Jug Free America, czyli korzenie muzyki
Ewa Kern-Jedrychowska

W latach 20-tych jug bands słychać było na ulicach każdego miasteczka południowych Stanów Zjednoczonych. Ludzie gromadzili się wokół muzyków i tańczyli. To byla forma grupowej i indywidualnej ekspresji. Dziś ta muzyka wydaje się należeć do świata muzeów. Jug Free America chce ją ludziom oddać. Było sobie dwóch muzyków...
Eli, Amerykanin, i Leś, Polak. Eli, student historii, zafascynowany muzyką. Leś, student wydziału jazzowego w konserwatorium. Jakieś dwa lata temu jechali samochodem, w którym nie było radia. Leś zaczął wystukiwać jakiś rytm na drzwiach samochodu, potem w ten rytm zaczął śpiewać. Zaczęło wychodzić coś na kształt muzyki tarek i kubłów. I wtedy nastapiło olśnienie - fajnie byłoby mieć grupę, która grałaby ten rodzaj muzyki. To w końcu początki muzyki amerykańskiej, z których wciąż czerpią. Zaczeli dzwonić po różnych znajomych, którzy mogli się tym zainteresować.
Była sobie muzyka...
Dziś zapomniana, zakurzona, trochę jak za muzealną gablotą - jug bands, czyli, zespoły, które obok gitary, perkusji i banjo, grają na tarach do prania, dzbankach, butelkach, pokrywkach, garnkach i w ogóle na czymkolwiek, co wydaje jakieś swojskie dzwięki.
Kiedyś były ważne. Narodziły się w Louisville, w Kentucky na początku XX wieku i niemal od razu osiągnęły niespotykany sukces. Królowały zwłaszcza w Memphis, w Tennessee, lącząc styl country, bluesa i jazzu. Ale ich atrakcyjność polegała właśnie na zastosowaniu pomysłowych instrumentów. Melodie dawały skrzypce, banjo, mandolina, gitara i organki, a rytm niosły takie instrumenty "domowe" jak dzbanki, puszki, łyżki i tary do prania. Dzwięki basowe wydobywano z kazoo, czyli specjalnego dzbanka, do którego trzeba było dmuchać. Wczesne zespoły wzorowały swoją pomysłowość na ubogich Murzynach z małych miasteczek, którzy wyrażali swoje uczucia za pomocą muzyki, grając na czymkolwiek, co tylko udało im się znaleźć pod ręką. Ponoć Gus Cannon, lider jednego z pierwszych jug bands, Cannon1s Jug Stompers, zrobił swoje pierwsze banjo z patelni i kija od miotły.
Dziś niewiele osób uświadamia sobie, że w latach 20-tych i 30-tych jug bands były najpopularniejszą formą muzyki na rustykalnym Południu, w Alabamie, Georgii, Karolinie Południowej, Missisipi, tak rozpowszechniona jak minstrele w średniowieczu. W tym czasie najwiekszą sława cieszyli sie Cannon1s Jug Stopmers i The Memphis Jug Band, który to zespół po raz pierwszy znalazł się w studiu nagraniowym w lutym 1927 roku. Słowa piosenek dotyczyły głównie biedy, niemożności zmiany swojego losu i niespokojnej miłosci. W Memphis, na Beale Street czy w Handy Parku i lokalnych klubach jug bands mozna bylo uslyszec kazdej nocy. Ludzie je kochali, gdyż miały w sobie element widowiskowości i ludyczności. Niektóre grupy jeździły z całymi karawanami, tzw. medicine shows, kiedy to sprzedawano różne leki, podczas których przygrywały, dając przy tym całe widowisko.
I był sobie zespół...
Zebrało się 6 osób i stworzyli zespół Jug Free America. Wszyscy utalentowani i zakochani w muzyce. Zgromadzili różne instrumenty. Kubeł, do którego przyczepiona jest struna i patyk, dzbanek, do którego środka się dmucha, kazoo, do którego się śpiewa, by wydawało z siebie wibrujący, bzyczący odgłos, harmonijkę, skrzypce.
Postanowili zebrać kanon starych, dawno zapomnianych amerykańskich piosenek ludowych, granych przez jug bands. Każdy wzbogacał tę muzykę swoimi fascynacjami muzycznymi i zainteresowaniami. Eli Smith to historyk grupy, encyklopedia wiedzy o starej muzyce. Gra na harmonijce, gitarze, banjo, kazoo, także śpiewa.
