Szymon Sadowski, 1999r.

Szymek z Yale

Grzegorz Wierzyński

W maju, jak co roku, wielki dziedziniec Old Campus na uniwersytecie Yale wypełnił gwar wielotysięcznego tłumu. Studenci i ich najbliżsi świętowali wręczenie dyplomów rocznikowi 2000. Zanim kapelan uniwersytetu rozpoczął modlitwę wymienił tych, którzy tego momentu, wieńczącego czteroletnią naukę na jednym z najlepszych uniwersytetów amerykańskich, nie doczekali. Wśród nazwisk, jakie padły, było jedno polskie: Szymon Sadowski.

Szymon zmarł 11-go kwietnia w Jacksonville na Florydzie, na kilka tygodni przed oficjalnym zakończeniem roku akademickiego. Studia jednak ukończył. Dziekan uniwersytetu odwiedził go w hospicjum dla chorych na raka, aby tuż przed śmiercią wręczyć Szymonowi dyplom, którego tak bardzo pragnął i na który ciężko zapracował.

Przez ostatnie dwa lata Szymon cierpiał na melonomę - raka skóry, który atakuje 42 tys. Amerykanów rocznie i zabija co 6-go z chorych. Pamiętam, kiedy się o tym dowiedziałem. Szymek umówił się ze mną na kolację. Jedząc hamburgera, opowiedział mi o letniej wycieczce do Europy, a potem o tym, jak tuż po powrocie z wakacji usłyszał z ust lekarza diagnozę: usunięte przed dwoma laty znamię na plecach okazało się złośliwym nowotworem, który zdążył już zaatakować węzły chłonne.

Szymon był jedynakiem. Choć wiadomość o chorobie była ciosem dla jego rodziców, wspólnie zdecydowali, żeby Szymon wrócił na Yale i dalej, ucząc się walczył ze śmiertelną chorobą. Szymon prosił mnie, żebym nie mówił nikomu o jego chorobie, gdyż nie chciał współczucia ani specjalnego traktowania, chciał żyć jak inni studenci. Zapewniłem go o mojej dyskrecji i rozchodząc się tamtego wieczoru pamietam, że się nawet zbytnio nie zmartwiłem. Szymek nie miał zamiaru umierać, a ja uwierzyłem, że z takż determinacjż na pewno przeżyje.

Szymka spotkałem po raz pierwszy jesienią 1996 roku, przed rozpoczęciem studiów, na Bulldog Days. Są to specjalne dni przed rozpoczęciem roku akademickiego przeznaczone na to aby nowi studenci - freshmeni, poznali się między sobą i trochę przyzwyczaili do uniwersytetu. Na Yale jest stosunkowo mało Polaków więc w naturalny sposób zbliżyliśmy się do siebie i szybko okazało się, że nasze krótkie życiorysy były bardzo do siebie podobne. Podobnie jak ja, Szymon przyjechał do Ameryki jako dziecko. Mimo, że wychował się w Stanach Zjednoczonych, Polska pozostała bliska jego sercu. Szymek tęsknił za polskimi filmami, za polską muzyką, i za polską literaturą. Ale nie była to zwykła nostalgia. Szymek był szalenie dumny ze swojej kultury i chciał się nią podzielić z innymi. Zastanawialiśmy się nad znalezieniem jakiś form działania.

W połowie pierwszego roku studiów powołaliśmy do życia Stowarzyszenie Polskich Studentów na Yale. Wybraliśmy Szymka prezesem, i w ciągu dwóch lat, z garstki, która zaczynała w 1996 roku organizacja rozrosła się do 40-tu członków. Szymek był naszym liderem i głównym organizatorem naszego klubu. Zajmował się pokazami filmowymi, zapraszaniem wybitnych Polaków na wykłady na Yale a także lepił z nami pierogi na nasze dni pierogów, kiedy sprzedawaliśmy pierogi, by zebrać fundusze na dalszą działalność klubu.

Na początku drugiego roku studiów Szymek zorganizował wycieczkę klubu polskiego do należącego do uniwersytetu ośrodka, położonego nad pięknym jeziorem. Zaczęliśmy odwiedzać to miejsce regularnie. Tam spędziliśmy wspaniałe chwile, śpiewając polskie piosenki przy gitarze. Szymek kochał polskie piosenki. Nie było ważne czy to rokowe, czy tradycyjne. Pod wpływem Szymka, przyłączali się do naszych ognisk i do naszego klubu, koledzy i koleżanki, którzy nawet nie znali języka polskiego.

