
Relacja z wycieczki na szczyt North Palisade (14,242 stop) - czwarty szczyt Sierra Nevada, powstala w formie dwu listow wyslanych e-mailem do moich kolegow z Uniwersyteckiego Klubu Alpinistyczxnego w Warszawie, ktoremu prezesowalem przez kilka lat. Z tego tez powodu zawiera wiele slangu taternickiego, ktory od czasu do czasu staralem sie wyjasnic [ w nawiasach kwadratowych ] Wycieczka odbyla sie w czasie weekendu poprzedzajacego Memorial Day w maju 1997, i wzieli w niej udzial: Marzenstwo, czyli Marzena i Rafal Suwinscy: Ucha , czyli Lukasz Salwinski: http://wlheye.jsei.ucla.edu/~lukasz/ i ja, czyli Tadeusz Slupski: http://www.loop.com/~najmici/slupski.htm
Nie wiedzielismy nic , ze tuz pod nami, nad 3-cim jeziorem , w ten sam weekend odbywa sie slub i wesele jeszcze jednego Najmity i Najmitki: http://www.??? ( nie wiem , czy mam prawo ich ujawniac) ktorym dopiero pozniej moglem przekazac Zyczenia Wiele Szczescia Na Nowej Drodze Zycia. 3-cie jezioro i lodowiec Palisades wraz z jego alpejskim otoczeniem mozna obejrzec na zdjeciach Lukasza, http://wlheye.jsei.ucla.edu/~lukasz/nowork/photo/photo11.html a mape okolicy w http://hairynet.com/highsierra/palisade.jpg
Lodowiec Palisades jest latwo dostepny szlakiem turystycznym z Glacier Lodge (campground) ponad miasteczkiem Big Pine, Ca w Owens Valley.
A oto moje listy do UKA: Czesc and & wik & jez & .....,
Jakze milo dostac list zaraz po powrocie z North Palisade. Co prawda rece mam tak zggrrabiale i pokancerowane, ze trafiam po dwa klawisze na raz, ale mobilizuje sie do odpowiedzi relacji z najbardziej "alpejskiego" szczytu Sierra Nevada. Tu nareszcie Sierra zaczela mi sie podobac. Lodowiec jest co prawda bez szczelin i serakow , ale z calkiem, calkiem porzadnymi szczelinami brzeznymi, ktore poznym latem sa juz "impassable", a powyzej widac sniezne kuluary, i wielkie, tajemnicze, bo nigdzie nie opisane pole sniezne przecinajace cala, polnocna sciane najwyzszago szczytu w dolinie - Palisdade North . W dole dolina dziesieciu jezior, bardzo pieknych i o jeszcze piekniejszych nazwach: First Lake, Second Lake, Third Lake, i.t.d. az do Tenth Lake...
Znad 3-rd Lake taszczymy wory snieznym kuluartem, jestesmy juz na 11000 stop i wysokosc daje sie odczuc. Las, jak zwykle w Sierrze przechodzi w sniezno-skalna pustynie, bez zieleni hal ojczystych (to moje zwykle narzekanie na kalifornijskie gory) , ale nad jeziorami jest zielono, budza sie wiosenne kwiatki , ziola i swistaki. Za bariera moren czolowych widac korone szczytow - Mt Sill, Pal North, Starlight, Thunderbolt. Na lewo potezne filary Temple Crag. Malgosie zostawilem w domu, bo na razie nie dla niej takie filary, lada chwila moze rodzic. Idziemy w trojke - doktorant Lukasz i doktorostwo Marzenstwo, wszystko turysci z preferencja do rakow i czekana. Lukasz jako najmlodszy , wiec obladowany namiotem i zelastwem , zapada w sniegu po kolana, tam gdzie my tylko po kostke i ma juz wszystkiego dosc. Ja zreszta tez . Marzenstwo pognalo do gory i trzeba ich cofnac. Gdy rozbijamy namioty w okolicy moreny czolowej lodowca jestem w stanie tylko narabac sniegu i ugotowac dwie menazki wody - po wpelznieciu do namiotow zadna sila nie jest w stanie sklonic kogokolwiek do narabania nowej porcji . Robi sie lodowato, wieje wiatr, sprzet i zarcie leza rozrzucone w nieladzie i juz wiem na pewno , ze ani ja, ani nikt inny nie wstanie o 2-giej w nocy, zeby wyjsc na kuluar przeleczy U. A w godzine po wschodzie slonca mozna spodziewac lawin kamiennych.
