Lonely Planet

Honduras
4 styczeń - 24 styczeń 2000 rok

Piotr Szymański

Czwartego stycznia ruszamy do Copan w Hondurasie. Granicę przekraczamy wczesnym popołudniem. Opłata za wjazd samochodem wynosi $30 za trzy miesiace - nieproporcjonalnie drogo.

Kilka kilometrów za Copan, na 2500 stopach npm znajdujemy bezludną łączkę z pięknym widokiem na okalające pagórki. Sięgająca kolan trawa jest gęsta jak futro pudla. Sięgająca kolan trawa jest gęsta jak futro pudla

Mimo że w oddali słychać warkot piły łańcuchowej, stoki gór są nadal porośnięte sosnowym lasem. Jest tu dużo więcej uprawnej ziemi niż ludzi. Nie omieszkamy Was powiadomić, gdy tylko odkryjemy, skąd się bierze niska rozrodczość Hondureni (Hondurni?).

W 1576 roku Don Diego de Palacios pisał do króla Hiszpanii że w Copan są ruiny tak świetnego miasta że nie mogło być ono wybudowane przez prymitywnych Indian Chorti zamieszkujących te okolice. Wówczas cywilizacja Copan nie istniała już siedemset lat. Gdyby Kolumb odkrył Amerykę tysiąc dwieście lat wcześniej, Don Diego też napisał by że tybylców nie stać na stworzenie jakiejkolwiek cywilizacji. A jednak, nawet największe prymitywy przy pomocy iskry bożej potrafią z haosu stworzyć prawdziwe cudo. przy pomocy iskry bożej

Choćby tylko na pięćset lat. Sądząc po wysokości drzwi musieli to być niscy ludzie, nawet w pióropuszach na głowach. Ich boisko piłkarskie było nie wiele większe niż placyk między piaskownicą a trzepakiem. Grali na nim dwukilogramową kulą z kauczuku. Musiała to być ostra gra, w której nagrodą pocieszenia była śmierć na ołtarzu. Aż strach pomyśleć czym była pierwsza nagroda. Fotoreportaż z parku archeologicznego umieściłem na oddzielnej stronie.

rzeka i dolina Copan

Ubogie są sklepiki przy rynku dzisiejszego miasteczka. Kilka samochodów przeciska się między ludźmi na koniach i mułach. Ci w co lepszych samochodach noszą broń palną i dbają by to było widać. To miejsce nie zostało jeszcze całkiem skażone turystami i ich pieniędzmi. Od byłego "Dead Head'a" Jessiego dowiadujemy się że w całym miasteczku mieszka pięćdziesięciu Gringów, tyle samo archeologów z całego świata, i kilku misionarzy ewangielickich. Reszta to Latynosi, ok. 8 tysięcy. Indianie zostali zepchnięci w okoliczne pagórki. dzieci mają dość odwagi by się nam przyjżeć

Karkołomną dróżką zapuszczamy się w pagórki po przeciwnej stronie rzeki, do Los Sapos, pod pretekstem obejżenia stelli płodności, czyli ropuchy. Zza gęstych krzewów widzimy oczy. Tylko dzieci mają dość odwagi by się nam przyjżeć. Odwdzięczamy się lizakami. "Dead Head" Jessie

Na rynku poznajemy Holenderkę Tjitskę, z Amsterdamu którą wystawiło dwóch jej ziomków. Ochoczo przyłącza się do nas. Ofiarujemy jej darmowe noclegi w szoferce.

W walącej się ruderze nieopodal rynku kupujemy litr guaro Farolito za $1,20. Jest to miejscowy bimber z trzciny cukrowej sprzedawany w butelkach po coca-coli. Dobrze się go pije z sokiem pomarańczowym. Zaopatrujemy się też w prowiant i ruszamy we troje do pobliskich wodospadów El Ruby, przy drodze na Karaiby.