Leś Wierzyński kocha jazz, szczególnie ten dawny, z Nowego Orleanu. Fascynują go też rytmy karaibskie, jamajskie. W zespole gra na gitarze, trąbce, perkusji, kuble, kazoo i śpiewa. Jacob Groopman wprowadza do zespołu elementy blue grass. Gra na banjo i mandolinie.
Nansamba Ssensalo gra na dzbanku, skrzypcach, czasami na perkusji i na kuble. Michael Coleman, na co dzień pianista jazzowy, specjalizuje się w grze na tarze, perkusji, fisharmonii i śpiewa. Zafascynowany muzyką jamajską. Harry Bolles to gitarowy ekspert, gra także na harmonijce, śpiewa. Włączają więc rytmy różnych stylów muzycznych świata, zwłaszcza jazzu, samby, muzyki karaibskiej, jamajskiej; kochają Boba Marleya, the Wailers i the Maytals, od których czerpią pomysły, jak zorganizować rytmicznie wszystkie instrumenty. Ale ich głównym zródłem inspiracji są oczywiście stare jug bands, między innymi The Memphis Jug Band i Cannon's Jug Stompers, jak również bluesmani - Missisipi John Hurt, Leadbelly i muzyka country - Doc Watson, Woody Guthrie.
Mimo że młodzi muzycy mają inne korzenie i czasem sprzeczne opinie, łączy ich głębsza ideologia, która pozwala im osiagnąć kompromis. I to stanowi o sile tej grupy - tyle jest w niej różnych wpływów, że żaden trend nie może dominować.
"Zainteresowaliśmy się tymi piosenkami jako taką zapomnianą podstawą, zapomnianym sercem amerykańskiej muzyki. I zakochaliśmy się w tej muzyce. Słuchaliśmy jazzu, bluesa, rock'n'rolla i wszystkich innych rodzajów muzyki i chcieliśmy wiedzieć, skąd to wszystko pochodzi. Cofneliśmy się w czasie do początków, do pierwszej muzyki, która była w Ameryce nagrywana, a nawet jeszcze wcześniej. Czytaliśmy też na ten temat dużo książek. Chcieliśmy ją odnaleźć i złączyć z tym, co wiemy o muzyce teraz. Bo dzisiejsza muzyka nie wie, skąd pochodzi i przez to w pewnym sensie straciła swą wartość" - mowią członkowie Jug Free America.

Jug bandom trudno znaleźć wdzięczną publiczność. Ludzie się zwykle dziwią, nie rozumieją, wydaje im się, że patrzą na muzeum starej muzyki, które można zobaczyć zza szkła, można je obserwować, krytykować, coś o nim myśleć, ale trudno poczuć. Przynajmniej tu w Ameryce, gdzie ta muzyka powstała, wydaje się ona często czymś archaicznym. Inaczej w Europie, gdzie jest egzotyczna i nieznana, ale i swojska zarazem, dzięki łyżkom, dzbankom i tarkom. Tam robi furorę na ulicach dużych miast, na praskim moście Karola, na warszawskiej Starówce. "Ale to jest właśnie nasza misja, by tę muzykę uczynić zrozumiałą, by było jasne, co ona komunikuje - twierdzą muzycy. - Chcemy, żeby to była rytmiczna muzyka do tańca. My o niej w ten sposób myślimy".
Jednak już w latach 50-tych i 60-tych, kiedy próbowano muzykę folkową wydobywać i odswieżać, nie traktowano jej jak muzyki do tańczenia. "Chcemy ją ożywić, żeby dzięki niej można było uzyskać połączenie z czymś prawdziwszym, niż zmieniające się co roku mody muzyczne, które w żaden sposób nie łączą się z korzeniami muzyki" - mówią.
Z tym przesłaniem wiąże się też nazwa grupy, która jest aluzją do sloganu Drug Free America. Z jednej strony to ubolewanie, że Ameryka rzeczywiście jest "jug free", bo tych bandów już nie ma, ale z drugiej strony wyraża nadzieję, że ta muzyka może wyzwolić Amerykę. Jak twierdzą: "Ta stara ludowa muzyka to nasz prezent dla ludzi, bogata tradycja, która została dawno temu stworzona i jest przez cały czas rafinowana w różnych stylach muzycznych. Z jednej strony ona ma charakter ludyczny, ale z drugiej ma też głębsze znaczenie, daje łączność z przeszłością i pokazuje, czym była muzyka przed komercją, kiedy ludzie w małych miasteczkach na Południu grali dla samych siebie, gdzie zawsze był taki band, który grał na ulicy, a ludzie mogli przyjść potańczyć i wyrazić w ten sposób swoje emocje".