Rano o trzeciej jednak wstaje, wychodze na lodowiec i podziwiam kuluary, szczegolnie ten na U i ten na V. Nazwy - po amerykansku bardzo pragmatyczne - oddaja ksztalt przeleczy. Jest tez Thunderbold Peak, na ktorym to piku w pierwszych zdobywcow walnal piorun, stad nazwa, i gdzie wybiera sie krzepki staruszek z mlodszym towarzyszem, z ktorymi razem podchodzilismy az do jezior. Bardzo ich zachwycalo, ze jestesmy Polakami, ale nie wiem dlaczego. Amerykanow wszystko zachwyca i zaciekawia, ale przy ponownym spotkaniu czesto zadaja te same pytania i ponownie zachwycaja sie tymi samymi odpowiedziami. Tresc niewazna , nawazniejszy jest small talk, usmiech i okazanie sympatii.
Tak wczesnie jeszcze nikt nie wyruszyl w gory, wiec i ja wracam spac po odbytej przechadzce. Wiem co zrobie - dzis bedzie wspanialy dzien kondycyjny i wachanie skalnych kwiatkow na morenie czolowej, a noca pojde na U-Notch - watpie czy Lukasz sie przylaczy, bo dla niego jak i dla 99% procent wszechswiata druga w nocy to nieludzka pora, poza tym groza gor, lawin i lodowcow...
Po poludniu Marzenstwo i Lukasz wracaja radosni po wycieczce na Glacier Pass, osiagneli 4000m i zachwycili sie szczytem Mt. Sill. Z pogarda patrza na moj North Pal, a ja im odwzajemniam sie informacja, ze North Pal jest o 25 metrow wyzszy i na Silla mozna od tylu wlezc po piargu, a na North Pal - rzadkosc w Sierrze - nie ma drog klasy ponizej III [ wg skali alpinistycznej uzywanej w Sierra Club, czyli "climbing on steep terrain requiring roped belay "]. Na skalach wygladzonych lodowcem obudzily sie potoczki , mamy wody wbrod, i do wieczora gotujemy srednio pyszne masy kalotworcze z amerykanskich liofilizatow. Po jednodzniowej aklimatyzacji wszystkim wrocil humor i apetyt. Marzenstwo wspomina dzikie gory w Rumunii, Lukasz z rozrzewnieniem wskazuje szczyt na pustyni - 13000 stop na ktory wjechal na rowerze i znalazl tam jakas sosne, najstarsze drzewo swiata, ktore podobno Amerykanie ukrywaja przed szeroka publika, zeby nie rozdeptala. To White Mountain. Za nia sa gorne jest dolina Smierci - jej gorne partie. Patrzymy przez lornetke na szose Lukasza, po ktorej ciagnal w gore na rowerze ku sosnie. Ja w zwiazku z Thunderboltem rozwodze sie o roznych piorunach , ktore mnie trafily na Matterhornach, Sciorach i Pic Badylach. Zapada bezchmurna noc, po bezchmurnym dniu i trudno uwierzyc, ze tu w Sierrze kiedykolwiek kogokolwiek trafil piorun, chyba ze z jasnego nieba.
