
Wracając w czasie do naszej podróży, w Gwatemali zatrzymaliśmy się nad jeziorem Atitlan u Indianki z dwuletnim blondynkiem, wdowy po naszym rodaku. Pan Feliks spędził blisko 30 lat wśród atitlańskich Indian. Nie wiem czy to nostalgia czy przypadek że naprzeciwko domu, który zostawił rosną wierzby. Jezioro jest naprawdę pięknie położone, ale niestety przypuszczamy że za kilka lat po zabetonowaniu resztek brzegu nie będzie tu po co przyjeżdżać. Sądząc po ilościach działek ze znakiem FOR SALE GRINGO z pomocą gwatemalskich kacyków pokażą swój niszczycielski kunszt. Juz teraz wolę jakieś polskie jeziorko z kępą szuwarów i odrobiną prywatności która w nich została. Ciekawostką mogą być hordy turystów w Panajachel, niektórzy wyglądający jak wywłoki cmentarne, jak słusznie zauważyli Piotr z Iwoną rok temu
- nie wiadomo kto jest bardziej egzotyczny, Indianie czy turyści.
Zwialibyśmy stamtąd szybciej, gdyby nie czwartkowy rynek w Chichicastenango, który był naszym celem. Po ciężkich targach, (średnia zbitej ceny 150%).
Ruszyliśmy w stronę granicy z Hondurasem. Zahaczyliśmy po drodze o Antiguę, która jest podobno najstarszym i jednym z najładniejszych miast Ameryki. Taxco (Meksyk) zepsuło nas do reszty - kolejne rozczarowanie. Przejeżdżając przez Ciudad de Guatemala (niestety) podziwialiśmy osiągnięcia gwatemalskich organizatorów ruchu drogowego, będących właśnie w szczytowej fazie chaosu. Późną nocą wylądowaliśmy pod szlabanem granicznym, gdzie spędziliśmy resztę nocy. Duży błąd. Chłopcy z ciężarówek zaczęli grzać silniki na kilka godzin przed otwarciem granicy (latynowska niecierpliwość). Honduras załatwiliśmy w półtora dnia, w tym 100 km. odcinek, który zajął nam 5 godzin (to był skrót).
Samochód przygotowany i wystawiony na sprzedaż. Jako ciekawostki: mechanik za robotę wartą w Stanach $1000 wziął $30. Tapicer za 2 drzwi i wykładzinę w kabinie $40. Oczywiście z materiałem. Odebraliśmy owady od naszego łowcy motyli spod Leon i jutro atakujemy nasz ostatni cel. Autobusem, statkiem, na końcu samolotem - Wyspy Kukurydziane na Karaibach.
Islas del Maiz - z hiszpańska. Pierwsze wrażenie po wyjściu z samolotu - kołchoz w agonii. Wyogóle nie przygotowane na przyjęcie turystów (no internet!!!). Hoteli nie wiele, nędzne i drogie jak na warunki jakie sprzedają. Po obejżeniu wszystkich zdecydowaliśmy się na jeden praktycznie na plaży, $10 za dzień. Najlepszy deal na wyspie (Casa Blanca - polecamy).
Do generalnego burdelu panującego w osadzie przywykliśmy bezboleśnie. Rekompensata były perfekt plaże (pocztówkowe) z palmami, z turkusową, ciepłą, czystą wodą i kolorowymi rybkami. Idealna pogoda z kilkuminutowymi ulewami dwa razy dziennie dla ochłody. Super tanie homary, ktore pożeraliśmy w kilogramach. Wyspiarze posługują się językiem stworzonym z mieszaniny złamanego hiszpańskiego ze złamanym angielskim. Co brzmi mniej więcej "ja chcieć ta bułka", ale nie utrudnia to konwersacji. Konwersacji z których to dowiedzieliśmy się, ze nieoficjalnie wyspą rządzi i wiekszość jej posiada niejaki ser Morgan. Autentyczny potomek legendarnego kapitana Morgana. Tydzień zleciał nie wiadomo kiedy.
Odlecieliśmy z zamiarem powrotu i postanowieniem uzupełnienia luk w usługach turystycznych. Od poniedziałku siedzimy w Granadzie i umieramy z nudów - pomimo starań Billa (dla wtajemniczonych). Samochód sprzedany, bilety do Tijuan'y w kieszeniach. Wracamy w poniedziałek ...jak zwykle nie sami.