
Dwa lata temu w drodze na Veteramę (największy w Europie bazar zabytków motoryzacji) w Mannheim moją uwagę zwróciły samoloty widoczne z autostrady. Lotnisko? Ale te samoloty jakieś niedzisiejsze: "Dakota", Ił 14-ty, Vickers "Viscount"... toż to przecie już historia! Bardziej bywali w tych stronach koledzy wyjaśnili mi, że to muzeum techniki - największe chyba w Europie.
Wracając z naszej wyprawy w szwajcarskie Alpy (patrz Kredensem na Furka Pass), postanowiliśmy nieco nadłożyć drogi i odwiedzić to niewielkie miasto w północnej Badenii. Z "szóstki" zjechaliśmy wyjściem nr 33 i przedefilowaliśmy ulicami miasta, prowadzeni tablicami informacyjnymi jak po sznurku, prosto do bram muzeum. Przedwieczorne słońce dotykało już dachów pawilonów i zapalało krwiste pożary w okienkach Iła-18 górującego nad obszernym dziedzińcem. Na tle cumulusów w kolorze meksykańskiego złota czerniała sylwetka potężnego dźwigu kolejowego, kontapunktowana czerwienią trzysilnikowego Junkersa, zatrzymanego w swym ostatnim starcie. Z ogromnego bilboardu próbował nas przestraszyć wielki dinozaur - reklama trójwymiarowego kina IMAX 3D. Objechaliśmy pustawy już parking i zatrzymaliśmy się na środku. Muzeum już zamknięte - to oczywiste, ale chcieliśmy zorientować się jak tu dojechać, ile kosztuje wstęp, w którym miejscu kupuje się bilety, gdzie wejść najpierw... Jutrzejszy dzień musimy wykorzystać bardzo racjonalnie.
Nocleg znaleźliśmy na przedmieściu - wiele domów oferuje tu pokoje gościnne ze śniadaniem. Biorąc pod uwagę jakość świadczonej usługi, opłata nie była specjalnie wygórowana (rzędu 20-25DM od osoby - dokładnie nie pamiętam). Po tygodniu spędzonym w dość spartańskich warunkach sanitarnych, z prawdziwą radością przywitaliśmy prysznic i białą, pachnącą pościel. Na dole barek z dobrze schłodzonym piwem, gdzie fundujemy sobie po szklance. Dogadujemy się z gospodarzem po angielsku - Janusz doskonale, ja trochę gorzej, ale i tak nieźle. Tu nie mieliśmy już takich problemów językowych jak w prowincjonalnym Tunningen. Okazało się, że nocując tutaj mamy jeszcze zniżkę w opłacie do muzeum. Gospodarz dał nam zaświadczenie, na podstawie którego kasa muzeum pobrała od nas 9 zamiast 14 marek od łebka.
Po śniadaniu, którym najadł się nawet taki żarłok jak Januszek, pożegnaliśmy gościnnego Niemca i przed 9:00 byliśmy pod kasami muzeum. Prócz biletów kupiliśmy przepięknie wydany album-przewodnik. Kosztował nas 10 marek, ale ... "daliśmy ciała".
Dlaczego? Otóż, całkiem niedaleko Sinsheim - w Speyer, jest jeszcze jedno, bratnie muzeum. Obie placówki blisko współpracują, lub nawet znajdują się pod jednym zarządem i obie wydały swoje albumy. Na ponad 200-tu, bogato ilustrowanych stronicach, każde z muzeów przedstawiło swoje najpiękniejsze eksponaty - auta, motocykle, samoloty, lokomotywy i inne urządzenia. To naprawdę wspaniałe wydawnictwa dla miłośników zabytków techniki, nie tylko dla zwiedzających. W kasach muzeum mogliśmy kupić oba wydawnictwa za 15 marek, lub tylko jedno za 10. Niestety, kupiliśmy tylko album z Sinsheim... Błąd!
Auto & Technik Museum Sinsheim prezentuje ponad 3000 eksponatów w kilku pawilonach o łącznej powierzchni 30.000 m2. Pokazano tu ponad 300 zabytkowych samochodów, 200 motocykli, 60 samolotów, 20 lokomotyw, wiele historycznych samochodów rajdowych i wyścigowych formuły 1. i 2., kilkanaście pojazdów wojskowych - czołgów, transporterów, dział, sprzętu pomocniczego i broni. Ekspozycje zaaranżowano scenograficznie w całe panoramy: z manekinami ubranymi w odpowiednie stroje z epoki i z wieloma gadżetami stwarzającymi odpowiedni nastrój.