O drugiej budze sie - co za ciepla noc - przyjemnie zakladac raki, ale nie jest to najlepsza temperatura na panny lawiny i inne kamniepady. Mam nadzieje , ze wyzej bedzie ponizej zera. Wschodzi ksiezyc w ostatniej kwadrze i oswietla mi droge przez lodowiec Palisad. Przeszkadza w tym cien Silla i innych zebow grani, ale ide powyzej tej grani cieni , zeby oszczedzac baterie nie zapalajac swiatla. Nie wiem , ze kilkaset metrow wyzej, ktos lezy na skraju szczeliny brzeznej i moze zawolalby o pomoc, gdyby zobaczyl moje swiatlo.... A oto jest juz i szczelina brzezna kuluaru U-Notch. PrzepastnaàWbijam w nizsza warge szczeliny kijki narciarskie, mowie " macie tu na mnie czekac" , wyciagam dwie dziabki [ dwa czekany]. Na szczescie ostaly sie dwa mosty lodowe, dziab, dziab, i juz jestem powyzej gornej wargi szczeliny brzeznej. Pedze co sil w zamierajacym oddechu w gore, bo pierwsze cztery wyciagi w tym kuluarze sa najbardziej narazone na lawiny, i to zaraz po wschodzie slonca. Ale lawin ani sladu. Firn jak marzenie. Wstaje slonce. Wykopuje poleczke, siadam - uff, lydom ulzylo, wyciagam idiot-kamere i pstryk-pstryk. Ide dalej, àkuluar pieknieje, caly swiat wraz z White Mountain na pustyni uciekl juz w doliny. Niektore jeziora z dziesieciu nazwanych blyszcza w krwawej poswiacie. Teraz widze je wszystkie. Tak - ta Sierra - ktora uwazalem za jeden z mniej urodziwych lancuchow swiata - zaczyna mnie zauraczac. I oto juz widac "U". Opis mowi , ze koncowy wyciag pokrywa czesto wodny lod i lepiej uciec w prawo na skaly, ale ja w euforii - bo mam przeciez dwie dziabki - do tej pory nieprzydatne w tej ilosci - dziab, dziab - loje ten wodny lod ... i okazuje sie ze wylazlem na zle "U". Nikt mnie nie uprzedzil , ze posrodku "U" sterczy zandarm i U-Notch to w rzeczywistosci W-Notch (double-U)! Z prawego "U" widac zejscie po sniegu na druga strone granii wg opisu nalezya.
Niestety, Malgosia odrywa mnie od komputera, bo mam ja odwiezc do pracy, a buty do wypozyczalni, a dzidzie na tance, a po truskawki na targ, a ... c.d.n.
Czesc &,Wik, Jez
Jesli juz wrociliscie z holenderskiej kawy [ moi koledzy z UKA wspinali sie bowiem w urwistych gorach Holandii ] to posluchajcie drugiej czesci opowiesci o North Palisade. Jesli pierwsza czesc nie doszla, to albo jest to wina Windows 95 - systemu operacyjnego, ktory doprowadza mnie do szalenstwa, albo poszlo wszystko na inny adres.
W poprzedniej czesci wypelznalem juz na przelecz U-Notch, chociaz na zle "U", bo U-Notch okazala sie byc W-Notch. Nad drugim "U" pietrzy sie uskok grani czterotysiecznika North Palisade, to chyba czwarty, albo piaty szczyt Stanow Zjednoczonych bez Alaski)[ pomylilem sie - to czwarty szczyt w Sierra Nevada ale nie w Stanach ]. Uskok nad przelecza przecina przewieszony komin hm, hm, w opisie jest cos o tym , ze mamy tu dwa wyciagi w skali 5.4 [ Dla niewtajemniczonych: wyciag to pewna miara odleglosci w pionie, dlugosc liny wspinaczkowej - czyli okolo 40 metrow, a nie wyciag krzeselkowy ], a drugi wyciag jest "especially strenous", czyli "nadzwyczaj wysilajacy", jakby napisal WHP. [Witold H. Paryski,autor przewodnika taternickiego "Tatry Wysokie"] Dziekuje, nie. Bede tym komninem co najwyzej zjezdzal