
Ponizszy opis jest opisem podrozy samochodowej z Montrealu do Vancouver, ktora odbylem w 1979 majac 19 lat. Byla to moja pierwsza dluzsza podroz na tym kontynecie (akurat byla to nasza piata rocznica pobytu w kanadzie), ktorych potem odbylem jeszcze cztery. Do tych czterech zaliczam Vancouver - Pittsburgh, potem Pittsburgh - LA oraz Pittsburgh - Myrtle Beach, SC i wreszcie LA - Vancouver. Poniewaz mieszkajac w Montrealu dojechalem kiedys na Floryde, mam w swoim "dorobku" prawie caly obwod USA gdyz udalo mi sie zaliczyc i Polnocne i Poludniowe Stany. Obecnie tez mnie ciagle gania (zawodowo i prywatnie) bo w dalszym ciagu lubie podroze. Zaczne opoiwadanie od krotkiego cytatu piosenki Kinks, z ktora sie wyjatkowo identyfikuje :-)
Sitting alone in my hotel
Looking in the mirror, wondering
"Well, after all this time,
You never thought
You'd still be out on the road..."
*
Like a gypsy I was born to roam
Like a wanderer with no fixed abode
I think about the friends
I've left behind on the road
*
Well, the road's been rocky along the way
It's been a long, hard haul on the motorway
And if it gets too smooth
It's time to call it a day !
*
Well, life is a road and it's all the way
And the road gets rocky along the way
But if it gets too smooth
It's time to call it a day !
Nasz pierwszy punkt docelowy do Toronto, Ontario. Ojciec prowadzi 20 stopowa ciezarowke wypozyczona z firmy Ryder (bardzo ladny, rzucajacy sie w oczy zolty kolor), a ja naszego Chevroleta Impala (1976 rocznik z osmio cylindrowym silnikiem o pojemnosci 305 cubic inches, czyli prawie ze 5000 cm3 - wspaniala maszyna! Dla calosci dodam tylko, ze przed tem mielismy Impale rocznik 1972 tez osmio cylindrowca o pojemnosci 350 cubic inches, czyli 5735 cm3, ktorego jednego pieknego dnia rozwalilem w drzazgi). Byly to niesamowite czasy kiedy Kanadyjski gallon (4.5 L) benzyny kosztowal 18c (tez kanadyjskich) i nikt nie myslal o smogu, tylko o tym, ze mozna wyrabac od zera do 80 mph majac szesc osob w wozie i pelny bagaznik gratow. Mama jedzie z ojcem a moj brat ze mna - radio rznie na caly regulator, sluchamy moich tasm, glownie Deep Purple, Jethro Tull i Pink Floyd.
Z Montrealu bierzemy chyba najlepszy highway jaki jest w Kanadzie, to jest Macdonald-Cartier Freeway 401 wiodacy wzdluz rzeki swietego Wawrzynca (St. Lawrence River) na poludniowy zachod. Nawierzchnia drogi znacznie sie poprawia z chwila przekroczenia "granicy" prownicji Quebec i Ontario - wiadomo, Francuzi to znane lenie, balaganiarze i brudasy. Ci z Quebecu tacy sami jak ci z Francji, mimo ze ci z Francji mienia sie byc czyms lepszym (i odwrotnie). W niektorych miejscach bez trudu pcham woz do oporu i wyciagam 120 mil na godzine czyli 193 km/h (pozniej drogo za to zaplace, ale o tym potem - coz, czlowiek mial wtedy 20 lat to i uczucie leku nie bylo mu znane).
Gdzies w polowie drogi mijamy Kingston, gdzie odbyla sie zeglarska czesc Olimpiady w 1976 roku. Po lewej stronie wzdluz rzeki jest sporo roznego rodzaju parkow i miejsc do piknikowania. W lecie jest tu dosc sporo dobrych miejsc do kapieli, a na jesieni mozna ogladac pieknie zmieniajace sie liscie Kanadyjskich klonow. Lacznosc z ojcem mielismy utrzymywac za pomoca walkie talkies ale stracilismy kontakt juz w pierwszych paru minutach podrozy troche dzieki dosc malemu zasiegowi walkie talkies, a troche dzieki mojej szalonej jezdzie. Utrzymujemy wiec kontakt w ten sposob, ze ja sie gdzies zatrzymuje, czekam na ojca a potem razem jedziemy do najblizszego McDonald's na lunch. Minawszy Kingston gazem przjechalismy przez Belleville, Coburg i Oshawa i wpadlismy na przedmiescia Toronto.
