Sylwester w czekoladowej sali

Jacek Pałamarz

Niemal z pogardą odstawiam w niełaskę smoking, śnieżnobiałą koszulę i wykwintną muszkę. Marysia ma nieco gorzej i to rozumiem - żadnej kobiecie nie przyszłoby łatwo zrezygnować z pięknej kolii, szpilek i balowej sukni, zwłaszcza że nowa i kupiona na tę szczególną okazję... W końcu jednak w pełnej małżeńskiej harmonii ładujemy w samochód śpiwory, namiot, kuchenkę, garnki, wygodne sportowe ciuchy, suchy prowiant, a przede wszystkim mnóstwo galonów wody. W ostatnią szparę wtykam butelkę szampana. I tak objuczeni - jak nakazał "sprawca wszystkiego", Piotr - jedziemy w kierunku Mekki, na bal sylwestrowy w Czekoladowej Sali.

sprawca wszystkiego Piotr nie jest - jak by ktoś pomyślał - krzewicielem islamu wsród polskiej nacji, zaś nasza Mekka to odległa o 30 mil na wschód od Palm Springs w Południowej Kalifornii zapadła dziura, w której nie uświadczysz ani jednego meczetu, jest za to - na szczęście - stacja benzynowa i dwa nieźle zaopatrzone sklepy, rozbrzmiewające wyłącznie językiem hiszpańskim. Na głównym skrzyżowaniu drzemią w cieniu rozłożystych palm zmęczeni obywatele Mekki. Kilku z nich uchyla sombrera, bo oto zatrzymał się obcy samochód. Pytam o drogę do Chocolate Mountains - szemrzą między sobą, trącają się łokciami, chichoczą.

- Jeśli naprawdę chcesz tam jechać - mówi ciemnoskóry Meksykanin, wskazując za siebie palcem - to masz pół godziny jazdy.

Patrzy jeszcze na nasz samochód, na chylące się ku zachodowi słońce i dodaje: Dios te bendiga, co na ile znam hiszpanski znaczy, że oddał nas w opiekę Bogu.

W pół godziny później wszystko jest jasne. Koniec asfaltowej drogi, szybko zapada zmrok, objuczony jak wielbłąd volkswagen to podskakuje na wąskiej wyboistej ścieżce, to znów szoruje po ostrych kamieniach podwoziem. Prawdziwy pustynny roller coaster w drodze na sylwestra!

Bo to już dzika pustynia pełna tajemnych kształtów przed nami, zaś z tyłu przysłonięta ogromnym tumanem kurzu. Trzy razy wychodziłem, aby sprawdzić, czy to jeszcze droga, dwa razy zmaltretowany volkswagen zarył się kołami w piachu, na szczęście nie tak głęboko, aby tu utknąć na zawsze. Wokół ani żywej duszy, ani jednego swiatła na horyzoncie, tylko gdzieś w oddali wyje do gwiazd pustynny kojot.

Kolejne kwadranse udręki wydają się wiecznością. Nie wiem, jakim cudem trafiłem na szczyt pagórka. Sądząc z opisu Piotra, to już bardzo blisko... tyle tylko, że przed nami stanęła na drodze ciemna lita ściana!

- Tu jest chyba droga - słyszę z przodu jęk Marysi, która z latarką w jednej, a z młotkiem w drugiej ręce przesuwa się wzdłuż czarnej zapory, szukając wybawienia.

na szczycie wzniesienia "Chyba droga" okazuje się niewidocznym w ciemności ostrym zakrętem, za którym zjezdżamy w dół, tym prędzej, że widzimy bijącą w niebo jasną smugę, oświetlającą na szczycie wzniesienia wspaniałą biało-czerwoną flagę. Wreszcie jesteśmy wśród swoich! W domu!

Namiot już stoi, ognisko płonie, wokól zbierają się znane z poprzednich wypraw i zupełnie nowe cienie. Nasza "Czekoladowa Sala" to otoczone skałami wyrobisko dawno nieczynnej kopalni złota, niezwykła w pustynno-górzystym pejzażu płaska, amfiteatralna platforma wydrążona rękami poszukiwaczy złotego kruszcu, a potem przez lata kształtowana siłami natury. W świetle ogniska, reflektorów i gęsto rozwieszonych kolorowych lampek migają wielobarwnym blaskiem serpentynki i baloniki. Jakże wzrusza w tym dziwnym miejscu sprowadzona przez Piotra z cywilizowanego świata, pięknie przybrana, najprawdziwsza choinka. A tuż obok na bielutkich obrusach dymią gary gulaszu, bigosu, grochówki, nęci podniebienie zapach polskich wędlin, przywiezionych przez dwie panie aż z Chicago, prosto od Bacika.

Krótko przed północą w rytmy muzyki z głośników wkradają się obce dzwięki. Pary przestają tańczyć, bo bliski już warkot silników brzmi bardziej rajdowo niż tanecznie, a mnogość świateł zwiastuje przbycie większej karawany. W tumanach kurzu pustynnych jeepow wyskakują jacyś ludzie, wymachują butelkami whisky tudzież amerykańską flagą i bez żadnych wstępów biorą nas w objęcia.