w czasie powrotu i to chyba bez kontaktu ze sciana. Jest na szczescie jeszcze jeden wariant, pierwszego zdobywcy , Clyde'a. Clyde to taki tutejszy Stanislawski, albo Leporowski, ktory wloil solo wiekszosc szczytow Sierry w latach trzydziestych , i to takimi scianami i kuluarami, ze innym sie w owym czasie nawet nie snilo. Zrobil to soloing , a wiec cos dla mnie ! Wedlug opisu trzeba opuscic sie 120 stop na druga strone grani, znalezc szczeline "body-wedge", wpelznac na polke, z polki hyc przez scianke (b.trudno, dolna granica) na druga polke i nia na gran North Palisady. Wszystko pieknie, widze wariant Clyde'a, ale zejscie do zlebu jest z drugiego U, po lodzie i szkoda mi sciagac raki, zeby zaraz znowu je zakladac - loje wiec srodkowa turnie "W" w rakach po litej skale, az zgrzyt zelaza po szkle przejmuje mnie dreszczem. Potem schodze, ale chyba mniej niz 120 stop - powiedzmy 77 stopek, i wypycham cialo przez "body-wedge" az na stopien przy podejrzanym wianku petli zjazdowych. [podejrzanym, bo taki wianek, oznacza czesto, ze ktos sie tu zapchal i nie mogac dac rady isc dalej - przelozyl przez te petle podwojna line i zjechal] Zaraz wyzej jest polka, ledwo sie mieszcze na tej polce, ale sciagam jakos raki z butow, wstaje i rekoma macam skale nad przewieszka. Wyczuwam, ze skala jest ciepla i przyjazna. Slonce jest juz dosc wysoko i rozgrzewa granit. Z grani leca okruchu szreni, pac, pac w kask, co uruchamia we mnie myslenie. Myslenie o jakiejs asekuracji..... Usiluje sobie przypomniec - co Wam, Andziu, Jurku, Wiktorze, Asiu, Gosiu - trulem na kursie o autoasekuracji w "soloingu".
[Przepraszam wtajemniczonych, przede wszystkim Konope ( bo opowiadanie poslalem slynnej polskiej alpinistce z Lodzi i San Francisco, a ona w odpowiedzi kazala mi zmienic co nastepuje :
" Wyslij do Gor i Alpinizmu, tylko zmien Konope na Konopke - BARDZO CIE PROSZE ", przepraszam wiec Konopke, ze mowie o takich oczywistosciach jak autoasekuracja, ale ten list beda czytac osoby niewtajemniczone, np.Halinuszka ( czy ja tez mam zmienic ??) , ktora tak niedawno zapraszajac towarzystwo w Joshua Tree zareklamowala mnie jako osobe, ktora bedzie uczyc wdrapywania sie po linie i hakach. Wyjasniam, ze po pierwsze liny w gorach rzadko rosna, chociaz w skalkach czesciej sie to zdarza i po drugie, taternik to nie cowboy i nie zarzuca liny jak lassa na wystepy skalne. Taternik nie lubi nawet - tak, tak Halinuszko - slowa "drapac sie", tylko "isc" , "loic", a najlepiej "isc na pierwsego". Korzystanie z liny i hakow do wlazenia jest uwazane za niesportowe. Pamietam jak sw. p. Halinka Krueger ( * nie mylic z Halinuszka ), druga dama polskiego alpinizmu ( po pierwszej Wandzi Blaszkiewicz, pozniej Rutkiewicz , ktora ja wlasnie w owej chwili ja asekurowala ) rzezila pod jakas przewieszka na skalce jurajskiej pod Czestochowa. Pod skalka stanela matrona, wyciagnela palec i powiedziala:
" Popatrzcie dzieci jak ten pan wchodzi po hakach ".
Na to Halinka:
" Wy chuje brudne ... odpierdolcie sie, czy kto widzial zebym lapala sie haka, do kurwy nedzy ?"
Dzieci :
"Mamusiu, to nie jest pan tylko pani !"
Mamusia :
" Nie sluchajcie tego, nie sluchajcie, co to za chamstwo chodzi na tych linach..."
