
Popołudniem 21 grudnia przekraczamy granicę Gwatemali we wsi La Mesilla i cofamy się w czasie o 100 lat. Pierwsze wrażenie na przejściu granicznym do Gwatemali to to że miasto jest po stronie Gwatemali, a nie odwrotnie. Znaczy strona uboższa żyje z bogatszej.
23 i 24 Grudzień, 1999 Panajachel, Gwatemala. 14°44.74N 91°09.19W 4900 stóp npm
Nadajemy z Panahachel, nad jeziorem Atitlan. Strome góry po gwatemalskiej stronie upstrzone są prostokątami pól, co oznacza że więcej jest tu ludzi niż uprawnych terenów. Ta obserwacja potwierdza się przez cały nasz dotychczasowy pobyt.
Wzdłuż szosy ciągnie się nieustanna parada Indian. Niosą na grzbietach płody ziemi czyli kukurydzę, niosą też na grzbietach materiały budowlane czyli pustaki, by na stromym, stoku wydrapać kawałek poziomego placyka na swój domek. Pracują wszyscy którzy potrafią chodzić. Wydaje się nam że ich głownym zajęciem jest transport pieszy we wszystkich trzech wymiarach. Transportem w dwóch poziomych wymiarach, czyli kołowym, zajmują się tylko Latynosi (Ladinos). To oni świadczą usługi komunikacyjne autobusami pamiętajacymi II wojnę. Robią to z reguły we dwóch. Jeden siedzi za kierownicą, drugi odbiera wsiadajacym Indianom worki z dobrami i wrzuca na dach.
Po dotarciu do celu, zanim autobus przystanie, zrzuca z dachu worek, a za nim wypycha pasażerkę.
Poza niewielkim obszarami wybrzeża, cała Gwatemala jest górzysta, porośnięta sosnami o średniej elewacji ok. 6000 stóp. Patrząc z góry widać że połowa lasów została wykarczowana i zamieniona na kukurydziane pola. Duża cześć lasów które pozostały są na zbyt stromych stokach by nadawały się pod uprawę.
Wydaje się że Gwatemala została już zjedzona. Nie dziwimy się prognozom CIA że to właśnie z tego miejsca, na południe, zaczną padać kostki domina aż komunizm zaleje Centralną, a potem Południowa Amerykę. Koniec flirtu z komunizmem w Rosji tylko na chwilę zahamował radykalizację tego regionu, ale nie zahamował przyrostu ludności. O aktywności seksualnej Indian napiszemy innym razem.
Na razie wspomnijmy że polskiemu architektowi, panu Feliksowi Stopowskiemu, udało się zrobić nastoletniej Indiance tylko dwoje dzieci, podczas gdy średnia latynoska jest ośmioro. To powinno naszym czytelnikom uzmysłowić skalę problemu.
Drugiego dnia po wjeździe do Gwatemali oglądamy mayowskie piramidy Zaculeu koło Huehuetenango. Zostały odrestaurowane jak hollywoodzki zestaw filmowy. Więcej w nich betonu niż oryginalnych kamieni, lecz robi wrazenie.
Huehuetenango składa się z dwu części. Ubogiej indiańskiej i tętniącej życiem latynoskiej.
Dalej, ruszamy przez Cordilliera de los Cuchuatanes nad jezioro Atitlan. Wzdłuż drogi maszeruje sznurek Indian i Indianiątek z workami kukurydzy na plecach. Dojechali tu, do poletek na wyżynach Cuchuatanes, autobusami i teraz niosą kolację do swych domów. Ruchliwa dobra szosa jest miejscami wymyta przez ostatnie deszcze. W jednym miejscu dwóch przedsiębiorczych indiańskich chłopców, 6 i 8 lat, robi kasę zasypując łopatą rów na drodze. Wyciągają rekę do kierowców samochodów i kasują opłatę. Lepsze to niż noszenie na plecach worków z kukurydzą.
W Panajachel zabieramy autostopowicza do San Antonio Polapo. Od niego dowiadujemy się że pan Feliks zmarł trzy miesiące temu. O zmierzchu docieramy do hoteliku Terrazas del Lago, niedokończonego dzieła życia architekta z Poznania. Ze wszystkich miejsc na amerykańskim kontynencie, pan Feliks właśnie tu postanowił zapuścić korzenie. Zabiło go tropikalne słońce i ciężka praca. Nabawił się melanomy.

