Lonely Planet

Kostaryka
9 luty - 18 luty 2000 rok

Piotr Szymański

17 Luty 2000 To z Quepos Kostaryka, 9°25.90N 84°09.90W 0 m npm

szary wulkaniczny piasek Opłaty za wjazd do Kostaryki wynoszą jedyne $21 za samochód. To zawiera ubezpieczenie od odpowiadzialności cywilnej. Z przewodnika po Kostaryce dowiadujemy się że w tym kraju prostytucja jest legalna. Tylko zawodniczki zobowiazane sa nosić przy sobie "carta puta" czyli ksiażeczkę zdrowia. Dalej pod nagłówkiem "Gay and Lesbian Travelers" dowiadujemy się że Kostaryka przoduje w tolerancji odmienców. Piotr postanawia zaprzyjaźnić się z prostytutka lesbijką.

kasyna i domy publiczne resortu Playa Flamingo Pierwszą noc spędzamy na dzikiej plaży nad zatoka Salinas w pobliżu Parque Nacional Santa Rosa. Wybrzeże jest tu suche jak pieprz. Porostają je karłowate akacje. Szary wulkaniczny piasek jest tak miałki że powiewy wiatru unoszą kłęby kurzu. W porównaniu z plażą Poneloya w Nikaragui woda zdaje się być wyjątkowo chłodna. Do tego 3 metrowe przypływy. Zastanawia nas też istota parku narodowego. Wszedzie indziej teren ten nazywał by się ugorem, w Kostaryce za wjazd na nieużytek pobierają $6.

Następnego dnia staramy się dojść na czym polega atrakcyjność kostarykańskiego wybrzeża Pacyfiku. Osobiście znamy kilkanaście osób które na tym wybrzeżu utopiły po kilkadziesiąt tysięcy kupując tu działki budowlane. Wczesnym popołudniem dojezdżamy do Playa del Coco. Mała plaża, ciemny piasek, muchy i komary, zatoczka okolona pagorkami, tłum ludzi - syf.

playa Salinas Dalej Playa Potrero. To samo, gęsto zabudowane, z widokiem na kasyna i domy publiczne resortu Playa Flamingo. Zostajemy tu na noc. O północy wyłączają migający na całą zatokę neon burdelu. Puty idą na fajrant. Nie sądzimy by były przepracowane. Z czterech tysięcy pokoi hotelowych zaledwie kilka zdaje się być zajęta. Dwaj przechadzający się plażą kanadyjscy wędkarze twierdzą że sezon tu trwa od grudnia do lutego - może nie co roku.

Nosara bezludna plaża Kolejna plaża del Pirate. Cieżką zwirową drogą dojezdżamy do Playa del Pirate i ciut dalej Conchal. Skaliste rafy i małe jasne plażyczki. Jak do tąd najładniejsza i w miare nie zabudowana. Nastepna plaża to Playa Tamarindo i Longosta. Ponoć tu żólwie Olivera Riddleya składają jaja. By im pomoc w odnalezieniu plaży postawiono tu resort. Coldwell Banker, Century 21, RE/MAX, gwarantują łatwy zwrot inwestycji. Chyba w żółwich jajach. Godzina internetu kosztuje $10. Duży tu tłok. Syf i nuda. Sprzedawczyni w niemieckich delikatesach twierdzi że to rządowy program promocji sciąga tu tych turystów. Poleca nam plaże 80kM na południe. Siatka żwirowych dróg trafiamy na ciemną plażę. Na jej środku zamieszkało kilku surferów. Zostajemy tu na noc.

po zachodzie zabieraja swe krzeselka i szklaneczki i znikaja Ranne słońce rozgrzewa ciemny piasek. Pali się nam pod nogami. W pośpiechu zwijamy graty i jedziemy złożyc wizytę Markowi Tilgnerowi, Kanadyjczykowi z Południowej Dakoty. Zaczynamy czuc bleusa. Mark jest kolejnym w dlugiej kolejce imigrantem do tego biednego kraju. Cud gospodarczy tego najbiedniejszego aż do II wojny kraju przypomina rozwiązania newadzkie.

- Dajmy tym ktory cieżko pracują to czego im nie wolno lub nie stać u siebie w domu.
Nigdzie indziej nie widzieliśmy ludzi otwarcie palących marychę choć jest ona nielegalna.