13 i 15 Stycznia 2000. La Ceiba, 15°47.14N 86°47.45W 100 stóp npm. łaskawa honduraska natura

Kozią dróżką dojezdżamy na polankę 200m od wodospadów El Ruby. Widać tu jak na dłoni jak łaskawa jest honduraska natura. Soczysta trawa zdaje się rosnać na kamieniach. Sosny żyją w symbiozie z palmami. wodospad El Ruby

Duże farmy dają życie przeraźliwie biednym osadom rolniczego proletariatu. Wielcy właściciele ziemscy jak i proletariat są potomkami hiszpańskich osadników. Nieliczni Indianie stanowią jeszcze inną klasę społeczną, o nich napiszę w reportażu z powrotnej drogi.

Pięćdziesiąt kilometrów przed San Pedro Sula zatrzymujemy sie na noc przy farmie nad rzeczką Chiquilla. Rośnie tu trzcina cukrowa, pomarańcze i nieco bananów. Na olbrzymich łąkach pasie się kilka krów. Być może chodowla bydła się tu nie opłaca. rzeczka Chiquilla

Rozpalamy ognisko by odstraszyć komary i w zakolu rzeczki zasiadamy do kolacji pod wiekowym platanem. Tjitske zyskuje nasz nieukrywany podziw i szacunek, gdy bez większej pomocy wypija litr bimbru.

10 Stycznia 2000, San Pedro Sula

Nadajemy to z San Pedro Sula, 15°30.25N 88°01.23W 500 stóp npm.

San Pedro Sula dorosło do swojej reputacji. Miasto to słynie z handlu samochodami. Sporo tu luksusowych Toyot Land Cruisers 4X4. Z nieoficjalnych żródeł dowiadujemy sie że w Hondurasie łatwiej jest dostać dziesięcioletnią pożyczkę na kupno japońskiego samochodu niż na kupno domu. Bierze się to stad że to japońscy producenci samochodów udzielają tych pożyczek, a tym samym opanowują rynek. W setkach banków pieniądze zmieniają właścicieli. Muszą to być nie małe kwoty. Napisy przy wejściach do banków oznajmiają

- broń palną oddaj strażnikowi na czas dokonywania tranzakcji

Przyglądamy się jak dobrze ubrana paniusia wychodząc z banku odbiera od strażnika pistolet, repetuje go i zatyka za pasek. Tak by nie było najmniejszej wątpliwości.

Kupujemy prowiant we wspaniale zaopatrzonym sklepie spożywczym i wczesnym popołudniem ruszamy na Karaiby. Wpierw do Tela. To miasteczko zaskakuje nas plugawstwem. Zachodzi słońce. Desperacko szukamy miejsca na noc. Tyle tu szumowin że nocleg na miejskiej plaży nie wchodzi w rachubę. Tubylka radzi nam odległą o pięć kilometrów wieś Triumfo de la Cruiz. Triumfo de la Cruiz

Znajdujemy po wschodniej stronie wsi, plażę przed strzeżonymi domami. Jest to pierwsza nasza noc na Karaibach. Wrażenia:

- woda jak zupa
- komary wygłodniałe
- muszki piaskowe są bez litości
- reszta jak z obrazka

plaża wygląda jak pole bitwy żywiołów

Rano ruszamy do La Ceiby. Stad można się dostać na wyspy Utila i Roatan. Tu wysadzamy skacowaną Holenderkę Tjitskę. Zawozimy ją pod hotel Amsterdam połączony tajemnym przejściem z hotelem Rotterdam. Właścicielem obu jest Jan van Halderen - Holender, były torpedzista z II wojny. Nie szczędzi czasu na pikantne opowiadanie jak go tu tubylcy wystrychnęli na dudka i odebrali parcelę przy plaży. Wielokrotnie słyszeliśmy podobne historie od innych ex-pariotów. Najbardziej boli ich typowa odpowiedź na ich skargi:
- jeśli się Tobie nie podoba to wróć skąd przyjechałeś!

Dowiadujemy się też od niego że tydzień temu było tu dwoje Polaków. Miasteczko jest OK, trochę śmierdzi. Są tu dwa internet cafes, dobre zaopatrzenie, wspaniałe wyroby piekarnicze. Nie biorą kart kredytowych - nam akurat to nie przeszkadza.

Od operatora spływów rzeką Cangrejal dowiadujemy się o plaży El Peru. Leży ona 4.3 mili w linii prostej na wschód od La Ceiby. Znajdujemy ją bez kłopotów i z mety przypada nam do gustu.