Czekoladowa Sala - No, to jesteśmy w komplecie - śmieje się Piotr.

- Możemy naprawdę zaczynać!

Przybysze, a jest ich dwudziestka albo i więcej, okazują się mieszkańcami najbliższych wiosek, którzy już nie wyobrazają sobie witania Nowego Roku bez tego polskiego sylwestra. Kilka lat temu jeden z nich dojrzał w ciemnościach pustyni migocące światła, podszedł bliżej i uslyszał:

- Heeelp! Wrocił do wioski, zebrał kilku kumpli i ruszyli na obławę.

- Ki diabeł, granica blisko, chyba znówu Meksykanie pod osłoną noworocznej nocy szukają nielegalnego szczęścia w wolnym kraju!

Z zamiarem spełnienia obywatelskiego obowiązku zbliżyli się na odległość światła latarek i ujrzeli bardzo dziwną parę: pan z warkoczykiem, w garniturze i lakierkach, korpuletna pani zawinięta w futro, a obok samochod z hollywoodzką rejestracją, dokładnie zaryty w przydrożnym nasypie. Pani i pan mówili do siebie jakimś dziwnym językiem. A kiedy pokazali tubylcom Piotrową ulotkę z mapą, ci zdumieli się jeszcze bardziej, bo to przecież tu, na ich pustyni, a oni nic o tym balu nie wiedzą. Z amerykańską pomocą legalna para polskich strojnisiów wyładowała jeszcze przed połnocą w samym środku pustynnych tańców. Amerykanie zaś rychło stwierdzili, że tu bardzo przyjemnie, więc jeszcze raz wrócili do wioski, a potem znów do starej kopalni, obaczeni niezgorszym zapasem trunków. Od tego czasu przyjezdżają co roku, w coraz liczniejszym gronie. I bardzo łatwo uczą się polskiego; szczególnie płynnie i chętnie powtarzają:

- "Na zdrowie"

Z podłączonego do głośników radia płynie głęboki głos odliczający sekundy. To zawsze robi wrażenie, ale w sercu pustyni pod sklepieniem bez miary i pełnym gwiazd jest to wrażenie fantastyczne. Dwanaście uderzeń zegara. Nawet wycie kojota wydaje się śpiewem, któremu rytmu dodają strzelające korki szampana. A my stoimy w tym kurzu, ściskamy się, całujemy, gapimy na naszą flagę i wszyscy się cieszą trochę inaczej niż zwykle, bo jest inaczej. Chociaż wszyscy dobrze wiedzą, że w Nowym Roku będzie tak samo...

Bal szalony Bal szalony, bal niezwykły, więc wypijmy za tych, co na pustyni! Upojne tango między krzewami ocotillo, wiedeński walczyk pod smukłą agawą, szaleńczy rock na uklepanym piachu. Śmigają młode i starsze nogi w trampkach, adidasach, tenisówkach. Jakiś pan proponuje kujawiaka w kopalnianym szybie, jakaś chwilowo zmęczona pani z wdziekiem opada w kaktusy...

Alisci im dalej w noworoczną noc, tym częściej panie tańczą z paniami, zaś panowie stoją przy ognisku, dorzucają patyki i namiętnie rozmawiają. O czym? O wszystkim, bo o czymże toczą się nocne Polaków rozmowy...

Przed świtem, przy sciszonej muzyce i tlącym się jeszcze ognisku tańczą ostatnie pary. Dzwięki tanga kłócą się nieco z chóralnym chrapaniem, którego odgłosy w przeróżnych tonacjach dobiegają z namiotów. Pewnie ktoś śni w ciepłą noc na pustyni o polskim sylwestrze z kuligiem, śnieżkami i siarczystym mrozem. Bo rano budzisz się człowieku, wystawiasz z namiotu głowę i widzisz krajobraz z bajki. Oto siedzisz w samym środku ogromnej porcji czekoladowych lodów, tyle że lodów nigdy się nie topiących, a uformowanych z granitu przez naturę w najbardziej fantazyjne kształty. Na temat Gór Czekoladowych, zajmujących znaczną połać pustyni Kolorado, nie znajdzie się prawie nic w najlepszych przewodnikach.

Tajemnice jak zwykle wyjaśnia Piotr. Pokazując mapę pyta, czy aby na pewno wiemy, w jakim miejscu spędziliśmy Sylwestra? Na mapie, tam gdzie ciągnie się pasmo naszej czekolady - prawie żadnego znaku, za to duży napis:

Chocolate Mountains - Live Aerial Gunnery Range.

To po prostu państwowa - sciślej wojskowa - ziemia, niegdyś slużąca jako poligon lotniczy, miejsce próbnych bombardowań, bardzo intensywnych w okresie II wojny światowej i kontynuowanych jeszcze w latach wojny wietnamskiej. Czasem gdzieniegdzie między kamieniami można tu znaleźć skorupy bomb, zarośnięte metalowe odłamki. Zaś niedaleko od naszej sypialni stoi mocno już zniszczona tablica z napisem: Live bombing area.

