
Ostatni cieć
Pod koniec lipca o siódmej po południu już od trzech godzin siedziałem w restauracji Fiorellos naprzeciwko Lincoln Center i zastanawiałem się, jak poprawić swój los. Siedziałem przy jednym z dwunastu ustawionych na ulicy stolików osłanianych przez dwanaście parasoli w błękitno-białe pasy zaprojektowane przez sławnego francuskiego designera Jean Marie Cottarde.
Gdzieś niedaleko tłukł się huragan Alan i powietrze było gęste od upału. Po pierwszym podwójnym scotchu pomyślałem, że warto by się przenieść do środka, gdzie musiało być chłodno i przyjemnie, ale po trzecim machnąłem na to ręką. Gdzieś tak koło ósmej szklane ściany w Metropolitan Opera ściemniały i przestały przez nie przeświecać latające człeko-ryby na malowidłach Chagalla.
Tymczasem tłum na Broadwayu zgęstniał. Przez połyskujące perłami i brylantami pary biegnące na koncert w Metropolitan przepychali się rozebrani do pasa czarni chłopcy na wrotkach. Japońscy turyści, przyciskając do piersi kamery, opędzali się przed prostytutkami i transwestytami, którzy jak zawsze punktualnie o siódmej wysypali się z irlandzkiego baru na 61. Ulicy. Parę metrów ode mnie szpakowaty mężczyzna w garniturze od Armaniego, butach od Brooks Brothers i koszuli Perry'ego Ellisa okładał pięściami budkę telefoniczną i krzyczał coś do aparatu, ale zagłuszało go poganiające się klaksonami kłębowisko samochodów.
Zamówiłem kolejnego scotcha i żeby szybciej zakończyć wieczór, popiłem go heinekenem. Szpakowaty mężczyzna po raz ostatni kopnął budkę telefoniczną, rzucił na stolik koło mnie wygnieciony lipcowy numer "People Magazine" i zniknął w tłumie. Z okładki magazynu popatrzyła na mnie niechętnie twarz Johna Jeffersona Caine'a. Cały magazyn, podobnie jak wszystkie inne w tym tygodniu, wypełniały artykuły, plotki i wspomnienia o J.J.C., jego zdumiewającym życiu i zaskakującej śmierci.
Od kilku lat ten największy designer wszech czasów, zwany Leonardem da Vinci naszego wieku, odsunął się nieco od świata. Na pustyni w Teksasie zbudował gigantyczny zamek poskładany z większych i mniejszych kawałków sławnych budowli i zabytków architektury. J.J.C. zamieszkał w nim samotnie ze swoją żoną Sonią, paroma tysiącami służby i oddziałem ochroniarzy.
I oto w zeszły czwartek świat wstrzymał oddech. Zamiast rewanżowego meczu NBA Knicks - LA Lakers i programu "60 minutes" o rosyjskiej mafii wszystkie kanały telewizji nadały transmisję z nagłej i niespodziewanej śmierci geniusza. Wielki designer leżał w zaprojektowanym przez siebie w czerwcu 2005 roku sławnym, sześciometrowym łożu z baldachimem, ubrany na tę okazję w legendarną piżamę w kolorze bizantyjskiego złota. Nad jego twarzą przygotowaną przez błyskawicznie sprowadzonego z Rzymu mistrza make-upu Salvadore Belliniego pochylały się setki kamer filmowych i las mikrofonów. Dwa miliardy ludzi na pięciu kontynentach w napięciu czekały na ostatnie słowo geniusza. W straszliwej ciszy słychać było tylko szlochanie Stevena Harrisa, wieloletniego szefa bodyguardów, który patrzył bezradnie, jak J.J. Caine drżącą ręką sześciokrotnie próbuje podnieść do ust widelec z kawałkiem swojej ulubionej potrawy - węgierskiego gulaszu. Za szóstym razem ręka wielkiego starca opadła i okrągła kulka czerwonego mięsa potoczyła się po śnieżnobiałym dywanie będącym wymyśloną osobiście przez Caine'a kombinacją kitajskiego jedwabiu, afgańskiej wełny i marokańskiego kaszmiru. Po czym słabnące usta wyszeptały coś, co niektórzy zrozumieli jako "fuck", a inni jako "God bless America", i największy geniusz naszych czasów na zawsze zamknął oczy.
Po kilkudniowych uroczystościach pogrzebowych, spaleniu ciała wielkiego człowieka i rozsypaniu prochów zgodnie z wolą zmarłego nad teksaską pustynią nastąpiła seria tajemniczych katastrof. Jeden po drugim eksplodowały odrzutowce linii Caine'a, którymi uczestnicy żałobnych uroczystości opuszczali zamek. Sprawców nie schwytano. Początkowo posądzano o to islamskich fundamentalistów, ale żadne ugrupowanie nie przyznało się do zamachu. A pułkownik Kadafi oburzony posądzeniami przypomniał, że wszystkie jego wieczorowe kreacje, podobnie jak mundur Saddama Husajna i błękitny garnitur Miloszevicia, były zaprojektowane przez J.J.C.
W katastrofach zginęło parę tysięcy osób. Były wśród nich dwie supermodelki, których śmierć tuż przed jesiennymi pokazami opłakiwały miliony prostych ludzi na całym świecie.
Tymczasem zapaliły się latarnie na Broadwayu, potem światła w Lincoln Center i skrzydlate postaci Chagalla znów zawirowały w powietrzu.
Zamyśliłem się nad przemijaniem chwały świata, ale tylko przez chwilę. Bo mężczyzna, który usiadł przy stoliku obok, zaczął dość nachalnie wbijać we mnie podpuchnięte niebieskie oczka.
Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Miał nogi krótkie, tułów długi, czoło wąskie, kark czerwony, nos perkaty, włosy szare zaczesane do góry z falą, policzki też czerwone, trochę obwisłe. Na pierwszy rzut oka wyglądał swojsko, ale coś się tu nie zgadzało. Bo wielkie czerwone łapy wystawały z rękawów eleganckiej marynarki, a na krótkim owłosionym paluchu miał pierścionek z diamentem, który pobłyskiwał jak prawdziwy. Chwilę potem zakręcił się koło mnie czarnowłosy kelner z kolczykiem w uchu, jednym ruchem rozstawił mały stoliczek, umieścił na nim kubełek z lodem owinięty lnianą serwetą i litrową flaszkę Chopina. W ślad za nimi nad stolikiem pochylił się mój sąsiad.
- Sądząc po twarzy, pan rodak? - zagadnął.
Kiwnąłem głową, a on sapnął z ulgą i opuścił się na krzesło.
- Na imię mam Kuba - powiedział. I o wiele za mocno uścisnął mi rękę. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, potem dźgnął paluchem okładkę magazynu.
- Wpadło może panu coś w ucho o loterii Caine'a?
Pytanie nie miało sensu. Wszystkie kanały telewizji od paru miesięcy bez przerwy zajmowały się tą loterią. Wiedział o niej cały świat.
Dla porządku przypomnę najmłodszym czytelnikom, że jednym z największych osiągnięć J.J.C., które ugruntowało jego sławę i fortunę, było wykreowanie i ofiarowanie mężczyznom na całym świecie niezależnie od religii, koloru skóry i przekonań politycznych obcisłych majtek z królewskiej bawełny. Majtek, które - jak zgodnie podkreślali wszyscy krytycy mody - raz na zawsze wydobyły męskie pośladki z anonimowości. Do każdej pary dołączona była pięcioletnia gwarancja i bilet na loterię. Zwycięzca miał otrzymać tuzin legendarnych majtek z dedykacją, a także roczną posadę dozorcy w zamku z pensją dwieście tysięcy dolarów miesięcznie.
