Lonely Planet

Gwatemala
25 marzec - 30 marzec 2000 rok

Piotr Szymański

28 marca 2000 TIKAL

Nadajemy to z Isla Flores, Gwatemala 16°55.70N 98°53.53W 500 stóp npm

Rano przekraczamy granicę do Gwatemali we wiosce El Florido. Kilkanaście kilometrów żwirowej drogi po obu stronach granicy pokryte jest grubą warstwą miałkiego wapiennego pyłu. W tumanach kurzu pędzą tę drogą klimatyzowane mikrobusiki ze szczelnie zamkniętymi oknami. Przechodzący drogą Indianie zasłaniają rękawami nosy i usta. stoki naszych gór Indianki przykładają swym dzieciom chustki do twarzy. Pojazdy są wypakawane znudzonymi turystami którzy zapłacili by zobaczyć ruiny Copanu. Zatrzymują się oni dopiero na wyasfaltowanym parkingu parku archeologicznego.

Rozumiemy utyskiwania Candido Amador:
- Iluż to turystów wdrapie się na stoki naszych gór by zrobić kilka zdjęć naszych trawą krytych chatek, kobiet i dzieci. Pogada z naszą starszyzną i być może kupi kilka bzdecików, po czym zatrzyma się w klimatyzowanych hotelach i restauracjach które nie do nas należą, i są zbyt drogie na nasze kieszenie.
- Turyzm - ciągnął Candido - jest bezlitosnym przemysłem (mercinary commerce)kontrolowanym przez państwo i lokalnych właścicieli. Instygowany przez międzynarodowych operatorów i obcy kapitał który uzyskał od rządu obietnicę wolnej ręki i politycznej stabilności.

uciesze indiańskich dzieciaków
Nie dziwi nas że przypłacił to życiem.

My, jak to przewidział Candido, zatrzymujemy się na chwilę nad Rio Domotan by ku uciesze indiańskich dzieciaków wykąpac się wraz z nimi w baseniku miedzy dwoma skałami.

lago Peten Itza W miasteczku Jocotan, postanawiamy zakonserwować smak jocote (Yellow mombin, Spondias lutea). Jocote jest zielonkawo-czerwonym owocem rozmiaru śliwki. Słodki aromatyczny miąsz pokryty jest grubą kwaskowatą skórka. Wnętrze owocu wypełnia duża biała pestka. Na miejskim targu kupujemy owoce i polskim zwyczajem zalewamy czterdziesto dwu procentową wódką Farolito. To nasz wkład do światowej kultury kulinarnej. Wynik tego eksperymentu ocenimy komisyjnie po powrocie do Kalifornii.

Jest już ciemno gdy wjezdżamy na parking restauracji Brunos, w Rio Dulce. Rano idziemy na przeszpiegi do baru i internet cafe prowadzonego przez berlińskiego uchodźcę Manfreda. Unifikacja wywałała w nim separatystyczny odruch i osiadł własnie tu. Jeździ bez kasku motocyklem, użera się z okradającymi go barmanami i ugania z miejscowymi dziewczynami.

- wszystkie dobre byle nie czarne - radzi Piotrowi.
- w drodze do Tikalu zatrzymajcie się nad jeziorem Peten Itza, w El Remate - radzi
lago Peten Itza

Tikal imponuje rozmiarem i ogromem piramid. Zdaje się tonąć w bezkresnej dżungli. Park składa się z kilkunastu wykopalisk oddalonych od siebie o kilkanaście kilometrów, ciągnących się na północ aż do Meksyku. Tikal jest najbardziej spektakularny i najbardziej komercyjny. Dwadzieścia trzy kilometry na północ leży Uaxactun. Eric i Manuel - genetyczna pamiątka Przystaje do nas 17-to letni Eric, wcześniej poznany w Tikalu na szczycie piramidy numer IV. Do Uaxactun prowadzi wapiennymi pagórkami polna droga. Aby na nią wjechać należy wpierw dostać darmowe pozwolenie na miejscowym postrunku policji. Miałka wapienna skała została na tej dróżce rozkruszona na pył konsystencji mąki. Miejscami sięga łydek. Nasza ciężarówka wzbija za sobą tuman kurzu sięgający czubków drzew. Przydrożne drzewa wygladają tu jakby je śnieg przysypał. W dwóch skupiskach piramid Uaxactun, po obu stronach starego pasa startowego, nie ma żywej duszy. Jedziemy dalej na północ. W gęstwinie dżungli natykamy się na dwóch miejscowych chłopaczków którzy usiłują nająć się za przewodników. Jeden z nich, Manuel Kipp-Baria, jest żywym świadectwem bytności białych archeologów. Chłopaczkowie ostrzegają nas przed jaguarami których pewnie nigdy nie widzieli, ale wiele słyszeli. Obaj niewiele też potrafią nam powiedzieć o El Mirador, najstarszym i najwiekszym skupisku piramid sto kilometrów dalej na północ. Przymierzamy się do drożki do Rio Azul, pierwszych z długiej listy wykopalisk na tej trasie. List gończy Nasza ciężarówka ledwo przeciska się miedzy drzewami dżungli, ale najtrudniejsza jest nawigacja. Przesieka często się rozwidla, czasami na nowo łączy, innymi razy prowadzi do nikąd. Gdy się gwałtownie kończy, oznacza to dla nas że musimy zawrócić, co nie jest możliwe bez wycinania drzew. Takimi przesiekami miejscowa ludność przy pomocy wspólników z północy i Europy wywozi zawartość nie odkrytych jeszcze grobowców. Pavo Ocelato Tu zaocznie poznajemy Michała Kobielę - przyłapanego na gorącym uczynku.

Jutro ruszamy do Belize.

31 marca 2000. Nadajemy to z Orange Walk w Belize 18°04.76N 88°33.70W 350 stop npm

polska kielbasa z Gwatemali

Wracamy do Santa Elena i przylegającej Isla Flores.

Na niej, tysiąc lat temu, osiedli uchodżcy z Palenque. Robimy tu ostatnie zakupy przed wjazdem do Belize.
biały kamień do złudzenia przypomina fragment mayowskiej stelli W centrum mayowskiego świata znajdujemy w miejscowym sklepiku wyrób masarski Salchicha Polaca de Pavo. Nie przypomina on smakiem niczego co do tej pory jedliśmy. Podejżewamy że surowcem wejściowym do jego produkcji jest pięknie ubarwiony Pavo Ocelato. Widzieliśmy te ciężkie jak bombowce ptaki majestatycznie defilujace po drogach Tikalu.

Bacznie nas obserwują Na noc wracamy na wiejską plażę w El Remate nad jeziorem Peten Itza. Przyłączamy się do grupki Indianek piorących skąpe szaty swych rodzin. Jest to forma mayowskiego magla. Tu w wodzie, nad brzegiem jeziora, stoją drewniane stoły z dużymi prostokątnymi kamieniami po środku. Biały kamień do złudzenia przypomina fragment mayowskiej stelli z mocno już wytartą płaskorzeźbą.

lago Peten Itza O te hieroglify Indianki trą amerykańskie koszulki z napisami:

- The older I get the better I am - lub
- Shut up and dive

Przed przyjazdem misjonarzy robiły to nago. Dziś w imię Boga wchodzą do wody odziane po szyję. Godzinami stoją zanurzone po biodra i wymieniają między sobą miejscowe plotki. Bacznie nas obserwują. Bedą miały kolejny temat do wtarcia w stellę.

Belize 30 marzec - 1 kwiecień 2000 rok


Powrót do strony głównej