A wiec normalnie jeden wspinacz idzie "na pierwszego" t.zn. czepia sie lub drapie skaly - wszyskich jej naturalnych zalomow - nazywajac je stopniami i chwytami, chociaz nie sa to zadne wykute w skale ulatwienia, a drugi stoi na dole przywiazany do haka i asekuruje t.zn. trzyma line, ale nie na sztywno, tylko miekko, bo nagle szarpniecie ( gdy ten pierwszy poleci ) liny umocowanej na sztywno moze spowodowac jej zerwanie i inne katastrofy. Gdy partnera nie ma - a moj niedoszly partner, Ucha spi sobie w najlepsze w namiocie - asekuracje z Uchy musi zastapic plecak, do ktorego przymocowywuje sie koniec liny, a na haku umieszcza misterny system hamulcowy , a jaki - to wlasnie usilowalem sobie przypomniec. Nastepnie wspinacz, czyli ja, "idzie"z przywiazana do siebie reszta liny i wypuszcza ja kawalek po kawalku , poprzez wezel zaciskowy, bo niestety plecak nie jest tak doskonaly jak partner i liny mu nie popusci. Co gorsza, plecak za nim tez nie pojdzie - dlatego line trzeba u gory zamocowac na skale, zjechac do plecaka i juz z plecakiem - PO LINIE !!! - ino lina trzeszczy - wydostac sie na gore. A wiec chodzimy jednak PO LINIE, ale tylko, tylko w tym jednym wypadku, za trzecim kursem.]
Wszystko przebieglo wedlug powyzszego kursowego wykladu z jednym malutkim wyjatkiem - moja lina byla zjazdowka, czyli w sam raz do zjazdow, ale niekoniecznie do asekuracji. Jeszcze nigdy jej nie uzywalem, a kupilem w Polsce, nie w Ameryce, bez atestu. Mozecie sobie wyobrazic, ze odetchnalem z ulga, gdy wytrzymala moj ciezar w zjezdzie, a tego czy wytrzyma szarpniecie wzmiankowanego wyzej "lotu" postanawiam nie sprawdzac.
W koncu wydostaje sie na gran tuz przy nowej wiazce petli. W kominie ponizej widze haki zjazdowe - swietnie - powrot zjazdami wprost na U-Notch mam zapewniony. Ale trzeba isc w gore. Szczyt juz widac, ale przed nim stoja skalne zandarmy.[ turnie ] Opis kaze obchodzic zandarmy poludniowa sciana, zbyt krucha i zbyt powietrzna, jak na moje nerwy. Autoasekuracja w trawersie poziomym to tez trzy kursy: "tam", "spowrotem", "tam", ale skorzystac z pomocy liny mozna tylko "spowrotem", gdy jest ona zamocowanesa na obu koncach, a w pozostalych dwu kursach "tam" liny uzycsie nie da.
Tymczasem po polnocnej stronie, tuz podemna pyszni sie ogromne pole sniezne, przecinajace cala sciane North Pal, tak charakterystyczne dla tego szczytu jak Bialy Pajak (uwaga na polskie ogonki - czyt: pajonk ) nad szwajcarskim Gruendelwaldem na polnocnej scianie Eigeru. Ale nie wiem czy jest ono bezpieczne, czy tez tak samo zagrozone bombardowaniem lodem i kamieniami jak pola lodowe Eigeru? I czy znajde na koncu "Trawers Bogow " i "Rysy Wyjsciowe" do grani szczytowej? Opis o tym milczy, w opisie pole lodowe w ogole nie istnieje, bo kalifornijscy wspinacze boja sie sniegu i lodu jak ognia i wola kazda trudnosc sniezna obejsc najgorsza nawet skala. (po powrocie, gdy oddawalem wypozyczone raki i buty w sklepie REI wspinacze tutejsi w ogole nie chcieli uwierzyc, ze w Kalifornii mozna sie wspinac w rakach po lodzie, byli pewni, ze wracam z Seattle albo z Alaski)