Trudno się dziwić, że posada ta stała się przedmiotem marzeń nie tylko setek tysięcy najbardziej obiecujących młodych Amerykanów, ale także milionów nielegalnych imigrantów, od kilku pokoleń czekających na zieloną kartę zezwalającą na stały pobyt w Stanach Zjednoczonych. A nagrodzony Pulitzerem za cykl esejów o modzie na Bliskim Wschodzie John Freeman napisał w "New York Timesie", że loteria Caine'a to symbol demokracji i urzeczywistnienie American Dream.
Losowanie odbyło się w Waszyngtonie jako najważniejszy punkt obchodów Święta Niepodległości. Dzień później niespodziewanie umarł Caine i zapewne dlatego osoba zwycięzcy nie uzyskała należytego rozgłosu. Szczerze mówiąc, nie byłem nawet pewien, kto wygrał.
- To byłem ja - mężczyzna, który przedstawił się jako Kuba, wychylił szklankę Chopina i wprawnie nalał sobie nową.
"Oszust albo wariat" - pomyślałem, popijając piwem swoją działkę. Uśmiechnął się gorzko, jakby czytał w moich myślach i pokiwał głową.
- Widzę, że mi pan nie wierzy. Czy w takiej sytuacji pozwoli pan, że mu opowiem historię swojego życia?
Co było robić? Kiwnąłem głową i nalałem sobie nową szklankę.
Opowieść Kuby
Z góry zastrzegam, że nie posiadam odpowiedniego wykształcenia i nie podejmuję się tak pięknie wylać moich myśli, jak to robią nasi wielcy poeci, pisarze, reżyserzy filmowi czy autorzy książek naukowych. Zaznaczam tylko, że przechodziłem koleje losu. Żeby nie być gołosłownym, powiem, że w wiosce Zarzecze pod Włoszczową, gdzie ujrzałem światło dzienne, było nas sześcioro rodzeństwa. Mój ojciec był postawnym kowalem i nie odmawiał sobie zachcianek.
Żyliśmy w takiej biedzie, że jak skończyłem pięć lat, wszystko, co dostałem na urodziny, to był patyk do pasania krowy. Zaraz potem matka zapowiedziała, że na listopad spodziewa się choroby. Ostrzegła ojca, żeby przestał się bawić na wesoło, tylko pomyślał poważnie, bo będzie jedyną głową rodziny. Ale było już za późno, bo ojciec się dawno zepsuł i rozpróżniaczył.
W listopadzie zgodnie z obietnicą matka położyła się do łóżka. Jej choroba rozwijała się, aż doszła. A zaraz po pogrzebie ojciec całą naszą szóstkę porozdawał.
Nie wiem jak reszta, ale ja trafiłem do dalekiej ciotki w Kielcach. Jej mąż był komunistą, ale tylko parę tygodni, bo zginął pod końską platformą. Sama ciotka pracowała w branży prostytucyjnej. Dzięki temu miałem sposobność zapoznać się z ciekawymi ludźmi różnej marki. Przez samą ciotkę byłem lubiany pod każdym względem i otrzymałem od niej wychowanie moralne i umiłowanie przyrody. Ponadto stały klient, Włosiak Antoni, z zamiłowania nauczyciel, poinformował mnie nieodpłatnie, jakie książki trzeba czytać, żeby nie iść na oślep po ścieżkach życia. Tak więc żyłem, opływałem i jadłem tak na co dzień, jak wielu nie pozwala sobie od święta.
Mój los zrobił się nie do pozazdroszczenia, dopiero kiedy po upadku komunizmu podniósł się poziom usług. Bo z dnia na dzień ciotka zaczęła tracić klientów, zarabiać tyle co nic i jadać niezdrowo. Wtedy z płaczem zdecydowała się wysłać mnie do pracy przy budowie osiedla. Mimo ambicji, wrodzonej inteligencji i smykałki jako niepijący trunków byłem przez współtowarzyszy źle traktowany. Aż do dnia, kiedy się z wyrachowania upiłem na śmierć i życie i dopiero wtedy przestałem być dla nich komunistą i chamem.
Równocześnie z moją pracą szła nielegalna emigracja do Ameryki. Brat Majstra, który miał na Brooklynie Drugiego Brata Amerykańskiego, jechał tam przez Kanadę. Do Kanady można było dostać wizę dosyć nawet łatwo, a do Ameryki, jak pan na pewno wie, już dużo trudniej.
Krótko mówiąc, żeby nie przeciągać, dałem się namówić, pożegnałem ze łzami w kolejności najpierw osobiście ciotkę, a potem listownie resztę rodzeństwa, z którym nie miałem kontaktów, i wyruszyłem legalnie w drogę do Toronto. A stamtąd po cichu, za łapówkę, tirem kanadyjskim do Ameryki, okrakiem na krowach z walizkami w ręku.
Droga była ciężka i długa. Ponieważ rogacizna była zbita ciasno w ilości 80 sztuk, bagaży nie można było kłaść na podłodze, boby zostały jak nic rozdeptane. Po dwóch godzinach wyciągnęły nam się ręce, a po czterech zaczął się, zwłaszcza u kobiet, płacz i zgrzytanie zębów. Było zimno, ale kiedy poprosiłem sąsiada na krowie obok, który wiózł cztery litry i sam popijał, aby udzielił mi kieliszek wódki, bo cierpię dreszcze, odmówił, że wiezie na prezent. Zresztą bydełku też nie było lekko, bo całą drogę ryczało.
Na granicy policja imigracyjna nawet do tira nie zajrzała i w miejscowości Buffalo nasza gromadka osiemnastu chłopa i cztery baby z radosnym płaczem ucałowała ziemię amerykańską. Z początku wybuchła krótka awantura, bo jeden z naszych nie wytrzymał po drodze i urżnął krowie ucho na portmonetkę. Ale to tam pierwsze koty za płoty.
Nie będę się panu spowiadał z pierwszych lat w Ameryce. Powiem tylko, że jechałem za ocean pełen fantastycznych marzeń zaczerpniętych z literatury fikcyjnej, a Ameryka nie okazała się dla nas ani matką, ani nawet ciotką.
Z samego początku po przygodach dotarliśmy na Greenpoint. Tam Amerykański Brat Majstra za pieniądze przerabiał ludzi na Amerykanów - ubraniem i strzyżeniem. Był chytry, nie miał wstydu i kłamał lepiej niż adwokat, a jego obie siostry czerpały korzyści, prowadząc szkołę języka angielskiego dla Polaków, przy czym uczyły nie mową, tylko mimiką. Do tego odnajmowały pokoje umeblowane materacami przy ulicy Nassau, niedaleko rogu Greenpoint Avenue. Pracując przy remontach, spaliśmy pokotem, mając na dziewięciu tylko jedną patelnię na jajecznicę, która w końcu zarosła, odmówiła posłuszeństwa i przestała smażyć. Ale właśnie wtedy rzeczy przybrały obrót.