Jemy kolację w restauracji Olga na plaży Pelada. Ceny kalifornijskie a jakość średnia. Gdyby nam ktoś kazał wyliczyć amerykańskie kolonie Kostaryka znalazła by się pierwsza na długiej liście. Na noc zostajemy na dużej jasnej plazy przeznaczonej przez architektów miasta Nosara na bezludną. prom przez rzekę Tempisque

Kreci się tu sporo ludzi zwabionych przeznaczeniem plaży. Przed nami jedzie wierzchem, na oklep, paniusia odziana w powiewne szaty lecz bez majtek. Udziela się nam jej rozkosz. Trudno powiedzieć co odczuwa biały rumak. Przed szóstą ze szklaneczkami w rękach, krzesełkami pod pachami i aparatami na szyjach zjawia się 20-to osobowa grupa i zasiada przy powalonym pniu palmowym. Surferzy nazywają ich "Sunset Crowd". Patrza w morze, pstrykaja sobie zdjęcia, z przodu z tyłu, aż wreszcie podchodzi do nas kobieta z aparatem i prosi o zbiorowe zdjęcie. Po zachodzie zabierają swe krzesełka i szklaneczki i znikają w krzakach. Na plaży zostają surferzy, my i Mark. Ten wymyslił sobie że skoro postawiliśmy mu obiad, może się załapać na kolację. Do późnej nocy opowiada nam o swych losach "draft-dodgera" i jeszcze trachę. Skoro świt plaża się zaludnia. Opuszczamy to bezludzie w kierunku San Jose. W Puerto Morena stajemy w kolejce do promu przez rzekę Tempisque.

piękne zakole wsród tropikalnego lasu - Pipa Fria!!! (zimna pipa) wolaja chłopaczkowie z przenośnymi lodówkami w ręce.

Wewnątrz lodówki stygną porośniete brązowym włosami kule kokosów. Ten sam wyrób w Meksyku podawany jest w foliowym woreczku bez włosów. Po dwu godzinach zabieramy się na prom pełen koni i bydła rogatego. Późnym popołudniem zatrzymujemy się na malutkiej czarnej plaży za Puerto Caldera, potem Playa Tarcoles. Czarny wulkaniczny piasek wdziera się wszedzie. Znajdujemy go na dnie kubka z cherbatą, w książkach, śpiworach. Wczesnym popołudniem witamy w Quepos. Na ulicach tłum amerykańskich wakacjuszy i nieco Eupopejczykow. Badamy lokalne Internet Cafes aż naszym oczom ukazuje się rozpromieniona Tjitske w towarzystwie lokalnych chłopców.
Znalazła tu swe szczęście. Zajezdżamy do hoteliku "Tres Banderas" prowadzonego przez Polaków Andrzeja i Krzysztofa. Taką rozmowę moglibyśmy odbyć na stacji kolejowej w Sulejówku. Strata czasu. Jedziemy dalej. Za mostem nad rzeką Naranjo zauważamy scieżkę prowadzącą w górę rzeki.
droga do playa del Rey Po kilku kilomerach trafiamy na piękne zakole wsród tropikalnego lasu. Wreszcie bedziemy mogli w spokoju zmyć z siebie wulkaniczny pył. Tu operatorzy "Canopy Tours" przywożą w jeepach swych klijentów. W programie, za jedne $100 jest przejazd przez rzekę, niepokojenie wyjców i zjazd po stalowej linie z jedniego drzewa na drugie, ala Tarzan.

playa del Rey W Quepos poznajemy dwóch surferów deperacko starających się sprzedać swój samochód Toyotę 4X4 87-rok. Myślą że dostaną za nią $4000. To zapłaci za bilet do domu i jeszcze zostanie. Mowią nam że w San Jose można dostać studencki bilet do San Diego za $250. Wszystko wskazuje na to że Kostaryka subsydiuje przemysł turystyczny, podobnie jak ongis Las Vegas, miasto płaciło napaleńcom bilet lotniczy z wielu miast USA, tylko po to by sciągnąć ciekawskich. Funkcję obskubywania gości pozostawiano kasynom.

Poznajemy też murzyna ze Stanów imieniem Tony. Dorabia sobie instalując komputery interesikom w Quepos. Okazał się on być bardzo dobrze zorientowany w cenach prostytutek, znał też na wylot system podatków, licencji i mechanizm współżycia z władzami. Twierdził on że pierwsze dwie ulice od plaży zostały wykupione przez kanadyjskich i włoskich spekulantów. Żalił się na Kostarykański monopol dostawców internetu. Tony straszy nas panamskim łapownictwem na przejściu granicznym.

Za dwa dni przekonamy się o tym. Jeszcze jeden nocleg na Playa del Rey i jesteśmy na prostej do Panamy.

Panama 18 luty - 4 marzec 2000 rok


Powrót do strony głównej