Dreszczyk emocji sunie po plecach, a za nim drugi, bo oto na innej mapie odkrywam, że tu własnie przebiega południowy odcinek uskoku św. Andrzeja, słynnej formacji tektonicznej, śniącej się kalifornijczykom w koszmarach po najmniejszym nawet trzęsieniu ziemi.

A skorośmy sobie sylwestra w takim miejscu zafundowali, to trzeba wykonać coś magicznego. Po śniadaniu polegającym głównie na piciu kawy i beznadziejnym opędzaniu się od much, uczestniczymy w uroczystym, zbiorowym spaleniu noworocznej choinki, co niechybnie ma oznaczać, że tu wrócimy.

wędrówki okolicznymi kanionami Resztki wczorajszych toastów wyparowują z naszych czubów w trakcie noworocznej wędrówki okolicznymi kanionami. Trochę wysokogórskiej wspinaczki, znacznie więcej przeciskania się między granitowymi szczelinami, co krok to nowy okaz pustynnej roślinności. Gdybym coś miał zabrać na pamiątkę, skusiłaby mnie chyba "głowa starca". Uczenie nazywa się to Ferocactuc cylindraceus, a bardziej po ludzku po prostu kaktus-beczka. Najeżona szpilkami pękata beka, niekiedy wyższa od człowieka i zwieńczona na czubku żołtopomarańczowymi kwiatami, słynie z wodnistego miąższu, który ponoć uratował niejednego zabłąkanego na pustyni człowieka. Choć znawcy przedmiotu twierdzą, że to kolorowe bajki, bo ów miąższ zawiera zbyt wiele alkalicznych związków i zamiast ugasić pragnienie wędrowca, może go raczej dobić. Próbować nie bedę, a o zabraniu beczki na pamiątkę pomyślę przy następnej tu wizycie.

Wszystko, co opisałem, zdarzyło się oczywiście na przełomie 1994/95 roku. Za trzy dni przyjdzie czas, aby znów pobłądzić po pustyni, bo Piotr zwołuje na kolejne sylwestrowe szaleństwo w Czekoladowej Sali, już szóste z rzędu.

Kimże jest ten tajemniczy Piotr? - słusznie niecierpliwisz się, Czytelniku. Więc spieszę wreszcie Wilka Pustyni przedstawić.

Zaledwie miesiąc temu miałem okazję dłużej z nim porozmawiać, też przy pustynnym ognisku, lecz nie w Czekoladowych Górach, a w Malowanym Kanionie, znacznie bliżej Mekki. Był to Dzień Dziękczynienia i Piotr Szymanski, z zawodu inżynier elektronik i afrykanista, z zamiłowania podróżnik, zaprosił nas tam na indyka po polsku, też szósty rok z rzędu w tym samym miejscu. A w marcu, gdy pustynia stale gościnna i nie zabija jeszcze letnim żarem, Piotr zwołuje wszystkich na Rajd Wolnych Najmitow do Doliny Śmierci, oczywiście nieprzerwanie od lat sześciu.

Sześć lat temu Piotr przywiózł z Polski do Kalifornii swą przyszłą żonę Iwonę, a że chciał, by się dobrze czuła w nowym kraju i poznała szybko nowych, ciekawych ludzi, wpadł na prosty pomysł. Będzie dla Iwony zapraszał znajomych w miejsca, które są piękne, inspirujące i które sam zna z wieloletnich podróży. To był - jak twierdzi - jego egoistyczny cel prywatny. Cel altruistyczny - zrobić coś dla innych - wyniknąl z pełnej świadomości, że ludzie żyjacy w nie do końca własnym kraju są często przeraźliwie samotni. Polacy bardzo tu ciężko pracują i poza wątpliwą iluzją posiadania pieniędzy, a raczej nie posiadania długów, naprawdę niewiele z tego życia mają. Osiągają szybko to, o czym marzyli w Polsce, ale potem okazuje się, że były to marzenia złudne. Zmęczonym ciągłym pośpiechem brakuje niekiedy odwagi, aby coś jeszcze zmienić, czasem brakuje tylko pomysłu

Piotra i Iwony sprawą jest te pomysły ludziom podsuwać. To takie proste - twierdzi Piotr - mała ulotka przesłana komputerową czy zwykłą pocztą może człowieka wyrwać z odrętwienia, uczynić choć na chwilę szcześliwym. Jego własne zamiłowanie do ciekawych i ciepłych krajów, a także umiejętność łapania w locie chwil szczęśliwych wzięły się po prostu z czytanych jeszcze w dzieciństwie książek. To w książkach odbywał pierwsze podróże i zawsze miał pod ręką atlas, w którym szczególnie fascynowały go... izotermy i izobary. Jako chłopiec postanowił sobie, że kiedyś zamieszka w południowej Afryce albo na południu Kalifornii.

Dobrze się stało, że poznał Iwonę i wybrał właśnie Kalifornię.

indeks - Ameryka