Nie ma na niej komarów ni muszek. Jest słodka woda i życzliwy strażnik. Co prawda bez przednich zębów, lecz z maczetą za pasem. Jego już na wstępie przekupujemy dziesięcioma lempirami. Dramatyczna plaża wygląda jak pole bitwy żywiołów. Leżą na niej gigantyczne pnie drzew które tu zawiał huragan Mitch, prawie dwa lata temu. Myślimy że nam starczy drewna na kilka dni. Na kolację jest pieczona polska kiełbasa ze sklepu w San Pedro i kartofelki z popiołu - palce lizać. Poczekamy tu do piętnastego stycznia na Lenę i Darka.

Przy rynku w La Ceiba znajduje się piekarnia połączona z ciastkarnią. Wypiekają wspaniałe bagietki czosnkowe jak i bogaty asortyment ciastek. Może ich wersja napoleonki daleko odbiega od tego co my znamy w wykonaniu Bliklego, lecz niemniej ktoś ze starego świata nauczył tych ludzi jak robić francuskie ciasto i przekonał że to smaczne. To było łatwe. Jesteśmy natomiast pełni podziwu dla tego który z tych właśnie okolic przywiózł do starego świata tytoń i przekonał Europejczyków że połykanie dymu ma swoje walory. Ten zapomniany geniusz marketingu jest pierwowzorem tych wszystkich którzy dziś wmawiają Honduraskom i Hondureniom wyższość hamburgera z frytkami nad klopsikiem wołowym z fasolą.

Trudno nam dojść gdzie jest centrum miasta. GPS wskazuje zachodnią część przy lotnisku, katedra i miejski plac jest w okolicach dworca autobusowego, miejska plaża z kilkoma restauracyjkami jeszcze gdzie indziej. Port przeładunkowy i pasażerski ze dwa kilometry na wschód od miasta, podczas gdy skupisko pizzerii, McDonaldów i nowobogackich domów znajduje się przy głównej szosie. Równie chaotyczny jest ludzki kokteil. Z zachwytem przygladamy się z ulicznej pijalni soków bananowo-ananasowyo-kakaowych, jak przed nami defilują arcydzieła bogatej palety genetycznej. Od białych jak ściana Europejczyków, amerykańskich Indian i czarnych z zachodniej Afryki. Może nie wszyscy są arcydziełami, lecz na pewno odważnymi eksperymentami koloru i formy.

Dwieście metrów od naszej plaży mieszka Latynoska z trzema mężami Garifuna. uwieńczeniem genetycznego eksperymentu jest dziewczynka Zeta

Uwieńczeniem tego eksperymentu genetycznego jest dziewczynka imieniem Zeta. Nazywamy ją Globulka. To ona w zamian za lizaka przynosi nam wiaderko słodkiej wody do mycia.

To już nasza czwarta noc na Karaibach. Każdej nocy i kilkakrotnie rano pada deszcz. Pierwszych kilka razy wydało się to nam egzotyczne jako że ostatni raz widzieliśmy deszcz w kwietniu zeszłego roku. Teraz rytuał suszenia robi się uciążliwy. Właściwie na czym polega wyższość Karaibów nad Wschodnim wybrzeżem Pacyfiku?

- domieszką czarnej ludności?
- gęstością zaludnienia?
- dużą rafa koralową?
- czarnym folklorem?

19 i 20 Stycznia 2000, Tegucigalpa

Nadajemy to ze stolicy Hondurasu - Tegucigalpy, 14°05.71N 87°10.65W 3720 stóp npm.

To już tydzień nad Zatoką Honduraską. Najbardziej egzotyczny jest dla nas wilgotny klimat. Teraz zimą, o tak zwanej porze suchej, (honduraskim latem) potrafi padać po kilka razy dziennie, po pietnaście minut na raz. Temperatura wacha się między dwudziestoma a trzydziestoma stopniami. Okrągły rok. Dolną granicę wyznacza temperatura morza. Dopiero w Panamie zrozumiemy dlaczego mieszkańcy Ameryki Środkowej, mimo że wszyscy są obywatelami północnej półkuli, zamienili zimę z latem. Logika jest prosta; gdy świeci słońce to jest lato, gdy pada - musi zima.