Postaramy się Walterowi i jego indiańskiej matce zastąpić pana Feliksa. Zostaniemy tu na święta. Myśląc o Was spożyjemy wigilijną wieczerzę na tarasie z widokiem na jezioro, i na osnuty chmurami wulkan Toliman.
LAGO ATITLAN
Dziś Wigilia, 24 grudzień 1999. Terrazas del Lago, Lago Atitlan.
To stąd wziął się pomysł dowcipu rysunkowego. Dwóch jeźdźców w 16-tym wieku po raz pierwszy staje nad jeziorem Atitlan. Jeden z nich, misjonarz w chałacie, drugi conquistador w pełnej zbroi. Obaj patrzą na dwa bliźniacze stożki wulkanów Atitlan i Toliman. Wymieniają opinie co do nazwy nowo odkrytej ziemi, aż conquistador wybucha:
- A jak ty byś je nazwał, świętoszku!
Teraz ich czubki pokrywają dwie chmurki. Za dziesięć minut zmieni się permutacja stożków i chmurek. Chmurki spełniają tu rolę czysto estetyczną.
Płyną po firmamencie jak owieczki. Dzień w dzień. Rozbijają monotonię błękitnego nieba.
Najstarsi górale ze wsi Palopo mawiają że latem pada tu deszcz, lecz temperatura pozostaje ta sama. Jest to kraj wiecznej wiosny.
Brzegi jeziora zamieszkuje osiem różnych grup Indian mimo że wszyscy są potomkami Mayów. Mówią niezrozumiałymi dla siebie językami. Odróżniają siebie kolorami strojów. Żyją z uprawy cebuli i czosnku na tarasach wyciętych ze stoków okalających jezioro gór. Wyglądają one jak stopnie piramid. Tu Piotr pozwala sobie postawić tezę godną Stanisława Szukalskiego, że piramidy Mayów nie służyły celom ceremonialnym - lecz uprawie czosnku.
Żyją także z nielicznych turystów których skład jest równie barwny.
Towarzystwo to kręci się w miasteczku Panajachel. Na głównej ulicy naliczyliśmy dzieśięć internet cafe gdzie komputery stoją na stolikach ustawionych na chodniku. Ulicami paraduje całe to barwne towarzystwo. Trudno powiedzieć co bardziej egzotyczne, turyści czy Indianie. Z grup narodowościowych dominują Europejczycy. Są to ci którzy w 16-tym wieku przyjechali by tu jako misjonarze, conquistadorzy lub zwykli awanturnicy szukający guza. Dziś co niektórzy za dolara kupują bilet na drugą stronę jeziora, do wsi San Pedro, by się w spokoju naćpać marychą.
W przeciwieństwie do San Cristobal, gdzie czuje sie podniecenie i napięcie, tu całe towarzystwo jest na pełnym luzie, no może poza szemranymi cwaniaczkami sprzedającymi z chodnika srebrną biżuterię. Chudy jak patyk sprzedawca tatuaży zapytany gdzie tu można kupić 97% alkohol do "Rompopu" (likieru jajecznego) odpowiedział:
- to jest poważny problem, ale jeśli da się ten alkohol zastąpić kokainą, to ja chętnie służę
Trzy lata temu tu rozstawił swe sztalugi warszawski artysta grafik - Roman Mazurek. Zaprosił go pan Feliks. Owocem tej wizyty była wystawa prac w przyległej Suecii. Patrząc na jego rysunki wiem że tylko rodak tak może widzieć tych Indian.
Chylę czoła przed mistrzem.
27 i 28 Grudzień 1999, Antigua
Nadajemy z Antigua, Gwatemali 14°33.44N 90°43.98W 4950 stóp npm
W drugiej turze prezydenckich wyborów startują panowie Portillo i Burger.
- Złodziej i Niemiec - wprowadza nas w arkana gwatemalskiej polityki alkoholiczka imieniem Karen, z Ciudad de Guatemala.