Kilka miesięcy po diagnozie, kiedy terapia wyczerpała go na tyle, że nie był już w stanie podołać bardzo wymagającemu tokowi studiów wraz z intensywnym zaangażowaniem w zajęcia pozaszkolne, Szymek zrezygnował z pozycji prezydenta naszego klubu. Jednak do końca brał udział w jego działalności. Kiedy postanowiliśmy rozpocząć akcję, informującą Polonię o tym, jak korzystać z systemu edukacyjnego w Stanach Zjednoczonych, pomagał nam przy powielaniu materiałów, organizacji spotkań z młodzieżą i rodzicami. Inni nawalali, Szymon nigdy.

Szymon nie tylko angażował się w sprawy bezpośrednio związane z Polską. Był jednym z założycieli klubu inwestycyjnego na uniwersytecie, częstym uczestnikiem w sportach, oraz niesłychanie lojalnym przyjacielem. W ostatnich dniach swego życia troszczył się głównie o innych, a nawet kontynuuował swoją pracę jako doradca komputerowy. Pamiętam jak rozebrał klawiaturę komputera, na którą kolega z klubu wylał Coca-Colę. Całą noc pracował aby doprowadzić ją do porządku. Uparty i konskwentny jak zawsze.

Robił też wszystko, żeby pomóc tym, których może dotknąć choroba. Był szalenie aktywny na internecie, gdzie dzielił się swoimi doświadczeniami, opisywał wybór terapii i historię swojej choroby. Walczył do końca. Nie rozczulał się nad sobą, i nie chciał żeby inni się nad nim rozczulali. Nawet wtedy, kiedy Szymon był już całkiem łysy, po chemoterapii, przekonał większość znajomych, że eksperymentuje z fryzurą.

Szymon bardzo chciał skończyć studia. W ostatnich miesiącach chociaż był już bardzo słaby, pozostał na Uniwersytecie i chodził na zajęcia, aby móc otrzymać dyplom. Kiedy przyszła kolej na naszą graduację, któora odbyła się w maju z fanfarami, paradami, kampusem pełnym roześmianych studentów i dumnych rodziców, myślami byliśmy przy Szymku i jego rodzinie. Kilka tygodni wcześniej całym klubem pożegnaliśmy Szymka na mszy żałobnej. Zaśpiewaliśmy ulubioną piosenkę Szymka z naszych wyjazdów nad jezioro - Dym Jałowca.

Teraz, kiedy Szymona nie ma już wsród nas, trudno pogodzić się z tym, żeby za kilka lat nikt nie wiedział o nim i jego wysiłkach dla popularyzacji polskiej kultury na Yale. Nasza koleżanka Aneta Binienda wpadła na pomysł, żeby wspólnymi siłami Stowarzyszenia Polaków na Yale oraz Wydzialu Studiów Słowiańskich stworzyć nagrodę imienia Szymona Sadowskiego. Nagroda ta będzie corocznie przyznawana studentowi, za osiągnięcia w szerzeniu wiedzy o Polsce i jej kulturze zarówno na Yale, jak i poza murami szkoły.

Dlatego też zwracamy się o poparcie do Polaków w Stanach Zjednoczonych i na świecie, do wszystkich, którzy rozumieją, jak ważne jest by jak najwięcej Polaków studiowało na uniwersytetach, żeby zyskiwać dla Polski i Polaków przyjaciół i pokonywać wciąż istniejące uprzedzenia oraz stereotypy.

Rozmiar tej nagrody i jej trwałość zależeć będą od hojności indywidualnych dawców, takich jak Państwo. Wszystkich, którzy chcieliby wspomóc nasz Fundusz im. Szymona Sadowskiego, apelujemy żeby zwolnione od podatku (tax exemption code 06-0646973) datki na Fundusz przekazywać w formie czeku do Yale University z zaznaczeniem "Szymon Piotr Sadowski Prize" na adres: Attn: Monica Robinson; Office of Development, 265 Church Street, 15 Floor, New Haven, CT 06510-7003. Chętnie odpowiemy na wszelkie Państwa pytania. Proszę zadzwonić pod telefon (203) 436-0874, oraz napisać na adres emailowy
aneta.binienda@yale.edu.

Dziękujemy serdecznie za Państwa hojnie wsparcie.

Ogłoszenia