Amerykański Brat Majstra, nosząc się z zamiarem ożenienia, chciał się pokazać i zakupił jedną parę ozdobnych majtek z loteryjnym biletem. Potem, jako że odstąpił od projektu, mimo że się wykręcałem, wcisnął mi na siłę majtki zamiast zapłaty za dzień robocizny na budowie. Już mówiłem, że ten Brat był nabieracz, po którym się można było wszystkiego spodziewać. Kiedy wyszło na jaw, że te majtki wygrały główną nagrodę, najpierw chciał mnie z nich obrabować, wywijając nożem. A kiedy przyjechała telewizja i zaczęła mnie filmować, ze złości targnął się na siebie, zresztą nieskutecznie, bo nie namydlił stryczka i się wymsknął. Reszta kolegów podzieliła się na dwie grupy - takich, co mnie chcieli poderżnąć, i drugich, co mi się bez litości przypochlebiali. Otrzymałem też kilka nachalnych propozycji małżeńskich i co wracałem do domu, na materacu czekała w gotowości jakaś rodaczka.
Zaraz po mojej wygranej pan Caine zamknął powieki. Pomyślałem, że wszystko przepadło, Bóg dał, Bóg wziął, a koledzy odetchnęli i się ze szczęścia upili. Ale nie tak prędko, bo proszę, przed siódmą z rana na ulicę Nassau zajechała biała limuzyna, a w środku czarny szofer z wykrochmaloną koszulą i biletem pierwszej klasy. Ulica się zleciała. Koledzy z nienawiści zrobili flaszkę, a ja obwiązałem walizkę sznurkiem, i w drogę. Lot do zamku miałem niespokojny przez to, że byłem za jedynego pasażera, w związku z czym tańczono koło mnie, wypytywano i nie dano uciąć drzemki.
Osobiste lotnisko pana Caine'a było nie za duże, na jakieś góra sześć samolotów, ale zadbane. Po wylądowaniu przeprowadzono mnie do sali sklepionej, odmalowanej pięknie jak w kościele. Następnie według przepisów przepuszczono przez rentgen moją walizkę, w której miałem to, co mężczyzna w stanie kawalerskim powinien zabrać, jak się szykuje do objęcia dozorcostwa, czyli dwa kilogramy suchej kiełbasy, parówki, litrowego Chopina, skarpetki na zmianę, Matkę Boską Częstochowską, szczęśliwe majtki, ekstra koszulę, grzebień, lusterko, maszynkę do golenia z zapasem, młotek, gwoździe i pułapkę na myszy typu gilotynka. Po sprawdzeniu walizki celnik kazał mi się położyć na taśmie i, zresztą z całym szacunkiem, osobiście włożył mi palec w rękawiczce w tyłek.
Po szczęśliwym zakończeniu kontroli stanowisko przyjazdowe zostało zwinięte i cała obsługa ustawiła się w kolejce do odlotów, która ciągnęła się długim wężem, szumiąc, hucząc i hałasując. Kotłowało się w niej trochę ekstraeleganckich gości, ale przeważali muzycy i kelnerstwo, często egzotyczne, któremu w walizkach i kieszeniach brzęczała zastawa. Co gorsza, poniektórzy dźwigali obrazy w ramach, fotele, kolumny małe z czarnego marmuru albo w kilku naraz ozdobne kanapy. Nie wiedziałem, jak mam reagować, bo złodziejstwo rzucało się w oczy, a z drugiej strony nie objąłem jeszcze oficjalnie cieciostwa. Na wszelki wypadek opuściłem się na skórzany fotel i pomyślałem, że najlepiej udawać głupiego. Najpierw podniosłem oczy na sufit, na którym brodaty chyba Pan Bóg wygrażał paluchem, przeżegnałem się, udałem, że śpię, i zasnąłem.
Obudziło mnie szturchanie. Obok stała dorodna kobieta, która się przedstawiła jako kucharka. Miała pięknie owłosione nogi, pod służbowym fartuchem huśtały się puszczone luźno balony, w jednym ręku ściskała talerz zupy fasolowej, a wolnym łokciem mnie szturchała. Coś w niej było ujmującego za serce i mogę uczciwie przyznać, że od pierwszego wejrzenia zaczęła na mnie oddziaływać. Ona zresztą też przewracała oczami. Jak się okazało, widziała mnie przez chwilę z daleka w telewizji, ale żeby z bliska, to tak sławnej osobistości jeszcze nie oglądała. Znaczy, poza panem Caine, ale to było dawno i nieprawda.
Wyglądała na opaloną, jakby wróciła z wakacji, ale się zaraz wyjaśniło, że nie o to chodzi, a opaleniznę ma po rodzicach, jako że pochodziła oryginalnie z miejscowości Juares nad rzeką Rio Grande przy samej granicy Meksyku z Teksasem. Jedząc ze smakiem zupę, trochę dla mnie ostrą, ale konkretną, żeby nie tracić czasu, wypytywałem, czy coś jej w ucho nie wpadło. Ale wiedziała tylko tyle, że nic nie wiadomo, jest bałagan, wszyscy się zwijają, a ja chwilowo mam się udać do matki pana Caine'a, czyli Starszej Pani Caine, od której mam zafasować czek. Zapytała też otwarcie z ujmującą szczerością, czy chciałbym, żeby mi opowiedziała swoje życie. Z uprzejmości i dla zabicia czasu powiedziałem, że oczywiście tak. Ale zanim wzięła oddech, do poczekalni wjechał bez wahania mimo lakieru na podłodze czerwony samochód, chyba nawet może i Rolls-Royce. Za kierownicą zamiast Murzyna siedział młody, ale mało uprzejmy szofer, który wrzucił byle jak moją walizkę do bagażnika. Był ubrany z igły, przylizany na gładko, a oczy mu się świeciły jak pochodnie.
Pożegnałem się naprędce. I już za chwilę pędziliśmy po chodnikach, parkietach, asfaltach, a nad nami przygrzewało neonowe słoneczko, które wolniutko przesuwało się po suficie udającym niebo tak sprytnie, że się można było nabrać.
Zagadywałem do szofera, jak to się dziwnie plecie, że pan Caine umarł, a jego matka ciągle żyje, i zapytałem, czy ona sama jest ludzką kobietą, ale przenicował mnie takim wzrokiem, że przestałem się odzywać. Za to, co prawda to prawda, jechał fachowo i z drygiem. Przelatywaliśmy obok muzeów chyba, restauracji pozamykanych mimo wczesnej pory, piramid znanych z telewizji i McDonalda zabitego deskami na głucho.
Przy jakiejś kolumnie, na pewno sławnej, poprosiłem, żeby przyhamował i mi trochę objaśnił. Ale się nawet nie spojrzał. Raz i drugi po nasypie koło nas przejechało metro, całe pomalowane jak w Nowym Jorku, puste w naszą stronę, ale rozwrzeszczane i zapchane do ostatniego, z wiszącymi za oknem, w przeciwną, czyli na lotnisko. Ni stąd, ni zowąd podrzuciło samochodem i ogłuszył nas wybuch. Zapytałem, co to może oznaczać, bo jako cieć to i owo muszę wiedzieć, żeby się nie pogubić i nie wyjść na głupiego. Ale szofer tylko splunął, przeżegnał się, ucałował medalik na szyi i tyle. Pomyślałem, że jest on chyba raczej na pewno Włochem albo Hiszpanem, albo z Francji, Anglii, Rosji czy Niemiec, bo te narody nie lubią Polaków. Dla odmiany pogrążyłem się w marzeniach o pięknie zbudowanych nogach kucharki. Niestety, nie mogłem myśleć za długo, bo przyhamowaliśmy na dobre przed nasypem, po którym raz wolniej, raz szybciej huczało metro. Dalej jechać nie było jak z powodu awarii drogi. W rzeczy samej ze środka jezdni sterczało coś jakby ogon od samolotu, dach nad nami był rozbity, pod butami pękało szkło i przeświecało prawdziwe niebo, zachmurzone i szare, z odłażącymi kawałkami przydymionych chmur.
