
9 lutego 1999 11:32
Przygoda zaczęła się o piątej rano kiedy to zadzwonił pierwszy z dwóch budzikowi Rachy. Fizycznie budzik był jeden i to maleńki. Mieścił się w czarnym zegarku na rękę marki bodajże Casio. Nie ufałam mu, bo jak można ufać małemu budzikowi. Drugi raz miał dzwonić po piętnastu minutach ..... Ale ja nie spałam już przed pierwszym dzwonkiem, gotowa zerwać się z łóżka aby popędzić na lotnisko. W ciemnościach nocy nie mogąc dojrzeć tarczy własnego zegarka, przeczuwałam, ze piąta jest tuz, tuz... mało tego rozpalona lękiem przed podróżą, przeczuwałam, że trzy godziny to za mało aby zdążyć na samolot. Jakże dobrze przeczuwałam.... Jazda z Iwona na przystanek autobusowy trwała czterdzieści pięć minut zamiast piętnastu, autobus wahadłowy na lotnisko, ugrzęzł w porannym, poniedziałkowym korku i jechał godzinę i piętnaście minut zamiast pół godziny... Potem czarny (wrrr ! nie mam nic przeciw murzynom! ) kierowca jak na złość zatrzymywał się przy wszystkich piętnastu terminalach, nawet wtedy gdy nikt na nich nie wysiadał. Nasz był piętnasty i od odlotu samolotu zostało nam dziesięć minut. Ośce, lecącej do Dallas, dwadzieścia minut. Wyobraziłam sobie nas, jak przez pusta hale odlotów biegniemy do lady aby odebrać boarding cards i zdyszani wpadamy do samolotu.... Zdążyliśmy! Niestety było całkiem inaczej..... Hala odlotów była pełna, po brzegi pełna ludzi. Kolejka jak do Mauzoleum Lenina w słoneczny letni dzien. Znikąd pomocy. Upływa minuta za minutą i nie możemy w żaden sposób dostać się do upragnionej lady. Co gorsza , nie bardzo wiemy gdzie mamy się dostać. Cała hala jest terminalem American Airlines nie ma tabliczek skąd dokąd, nie ma informacji jak mamy zdobyć upragnione karty pokładowe. Przez zasieki służące do formowania kolejki przebijamy się w pobliże lady. Urzędniczka uprzejmie zapytuje nas gdzież to lecimy. No jak to? Wystarczy spojrzeć w bilet! zaraz ucieknie nam samolot. Zostajemy odesłani na koniec kolejki. Na koniec!!! Kiedy ta kolejka jest na pięć godzin stania a my już zaraz mamy samoloty! Nie pomagają prośby, nawet moje łzy, którymi zalewam się na zawołanie. Don't cry upomina mnie pani w mundurze..., nie mogę was wpuścić, to byłoby nie fair w stosunku do tych wszystkich co czekają. Zrozumcie, oni tez czekają ! Na koniec kolejki , tam idźcie i czekajcie. Idziemy wiec, ja roztrzęsiona już do ostateczności. Cóż, jestem histeryczka.... cieszę się, że nie jestem sama, bo naprawdę usiadłabym na tych bagażach i rozszlochała się jak mała dziewczynka. Jakież jest moje zdziwienie, gdy na okazuje się, że na końcu kolejki krąży inna urzędniczka, której zadaniem jest wyszukać na końcu kolejki spóźnialskich i doprowadzić ich na pokład samolotu. Jasiek słyszy jak właśnie pytającym tonem wywołuje lot do Dallas, ten na 8:10, ten, którym miała lecieć Ośka! Udało się, Os'ka już pod bezpiecznymi skrzydłami naziemnej stewardesy przez zwarty tłum przeciska się ku wagom bagażowym. Uff, przynajmniej ona poleci, a to najważniejsze, bo z Dallas ma połączenie do Tampy i jeszcze dziś ma stawić się do pracy! Przez to wszystko nawet żeśmy się nie uściskały... po prostu odeszła spiesznym krokiem machając mi na do widzenia..... Nie było czasu, aby łza pożegnania zaszkliła się pod powieką... nie było czasu na pożegnalnego buziaka.... Po prostu, pod eskortą latynoskiej stewardessy, poszła w swoją stronę, a ja zostałam na kupie mojego bagażu pełna przeświadczenia, że skoro nie dane nam było się pożegnać, to znaczy , że nie ostatni raz się widzimy ......