Co zrobiło na nas największe wrażenie? Trudno wskazać coś konkretnego. Janusz był oczarowany sportowymi samochodami - całą gamą Ferrari, Lotusów, Porsche, Lamborghini... Mercedes 300 SL z podnoszonymi do góry drzwiami zrobił nawet na mnie duże wrażenie, ale jeszcze bardziej podobał mi się Mercedes 300 S Cabriolet. A wielkie amerykańskie krążowniki... a brytyjskie klasyki... Nie, nie sposób wytypować najpiękniejszych! Tu po raz pierwszy, własną ręką dotknąłem Rols-Royce'a... Tu po raz pierwszy widziałem na własne oczy najsłynniejsze historyczne auta, znane mi jedynie z literatury. Tu znajduje się oryginalny trójkołowy pojazd Karola Benza z 1886, od którego zaczęła się historia samochodu z silnikiem spalinowym.
Motocykle... może trochę utonęły w tym automobilowym bogactwie, ale dla mnie - ich miłośnika, stanowiły główny obiekt zainteresowania. Nie liczyłem ich, ale podobno zgromadzono tu ponad 200 silnikowych jednośladów. Od pięknie odrestaurowanych po autentyki, noszące ślady normalnego użytkowania. Chyba wszystkie, najznamienitsze marki tu widziałem: od AJS-a do Zündappa, od popularnych i w Polsce modeli, po zupełnie nieznane i unikatowe wydumki. Mogłem tu obejrzeć np. pierwsze BMW (R-32), słynnego Nortona Manxa, Brough-Superiora SS100, Indiana Four, Vincenta Rapide'a czy zupełnie niesamowity, jednokołowy motocykl, jaki w 1910 r. skonstruował w Paryżu niejaki Erich Edison-Puton. Zupełnie oczywiste wydawało mi się królowanie motocykli marki BMW, ale też zgromadzono dużo modeli Indianów i Harleyów. Zresztą, co tu dużo gadać, to trzeba zobaczyć na własne oczy - polecam to muzeum wszystkim miłośnikom moto-cykli zabytkowych.
Miłośnicy militariów i historii II Wojny światowej przeżyją tutaj też bardzo ciekawą, poglądową lekcję. Pojazdy wojskowe (i to nieomal wszystkich nacji walczących w tej wojnie), armaty, czołgi, samoloty zgromadzono tu w ogromnej ilości. Umundurowane manekiny i scenograficzne aranżacje stwarzają niepowtarzalną atmosferę. Warto też dodatkowo zapłacić 2 marki by przez automatyczną bramkę dostać się na wystawę pod gołym niebem, prezentującą najcięższy sprzęt pancerny. Wiele największych samolotów też zgromadzono pod chmurką. To właśnie te eksponaty, widoczne z przebiegającej niedaleko autostrady, są doskonałą reklamą muzeum.
Na zwiedzenie tego muzeum dobrze byłoby przeznaczyć cały dzień a jeszcze lepiej dwa. My nie mieliśmy tego komfortu - musieliśmy spieszyć się na zaczynający się dwa dni później wrześniowy, łódzki Moto Weteran Bazar. Pobieżnie rzuciliśmy więc okiem na lokomotywy i ogromne, mechaniczne orkiestry... Szybko też obejrzeliśmy pamiątki i literaturę w przymuzealnym sklepie i odpuściliśmy sobie seans w trójwymiarowym kinie IMAX 3D. średnim popołudniem na przydrożnym parkingu zjedliśmy ostatnie zapasy prowiantowe, stosując się do cudownej diety "Doktora Janusza" (Polecana szczególnie na wakacjach za granicą. Przez cały tydzień jemy prawie suchy chleb zapijany wodą źródlaną (tzw. kranówą).
Przed samym powrotem do domu należy spożyć jednorazowo całą kiełbasę Salami zabraną z Kraju. Efekt zapewniony! ) i pogoniliśmy nasze mechaniczne mustangi drzemiące w czterech cylindrach Gold Winga. Wstęga "szóstki" poprowadziła nas szybko i bezpiecznie w kierunku Polski a Jura Frankońska tradycyjnie pokropiła nas trochę na pożegnanie. Do Zgorzelca dotarliśmy o zmroku, do domu nazajutrz.
Nie wiem jak Janusz, ale ja mam nadzieję wrócić jeszcze kiedyś do muzeum w Sinsheim - choćby przy okazji jakiejś kolejnej wakacyjnej wycieczki moim "kredensem".
Tekst - Piotr "Besa" Czech
Zdjęcia - Piotr "Besa" Czech i Janusz Jusis
oraz pochodzące z albumu - przewodnika
"Auto & Technik Museum Sinsheim"