Szofer machnął, że mam się za nim drapać na nasyp. Chciałem wziąć walizkę, ale kazał, żeby zostawić. No to przeleźliśmy po szynach, znowu przepuściliśmy metro i trafiliśmy prosto do kina na dobre tysiąc osób. Z tym że nie było ani kasy, ani bileterów, ani zdjęć, ani nawet plakatu. A w środku całej sali ani jednego krzesła, tylko inwalidzki fotel na kółkach, za to z przyczepą, a na fotelu jeden pojedynczy widz, dla którego wyświetlano cały film. Od razu coś mnie tknęło, że może to Starsza Pani Caine. Bo pięknie na czerwono ubrana i obwieszona złotem i brylantami siedziała sobie niczym książę, rozparta, podłączona rurkami i przewodami do przezroczystej szafki, też na kółkach. W szafce, jak się szybko pomimo kinowego półmroku zorientowałem, zamontowane były chyba sztuczne nerki, płuca, wątroba i raczej serce. Bo gołym okiem było widać bicie. A w samych rurkach cały czas kipiało albo bulgotało raz wolniej, a raz szybciej, i latały pęcherzyki.
Natomiast sama Starsza Pani Caine mimo zaawansowanej długowieczności gasiła pragnienie koniakiem z największego kieliszka, jaki widziałem w życiu. I nawet bez okularów patrzyła się na starszego mężczyznę, który ledwo co się ruszał po ekranie. Miał głowę łysą jak jajo, łaził po pałacu jak mucha w smole i niszczył lustra laską. Aż dopiero wyciągnął się na dobre na łóżku i się światło zapaliło.
Starsza Pani Caine chusteczką przecierała oczy. Może jej było szkoda luster, może żałowała paralityka, że tak łazi samotnie po zamku? A może była ogólnie chora na nostalgię? Tak jak babka Brata Amerykańskiego Majstra z Greenpointu, która całymi dniami siedziała w oknie i bez mrugnięcia patrzyła na ulicę Kent, czy kto nie idzie. Zresztą, co to można wiedzieć o drugim człowieku.
Tymczasem Starsza Pani Caine machnęła ręką, żeby iść za nią, i odjechała wózkiem z doczepą, który miał takie przyspieszenie, że ledwo nadążyłem. Wbiegłem do pokoju obok i mnie zatkało, bo każdy mebel udawał drapieżnika-zwierzaka, tak że się można było nastraszyć, a pośrodku biła fontanna na wodę z czarnego łabędzia i buzował ekspres na kawę w kształcie kota. Na ścianach nie było wolnego miejsca, tylko obraz na obrazie, i to w ilości większej niż w japońskim banku na Manhattanie, gdzie w ramach fuchy miesiąc temu pucowałem podłogę.
Starszy wiekiem kelner w zielonej marynarce z czerwonymi epoletami i siwą głową nalał nam z ulgą kawy. Ale kiedy poprosiłem o coś mocniejszego, nawet się nie spojrzał, tylko złapał za swój bagaż i w nogi. Myślałem, że też się spieszy na samolot, ale nie, bo za chwilę się wrócił z jeszcze jednym, młodszym, ubranym na żółto jak kanarek, i na oczach, otwarcie zaczęli składać jakieś malowidło w trzech częściach pełne zwierząt, golasów, diabłów, pożarów i Bóg wie czego. Obwinęli je w koc w kratę, chyba nawet ze szkockiej wełny, i dali nogę.
Jako świeżo przybyły zapytałem się Starszej Pani Caine, jakie tu ogólnie panują porządki. Znaczy, czy mam ich gonić i odbierać, bo to było jawne złodziejstwo, czy co?
Ale uspokoiła mnie, że co tam, niech sobie lepiej biorą, jak ma się zmarnować, a pilnowanie i remonty nie należą do moich obowiązków, które są honorowe. Rozkazała mi usiąść na fotelu udającym miśka i od razu na kolana władował mi się biały pudełek. Nic mu za to nie zrobiłem ze strachu, że to może być jakiś ulubieniec.
Kelnerzy wchodzili i wychodzili, zdejmując, obrywając albo wycinając z ram, aż nareszcie ukłonili się i tyle ich było widać.
Tymczasem na fotelu zaczęła mrugać czerwona lampka. Włączył się sygnał alarmowy i Starsza Pani Caine przypomniała szoferowi, że już najwyższy czas, żeby wymienić w niej filtry.
Szofer, mrucząc coś pod nosem, zabrał się za otwieranie apteczki, a przy okazji, niby przypadkiem, kopnął mnie w nogę. Zagryzłem zęby, że to niby nic, a Starsza Pani szepnęła mi do ucha, żebym się szoferem nie przejmował, bo to jest Włoch - czyli że miałem rację - zazdrosny jak diabeł i humorzasty. Powiedziałem uprzejmie, że to nic nie szkodzi, a ona zwierzyła się poufnie, że ten biedny chłopak z Sycylii od lat się w niej kocha, akurat dzisiaj znowu się jej oświadczył i jest wściekły, bo mu odmówiła. A odmówiła, bo jemu tylko seks w głowie.
Wtrąciłem smutno, że przy dobrobycie zamiera rozwój umysłowy i kulturalny. Chętnie się zgodziła i zapytała, jak mi się w Ameryce, a zwłaszcza w zamku podoba, bo po akcencie poznała, że jestem przyjezdny cudzoziemiec. Odpowiedziałem, że w Ameryce jak jest dobrze, to jest lepiej niż w Polsce, a jak źle, to gorzej. A zamek jest największy z tych, co widziałem.
Szofer wymieniał filtry w sztucznych narządach, a Starsza Pani Caine zapytała grzecznie, czy może mi opowiedzieć swoją historię. Nie wypadało odmówić starszej kobiecie, chociaż miałem uwagę rozproszoną przez kelnerów, którzy znów wrócili i coś tam wycinali, oraz przez szofera, który lał na oko do probówek i hałasował filtrami.
Tymczasem Starsza Pani Caine zapaliła marlboro light, zaciągnęła się, aż pociemniało w rurkach, i zaczęła opowiadać.
Opowieść Starszej Pani Caine
Urodziłam się w mieście Chicago w domu na rogu alei Washingtona i Milwaukee. By łam ładnym dzieckiem, a dookoła nic, tylko bieda z nędzą i hołotą. Matka była krawcową, tyle że pracowała w pralni, odnajmując w północno-zachodnim rogu stolik z maszyną typu Singer. Nie tyle szyła, ile reperowała, skracała, poszerzała, zwężała i płakała. Płakała bez przerwy, kiedy miała powód i bez powodu. Płakała, kiedy jej brat zginął na wojnie, kiedy mój ojciec powiedział, że ją kocha, i się oświadczył, kiedy była ciężka zima, a w Chicago są zawsze ciężkie zimy, i kiedy było piękne lato.
Płakała dwudziesty szósty raz, oglądając Gretę Garbo jako Królową Krystynę, kiedy oddawała klientowi poszerzone spodnie i kiedy ojciec okradł stację benzynową, na której pracował, i uciekł z inną kobietą. Ja nie mogłam zrozumieć, jak ona z takimi czerwonymi oczami w ogóle trafia nitką w igłę. A właściciel pralni, zanim ją wyrzucił, przestrzegał, żeby przestała płakać, bo odstrasza klientów. Ale nic nie pomogło, bo dalej płakała. Płakała, kiedy umierała, i płakała nawet po śmierci. Siedziałam przy jej łóżku i lekarz kręcił głową, że to chyba niemożliwe, ale łzy się jej po policzkach jednak toczyły.