- Ja na nich głosować nie będę - oświadcza stanowczo
Biura podróży w Panajachel sprzedają autobusowe wycieczki w środy i niedziele na miejski targ w Chichicastenango. Ponoć największy w całej centralnej Ameryce. Czy najwiekszy? Trudno powiedzieć. Myślimy że wiele podobnych targów odbywa się całej Centralnej Ameryce. Równie żywych, kolorowych, pachnących. Zabieramy ze sobą przygodnie spotkanych Kanadyjczyków.
Sprzedawane jest tu wszystko co matka ziemia urodziła. Tu inwentarze biur podróży zostają przedstawiane indiańskim inwentarzom domowym: indykom, kurom i świniom.
Na skraju targu między cmentarzem a kościołem, pomysłowy przedsiębiorca wybudował hotel i teraz co środę i niedzielę przyjezdżają tu grupy turystów z Panajachel i Antiguy. Najwięcej emocji wsród miejscowych dzieci wzbudza grupa Japończyków.
- Chino, Chino!!! - wołają 6-cioletni chłopcy na widok grupy Japończyków objuczonych aparatami fotograficznymi.
Indiańskie kobiety i dziewczynki odwracają twarze na widok wycelowanych objektywów. Nie ma większej przepaści miedzy ludźmi niż między Indianami a Azjatami. Więźniowie technologii nie porozumieją się z więźniami tradycji.
Na ten targ przyjezdżają też Europejczycy. Przyglądają się jak dwie kobiety i sześcioro dzieci w identycznych wzorach na bluzeczkach i spódniczkach (są z tej samej wsi) sprzedają dwa indyki i wiązkę smolnych szczap do rozpalania ognia, a kupują za to worek fasoli i plastikowe wiaderko.
ANTIGUA - 28 grudnia 1999
Sto metrów od naszej ciężarówki, na suchej sosnie, siedzą skulone dwa sępy. Czekają na pierwsze promienie słońca by rozpostrzec swe skrzydła i wysuszyć z porannej rosy. Wulkan Fuerte zamruczał, pyknął trzy razy białym dymem gdy dzwony kościoła La Catedral oznajmiły ósmą. Tak u naszych stóp budzi się Antigua.
Zeszłej nocy znaleźlismy ten piękny punkt widokowy na pagórku po południowo-wschodniej stronie miasta (14°33.16N 90°43.36W 5800 stop npm). Z wysokosci 600 stóp widzimy teraz gołym okiem jak Indianki rozwijają swe wyroby na placu Santa Clara. Ruszają pierwsze autobusy z turystami do Panajachel, Palenque, Tikalu i Copanu.

Do Antiguy wjechaliśmy wczoraj w południe. Sądziliśmy że bedzie to coś w stylu San Cristobal de las Casas, tylko większe. Nic z tych rzeczy. Antigua jest placem zabaw białych władców Gwatemali.
Zjeżdżają się tu z odległej o 30 kM stolicy - Ciudad de Guatemala. Wykupują oni osiemnastowieczne kamienne budynki, odnawiają je i zamieniają na wakacyjne rezydencje. Pisarz, Andrzej Bobkowski dostarczał tym ludziom rozrywek, bo jak żesz długo można oglądać ruiny byłej stolicy. Indianki z placu Santa Clara są co dzień importowane z sąsiednich wiosek by ubarwić nudny wystrój miasta. 
Teraz wiemy jak Bobkowski mógł tu wyżyć ze sklepiku modelarskiego. Staramy się dopatrzeć śladu jego działalności. Gdyby nie Giedroyć i Paryska Kultura podzielił by on los tysięcy bezimiennych hiszpańskich zesłańców.
Dziś Bobkowskiego zastapiła para Brytyjczyków, którzy, jak głosi ulotka:
- uczą brytyjskiego stylu jazdy konnej
- na prawdziwych, nie kastrowanych koniach.
- stosują importowaną uprzęż.
- za darmo odziewają klijentów w tradycyjną brytyjską odzież jeździecką.
Snobizm mieszkanców widać w ich strojach i upodobaniach. Małpują Amerykanów. Nawet klawiatura na której to teraz piszę, w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, jest amerykańska. Takiego rozwarstwienia społeczeństwa nie widzieliśmy ani w Meksyku ani w Europie. Meksykańska rewolucja z 1911 roku i wiele europejskich, poczynając od francuskiej, spłaszczyły społeczne piramidy. Gwatemala czeka na swojego Zapatę lub Fidela.
