Żeglarskie "palenie wody"

Janusz Zdanowicz

Po trwającej latami, emigracyjnej "podrózy" po świecie (Australia, Niemcy) rzuciłem cumy w USA. Za przystań od 10 lat służy mi Baltimore, miasto znane z obfitosci wody i żagli. Wykonywany zawód szkutnika zbliżył mnie bardzo do żeglarstwa. Lata emigracji i obcowanie w różnych środowiskach polonijnych, dały mi sposobność do nakreślenia obrazu "Rodacy w świecie"
Pozostawiam umyślnie lata w Australii i RFN, nie różniące się w zasadzie od standartu.
Pierwszym zetknięciem z "rzeczywistością amerykanską" była wizyta w Klubie Polskim na trzeci dzień pobytu w USA. Miła pani nie władająca jezykiem polskim odmówiła mi podania piwa, gdyż ...nie posiadałem członkostwa klubu. Można by przejść nad tym do porzadku dziennego - wszak po to są spisywane statuty czy konstytucje organizaji i trudno z tym polemizować - gdyby jednak nie ...... no właśnie: STAN ORGANIZACJI POLONIJNYCH. Dziesięć lat temu w Baltimore były 4-5 ośrodki z polską nazwą. Dzisiaj nie ma praktycznie żadnej. Na stan taki mamy wpływ MY sami. Nie będę się rozpisywał na ten temat. Wystarczy poczytać relacje z Nowego Jorku czy też prasę polonijną z Australii. Mnie bardziej interesuje żeglarstwo i to co w tym temacie się dzieje. Przyznam że głównym powodem do napisania tego felietonu sa:
  • Artykuł "Raz pod wozem raz na wozie - czyli mały jubileusz w Baltimore" zamieszczony w Nowym Dzienniku w dniu 17 września, przedrukowany w "Żeglarzu" w Październiku 1998 roku.
  • Notatka "Komisji Likwidacyjnej" zamieszczona w ostatnim numerze Biuletynu Informacyjnego "Żeglarz"
  • Postawy reprezentowane przez niektórych naszych kolegów "żeglarzy"
  • Sposób w jaki dokonano likwidacji klubu Spinnaker"
    Trudno mi zabierać głos w sprawie problemów ośrodków N.Y i Chicago. Mimo iż są to lokalne zjawiska, powinny być jasno i otwarcie naświetlane, ku przestrodze innych. Otwarcie - to znaczy publicznie. W rzeczowej polemice i dyskusji. Nie na prywatnych spotkaniach zwolenników i przeciwników.
    Jako temat wybieram ostatnie wydarzenia w Baltimore, sami znajdziecie zapewne wiele podobieństw.
    Fizyka i niektóre reguły zostały naszym rodakom wbite z przesadą do umysłów i w żaden sposób nie mogą się tego pozbyć. Jako przykład można podać zasadę akcji i reakcji Newtona:
    - Każdemu działaniu odpowieda równe mu, lecz przeciwnie skierowane, przeciwdziałanie.
    W życiu kulturalnym, towarzyskim i klubowym oraz i czasami w biznesach zasada ta jest ogólnie stosowana. Ostatnie wydarzenia nie tylko zniecheciły mnie do dalszej WSPÓLNEJ działalności ale udowodniły iż należy mówić o tym otwarcie i głośno. To chyba jedyny sposób do wypracowania innych, korzystniejszych standartów.
    Pragnę przytoczyć kilka zdań z artykułu "Raz pod wozem raz na wozie". Autor, poza przyznaniu sobie wszelkich zasług za działalność w Baltimore napisał:
    Polonijna flotylla w rejonie Baltimore liczy około 10 jachtów. Jak to zwykle bywa niekoniecznie wszyscy muszą się wspólnie bawić. Tak w ogóle, to nasilaja się tendencje separatystyczne i indywidualizm wieku dorosłego, czego dowodzi ponad dwuletnia przerwa (zanik) w działalności " Spinnakera" jako klubu. Oczywiście życie towarzyskie w podgrupach kwitnie w najlepsze - i może o to właśnie chodzi. " - koniec cytatu.
    No własnie !? Może o to własnie chodziło?