Teraz zdradzę panu sekret. Otóż właśnie wtedy, w godzinę jej śmierci, przysięgłam sobie, że nie będę nigdy w życiu płakać, choćby nie wiem co, i słowa dotrzymałam. Zresztą dlatego, mimo że nie jestem już taka młoda, jak pan na pewno zauważył, moja skóra jest gładka jak aksamit i nie mam ani jednej zmarszczki.
Tak więc nie płakałam, kiedy mając trzynaście lat, zamiast chodzić do szkoły, zaczęłam pracować jako pomywaczka w paskudnej knajpie, która się nazywała Bar Ostatniej Szansy i była otwarta do czwartej nad ranem. Nie płakałam, kiedy starszy kucharz i dwóch młodszych kelnerów zwabili mnie do spiżarni i gwałcili na zimnie przez ponad trzy godziny. Zresztą trudno im się było dziwić. Byłam wyjątkowo pięknądziewczynką. Miałam piersi jak wykute z marmuru, tyłek jak dzwon, a w talii byłam cienka jak osa. Matka od początku smarowała mi głowę naftą, żeby odstraszyć wszy, i chyba dlatego miałam włosy czarne jak skrzydła kruka i tak gęste, że fryzjer, który też później mnie gwałcił, złamał na nich żelazny grzebień. Zaś moje oczy były niebieskie jak niebo. Ale wracając do tematu, nie płakałam, nawet kiedy awansowano mnie na pomocnicę kucharza i musiałam godzinami siekać cebulę, nie płakałam z radości, kiedy diabli wzięli STAREGO. Ani parę dni temu z żalu, że umarł mój jedyny ukochany syn. Dzisiaj, jak pan może zauważył w kinie, płakałam pierwszy raz w życiu, zresztą zupełnie nie wiem dlaczego.
Ale, ale, czy wspomniałam już, że byłam wyjątkowo piękna? Więc oczywiście poza gwałceniem otrzymywałam także propozycje małżeńskie. Oświadczyło mi się sześciu kelnerów, dwóch wykidajłów, czterdziestu stałych gości i jeden poeta. Wszyscy podrzucali do kuchni kwiaty, zapraszali mnie do swoich biednych mieszkań i próbowali przedstawiać swoim biednym rodzinom.
Zamiast tego po pracy i w wolne dni włóczyłam się sama po najelegantszych dzielnicach Chicago. Wystawałam przed szybami superrestauracji. Wdychałam zapach cygar, perfum, dobrego jedzenia i benzyny z najdroższych samochodów, a z koszy na śmieci wyciągałam stare gazety. Potem biegłam do mojego pokoiku i przy świecy czytałam towarzyskie kroniki o balach, sukniach, wyścigach, romansach i samobójstwach. Zasypiając, wsuwałam sobie gazetę pod nocną koszulę i przytulałam do brzucha, ale tak, żeby drapała. Zwierzę się panu teraz z jeszcze jednej tajemnicy. Otóż ja zawsze wiedziałam na pewno, że należy mi się coś więcej, bo jestem ładniejsza, lepsza i wrażliwsza od hołoty. Ale problem polegał na tym, jak to hołocie wytłumaczyć, skoro jest tylko hołotą i nic do niej nie docierało. A znów do inteligentnego towarzystwa, które by oczywiście się od razu na mnie poznało, poza burdelem nie było praktycznie dostępu.
Ale zaciskałam pięści, modliłam się i wierzyłam, że piękno i uczciwość zostaną nagrodzone, a los się do mnie uśmiechnie. I rzeczywiście, najpierw bogata wdowa, której mąż utopił się razem z "Titanikiem" i u której sprzątałam dwa razy w tygodniu, miała wylew i w związku z tym przyjęła mnie na stałe do opieki z mieszkaniem. Wtedy już wiedziałam na pewno, że Bóg nade mną czuwa, i z miejsca wymówiłam w Ostatniej Szansie. Zaraz potem wdowa wysłała mnie na swój własny koszt do wieczorowej szkoły pielęgniarskiej. Była kobietą wykształconą wszechstronnie do tego stopnia, że prenumerowała ilustrowane magazyny z całego świata. Mogłam wreszcie przestać grzebać w śmietnikach i kiedy dobry Bóg postawił mi na drodze STAREGO, byłam przygotowana tak, że lepiej nie można. A było to tak:
W pogodny dzień listopadowy, pamiętam to jak dziś, i łagodne słońce, i deszcz opadających liści. No więc w taki właśnie dzień pchałam wózek z moją do połowy sparaliżowaną pracodawczynią w stronę parku. Nagle zza rogu alei Lincolna Abrahama i George'a Washingtona wolniutko wysunął się ten najdłuższy na świecie, złocisty rolls-royce z przyciemnionymi szybami. Stanęłam jak wryta i straciłam oddech, ale tylko na chwilę, bo zdjęcia tego rolls-royce'a z numerem jeden na tablicy rejestracyjnej widywałam setki razy na pierwszych stronach każdej kroniki towarzyskiej, dobrze wiedziałam, kto nim sobie jedzie, i zrozumiałam, że niebo daje mi znak. Spociłam się, dostałam dreszczy, kurczy żołądka, dygotania nóg, szczękania zębów i czkawki, bo zrozumiałam, że albo teraz, albo nigdy. Zaczekałam, aż samochód zrówna się z nami, przeżegnałam, zamknęłam oczy i skoczyłam z wózkiem pod koła.
Bóg nade mną czuwał, bo samochód jechał wolno i uderzenie nie było silne. Ale i tak i ja, i moja pracodawczyni wylądowałyśmy na jezdni. Ona z krzykiem i złamaną ręką, a ja z obtartą nogą. Szofer w liberii, w takiej samej, jaką mają ci dwaj kelnerzy, którzy w tej chwili kradną czarnego Goyę, wyskoczył z awanturą. Ale ja się podniosłam, jego odtrąciłam i popychana przez przeznaczenie podeszłam do przyciemnionego okienka. Właśnie się otwierało i ukazała się w nim łysa głowa STAREGO. Twarz miał przekrwioną, a lewa strona opadała mu na dół razem z okiem, wybałuszonym i też przekrwionym, a warga, z której kapała ślina, wisiała prawie do brody, tak że cygaro trzymało się po prawej i to ledwo, ledwo.
Zakochałam się w nim od razu. Stałam i gapiłam się na niego, a on patrzył na mnie i jakby mnie wyceniał. Czy mówiłam już, że byłam wyjątkowo piękna? Miałam piętnaście lat i piersi jak wykute z marmuru. Zresztą niech pan sam dotknie. Drugą też. Przyzna pan, że nawet teraz nie można im wiele zarzucić. Na pewno zwrócił pan też uwagę na moje nogi, jakie są długie i cienkie w pęcinie. Wtedy krew kapała mi z lewej. Moja pracodawczyni coś tam na jezdni krzyczała, ale ja nie słuchałam, tylko patrzyłam. Wspomniałam zapewne, że miałam wielkie niebieskie oczy. Patrzyłam i myślałam o tych wszystkich kobietach pięknych i bogatych, które za nim szalały, o tych wszystkich jego gazetach, co pisały całą prawdę, i bankach, które miał na własność, i że o mało nie został gubernatorem, i o jego legendarnym zamku, który oczywiście nie wytrzymuje porównania ze wspaniałością pałacu, w którym teraz jesteśmy. Tak więc patrzyłam, patrzyłam, tak że od tego patrzenia oczy zaczęły mi łzawić, prawie tak jak mojej matce. A w myślach powtarzałam tylko trzy słowa: Boże, dopomóż sierocie. Przyznam się panu, że już myślałam, że wszystko na nic, że nic nie wypatrzę, kiedy STARY wyjął cygaro, otarł ślinę z wargi i zabełkotał to jedno cudowne "wsiadaj".