W zwiazku z tym niezrozumieniem lodu postanowilem sprawdzic sam wszystko naocznie i namacalnie. Zrobilem to delikatnie: Powiesilem line na haku zjazdowym, ale nie na strone komina U-Notch tylko na strone pola snieznego. Zjechalem i przywiazany jeszcze do liny sprawdzilem butem, a po chwili rakiem jak trzyma snieg . O dziwo trzymal swietnie i byl nie glebszy niz 5 cm , czyli masywna lawina tu nie grozila. Narciarz uznalby to pole za idealny stok narciarski, szkoda ze poderwany dwustumetrowa przepascia. Oby tylko nic nie posypalo sie ze skal grani, gdzie widac mini-nawisy sniegu. Pocieszajace jest natomiast to, ze nie widac zadnych sladow lawin. Trawersuje okolo 100 metrow i juz widze sniezny zleb wyprowadzajacy spowrotem na gran, za jej zandarmami. Wale rakami w firn, zeby zostawic dobre stopnie na zejscie, ktore zawsze jest trudniejsze i bardziej nerwowe niz wejscie, chociaz lzejsze dla serca i pluc. Szczyt jest juz w zasiegu reki. No, niezupelnie, trzeba jeszcze ominac kilka fantastycznie powywieszanych zebow po poludniowej stronie grani, ale kruszyzna ustapila, zastapily ja stopnie, bloki, perony, wszystko zrobione z solidnego granitu, skala nagrzana i szorstka. Stopnie sa tak wielkie, ze nie widac przepasci i kazdy problem zamienia sie w indywidualny problemik danego glazu, czyli "bouldering", bo jak zlece to tylko 2-3 metry na poprzedni boulder. Nie bede opisywal do jakich akrobacjimoj umeczony moj zewlok na wysokosci 4300 m zostal zmuszony, z przykroscia stwierdzam, ze ostatnia szczelina - wyprowadzajaca na sama platforme szczytowa byla tak szorstka, odpychajaca, ciasna, i tak dala mi w kosc, ze zaklinowalem w rysie czekan i wyciagnalem sie na czekanie. Czysciochow sportowych i tak nie przekonam, ze w warunkach alpejskich wolno korzystac z czekana jako chwytu, niech bedzie - zaazerowalem [chwycenie sie haka]. Padlem szczesliwy twarza na platforme szczytowa i...tu szczescie sie spotegowalo... pod ustami poczulem wode. Na plycie byly liczne zaglebienia wypelnione kryniczanka. Wychleptalem wszystkie ozywcze miseczki, narzucilem nowego sniegu, a slonce stalo w zenicie i juz po chwili miseczki wypelnily sie piciem.
Pali-Cola to je ono! Pali-Cola osvezuje!
Rozejrzalem sie po platformie. W jej trzech rogach staly niesamowite buldery - jeden dla mnie na pewno niewkaszalny, choc mial tylko 3 metry. Na szczescie najwyzszy - czyli sam wierzcholek North Pal byl tez najlatwiejszym boulderem. Sprawdzilem czas po raz pierwszy od switu, i byla 12.00. Co za przypadek! Slysze (uszami duszy): Truu-tu-tu-tuuuu tu-tu-tu ttu-ttu-ttu-tuuu, hejnal z wiezy Mariackiej. Tymczsem w dole na lodowcu Palisad cos sie dzieje. Jakies mroweczki biegaja tam i spowrotem, tworza kolka dyskusyjne, i rozpierzchaja sie na boki. Czy to nie Ucha i Doktorostwo Marzenstwo podnosza alarm? Niebacznie zapowiedzialem, ze wroce w poludnie, poludnie jest, a mnie nie ma. Trzeba sie spieszyc. Jeszcze tylko trzeba otworzyc puszke szczytowa i zrobic wpis w ksiazce wejsc - tak, sa trzy tomy wpisow, w jednym znalajduje puste kartki, pisze: May, Memorial Day, 1997, Noon, Fine Weather, Imie, Nazwisko, of Poland. Cholera, daty nie pamietam, ale ten poniedzialek to byly amerykanskie Zaduszki - Memiorial Day i Amerykanie policza sobie kiedy to wypada. Szkoda, nie mam juz czasu czytac trzech tomow wspomnien, a zdaza sie znalezc tu nawet wpisy pierwszych zdobywcow z lat trzydziestych. Po chwili zastanowienia dorysowywuje jeszcze kilka serduszek z inicjalami, bo przypomnialo mi sie, jak ktos, chyba Ucha, opowiadal, ze rodzina pewnego wspinacza, ktory zginal w czasie zejscia z jakiegos szczytu - wyslala na ten szczyt ekspedycje, zeby sprawdzic jego ostatni wpis i byloby bardziej romantycznie, zeby tam bylo jakies wyznanie milosne niz tylko "fine weather" i "great climb".