    W sierpniu 1995 roku, grupka ludzi pod wodzą Jacka Sołtysa, zapoczątkowała działalność pod nazwą klubową "Spinnaker". Wybrano zarząd i Komandora. Zorganizowano regaty. Klub uzyskał status Organizacji Niedochodowej. Po pierwszym sezonie, autor artykułu, pogniewał się, "zwinął żagle" i założył "Kubryk u Jacka" Nie opłacając kolejnej składki przestał być członkiem klubu. Od tego momentu, wszelkie niezależne działania nie przynoszące żadnych dochodów klubowi, zapoczątkowały rozkład klubu. Stało się to być może dlatego iż kto inny został wybrany komandorem , być może czyjaś "przywódcza rola" nie została zaakceptowana. Opinie na ten temat są podzielone.
    Umyślna, niezdrowa atmosfera tworzona wokół klubu i Komandora, doprowadziła do zaniku działalności. Można by mieć pretensje i do samego Komandora. Pytanie jednak dlaczego w przecigu następnych dwóch lat nikt nie zaproponował zebrania i zmiany komandora czy zarzadu? Komandor nie jest odpowiedzialny za całokształt działalności klubu i wykonywanie wszystkich czynnosci zwiazanych z działalnością. Klub i sukces tworzą członkowie. Komandora łatwo jest zmienić, mentalność raczej trudniej.
    Sam, nie będąc członkiem użyczałem sprzetu i poświęcałem czas dla dobra klubu. Po rozmowie z Komandorem i za jego przyzwoleniem, bez PRZEKAZYWANIA JAKICHKOLWIEK UPRAWNIEN postanowiłem podjąc próbę reaktywowania klubu i naboru nowych członków. O działaniu moim wiedzieli wszyscy ze stron 'Spinnakera" na internecie i rozmów przeprowadzonych z wieloma członkmi klubu. Obiecałem bezpłatnie przekazać jacht do celów szkoleniowych i turystycznych.
    W przeciągu sześciu miesięcy zwerbowałem 20 nowych kandydatów (potwierdzonych opłatą wpisową. Warto nadmienić iż przez cztery lata naliczono tylko 15 członków ) i uzyskałem obiecaną jednostkę. Wraz z Komandorem zamierzaliśmy zwołać w terminie ustawowym 10-ciu dni zebranie członków w celu omówienia dalszej działalności klubu. Na wieść o tym..... "Kubryk" wykazał zadziwiającą aktywność. W przeciągu trzech dni zwołano zebranie na 17 października. Pisemnie zostałem zaproszony do wzięcia udziału ( umyślnie jak przypuszczam na godz. 20 ). Po przybyciu okazało się że moja grupa (nowych członków) nie została wpuszczona na salę przez kolegę Jacka z tłumaczeniem iż jest to zebranie zamknięte. Ponadto zebranie właśnie się kończyło, gdyż rozpoczeło się zgodnie z planem o godz. 18. Wszystko zostało już uzgodnione.
    Z relacji wynikało iż zebranie od poczatku było prowadzone i nastawione wyłącznie na rozwiazanie klubu. Wogóle nie omawiano możliwości reaktywowania klubu. Główne "skrzypce grał" oczywiście "Kubryk". Wybrano przewodniaczacego Komisji Likwidacyjnej. Po kilku tygodniach okazało się że w nie zrozumiałych okolicznościach wszelkie uprawnienia i prowadzenie rozwiązania zostały przekazane osobie nie będącej od lat członkiem klubu czyli "Kubrykowi". W dniu 20 grudnia odbyło się kolejne zebranie o którym dowiedziałem się ze sprawozdania "Komisji Likwidacyjnej" już po rozwiązaniu klubu. Z krótkiego sprawozdania wynika iż:
    - obecnych było 9 członków i 6-ciu głosowało "by proxy" bez obecności Komandora klubu.
    - w wyniku głosowania, stosunkiem głosów 11 za rozwiazaniem i 4 przeciw, klub rozwiązano
    - głosowano nad udzieleniem absolutorium - wszyscy członkowie, oprócz Komandora, absolutorium otrzymali
    - głosowano nad zasadnością decyzji byłego Komandora o przekazaniu uprawnień do reprezentowania i występowania w imieniu organizacji osobie nie będącej członkiem klubu ( czytaj: Janusz Zdanowicz)
    - Walne zebranie uznało to za nielegalne.
    Sprawozdanie nie wspomina natomiast że:
    - Głosowano dwukrotnie. Głosowanie zostało przerwane ( przy niekorzystnym wyniku) i zarządzono długą dyskusje w celu przekonania osób przeciwnych rozwiazaniu do zmiany decyzji.