Noc spedzilsmy u znajomych i na drugi dzien wyruszylismy w droge, zeby zlapac prom (Cheecheemun) ktory wychodzi z Tobermory i leci przez jezioro Huron (po lewej) i Georgian Bay (po prawej). Z Toronto wiec trzeba sie skierowac na polnocny zachod droga numer 6, ktora wiedzie przez Guelph zostawiajac Kitchener i Waterloo po lewej stronie. Droga zaczyna sie robic ciekwsza w okolicach Owen Sound, gdzie wjezdza sie na Bruce Penninsula. Na samym czubku tegoz znajduje sie Tobermory. Tu przezylismy pierwsza przygode, bo wyprzedzilem rodzicow o dobra godzine, a moze nawet i wiecej, wiec mama zaczela sie obawiac, ze gdzies zesmy zgineli. Od tej pory zaczelismy ustalac miejsca spotkania z gory z mapa w reku nie liczac na walkie takies ani na tak zwana lacznosc wzrokowa. Po opuszczeniu Tobermory i po blisko godzinnej z plusem przejazdzce prom dobil do South Baymouth na Manitoulin Island (nazwanej tak po Indianskim Bogu Manitou). Na wyspie kontynujemy podroz droga numer 6 jadac teraz na polnoc w kierunku miasta Espanola polozonego juz na stalym ladzie. Ale najpierw musimy sie przebic ta dosc kreta i waska droga przez Little Current na polnocnym brzegu Manitoulin Island i przelecie przez maleka wysepke o nazwie Great La Coche Island oraz przejechac przez Whitefish River Indian Reservation. Dobiwszy do Espanola skrecamy doslownie o 90 stopni na zachod i dobijamy do Trans Canada Highway, ktory znany jest takze jako Highway 1. Za dawnych czasow ta droga byla tez znana jako 17-tka ktora przez zachodni Quebec i wschodnie Ontario wiodla przez Ottawa Valley i dopiero przybierala nazwe Trans Canada Highway i numer jednyki z chwila przekroczenia granicy prowincji Ontario i Manitoby. Ale dla ulatwienia bede ja nazywal TCH i dam jej numer 1 juz teraz. Jedynki bedziemy sie juz trzymali przez nastepne trzy prowincje, to jest Manitobe, Saskatchewan i Alberte.
W kazdym razie, zachodnie Ontario ciagnie sie dosc dlugo - przed dobiciem do Manitoby musielismy jeszcze przejechac Sault Sainte Marie na brzegiem Jeziora Superior (jak to jest po polsku ?) a potem jechac wzdluz brzegow onego kierujac sie na polnocny zachod do miejscowosci Wawa. Otoz Wawa ma zla legede, ktora glosi, ze to miasto zostalo zbudowane przez autostopowiczow ktorzy tam ugrzezli. Za dosc zamierzchlych czasow kiedy ludzie byli dla siebie nieco wyrozumialsi, podrozowanie autostopem lub hitchhiking (lub na palec, jak sie to mowi o po polonijnemu, bo wystawialo sie kciuka w odruchu podobnym do symbolu good luck) bylo w Stanach i Kanadzie bardzo popularne. Niestety, wiele dziewczat a czasami i chlopcow przyplacilo to gwaltem a nawet zyciem i zabawa sie skonczyla gdzies tak pod koniec lat 70-tych. Ale, wrocmy do Wawa i jej legedy. Otoz to miasto lezy w jakims takim niekorzystnym miejscu, ze ludzie glownie wysadzali tam autostopowiczow, natomiast malo kto ich z tamtad zabieral. Przy kraweznikach wiec stalo ich dosc sporo, a legeda glosi, ze niektorzy po prostu dali za wygrana i sie po prostu tam osiedlili. Los nie do pozazdroszczenia, bo rzeczywiscie nie jest to najciekawsze miejsce na ziemi do mieszkania, choc znajduje sie tuz obok dosc ladnego Lake Superior Provincial Park. Tu slowo wyjasnienia o krajobrazie. Teren zachodniego Ontario jest bardzo pagorkowaty, ladnie zalesiony i ogolnie dosc ciekawie sie nam tamtedy jechalo. Niestety, TCH jest dosc waska jak na amerykanskie warunki droga - jedno pasmowka w wiekszosci, ktora poszerza sie tylko w okolicach wiekszych miast. Troche skandal swoja droga, zeby takie kraisko jak Kanada mogla sobie tylko pozwolic na szose badz co badz nie wiele lepsza od drog polskich. W kazdym razie, ten teren oraz szerokosc drogi cholernie utrudniala wyprzedzanie, wiec mialem pare, jak to sie mowi close calls z ruchem z drugiej strony, no i ostatecznie musialem nieco zwolnic - do 70 mil na godzine, czyli tak srednio biorac do 110 km/h.
