
Rano następnego dnia witamy w Choluteca. Dwa razy w tygodniu odbywa się tu corrida. Myślimy załapać się na przedpołudniowy spektakl. Planujemy przejechać tego dnia Tegucigalpę i zatrzymać na noc w parku mgielnym La Tigra.
Ciężką żwirową drogą wspinamy się na 2300 m. Po obu stronach dróżki stoją chatki. Im wyżej tym nowsze i lichsze. Już od 1500 m. npm nie mają energii elektrycznej. Na 2000 m. jest już zbyt skaliście i chłodno by cokolwiek uprawiać i chodować, lecz widać tylko tu, na publicznej ziemi, ci ludzie mogą się jeszcze osiedlać. Ten dwudziestokilometrowy odcinek jest przekrojem honduraskiego przeludnienia. 2.3% przyrost ludności Hondurasu oznacza że co dwadzieścia lat podwaja się liczba mieszkańców. Obszar parku jest jedyną zaporą przed napierającym osadnictwem. Zaglądamy do wnętrza chatki na 2000m. Stoi ona na placyku 15m X 30m wyciętym ze stoku zalesionej sosnami góry. W dwu maleńkich izdebkach, kuchni i sypialni mieszka troje dorosłych i czworo dzieci. Kot i dwa psy, czasem koza lub świnia. Myślimy że mając do wyboru slumsy Tegucigalpy własna chatka na 2000m jest korzystniejszą alternatywą. Tu przy La Tigrze, ci ludzie mogą się najmować do dorywczej pracy w parku lub bogatych domach w suburbiach Tegucigalpy.
Na noc stajemy na sosnowej polance z widokiem na dolinę Tegucigalpy. Temperatura spada do 11°C i obezwładnia komary a my obmyślamy sposoby ograniczenia przyrostu naturalnego. Rano słyszymy szuranie. To grupka sześciu Hondureńów powłócząc nogami idzie do pracy.
Nastepny nasz postój to Santa Barbara w zachodnim Hondurasie. Naszą ciekawośc wzbudza Balneario la Tore, kąpielisko o którym wspomina przewodnik. Mieszkają tu biali osadnicy. Parząc na przechodniów na rynku można by pomyśleć że to Pruszków lub Ilawa. Zagadujemy mężczyznę w kapeluszu z napisem Real España.
- Jestem Hondureniem - tłumaczy nam
- Lecz tu! - wskazując na klatkę piersiowa
- Jestem Hiszpanem - po chwili dodaje.
- Mam fince (obszar ziemski), uprawiam kawę, mam bydło i konto w banku.
Stajemy nad Rio Ulua przy wiosce Ilama. Cały następny dzień szukamy drogi do prowincji Copan. Błąkamy się po wioskach rozsianych po okolicznych pagórkach. Utkneli tu wcześni europejscy osadnicy zwabieni królewskimi darowiznami ziemskimi. Nie zastali tu Indian, wiec się nie zmieszali.
- Królewskim nadaniem ziemskim, moim przodkom przypadł obszar - tłumaczy "Real España"
- Z białego pagórka San Nicolas dokąd okiem sięgnąć, nadajemy tę ziemię Manuelowi Ortiz - cytuje pożółkły dokument.
- Dziś ten obszar zamieszkuje tysiące rodzin - ubolewa.
Biali osadnicy przywieżli ze sobą nie tylko czarną ospę, ale i umiejetność pędzenia bimbru. Surowcem jest tu trzcina cukrowa. Degustujemy dziesiątki gatunków wódek ze wszystkich prowincji kraju.
Do Gwatemali wracamy przez Copan. Zatrzymujemy się u znajomego Jessiego. W jego archiwach Honduras this Week wyszukujemy artykuły o morderstwie indiańskiego działacza Candido Amador.
- to wydażenie mówi krocie o tym społeczeństwie - informuje Jessie.
- Są grubo ciosani i okrutni. Po co obcinali mu palce i oskalpowali? - kiwa głową.