    -Nie podano głosów "za" i "przeciw" rozwiazaniu "by proxy". Z relacji wynika iż cztery osoby na zebraniu początkowo głosowały "przeciw". Plus cztery "by proxy" przeciwne i dwie za rozwiazaniem.
    czyli 4+4=8 -przeciw 5+2=7 -za, co według statutu przesądziło sprawe. Klub powinien zostać.
    Podobno głosowanie zarzadzono przy równej ilości głosów!? Gdyby nawet?
    Artykuł VII konstytucji klubu mówi iż: The Association may be dissolved by two-thirds vote of the Association membership present in person or by proxy.
    Przewagi takiej nie uzyskano. Dlaczego więc klub rozwiązano? Statut nic nie mówi o głosowaniu do skutku !
    Manipulacja glosami i członkami klubu doprowadziła do takiego stanu. Komu na tym zależało? Idiotycznie wygląda głosowanie nad legalnością działań komandora, przy nielegalnym zgromadzeniu.
    Jeden z uczestników wspomina iż oddał głos "za" , "aby iść już do domu". Mottem dyskusji były natomiast obawy Jacka iż "tak dobre imie i dorobek może być zmarnowany jezeli przekaże się klub komu innemu" ??!! Prawnie może i takie rozwiazanie jest możliwe i ma sens. O ile zostanie uczciwie przegłosowane. Czy moralnie TEŻ?
    Czy należy spalić nasz dom przed śmiercią, aby dzieci nasze nie miały gdzie mieszkać? Palić za soba mosty?
    Powrócę na chwile do tekstu z "Raz pod wozem.... ". Kolega Jacek pisze:
    "Jako, że idziemy z postępem czasu, (czyt. płyniemy) w Baltimore "żyje i tworzy" gość - spec od internetu. Z prowadzonych przez niego żeglarskich stron niejednego można się dowiedzieć, tak o żeglarstwie jak i o samym autorze" - koniec cytatu. Podpisano: Krakowianin tymczasowo baltimorski.
    Chwalebne to i zacne iż moja osoba została zauważona. Zwraca jednak uwagę cudzysłów w słowach "żyje i tworzy". Mogę się tylko domyślać że działalność "Kubryka" przyniosła sławę i dobrobyt dla "Spinnakera", moja natomiast była wywrotowa. Od lat działalność moja jest nastawiona na działanie w grupie, zespole. Tego mnie nauczono. Przez dziesięć lat byłem członkiem Kadry Narodowej w sporcie opartym na działaniu w zespole.
    Na czym zatem polega pozytywna działalność? Po "rozwodzie" ze Spinnakerem, "Kubryk" organizował wiele wielce potrzebnych i przydatnych imprez łacznie z Festiwalem Piosenki Żeglarskiej. Wszystko na bazie i wydatnej pomocy braci żeglarskiej. Nie rozliczana i nie przynosząca dochodów dla klubu działalność, przyczyniła się do załamania organizacji powstałej na bazie sympatii do morza i żagli.
    Dla przykładu - zwołane spotkanie Komandorów klubów żeglarskich wschodniego wybrzeża, przy okazji Szant Baltimorskich bez zaproszenia Komandora rodzimego klubu, samowolny i nie konsultowany z innymi ośrodkami wyjazd i reprezentowanie żeglarskiej Polonii Amerykanskiej w Krakowie na festiwalu szantowym. Podnoszenie cen za udział w Baltimorskim Festiwalu w celu pokrycia kosztów wyjazdu, fundowanie nagrody na Krakowskim festiwalu od Polonii Amerykanskiej - przyjazd A. Koryckiego za który my wszyscy zostaliśmy zobowiązani zapłacić (spotkanie w Cape May i komplikacje wynikłe ze zmiany programu). To przykłady "pozytywnej działalności"? Pozytywnej działalnosci grupowej i klubowej? Jak do tej pory nie znalazłem osoby z którą było to konsultowane. A powinno siłą rzeczy, wszak chodzi o NAS wszystkich. Żeglarzy !!