Nie pamietam juz teraz dokladnie gdzie nocowalismy, ale zdaje sie udalo nam sie przebic az do miasteczka o nazwie Kenora, to jest tuz przed granica Ontario i Manitoby. Zeby tam dojechac musielismy jescze przeleciec przez Thuder Bay na zachodnim krancu Lake Superior i odbic troche na polnoc, gdyz inaczej wjechalibysmy do stanu Minnesota. W kazdym razie, dalej jechalismy TCH, czyli jedynka. Tak dla ciekawostki dodam, ze odleglosc miedzy Thunder Bay a Winnipegiem wynosi 400 km a jest to tylko malutki kawaleczek zachodniego Ontario, wiec odleglosci na tutejszym kontynencie sa w nieco innej skali niz w Europie. Nastepnego dnia ruszylismy dalej na zachod - tym razem juz w prawie prostej linii - i w krotce dobilismy do Winnipegu w prowincji Manitoba. I tu zaczela sie najnudniejsza czesc naszej podrozy bo wlasciwie od Winnipeg, przez cala Manitobe, jako tez i przez nastepna prowinicje Saskatchewan wraz z jej stolica o nazwie Regina, oraz przez cala wschodnia czesc prowincji Alberta, az do miasta Calgary nie ma wlasciwie o czym pisac. Pagorkowaty, zalesiony i dosc interesujacy teren zachodniego Ontario, dodatkowo urozmaicony bliskim sasiedztwem Wielkich Jezior ustapil monotonnemu i plaskiemu krajobrazowi Wielkiej Prerii. Krotko mowiac, odcinek miedzy Winnipeg i Regina (563 km), jako i odcinek pomiedzy Regina i Calgary (760 km), czyli razem 1323 km to jeden wielki lan zboza przeplatany od czasu do czasu jednym wielkim lanem kukurydzy.
Na tym szmacie drogi wydarzyly sie chyba ze trzy ciekawe incydenty o ktorych warto wspomniec. Otoz gdzies w polowie drogi przez Saskatchewan jakas wredna baba zajecha a mi droge wozem cos w rodzaju jeep'a po czym odlamki kamieni, ktore wyprysnely jej z pod kol zrobily pare dziur w szybie naszej Impali. Poniewaz babsko nie chcialo sie zatrzymac, nie wiem, byc moze przerazil ja widok moich wlosow ktore wtedy mialem wychodowane ponizej ramion (nie scinane byly przez ponad dwa lata !). W kazdym razie, musialem zaangazowac slynna Royal Canadian Mountain Police (RCMP) czyli tak zwanych Mounties do poscigu i w krotce ja dognali, wedle slynnego kanadyjskiego przyslowia, ktore glosi ze Mounties always get their man. O drugim incydencie wspomnialem krotko na samym poczatku, to jest zaraz po wjezdzie do Alberty oberwalo mi sie za moja jazde. To samo RCMP upatrzylo mnie z samolotu jak ladowalem z szybkoscia 153 km/h. Akurat wtedy Kanada zaczela sie przestawiac na system metryczny, wiec byl to moj pierwszy mandat (czyli ticket) wypisany juz w urzedowym systemie SI. W koncu po tym wszystkim, zatrzymalismy sie gdzies na noc w jakims obskurnym zadupiu, chyba gdzies w okolicach Medicine Hat lub nawet w jakiejs dziurze jeszcze przed, bo bylo juz dosc pozno w nocy i ojciec byl niezle zmeczony. Zatrzymalismy sie w spelunie pod dzwieczna nazwa The Great West Hotel, ktory istotnie w czasach Gold Rush i Dodge City mogl nosic namiastki zachwalanej wielkosci, ale i to jest watpliwe. W kazdym razie, kiedy zawitalismy tam rodzinnie, gdzies tak kolo pierwszej lub drugiej w nocy, jednynymi goscmi byli pijani w sztok Indianie grajacy w bilarda i obrzycajacy sie nawzajem wyzwiskami. Z lada establishmentu siedziala dama, ktora prawdopodobnie mogla by sluzyc jako klasyczny przypadek medyczny kily, rzerzaczki lub czegos jeszcze lepszego. Ale, jak to sie mowi, beggars can't be choosers, wiec ochoczo zgodzilismy sie na przydzielony nam pokoj na drugim pietrze. Po czym, wymywszy zeby woda koloru brazowo zoltego, oraz o zapachu dawno nie zmienianego oleju samochodwego (Alberta slynie z pokladow ropy, stad i powod do dumy z owej wody, ktora widocznie odprowadzana jest z tych samych zloz) zasnelismy blogim snem zmeczeni podroza.