Domyśla się pan zapewne, co zrobiłam? Ma pan rację. Zostawiając za sobą czołgającą się po jezdni pracodawczynię i całe dotychczasowe życie razem z sukniami i schowanymi pod podłogą oszczędnościami, wsiadłam jak zahipnotyzowana. Pomyślałam: niech się dzieje, przeżyję wielką miłość albo chociaż popatrzę. A mówię to panu, młody człowieku, po to, żeby pan wiedział, jak ważna w życiu jest szybka decyzja.
Oczywiście, nie twierdzę, że nie byłam odrobinę rozczarowana, kiedy STARY bez żadnej wstępnej rozmowy zgwałcił mnie w samochodzie. Nawet nie zdejmując spodni, a tylko rozpinając rozporek. Kucharz, obaj kelnerzy i fryzjer jednak się do tego rozbierali. W zamku też spodziewałam się więcej życia. To olbrzymie bogactwo po prostu się marnowało. Na próżno kładłam STAREMU na łóżku telegramy z zaproszeniami, niepotrzebnie przyjeżdżali goście i dziennikarze. STARY, odkąd rzuciła go żona, nikogo nie wpuszczał i nigdzie nie jeździł. Dniem i nocą tłukł się po zamku w piżamie, rozbijał weneckie zwierciadła, natychmiast wymieniane na nowe, rzucał we mnie tacą z jedzeniem i traktował tak jak za pierwszym razem w samochodzie. Myślę, że gdzieś tak po roku, mimo że jestem kobietą sentymentalną i obsesyjnie wierną, jednak zaczęłam bardzo powoli przestawać go kochać. To było oczywiście bardzo smutne, ale tak czy inaczej, zamek był zamkiem, a nie Barem Ostatniej Szansy. Postanowiłam, że wszystko wytrzymam, i zaszłam z nim w ciążę. Kiedy się dowiedział, wściekł się tak, że myślałam, że mnie zabije. Nie zapłacił mi ani grosza i kazał się wynosić. Kiedy brama zatrzasnęła się za mną i schodziłam z góry z wielkim brzuchem i małą walizką, czułam się jak wygnana z raju, ale ciągle nie płakałam, tylko wróciłam do Chicago. Moja dawna pracodawczyni była już sparaliżowana od góry do dołu. Miała też nową pielęgniarkę, moje rzeczy były wyrzucone, a podłoga wymieniona. Wróciłam do pracy w Barze Ostatniej Szansy. Znów zaczął się ten brud, nędza i chamskie dowcipy. Ze zmęczenia wygadałam się jednej pomywaczce, że brzuch pochodzi od STAREGO, ona to rozgadała. Nie uwierzył nikt, a hołota zaczęła dokuczać.
Kiedy urodził się mały Caine, wysłałam STAREMU wiadomość, ale nawet nie odpowiedział. Więc moją jedyną radością stał się śliczny jak dziewczynka synek. Boże, jak on uwielbiał szycie. Przesiadywał ze mną w kuchni, nie spał, nie jadł, nie pił, tylko szył i szył, i w dzień, i w nocy, może to po babci? Od znajomego krawca dostawał ścinki i kroił, i fastrygował, i obrzucał dziurki.
Kiedy miał pięć lat, STARY sobie o nas przypomniał. Przed knajpą zahamował rolls-royce, hołota otworzyła usta, a ja po raz drugi w życiu nie zabrałam ze sobą nic. Zrzuciłam tylko na podłogę fartuch, drewniane sapogi, splunęłam na wszystkich i wsiadłam. A mój malutki Caine - wymyśliłam mu to nazwisko, bo było podobne do nazwiska ojca - zabrał tylko poduszeczkę z igłami i parę kłębków nici.
Bałam się, że STARY będzie nam dokuczał, ale stało się coś gorszego. On się od pierwszej chwili w Cainie zakochał, a mnie nie chciał widzieć na oczy. On mi po prostu ukradł dziecko. Za mojego małego cudownego dzieciaczka dostałam jeden pokój, jedną pokojówkę, trzy posiłki dziennie i nieograniczony dostęp do alkoholu. Cierpiałam, ale jak się pan zapewne domyślił, jeśli słuchał pan uważnie mojej opowieści, nie płakałam. STARY urządził w zamku wielką salę kinową. Oczywiście nie tak wspaniałą jak ta, w której mnie pan spotkał. Kazał tam ustawić dwa fotele, tylko dwa! I godzinami oglądał z moim małym "Królewnę Śnieżkę". Boże, jak on go rozpieszczał. Kiedy Caine nie chciał iść do szkoły, sprowadzał mu samolotami nauczycieli francuskiego, rysunków i kroju, i z Paryża, i z Rzymu, i z Londynu, i co tydzień nowych.
Mój synek uwielbiał malarstwo, a STARY, jak pan na pewno słyszał, miał tę swoją legendarną kolekcję. Ulubionym zajęciem małego stało się wycinanie kawałków płótna z obrazów Michała Anioła, Tycjana, Velázqueza i Rembrandta i szycie z nich sukni wieczorowych i szlafroków. STARY pozwalał mu na wszystko, a mój mały miał fantastyczne wyczucie koloru i niewiarygodny talent do kompozycji. Uwielbiał przebierać się za dziewczynkę. Był tak śliczny, kiedy wkładał długie czarne pończochy i podwiązki. Sam wyhaftował sobie na nich różyczkę. Już wtedy nie miałam wątpliwości, że czeka go porywające życie designera.
Oczywiście, nie zamierzam panu opowiadać całego dzieciństwa mojego małego wielkiego artysty. Na ten temat biografowie napisali parę setek tomów, zresztą dość powierzchownych. Zauważył pan też zapewne, że staram się nie mówić zbyt wiele o jego ojcu. Po sprowadzeniu się do zamku rozmawiałam ze STARYM tylko raz. Było to po ataku Japończyków na Pearl Harbor, kiedy mój mały został zmobilizowany do armii. Na kolanach błagałam STAREGO, żeby wyreklamował syna, to przecież była dla niego drobnostka, wystarczyłby jeden telefon. Ale STARY się uparł, mamrotał, że armia i wojna przydadzą się każdemu. Akurat gdzieś przeczytał, że mężczyzna, który nikogo nie zastrzelił, jest prawiczkiem. Ale to kochające serce matki miało rację. Mój mały już po kilku godzinach służby w marines popadł w głęboką depresję, przestał najpierw jeść, potem pić, potem wzięli go do szpitala, a potem zwolnili z armii. Lekarze orzekli, że przyczyną załamania nerwowego mojego dziecka była monotonia mundurów piechoty morskiej.