    Nic dziwnego że co poważniejsi odchodzą i usuwają się w "cien". W atmosferze takiej trudno jest cokolwiek wspólnie zorganizować. Wstydem jest utożsamiać się z takimi klubami czy organizacjami. W wiekszości klubów na świecie, przynależnośc to zaszczyt. W naszych klubach, raczej odwrotnie. Nawoływanie do kolejnych spotkań okazać się może coraz trudniejsze a Ci co NIC jeszcze nie dokonali zawsze będą mieli usta wypełnione krytyką. Jeżeli już ktoś odważy się, natychmiast stosowane jest prawo Newtona i fala krytyki przelewa się przez "burty".
    Z każdej działalności należy wyciągać wnioski. Działalność powinna być rozliczona. To fakt. Ale nie w sposób przez niektórych stosowany. Ze wstydem wspminam wystapienie jednego z naszych "żeglarzy" podczas spotkania w Cape May. Uważam iż tacy powinni zobaczyć jak wygladaja ich jachty - a na tym trochę się znam - by pózniej krytykować działalność innych. Organizacje imprez przez osoby prywatne, na bazie społecznej w samym założeniu maja aspekt konfliktu. Dlaczego mamy popierać prywatną działalność przynoszącą w wiekszości przypadków szkodę wspólnemu działaniu? Doceniam tych którzy z racji braku chętnych próbują ratować sytuacje. Jezeli już na to przyzwalamy, przyjmijmy to za fakt dokonany. A po wyciągnięciu wniosków, unikajmy podobnych sytuacji.
    Kto ma korzyści z festiwali w Baltimore czy Nowym Jorku? Czy aby napewno kluby żeglarskie?
    Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Jerzego Surdykowskiego (Konsul Generalny w N.Y w latach 1990-96) z artykułu w Gazecie Wyborczej nr.51
    "W USA Polacy róznią się od żydów dwiema cechami. Jeśli ktoś zaatakuje Icka, to Mosiek, Dawid i Szlomo stają za nim murem, nawet jeśli uważają go za "szmondaka". Jeśli ktoś zaatakuje Franka, to Józek i Zośka śmieją się, że Franio dostał po ryju. Po drugie: jeśli żydzi organizują bankiet na cele społeczne, to najtansze miejsce kosztuje 500 dolarów i sala jest pełna. Jeśli na polskim bankiecie na podobne cele miejsce kosztuje 50 dolarów, to cała Polonia aż huczy od plotek, "kto na tym zarobił". Jeżeli mamy cokolwiek organizować - obierzmy bardziej doniosły cel. Jako kolejne spotkanie '99 proponuje zorganizować dla uczczenia (i może ponownie w Cap May) sukcesów braci Zaleskich. Prawdziwi żeglarze, sportowcy odnoszacy swoje sukcesy zawsze pod polską banderą, rzadko są na Waszych ustach. Nie często mówi się o ich sukcesach. Jest okazja wykazać przywiązanie do żagli i tradycji morza. Jest okazja propagować Polonię i jej sukces ! Nie upadki. Złóżmy się np. po $200 na spotkanie i choćby częściowe pokrycie kosztów udzialu "Twins" w kolejnych Mistrzostwach Świata. I z tego bądzmy dumni. Zaprośmy cała Polonię do tej akcji !! Wykażmy zespół ludzi zdolnych pokonać i przetrwać w niekorzystnych warunkach "tego systemu". Sukcesy odnosi się tylko w zespole - czego NAM wyraźnie brakuje !!
    Po wielu miesiącach pracy i dużych kosztach, uruchomiłem Żeglarskie Strony na internecie z myślą o wymianie doświadczeń i pogladów. Po roku czasu, moża znaleźć tam tylko uwagi i krytykę nie licząc innych bzudr otrzymywanych poprzez E-mail. Nikt natomiast z wielkich "żeglarzy" nie odważył się opublikować swoich doświadczeń czy rad. Czy faktycznie takich doświadczeń brak? Czy brak juz pozytywnych poczynań. Zacznijmy mówić o sobie, tworzyć dla siebie i potomnych. Chwalimy się indywidualnymi dokonaniami i rejsami bez społecznej korzyści. Pokażmy swiatu tych którzy na to zasługuja. Pokażmy też tych którzy na to nie zasługuja.
    W przypadku Baltimore nikt nie walczył o uratowanie "tonącej jednostki". Odkręcono zawory !?
    Brawo koledzy "żeglarze- spiewacy" !! Spiewać to może chcecie, ale z Krakowa do morza i żeglarskich zasad daleko, jak widać.


    Ameryka