Zlaze, ta sama sekwencja ruchow, w odwroconym porzadku, boulder za boulderem, znajduje raki, zakladam na buty, wbijam zeby w stopien za stopniem na "trawersie bogow" i juz siedze przy plecaku dowiazanym do zjazdowki. Troche sie balem tego rozmieklego w sloncu trawersu, a juz zupelnie do szalu doprowadzal mnie helikopter, ktory zaczal wlasnie razyc mi nad glowa, wprawiajac w drzenie cale to niestabilne otoczenie. Tu w Ameryce nigdy nie ma spokoju, ( w Alpach z reszta jest podobnie} ciagle lata cos nad glowa, ryczy, warczy, albo strzela. Pustynie i puszcze sa pustaciami tylko z nazwy - tak naprawde roja sie od sprzetu zmechanizowanego - prawdziwy Amerykanin, czy nieco bardziej urzadzony Polonus nie zniesie takiego upokorzenia jak chodzenie piechota - nawet do najglebszej gluszy wciagnie RV z antena satelitarna i lodzia motorowa na przyczepie, a na innej przyczepie ma pojazd pustynny z napedem na cztery kola, w ostatecznosci wystarcza mu motocykl Harleya Davidsona, i jest chory jak nie moze sobie postrzelac. Po niebie ciagle lataja awionetki i helikoptery, a na rozgwiezdzonym niebie nad pustynia Mojave, o kazdej porze nocy co najmniej cztery gwiazdy to turboodrzutowce, albo wahadlowiec wracajacy z wycieczki na Ksiezyc.
Coz robic, to Ameryka a nie euroazjatyckie zadupie.
Czego chce ode mnie ten helikopter? Czy nie mam moze permitu na to pole sniezne, albo zrobilem kupe na grani, zamiast do wydawanego przez rangerow "Utility Pack", abo co? No na szczescie odlecial i usiadl na lodowcu i czeka. Cos tam sie dzieje, ale nie mam czasu patrzec, bo tu juz 13-ta, a ja siedze okrakiem na grani. Zjezdzam, trzy powietrzne zjazdy [na 30 metrowej linie] i juz laduje na U-Notch, gdzie witam sie z zostawionym termosem i drugim czekanem i tak powoli zbieram sprzet rozwloczony po calej grani, a na dole jeszcze czekaja kijki narciarskie. Dwa lyki goracego kompotu. Zejscie kuluarem U-Notch jest juz czysta fraszka, snieg mieki, moje stare slady nad szczelina brzezna dobrze widoczne. Na dodatek na dole czekaja ratownicy, ktorzy mnie pozbieraja, gdybym polecial. Gdy dochodze do kijkow narciarskich helikopter odrywa sie od lodowca i opada w doliny. Czyzby pilnowal az zejde bezpiecznie? Ci Amerykanie przesadzaja! Ale na autostradach jest podobnie. Gdy nawali samochod i stanie na poboczu autostrady - zaraz ustawia sie za nim Freeway Patrol z migajacymi swiatlami, i czeka az do odholowania, zeby cos na ten samochod nie wpadlo.
Na srodku lodowca spotykam Uche i Doktora z hiobowa wiescia: To nie o mnie chodzilo. Wczoraj mial wypadek w kuluarze na Thunderbolt Peak nasz znajomy, szescdziesiecioletni wspinacz. Spadl 400 m, i zlamal noge w udzie [potem okazalo sie, ze tylko myslal, ze zlamal !!!]. Przelezal cala noc pod szczelina brzezna przykryty tylko lina, a jego partner zbiegl po pomoc, i - choc nie jest to calkiem jasne - przebiegl obok naszego obozu nikogo nie zawiadamiajac o wypadku. A przeciez my mielismy spiwory, plachty, a nawet doktora! W poludnie przylecial helikopter i w koncu zwiozl pacjenta na dol, a poterm jeszcze kilka razy wracalpo sprzet i ratownikow. Ratownicy nie pozwolili Lukaszowi i Doktorowi przylaczyc sie do akcji, bo w Ameryce kazdy ma robic to co do niego nalezy, a nie to co do niego nie nalezy, jakby podsumowal pewien nasz kolega [Najmita], mocno juz w Ameryce zasiedzialy. I tak sie skonczyla nasza przygoda na lodowcu Palisad.