A potem... Potem STARY umarł. Sam pan rozumie, z jakim napięciem czekałam na otworzenie testamentu. STARY był nieobliczalny, nie pozwolił nawet synowi nosić swojego nazwiska, nigdy nie uznał go oficjalnie. Ale w testamencie zapisał mu wszystko. Wtedy pokochałam go po raz drugi. Mój mały często mówił, że nienawidzi ojca i że nigdy nie wybaczy mu tego, jak mnie traktował. Ale czasem wydaje mi się, że jednak go kochał. Może dlatego, że tak bardzo podobała mu się "Królewna Śnieżka"? Na pogrzeb wprawdzie nie przyjechał, ale przysłał telegram, że przyjedzie później, żeby sprzedać zamek. Już wtedy chciał zbudować większy, wspanialszy, będący połączeniem tego, co na świecie najpiękniejsze i najważniejsze. Właśnie taki jak ten.
Na razie prosto ze szpitala pojechał do Francji, żeby studiować prace designerów armii Napoleona. I właśnie tam, w okupowanym Paryżu, jego talent po raz pierwszy zadziwił świat. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zrobił więcej dla walczącej Francji niż mój 18-letni chłopiec. Pamiętam do dziś, jaka byłam dumna, kiedy generał de Gaulle osobiście odznaczył go Legią Honorową. Ale o tym innym razem, bo za pół godziny mam samolot i muszę panu jeszcze zapłacić, a czeki mam w samochodzie.
Opowieść Kuby
Tymi słowami poruszyła moją czułą strunę. Strzepnąłem pudelka i poderwałem się z fotela. Bo chociaż jestem niewyrachowany, to nie znaczy, że zaraz głupi, i swoje wiem, że pieniądze są w życiu ulgą. A po sprawieniu sobie żółtych butów nieprzemakalnych Timberland, skarpetek z czystej wełny i hinduskiej koszuli z wyprzedaży miałem po kieszeniach przysłowiową dziurę.
Na razie Antonio wyjął matkę z wózka, wziął w obie ręce, a ja się złapałem za wózek z przybudówką i ostrożnie, żeby się przewody nie plątały, drapałem się za nimi na nasyp. A jednak już po paru krokach wyszedł na wierzch charakter Antonia i się zrobiło zamieszanie. Szofer włoski dostał po mordzie za to, że wykorzystując sytuację, zaczął Starszą Panią Caine przy ludziach, na widoku podszczypywać. W odpowiedzi zarządziła, żebyśmy się wymienili. Antonio coś się zaczął buntować, ale ona widocznie jako głowa rodziny miała taką władzę, że tylko pies mógł na nią szczekać. Tak że niosłem ją teraz ja, co było lżejsze. A Antonio, chyba nienawykły do pracy fizycznej, sapał za nami z wózkiem. Po drodze, żeby nie zapomniała o czeku, nawiązałem, że pieniądze to dużo, ale nie wszystko, bo nie można kupić za nie miłości. Jak to usłyszała, od razu się ucieszyła, że zostawia zamek w dobrych rękach.
Ja już przelazłem na drugą stronę torów i miałem z górki, a Antonio wlókł się jeszcze pod górę, kiedy, jak na złość, nadjechał pełnym gazem ekspresowy. Antonio przyspieszył, ale się omsknął i wywalił. Ja wrzasnąłem ze strachu i chciałem się wrócić, ale za późno. Ja stałem po jednej stronie, Antonio sapał po drugiej, a przewody się napięły, jakby na to czekały, i poszły prosto pod koła. Rurki prysnęły na zielono, żółto i niebiesko. I Starsza Pani Caine zaczęła mi się na rękach z sykiem kurczyć jak balonik. Jezusie, Mario, Józefie Święty - krzyknąłem, jak tak dalej, to po czeku i wyląduję na suchym chlebie. Ukląkłem na ziemi, palcami i marynarką zatykając rurki, ale gdzie tam. Ze strachu zacząłem dodawać jej odwagi, wspominając o miłosierdziu Boskim, ale ona pewnie była z niewierzących, bo się tylko roześmiała i sobie w najlepsze malała w oczach. Za następną chwilę i zegarek ze złota, i cała reszta poleciały z brzękiem po nasypie. Zacząłem odmawiać pacierze, a tymczasem pociąg przeleciał i Antonio wylazł zza niego, cały w piachu. Nawet się nie otrzepał. Tylko spojrzał, pognał do bagażnika, otworzył i krzyknął: "Zrzuć mi ją tutaj!".
Na to nie miałem odwagi, ale podbiegłem z tym, co zostało, głównie skórą i paroma kośćmi. Antonio tymczasem rozebrał się do naga, od góry do dołu, wydezynfekował alkoholem i widać było, że mu to nie pierwszyzna. Nałożył maseczkę, machał palnikiem spawalniczym, rozwijał kabel na wielkiej szpuli, pryskał klejem Crazy Glue. Robota paliła mu się w rękach. Na moich oczach zmienił się w innego człowieka. Ciął, montował, przysztukował, pompował, lał z kilku butli naraz, zwijał się jak w ukropie i bez mojej pomocy w pięć minut Starszą Panią Caine nareperował. W trzy, najwyżej cztery zdrowaśki rurki wesoło zabulgotały, a Starsza Pani, trochę tylko narzekając na ból głowy, wypisywała mi czek za wrzesień w wysokości dwustu tysięcy dolarów.
Takim sposobem w jedną chwilę z nielegalnego emigranta zamieniłem się w wartościowego człowieka, może nawet z wyższym wykształceniem. Rzuciłem się ją całować po jeszcze trochę zimnych rękach, a szoferowi się przyznałem, że go niesprawiedliwie odsądziłem. Chciałem go nawet jak rodzonego wyściskać, tyle że on nie bardzo chciał, za to zbierał z ziemi brylanty, kolie, diamenty, bransolety, kolczyki i chyba, żeby nie tracić czasu, wrzucał do bagażnika. Raz, dwa zamontował wózek na dachu, usadowił na nim już bez żadnej nachalności Starszą Panią, wskoczył do środka i tyle ich było widać.
Pudelek chciał się na trzeciego wepchać, ale go Antonio wziął za kark i wyrzucił, tak że tylko latał w kółko z podkurczonym ogonem i piszczał. Pomachałem za nimi ręką z czekiem, potem włożyłem go do marynarki, potem do walizki, a następnie do buta, bo to jednak fortuna. Radość psuła mi trochę troska, gdzie ja go wymienię na gotówkę, czyli skaszuję, jak wszystko pozamykane, a jak nawet wymienię, to gdzie schowam pieniądze i kto mi zapłaci za sierpień, jak wszyscy dają nogę.
Prawdę powiedziawszy, w następnej kolejności oddałem się marzeniom, żeby się może z takimi pieniędzmi ustatkować z kobietą, najlepiej w Polsce. Tyle że bym musiał do tego najpierw jakąś poznać, bo z nieznajomą nie za bardzo chciałem się żenić. Ale to nie zmartwienie, bo ciotka miała szerokie znajomości. Poza tym, żeby powiedzieć prawdę, trochę zawróciła mi w głowie kucharka i gdyby się na przykład okazało, że jest to uczciwa katoliczka, to, kto wie, może bym nie zważał na kolor jej skóry, przedział majątkowy i by było po kłopocie. Tak rozmyślałem, idąc po szynach i przepuszczając tylko pociągi. Nie oglądając się w ogóle na kawałki starożytnego Egiptu ani zabite deskami hotele podpisane chyba po francusku albo angielsku czy może niemiecku, za to tęskniąc za swoją rodzoną wioską, gdzie znałem każdy krzak albo kamyk, i Kielcami, gdzie znów znałem każdy sklep. Posuwałem się po torach według wskazówek, które mi narysowała kucharka, i dopiero jak się potknąłem na pudelku, doszło do mnie, że się psisko na dobre przyplątało, chociaż raz i drugi potraktowałem je kamieniem.