Zaczynamy rozumieć zapachy. O nie... to nie orchidee, lecz toksyny bakterii gnilnych. Gnije tu za życia wszystko, łącznie z ciężarówka. Nad Pacyfikiem fermentujące kokosy wydzielały zapach alkoholu i octu, tutaj - moczu. Pomarańcze które w Kalifornii maja kolor o tej samej nazwie, tu są porośnięte zielonkawo brązową grzybnią. To co zdawało się nam śmierdzieć psimi odchodami okazało się być gnijacym pniem palmowym. Wybujałe życie drobnoustrojów robi na nas większe wrażenie niż "funcky ways" Garifunów. gnije tu za życia wszystko

Obfite opady wpływaja korzystnie na nasze nocne życie. Śpimy od szóstej wieczorem - gdy zapada zmrok, do siódmej rano - skoro świt. Wilgotne śpiwory nie tylko wpływają na rozwój reumatyzmu, lecz na wybujałą zawartości snów. Oto na przykładzie snu, unaocznimy zgniliznę psychiczną Piotra. Rezultat wilgoci, twierdzi Iwona:

W Belize, Piotr spotyka murzyna Garifunę. Prowadzi on nas do chatki swojej czarnej jak noc, niedawno zmarłej ciotki. Pokazuje nam zdjęcie jej twarzy. Jest to duże zbliżenie na którym widać pryszcze na je cerze.

- Ona cierpiała na "Black Cow Disease" - wyjaśnia jednym tchem Garifuna, po czym dodaje
- to była biała kobieta - spoglądamy na siebie zdziwieni, na co on oznajmia
- poza tym okazało się że była mężczyzną - ???

Honduras jest krajem rolniczym, do niedawna "bananową republiką". Z sześciu milionów ludzi nie cały milion mieszka w miastach. Reszta aż do lat dziewiećdziesiątych zatrudniała "United Fruit Company" i kilkaset honduraskich właścicieli ziemskich. Tak niska jest wydajność pracy honduraskich pracowników rolnych, a tak duży rynek na tropikalne owoce że UFC sprowadzała siłę roboczą z sąsiedniego Salwadoru. To zakonczyło się w 1969 roku wojną futbolową i było początkiem końca UFC. Ten epizod z honduraskiej historii pięknie opisuje Ryszard Kapuściński w swoim reportażu dla PAP'u. Konflikt interesów w zetknieciu z konfliktem politycznym zawsze kończy się rozwiązaniem politycznym. Przykład z tego powinny dziś wziąć firmy tytoniowe. Po wycowaniu się UFC na początku 1980 lat społeczeństwo honduraskie nieco zubożało, lecz tak niewiele potrzeba by tu przeżyć że nie pociągnęło to za sobą wojny domowej, tak jak w Gwatemali. Wzrosła natomiast liczba uzbrojonych strażników. Widać to zwłaszcza w miastach. Każdy oddział banku zatrudnia średnio czterech, sklep jubilerski z "cubic zirconia" dwóch, ciastkarnia jednego. Myslę ze wynagrodzenie takiego Hondurasa zależy od broni jaka potrafi zaprezentować. Na samym dole strażniczej hierarchii stoi strażnik z maczetą, lecz bez przednich zębów. Szczebel wyżej to strażnik z maczetą i przednimi siekaczami. Dalej przychodzi elita czyli ci z bronią palną. Zaskakujaco dużo jest tu starych AK-47, większości jednak są to amerykańskie śrutówki z obciętymi lufami. W niedzielę, nie doczekawszy sie Leny i Darka, zwijamy mokre manatki i ruszamy na południowy zachód. tropikalne jezioro Yojoa

Wpierw, zwiedzamy fascynujace muzeum motyli w La Ceibie i wczesnym popołudniem ruszamy nad tropikalne jezioro Yojoa. Zostajemy tu na noc. Wieczorem uaktywniają się komary. Pod tropikalnym baldachimem podglądamy ptaki i inne czeczeptice. W jeziorze staramy się dopatrzeć mocno rozreklamowanych okoni (bas). Towarzyszą nam w tym Deborah i Art z Nowego Jorku.
Oby tylko nie padało!
Nic z nabożnych życzeń. Na środku jeziora łapie nas burza.