PS Na WEB-ie w newsach rec.climbing znalazlem relacje:
From : David Underwood
Mark Wallace and I climbed Thunderbolt on Sunday. The glacier was clean. We had good snow from Sam Mack Meadows to the top of the Underhill Coulour. It took two axes and some step chopping to make the top. Comming down the Coulour the snow had hardened as it is in the shade most of the afternoon. We rapped about two thirds of the way down, I stepped out onto the snow in the center of the chute which seemed firm and took off. I tried to arrest but the pick would not hold. I went about 500'. I haad some control for about 100' but after that it was an E ticket to below the bergshrund. I felt something snap in my left femur area and my shoulder was dislocated. When mark reached me which took about 45 mins. I had got my pack off and was just trying to get comfortable. He dug a platform for me and put the rope out for me to sit on, helped me get my down vest on under my anorak and went for help. This was about 9:00 P.M. on Sunday. I sat shivering for most of the night. Just before dawn I managed to get my shoulder to go back in place. I could move my leg but it was extremely painful. The chopper finally showed up about 2:00 P.M. monday. The pilot was looking on South fork, they fianally put one of the Inyo serch and rescue members in the chopper. I was able to signal them with the mirror on my compass. I finally saw someone on the moraine about 1000' below. I yelled and they said help was coming. They came up with a litter and lowered me down to the chopper. I can not express what a great job they did getting me out of there. Xrays at the hospital in Bishop showed no broken bones and theyb released me that night. I have a leg that is black from the butt down and can not sit real comfortable but I can hobble around. my shoulder will regain its strength in a few weeks,it has been dislocated before. It was a cold night but I had regular thermals pile pants, glacier pants, light and heavy upper thermals, a down vest, anorak, food, water, balclava, O.R. gaiters, O.R. mits and liners. Just lucky I guess.
Zaraz potem skontaktowalem sie z Davem Underwoodem, ktory zaprosil mnie on na spotkanie Sierra peaks Section; LA Chapter of Sierra Club, ktorej jest prezesem. Po dwuch tygodniach juz mogl chodzic, noga nie byla zlamana, tylko zbita i sina, Dave lekko utykal. Powiedzial, ze w sierpniu moze sie juz wybrac na jakas wspinaczke, np. na klasyczna, wschodnia sciane Mt. Whitney'a i przedstawil mnie autorowi pierwszego przejscia tej sciany Glenowi Dowson'owi - potem byl niezwykly pokaz slajdow Glena - najwczesniejsze zdjecia byly z 1915 roku! Glen i jego brat Muir byli dziecmi, ale zostali dozywotnimi czlonkami Sierra Club za swoje pierwsze dokonania, przy czym dokonaniem jednorocznego Muira bylo juz samo jego imie, kto chodzil po Sierrze to wie dlaczego. Pietnascie lat pozniej Glen pokonal w parze z Underhillem wschodnia Whitneya, gdy w drugiej parze szedl Clyde z Einhornem. Potem jeszcze towarzyszyl slynnemu fotografikowi tego kraju - Anselowi Adamsowi i ..... kiedys moze jeszcze opisze te legendy Sierry.....
Wracajac do Underwooda - zapytalem, czy widzial moje swiatlo na lodowcu - widzial, ale zapalalo sie i gaslo, zapalalo i gaslo, myslal, ze to halucynacja, nie wiedzial tez - ani on, ani jego partner - ze mielismy namioty rozbite tak wysoko, i dlatego az do switu wedrowal w dol po pomoc, nad Trzeci Staw, gdzie juz nikogo nie bylo i dalej, az do Big Pine. Tam zawezwal helikopter, ale cos pokrecil w opisie i do poludnia helikopter szukal Dave'a w dolinie South Fork zamiast w North Fork. "Na drugi raz lepiej przygotuje partnera na taka okolicznosc" powiedzial Dave.