Po raz kolejny uświadamiam sobie co to jest samolot w Stanach. To nie żaden luksus podróży, to tak jak autobus do Mrągowa. Nie załapałaś się na ten ? Trudno, pojedziesz następnym. W końcu przecież samoloty do NY łatają co pół godziny wiec kiedyś tam się zabierzemy..... stoimy z Jaśkiem w tej gigantycznej kolejce, każde z nas pogrążone we własnych myślach. Nie odzywamy się do siebie, bo cóż możemy uradzić .... Wiemy już, że trzeba czekać i ze jest to jedyne, co możemy zrobić. Żaden słowiański fortel się nie uda! Przypomina mi się jak kiedyś, jako młode dziewczę, wraz z Tatą czekałam do Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym. Był upał i kolejka w kształcie sinusoidy prawie przez cały plac. Ojciec, niecierpliwy wtedy jak ja teraz, wymyślił genialny sposób skrócenia oczekiwania. Otóż jak znajdowaliśmy się na szczycie krzywej, to wtedy niepostrzeżenie przeskakiwaliśmy do sąsiedniego, bliższego celu, garbu kolejki ... staliśmy tam chwile spokojnie, aby za moment - hop! przeskoczyć znów o garb dalej . Hiii... hiii.. fajnie było, bo nie tylko przesuwaliśmy się znacznie szybciej, ale dreszcz emocji czy nam nie dokopią dodatkowo poganiał czas..... Niestety tu w Ameryce byłoby to niewykonalne, gdyż kolejka prowadzona jest w ciasnych korytarzach sznurów rozpiętych na metalowych wspornikach. Przechodzenie pod sznurem jest łatwo zauważalne i myślę, że nie spotkałoby się ze społecznym poparciem innych kolejkowiczów. Stoimy wiec, czekając na zbawienie i licząc na to, że dolecimy do NY na tyle wcześnie aby nie uciekła nam rezerwacja hotelu, której Jasiek dokonał przez internet z Florydy i która wydaje się interesująca. Mały hotelik, mały pokoik na wielkim Manhattanie.... tylko czy zdążymy się tam przed nocą zameldować. Gdybyśmy wylecieli tak jak było planowane, bylibyśmy na JFK o 4 pm... godzina jazdy z lotniska... eeeeh, wolę nie myslec, co bedzie to będzie! Ratuje nas błąd stewardessy, którą zaczepia Jasiek podtykając jej pod nos nasze bilety. Hurra, jak to dobrze, że się pomyliła! Odczytała błędnie, że jeszcze tego samego dnia mamy lot z JFK do Wawy, nie zauważyła, że mamy aż sześciodniowy stopover w NY!
Hi... hi... chwała jej za to, bo oto teraz my pod jej opiekuńczymi skrzydłami suniemy do lady aby za chwile dostać karty pokładowe na samolot startujący za 15 minut ! Lecimy!!!! hurraaa! udało się !!!
Zaraz, zaraz, ale, ale .... ale dlaczego nasze bagaże kierowane są do Warszawy ??? Dlaczego kwity na naszych walizkach wyraźnie mówią - Warszawa przez JFK ??? Dwie walizy już popłynęły taśmociągiem, gdy Jasiek wytyka błąd latynoskiej urzędniczce. Ta nie kryje złości ... dzwoni gdzieś, zawraca dwie z naszych waliz, drze nasze kwity , ciska błyskawicami z oczu, wystawia nowe kwity i niegrzecznie upomina nas, ze tylko dlatego, ze się pomyliła możemy lecieć już teraz. Burczy, że przecież wcale nie spieszy się nam na przesiadkę... mogliśmy normalnie czekać .Pewnie do wieczora.... Chwała jej za nieuwagę, chwała za to, że nie może już nas cofnąć z tego lotu. Teraz już wiem , ze naprawdę leeeeecimy. W samolocie jeszcze chwila zastanowienia, czy nasze walizki znajda się na JFK razem z nami.... ale to mały problem. Ciepłe ciuchy mamy przecież na sobie! To przedostatni nasz lot w tej wyprawie. Wiele się nauczyłam, nie boje się tak bardzo, a właściwie jestem całkiem, całkiem spokojna. Zamykam oczy, opieram głowę na ramieniu Jaśka i odpływam....
śni mi się pustynia, wielka, wielka piaskownica i trzepak w świetle księżyca...
Nie wiem gdzie naprawdę się znajduje.....