TEGUCIGALPA - 20 stycznia 2000

Do Tegucigalpy docieramy po szóstej. Z budki telefonicznej dzwonimy do Barryego, poznanego w Gwatemali profesora matematyki i ten zaprasza nas do swojego kawalerskiego mieszkania. Jak to dobrze się uymyć pod gorącym prysznicem po tygodniu moknięcia na Karaibach. Tu znów poczekamy na Lenę i Darka.

Suchy klimat Tegucigfalpy przypomina Centralną Kalifornię. Miasto jest uroczo położone w dużej dolinie i w przeciwieństwie do Ciudad de Guatemala panuje tu znośny ład i czystość.

Tegucigfalpa z Picacho

Po Pierwszej Wojnie Swiatowej wątłą populacje Tegucigalpy zasilił transport Paletyńczyków. Miejscowi nazwali ich Turkami ponieważ w kieszeniach nosili tureckie paszporty. Znaleźli oni tu żyzna glebę dla swej działalności handlowej. Wsród długiego pocztu prezydentów znalazł się i Palestyńczyk. Ich obecność widać w nazwach kramików i nazwach topograficznych. Jeden z pagórków Tegucigalpy zwie się dziś "Golan Heights".

Chrystusa

Po południowej stronie miasta, na grzbiecie na okalającej je górze Picacho, tuż pod wieżami anten telewizyjnych, a nad wielgachnym transparentem "Coca-Cola", stoi, brazylijskim zwyczajem, posąg Chrystusa. Dookoła niego, widać niewielkim budżetem władze miasta zbudowały miejski park. Nie ma w nim żywej duszy podzas gdy między slumsami, u podnoża góry widzimy jak kilkunastu chłopaczków kopie piłkę.

28 Stycznia i 2 Lutego 2000 LEON

Nadajemy to z Leon, Nicaragua, 12°26.14N 86°52.75W 500 stop npm.
Tegucigfalpa z Picacho

Santa Lucia, byłe górnicze miasteczko trzynaście kilometrów od Tegucigalpy, dostarczyło hiszpańskiej koronie tyle srebra że król Filip II odwdzieczył się drewnianym posągiem Chystusa. Srebra już dawno nie ma, lecz zostały sosnowe lasy i widok na Tegucigalpę. Nowobogaccy stawiają tam sobie domy by zademonstrować swój status. Mieszka tam Czech (tel: 237 0472) od trzydziestu lat. Prowadzi obskurna restaurację "Miluska". W niej to demonstruje nuworyszom na czym polega światowa czeska i węgierska kuchnia serwujac sznycel po wiedeńsku i gulasz. Daje swym klijentom okazję by udowodnili swe istnienie przypinając do ściany swoje wizytówki. Między prominentami z Tegucigalpy znaleźliśmy tam wizytowkę "pana niewolników". Głosi ona.:

Master Kazimierz Duchowski
Embajador Extraordinario y Plenipotenciario
de la República de Polonia
en América Central y Panama
  
Apartado: 664-2010 Zapote
San José, Costa Rica
Teléfonos: 25-1481 25-1571
Fax: 25-1592

a na odwrocie zapisany jest numer telefonu pani Aliny Łukasiewicz-Montis 232-7239

Trzydzieści kilometrów na wschód od Tegucigalpy leży dolina El Zamorano. Mieści się w niej szkoła rolnicza o tej samej nazwie.