A koło torów jeden wielki śmietnik i bałagan. Połamane fotele, porzucone kredensy, podarte obrazy, rozwalone walizki - pewnie wyleciały przez okno - noże, widelce, może nawet ze srebra, tenisowa rakieta i ani żywej duszy. Się nawet zacząłem obawiać, czy nie zmyliłem drogi i nie pobłądziłem.
Aż dopiero widzę z daleka, że po lewej stronie torów się dymi, jakby z komina. Zaraz potem wyjrzał zza zakrętu krzywy domek, coś a la w podobie chałupy. Serce mi się ścisnęło, bo wyglądał prawie jak nasz rodzony. Na płocie suszyła się wesoło bielizna pościelowa, majtki duże i małe, dziecięce i damskie, a nawet biustonosz. Dookoła latały i hałasowały dzieciaki w liczbie kilkunastu, takie same jak u nas, tylko w różnych kolorach, i beztrosko harcując, zawiązywały laseczki krótkie i grube, chyba z dynamitu, w paczki po kilka. A na samym progu stała kucharka odszykowana na biało i zasłaniała oczy jakby od słońca, chociaż tu wszędzie elektryczność.
- A te dzieci, to pani dzieci? - zapytałem trochę przestraszony, bo chociaż ogólnie lubię gówniarzerię, to ich było za dużo.
- Co się pan wygłupia - odpowiedziała. - Jestem uczciwa kobieta i na dodatek dziewica. To, to wszystko są znajdy. Wie pan, jak to jest. Rodzice przyjeżdżają z dziećmi, zwiedzają zamek i zapominają je zabrać z powrotem. Odetchnąłem, a kucharka w tym czasie pogłaskała pudełka, który biegał w kółko, poszczekiwał, merdał ogonem i sprawiał wrażenie, że się chce załapać na stałe.
- Mogę z miejsca powiedzieć, że jest pan dobrym człowiekiem. Zwierzęta pana lubią - zauważyła.
Poprosiłem o kawałek sznurka, ale nie miała, więc zabrałem od dzieciaków druta. Uwiązałem pudelka za szyję do płota, niby że go jej daję jako prezent, żeby stróżował.
Z wdzięczności zaprosiła mnie do środka. Stół był nakryty na moją cześć, niestety, nie po naszemu, tylko po meksykańsku. Głównie jakieś naleśniki, niestety, nie na słodko, za to powypychane ryżem żółtym, fasolą czarną z dodatkiem awokado zielonego. Dyskretnie się wypytała, co i jak z czekiem, po czym wyjaśniła, że ona z dzieciakami już pojedli, ale się chętnie popatrzą. W odpowiedzi z miejsca poczułem głód, przeleciałem się po naleśnikach, a następnie z walizki wydobyłem najpierw kiełbasę, potem Chopina i szeroko polałem do szklanek. Tymczasem kucharka się rozsiadła wygodnie, aż spódnica podjechała jej do góry do samego punktu, pokazując majtki i uda pięknie porośnięte czarnym, kręconym włosem jak u jelenia, co jak wiadomo, oznacza namiętność, ale i charakter. Pomyślałem, jak bardzo w moim życiu brakowało kobiety, dobrej i opiekuńczej, bo jak mówiłem, wcześnie straciłem matkę, a ciotka, nawet najlepsza, to nie matka.
Jak już dobrze podjadłem, podniosłem toast, który zawsze podnosił Amerykański Brat Majstra na Greenpoincie za zdrowie wszystkich pań. Bo jak wszystkie panie będą zdrowe, to my też będziemy zdrowi. Piliśmy raz za razem, ja szybciej, a ona wolniej, patrzy sobie, jak nakazuje stary meksykański obyczaj, w oczy. Po niedługim czasie w butelce pokazało się dno i wtedy nagle kucharka uprzejmie dała mi się napić ze swojej szklanki. Aż mnie dreszcz przeszedł, więc zaznaczyłem, że jak kto pije z cudzej szklanki, to poznaje myśli drugiej osoby, na co się rozchichotała i z kokieterią szturchnęła mnie w bok. Bardzo się tym wzruszyłem i myślę, a może by ją tak spróbować cmoknąć. No, bo co mi się stanie? Najwyżej tak jak Antonio zarobię sobie po pysku. Podsunąłem się cicho z krzesłem i kto wie, jak by to się skończyło, ale akurat za oknem zahuczał pociąg i od razu cały domek zadygotał, jak to przy torach.
Co więcej, jak to mówią, mało tego, bo przez otwarte okno wleciał i wylądował na stole wyrzucony chyba raczej na pewno z pociągu, zawiązany szpagatem worek o nietypowym kształcie. A w nim coś się tłukło, skakało i jęczało, jakby na przykład mała świnia albo duży prosiak. Od razu cała dzieciarnia z dworu chyba z ciekawości wleciała do środka i zbiegła się dookoła, podnosząc krzyk, żeby rozwiązać. Spojrzałem się grzecznie na kucharkę, bo była kobietą i miała pierwszeństwo, ale machnęła ręką, żebym zaczynał.
Na to się przeżegnałem, wepchnąłem łapę do środka i namacałem coś kudłatego. Za chwilę wyjechała do góry najpierw twarz dziewczyny, za nią szyja goła, a na sznurku dookoła szyi tabliczka podpisana "Córka Caine'a". Akurat głowa otworzyła oczy, całkiem ładne, chociaż zdradliwe, bo piwne, i zaczęła gadać jak nakręcona: "Tatusiu, jestem zdrowa i czuję się dobrze, ale jak nie wyślesz pieniędzy, to mi poderżną gardło". Pomyślałem, że głowa bierze mnie za kogoś innego, i chciałem wyjaśnić nieporozumienie, ale widzę, że mnie ogólnie nie słucha. Jeszcze bardziej mnie zdziwiło to, że przy normalnej głowie, twarzy sympatycznej, prawidłowo zbudowanej i gęstych, chociaż potarganych włosach, po worku było widać, że dziewczyna jest za krótka i niekompletna. Tymczasem dzieciaki zaczęły na mnie naciskać, krzycząc:
"Wyciąg ją całą"!
Podciągnąłem i wyjechała do góry, goła do pasa, ze sterczącymi jak psie uszy cyckami. Dalej nie ciągnąłem, bo kucharka walnęła mnie w pysk, że się do mnie rozczarowała, bo jestem taki sam jak wszyscy inni mężczyźni i myślę tylko o jednym. Wepchnęła głowę, która gadała w kółko to samo, do worka, zawiązała go i rzuciła na podłogę, nie słuchając moich wyjaśnień, że zaszło tragiczne nieporozumienie, ponieważ zupełnie, ale to zupełnie nie jestem zainteresowany osobą w worku od męskiej strony. Pogroziła mi pięścią i pokręciła głową, żebym sobie nie myślał, że mi tak łatwo z nią pójdzie jak z innymi, że dobrze wie, że u nowojorczan są inne zwyczaje, ale to nie z nią. Ona się nie będzie ze mną bez ślubu prostytuować i nie da sobie drugi raz zmarnować życia. Z miejsca kazała mi usiąść, żebym wysłuchał, jak sobie zmarnowała życie pierwszy raz.