie widzimy że z dachu jej samochodu spada torba z piłeczkami psa. Podnosimy je i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się pod recepcją Chaaca. Piotr chce przyjżeć się jej reakcji na utratę piłeczek i zapytuje figlarnie:
- Where are your dog's balls?
- This is a female! - odpowiada oburzona damulka.
Rano deszcz ustaje.
- Have you seen the Ongo Man? - zapytuje nas przechodząca Brytyjka.
Ponieważ nie rozumiemy pytania wyjaśnia że szuka człowieka sprzedającego halucynogenne grzyby. Dziś rano, po deszczu, spodziewa się obfitego plonu.
- One tu same rosną na krowim łajnie - informuje
- Czym się efekt różni od LSD - pytamy.
- Jest bardziej naturalny - wyjaśnia entuzjastycznie.
My jesteśmy przekonani że nigdy LSD nie próbowała, jest zbyt młoda. Grzybki stosowali napewno mayowscy szamani do rozmów z bogami i ceremonialnych przedstawień. Tu sądzimy leży przyczyna upadku mayowskiej cywilizacji. Te psie grzyby niszczą wątrobę. Dla chorego jedynym ratunkiem jest przeszczep. W przeciągu pięciuset lat toksyny tych trujących grzybów tak zdegenerowały kastę szamanów, a tym samym zniszczyły ich wiarygodność, że ludność pracująca miast i wsi utraciła wiarę w celowość swej ciężkiej pracy.
Porzuciła jałowy półwysep Jukatanu i przeniosła się na żyźniejsze tereny Ameryki, gdzie kukurydza sama rośnie a dolary leżą na ulicy. Tam oddała się uciechom cielesnym i nowopojętemu sensowi egzystencji. Ten okres rozwoju cywilizacji nazwali New Age. W przeciągu pokolenia Mayowie zapomnieli o gigantycznych piramidach które ich przodkowie wznieśli na skutek zatrucia grzybami.
O nadużyciu halucynogennych grzybów świadczą płaskorzeźby w Palenque. Nikt o trzeźwym umyśle nie wymyślił by tych powykrzywianych twarzy, nakryć głowy i cielesnych tortur. Trzeba byc nieźle naćpanym by sobie dobrowolnie przekłuwać genitalia i języki, wyrywać paznokcie i wydłubywać oczy. Fotoreportaż z parku archeologicznego Palenque umieściliśmy na oddzielnej stronie.
Spieszymy do domu, podatki czekają.
Nadajemy to z Tampico, 22°14.06N 97°50.94W 0 stop npm
Przed wejściem do parku Palenque spotykamy grupę Indian Lancandóna odzianych w białe szaty z zegarkami firmy Casio na rękach. Są to najbardziej butni i niezależni Mayowie. Sprzedają oni dziś turystom nikomu już nie potrzebne łuki z demobilu circa 1850. Kałasznikowy z powstania z grudnia 1994 roku schowali na nastepną okazję, dla następnego Subcomendante Marcosa.
Jest pochmurnie i ponuro. Błąkamy się wśród piramid i wymyślamy sobie historyjki które mogły by doprowadzić do upadku mayowskiej cywilizacji. Wśród korytaży i pomieszczeń centralnego pałacu wyobrażamy sobie młodego rewolucjonistę który potrafił zamącić w głowach starożytnym Mayom. Zachwiać ich wiarę w porządek ichniego świata.
Wczesnym popołudniem spotykamy przy boisku piłkarskim grupę Polaków z Warszawy. Razem ruszamy do Agua Azul. Znów "mercenary commerce" pobiera $1 od łba. Gdzieś wsród dziesiątków jadłodajni i sklepików z pamiątkami gubimy się. My zostajemy na noc na łączce przy wodospadach.
Następnego dnia nadrabiamy stracony czas. Wieczorem dojezdżamy do wulkanicznego jeziora Cuatamaco i miasteczka o tej samej nazwie. Ponoć to jezioro aż po brzegi wypełnione jest mineralną wodą. Nam to wygląda na miejskie ścieki o wysokiej koncentracji mocznika.
- Tu mieści się światowa stolica okultystów! - obwieszczają reklamy na ulicach miasteczka. Parkujemy na miejskiej plaży.
Rano Iwona udaje się po zakupy gdy do Piotra podchodzi mężczyzna z laminowaną karteczką ze zdjęciem. Przedstawia się jako oficjalny przewodnik i znawca okultu.
- My tu potrafimy wyleczyć wszystkie formy dysfunkcji seksualnej - oznajmia.
- Dysponujemy szerokim asortymentem czarownic które podczas jednego seansu potrafią dokonać cudu
- Wstąpi w ciebie tygrys - oznamia Piotrowi
W San Andres Tuxtla dokonujemy zakupu dziewięćdziesięciosześcio procentowego spirytusu pędzonego w polskich gorzelniach/cukrowniach z meksykańskiej trzciny cukrowej. Skutkiem tej owocnej współpracy gospodarczej jest cena; $0.63 za litr, czyli nie wiele droższego od dzisiejszych cen benzyny. Chłopaczek za ladą pyta czy będziemy go dodawać do paliwa. Odpowiadamy że nie do samochodu, lecz do stołu. Na co ku naszemu zdziwieniu oświadcza że musimy być Niemcami lub Polakami. Ten to zna życie!
Na noc zatrzymujemy sie na ładnej, jak na Zatokę Meksykańską, plaży Lechiguillas.
W południe docieramy do El Tajin. Ze wszystkich nie mayowskich grup indiańskich Totonacowie zamieszkiwali to miasto najdłużej. Mimo że budulec nie ten, roslinność nie ta, wiadać w tej architekturze mayowskie serce. W przeciwieństwie do Palenque gdzie eksponowana jest archeologiczna wiedza o tym porzuconym mieście, w El Tajin eksponowana jest państwowotwórcza rola historii. Samo wykopalisko służy jako pretekst do ściągania tu Meksykańczyków po to by mogli sobie urzadzić pariotyczną fiestę.
10 kwietnia 2000. Nadajemy to z Ciała Chrystusowego (Corpus Christi) w Teksasie 27°46.46N 97°23.65W 0 stóp npm
Mijamy częste posterunki wojskowe. Przy jednym z nich wisi transparent z napisem:
To po to by Amerykanie wiedzieli na co poszły ich podatki. Przemytnicy i tak tędy nie jezdżą. Zaglądają nam do paki, lecz nie grzebią w środku. Myślimy że są zainteresowani tylko tym czy nie przewozimy na północ nielegalnych emigrantów. Opukują samochód, lecz niemrawo. Nie sądzimy żeby spodziewali się cokolwiek znaleźć.
Cały ten odcinek wybrzeża Zatoki Meksykanskiej od Campechi do Matamoros jest ludny i gęsto zabudowany. Miejscami tryska tu ropa naftowa która nie tylko zanieczyszcza plaże, ale zakwita szybami wiertniczymi. To przyciąga ludzi do nielicznych dobrze płatnych prac.