Zadbanymi uliczkami

Wjezdżamy na "campus" aby zwiedzić arboretum. Wystarczyło wykonać jeden zakręt by się znaleźć spowrotem w Stanach. Zadbanymi uliczkami przechadzają się uśmiechnięci studenci. W dużych oknach jednorodzinnych domków rozsianych wsród trawników nie ma krat. Postanawiamy zostać tu na noc. Zagadujemy przgodnego studenta imieniem Tomas. Pytamy czy jest tu gdzieś jeziorko i czy bedziemy mogli zostać. Wskakuje do szoferki i pokazuje nam porośnięte palmami jeziorko, lecz nie może udzielić zgody. Prowadzi nas więc do pierwszego z długiej hierarchii funkcjonariuszy. Ten, jego profesor, godzi się lecz nie pod jego pieczą jest teren jeziorka. Idzemy do następnego "pana doktora". porośnięte palmami jeziorko

Ten też się godzi lecz nie ma pieczy nad strażnikami. Wreszcie trafiamy na Gringa, Kietha Andrews'a, wyprowadzającego na spacer swojego dalmatyńczyka. Trudno nam dojść jaka jest jego funkcja, lecz musi być wysoka skoro wszyscy stają przed nim na baczność, a jego psu uchodzi podgryzanie innych czworonogów. Ucinamy sobie z nim małą gatkę co to należy uczynić choć raz w życiu i o zeszłonocnym zaćmieniu księżyca. Udziela zgody. Zjawiają się strażnicy, eskortują nas nad jeziorko i otwierają kluczykiem sraczyk.

Pełna Ameryka - panie! Pytamy o czesne. Dziesięć lat temu, gdy szkoła była finansowana przez United Fruit Company, była za darmo. Dziś szkoła jest na własnym rozrachunku i rok nauki łącznie z wiktem i opierunkiem wynosi $10K z czego studenci średnio wykasłują $4K. To taniej niż UCLA! Co jest powodem że kilometr dalej panuje honduraski pieprznik? Klimat równie łaskawy, ludzie ci sami, pieniądze te same. Może to tylko reguły gry i świadomość wspólnego dobra?

Danli - stolica cygar i rumu.

Nawet jak na honduraską skalę, malutkie miasteczko położone wsród malowniczych pagórków. Aż dziw bierze że ta cześć kraju jest tak słabo zaludniona. Domyślamy się że ziemia należy do kilku rodzin, a one nie są skłonne sprzedać ani ara.

Scena żywcem z Bonanzy Przyglądamy się jak uliczką prowadzacą do rynku jedzie wierzchem dwudziestu jeźdźców. Scena żywcem z Bonanzy. Wszystkie konie ukończyły hiszpańska szkołę jeździecką. Zdają się tańczyć po asfalcie. Nie sądziliśmy że tyle radości może przynieść oglądanie tych pięknych zwierząt. Przodem jedzie starszyzna. Na prawo i lewo rozdaje pokłony, przechodniom i sklepikarzom. Za nimi jedzie młódź. To do tych mężczyzn musi należeć okoliczna ziemia. Kasztanowe konie są we wspniałym stanie. Nieco spocone co świadczy że jeźdzcy musieli przejechać co najmniej dziesięć mil.

grados reales Wjezdżamy do miasteczka z myśla że tu kupimy paczkę cygar na prezenty. Przewodnik turystyczny ostrzega nas że cała produkcja fabryk cygar została zakontraktowana na wiele lat naprzód i na próżno jest ich szukać w sklepach. Znając nieco życie nie tam będziemy ich szukać. Wpierw jedziemy od baru do baru starając się zorientować w gatunkach i cenach miejscowego bimbru. Do gustu przypada nam Aguardiente Yuscaran o mocy 45° "grados reales" w przeciwieństwie do "grados falsos". Już teraz pozostaje nam tylko wynegocjować cenę. Przy sklepie z trumnami natrafiamy na dwóch facetów wyglądających na miejscowych cwaniaczków. Zaczynamy od Guaro czyli bimbru. Ten nabywamy w ciemnym pomieszczeniu domu starej kobiety. Do bramy jej domu, należy zastukać 3 razy i podać hasło. Sprzedaje nam Aguardiente (mocną wodę) za pół ceny. Cygarami w dowolnej ilości, w paczkach po 20 lub 25 sztuk, w celofanie lub drewnianym pudełeczku dysponuje nasz buisnessman spod sklepu z trumnami. Dzielimy się z nim wyrazami szacunku dla Jana Pawła II i ruszamy pod granicę Nikaraguy.

Nikaragua 24 styczeń - 9 luty 2000 rok


Powrót do strony głównej