Pająk

Przemek Zambrzycki

Eanglish version

Śnił mi się pająk. Był ogromny. Stałem przed nim a jego kolosalne nogi czyniły wrażenie szkieletu gigantycznego parasola z którego czas zdarł materiał. Nie spuszczał ze mnie swojego wielokrotnego spojrzenia. Brak powiek czynił jego wzrok głęboko przenikliwym, wiążącym uwagę do końca. Po pewnym czasie przestałem się bać. Nie widziałem już ogromnych szczęk i mnóstwa porośniętych szczeciną nóg, tych ogromnych zamarłych w pozornym bezruchu nad moją głową i małych, drobnych poruszających się z szaleńczą szybkością. Przestałem się bać. Oglądałem spokojne odbicie mojej twarzy w mnóstwie jego błyszczących doskonałą czernią oczu. Momentami nie widziałem już przed sobą pająka lecz tylko powieloną w odbiciach moją twarz. Wbrew fizyce każda z moich twarzy miała inny wyraz. Twarze zwolna zmieniały się. Jedne wyglądały starzej inne jak z licealnej fotografii. Nie wiem skąd wiedziałem, że pająk zacznie od splotu słonecznego i będzie konsekwentnie i powoli mnie rozszarpywał a głowę zostawi na koniec. Byłem pewien, że nie stracę przytomności i wyobraziłem sobie ból który mnie czekał. Uciec nie było jak.

Oczy miał rozmieszczone na całej głowie. Sprawiał wrażenie batyskafu którego front uzbrojony jest wieloma reflektorami i wziernikami rozmaitej wielkości. Czworo ogromnych oczu osadzonych obok siebie w równym rzędzie patrzało na mnie wprost a inne mniejsze oczy porozrzucane po całej jego głowie w pozornie przypadkowych miejscach, pomagały pająkowi uzyskać mój dokładny trójwymiarowy obraz. Podobno przez oczy widać dno duszy. Jednak oczy pająka wypełnione były nieskończoną czarną otchłanią z którą nie sposób się skontaktować. Nie było tam żadnej myśli, żadnej emocji, żadnej duszy. Może to właśnie czyniło pająka doskonałym, nieprzekonywalnym, nieprzekupnym, niereformowalnym, mechanicznym prawie tworem.

Nie do wyobrażenia jest aby pająk mógł popełnić błąd. Jego wrogiem może być tylko zbieg okoliczności któremu nie sprosta jego instynkt i wydajność organizmu. Jego działanie było równie perfekcyjne jak absolutna funkcjonalność jego części składowych - proste i bezwzględne jak sześcian z hematytu. Pająk dokonywał jedynie tego co było niezbędne w danym momencie. Nie mógł inaczej toteż nawet widząc jego przejrzysty cel nie można go było nienawidzieć, nie można było uciec od fascynacji.

Pająk był formą doskonałą. Mimo ogromnych rozmiarów nie wydawał dzwięku. Jego stawy pod ciężarem jego tułowia powinny były wydawać jakiś chociażby drobny zgrzyt a poruszające się błyskawicznie maleńkie szczypce rozmieszczone wokół szczęk powinny były szeleścić. Pająk jednak był nieskończenie cichy. Nie posiadał również zapachu, który powinien być naturalną konsekwencją bycia drapieżnikiem. Jako istota która spędza całe życie w ciemnych, pełnych pyłu zakamarkach logicznie powinien być brudny i zakurzony. Nie był. Półprzezroczysta chityna która wypełniała jego ciekły organizm była nabrzmiała, błyszcząca i idealnie czysta. Każda część jego ciała była tworem dokładnym, miała swoją funkcję, wykonywała ją precyzyjnie i nic ponad to. Widziałem w tej funkcjonalności głęboką elegancję i aż zadziwiało dlaczego ewolucja poszła na przód porzucając tak wspaniały produkt po drodze. Pająk był dziełem zakończonym, idealnym.

Długo potem czekałem na ten sen ale już nigdy mi się nie przyśnił.


Swiat