Z gazety dowiedzieliśmy się, że wczorajsze wybory przezydenckie wygrał złodziej (patrz poprzedni reportaż)
Antigua z szesnastego wieku wraz z Ciudad de Mexico i Limą była jedną z trzech filarów hiszpańskiej władzy na kontynencie Amerykańskim. W 1717 została zniszczona przez trzęsienie ziemi, a kolejne dwa trzęsienia w 1773 tak ją zdewastowały że została porzucona i stolicę przeniesiono na jej obecne miejsce.
Za godzinę ruszamy przez Ciudad de Guatemala nad Lago Izabal.
31 Grudnia 1999 i 1 Stycznia 2000 Lago Izabal
Nadajemy to z Capitan Nemo's internet cafe 15°35.46N 89°12.49 poziom morza.
Sylwestra spędzimy nad brzegiem. Wszystkim którzy chcą go z nami spędzić podajemy wskazówki.
Dla jadących z północy: Należy skręcić w prawo (na zachód) z jedynej drogi z Belize, przed jedynym mostem przez rzekę Rio Dulce. Trzynaście mil dalej tuż za drogą do gorącego wodospadu El Paraiso, nalezy skrecić w lewo w pierwszą dróżkę do jeziora. Na drodze znajduje się kilka drucianych bramek które należy otworzyć i za sobą zamknąć.
Po dotarciu do brzegu jeziora szukajcie nas po lewej stronie, nad samym jeziorem.
Rio Dulce w swoim wschodnim biegu od czarnego miasteczka Livingston jest godne pełnego zachwytu opisu siedemnasto wiecznych żeglarzy brytyjskich.

Dosiego!
Pierwszy stycznia 2000
Pierwszy dzień 2000 roku. Świat nie tylko się nie skończył, lecz przypomniał mi że żyję - zatruciem pokarmowym. Nawet Imodium nie skutkuje.
Skoro świt zbieramy graty sprzed restaurcji Bruno's i jedziemy do gorących wodospadów celem dezynfekcji duszy i ciała ze zgnilizny dwudziestego wieku. Pod sklepieniem tropikalnej dzungli, wśród klębow pary, gorący wodospad nasycony H2S miesza się w kotle wąwozu z chłodną rzeczką.
- jesteśmy w piekle - zagadujemy dwie dziewczyny z Teksasu
- jeśli tak ono wygląda - odpowiadają
- to się tam piszemy.
Pareset metrów powyżej wodospadu, zimna, czysta jak krzyształ rzeczka wypływa z jaskini. Jest ona tam tak głęboka że można do niej tylko wpłynąć. Piećdziesiąt metrów dalej w zupełnej ciemności słychac huk wodospadu. Nie potrafię powiedzieć czy on wpływa do jaskini czy wypływa. Kolejne piećdziesiąt metrów i znajduję odpowiedź. Jest to wewnetrzny wodospad. Dowiaduję się poźniej, że do tej pory nie znaleziono źrodła tej jaskini. Znawcy sądza że jej początek jest w wapniennych górach Belize.
Lenę i Darka informujemy ze do 4-tego stycznia rano będziemy na nich czekać w hoteliku i restauracji Bruno's po połnocno-wschodniej stronie mostu Rio Dulce. Potem jedziemy do Copanu w Hondurasie przez Esquipulas.
5 Stycznia 2000, Copan w Hondurasie, 14°50.36N 89°09.27W, 2040 stóp npm.
Wieczorem pierwszego dnia 2K roku rozbiliśmy się nad rzeka El Bucaron która w okolicach El Estor wpada do Lago Izabal. Zimna czysta rzeka wypływa tu z wapiennego wąwozu porośnietego dziewiczym lasem. Rano następnego dnia budzi nas wycie stada małp wyjców. Stado dwudziestu przedstawicieli naczelnego gatunku zeszło z gór na śniadanie do zagajnika bananowego. Torowały sobie drogę synchonizowanym wyciem. Nie sadzę by się znalazł przedstawiciel jakiegokolwiek innego gatunku który by nie wziął tego poważnie. Słyszeliśmy później że te chałaśliwe bestie potrafią być bardzo agresywne. Całe szczeście kawa z mlekiem nie jest częścią ich listy dań. Po południem wracamy do mariny Bruno's i po raz pierwszy spuszczamy lódż. Resztę wieczoru pijemy piwo z eks-patriotami całego świata. Nieproporcjonalnie dużo jest tu Holendrów. Dorabiają sobie przemytem kubańskich cygar.
Trzeciego rano, przed ósma wypływamy do Livingston, jedynego czarnego miasteczka w Gwatemali zamieszkałego przez murzynów Garifuna. Do tej pory nie widzieliśmy ani jednego czarnego co każe nam spekulować że być może nie mają nóg. Są w końcu potomkami czarnych niewolników z wysp San Vincent i białych rozbitków z połowy 18-tego wieku. Tym ostatnim ponad wszelką wątpliwość brakowało kończyn. Być może jednostkowa ewolucja zostawiła tu swój ślad. Wystarczy jednak zerkąć na mapę by obalić tę tezę. Livingston leży na cyplu do którego nie dochodzi ani jedna droga, więc brak nóg nie jest poważnym kalectwem. Być może cierpią na dziedziczną hydrofobię? Płyniemy w stronę Morza Karaibskiego by uchylić rąbka tajemnicy.
Pierwsze pięć mil Rio Dulce jest zabudowane wymyślnymi domkami bogatych, dużo tu pomostów i zakotwiczonych łodzi. Następne osiem mil to Golfette, szerokie rozlewisko porośniete dziewiczym lasem, następne siedem to piękny wapienny wąwóz u końca którego, już nad morzem, leży Livingston. Mijamy tu gorące źródła, kilka rybackich chatek na palach, wapienną scianę na która po lianach wspinały się pokolenia śmiałków by zostawić na niej dowód swego istnienia. Najstarsze graffiti sięga 1914 roku. Tu spotykamy hiszpańskiego dziennikarza z Ciudad de Mexico. Na pytanie czy partia PRI rzeczywiście jest tak skorumpowana jak głosi fama, odpowiedział:
W południe dopływamy do Livingston. Jest tu kilka pomostów, stacja benzynowa i betonowa keja do której dobija prom z Puerto Barrios. Znajdujemy miejsce przy stacji benzynowej, gdy na dwóch czarnych jak smoła nogach pojawia się Rastafara/Garifuna w ciepłym wełnianym berecie. Ofiaruje nam 1/8 uncji gangy (marychy) za psie pieniądze. Iwona wdaje się z nim w pogaduszki o Heile Salasie i Ojcu Świętym. Piotr rusza zgłębić tajemnice miasta. Miasto może ma zaledwie osiem tysięcy mieszkańców. Na głównej ulicy są dwa banki a przed nimi kolejki. Staje w jednej z nich by wymienić dolary. Od pary odurzonych Brytyjczyków dowiaduję się że kupili bilet na prom w Puerto Barrios za 7Q, teraz okazało się że muszą wykasłać 70Q na bilet powrotny. Informują mnie też że kostka marychy kosztuje tu 50Q. Tajemnica Garifunów rozwiewa się jak mgła. Powodem nie jest jednostkowa ewolucja, lecz prosta arytmetyka. Garifuna by się stąd wydostać muszą zaoszczędzić 70Q. Gdy uzbierają już 50Q nadarza się okazja by kupić marychę, po czym zapominają dlaczego oszczędzali i zaczynają od nowa.
W drodze powrotnej przez rozkołysane wczesnym popołudniem Golfette, wpływamy w jedno z wielu dorzeczy, zasilających Rio Dulce słodką wodą. Staramy się odróżnić dziesiątki gatunków drzew które zwabiły tu Brytyjczyków pod koniec dziewiętnastego wieku. Zapaton, Logwood, Chico Zapote, Jocote, orchidee, pnącza, epifity i inne cuda, aż po pięciuset metrach cały ten ogród botaniczny zamienia się w wykarczowane pola porośniete kukurydzą. Ludność Gwatemali podwoi się za dwadzieścia pięć lat. Jest to ostatnia okazja by doświadczyć Rio Dulce.