Gdzies tak o godzinie 3:30 lub moze czwartej nad ranem, uslyszelismy cos co wzielismy za objawienie sie Michala Archaniola, ktory przy pomocy wszystkich trab jerychonskich zstapil z niebios na ziemie w celu obwieszczenia Konca Swiata. Jak zyje ani do tej pory ani od tej pory nie slyszalem czegos takiego. Oprocz przerazliwego dzwieku trab rozleglo sie glosne dudnienie, wydobywajace sie jakby z pod ziemi. Wyskoczylem z wyra jak z procy i predko poczelem robic rachunek sumienia blagajac Boga i Wszystkich Swietych o przebacznie. Z ulga zauwazylem, ze reszta rodziny oddala sie podobnym rytualom, czyli zorientowalem sie, ze mi sie nie przewidzialo i ze czynie co czynic nalezy. Po moze minucie halas ustal, a potem jescze ze dwie minuty dzwonilo mi w uszach i juz myslalem, ze czeka mnie pare ladnych lat czyscca, gdy okazalo sie, ze ow halas to tylko przejezdzajacy obok pociag towarowy, ktorego maszynista w ten sposob obwieszcza swoj przejazd okolicznym mieszkancom. Ale, poza tym, jak pisalem powyzej, to wlasciwie caly ten odcinek ponad 1000 kilometrowy przelecial nam bez wiekszych wydarzen. Nawet brat, ktory dzielnie towarzyszyl mi na przednim siedzeniu i pilotowal (wlasnie w czasie tej podrozy nauczyl sie czytac mapy i wyrobil sie na doskonalego pilota po malym fiasku w Winnipegu - mial wtedy 13 lat), z chwila przekroczenia granicy Ontario i Manitoby przeniosl sie na tylnie siedznie, gdzie przespal wieksza czesc podrozy przez Wielka Prerie.
Po Medicine Hat nastepnym punktem docelowym bylo Calgary, ktore wbrew pozorom nie jest stolica prowincji Alberta (jest nia Edmonton). Tak nawiasem mowiac, na tym kontynecie tak sie juz jakos utarlo, ze wlasciwie stolice ulokowane sa w mniejszych, mniej ruchliwszych i w zasadzie nudniejszych miastach. Wyjatkiem sa chyba Winnipeg i Regina, ale to chyba tylko dla tego, ze w zasadzie innych miast w tych prowincjach po prostu nie ma. Ale, na przyklad wezmy Quebec, gdzie stolica jest Quebec City a nie Montreal, Alberte, ktora opisalem powyzej i British Columbie, gdzie stolica jest Victoria a nie Vancouver. Toronto znowu jest wyjatkiem, ale raczej wlasnie stolice sa tu male i dosc czysto urzedowe. W kazdym razie znowu uleglem dygresji, wiec wracam z powrotem do tematu.
Otoz podczas naszego przejazdu przez Kanade w roku 1979 Calgary przypadlo mi bardzo do gustu. Byl to okres wielkiego rozwoju Kanadyjskiego przemyslu olejowego, (tak zwany oil boom) ktory wkrotce zostal zgaszony przez durnia zwanego Pierre Elliot Trudeau, ktory wprowadzil tak zwana National Energy Policy - zwrociwszy uwage na inicjaly NEP, jak to znajomo brzmi. Celem NEPu bylo unarodowienie wiekszosci olbrzymich inwestycji olejowych co w praktyce ograniczylo sie do nalozenia fenomenalnych podatkow na amerykanskie firmy olejowe, ktore wkrotce wycofaly sie z wiekoszsci projektow dzieki czemu i boom sie skonczyl. Ludzie potem z wdziecznosci obrzucali pociag dostojnego Prime Ministra zgnilymi jajkami i pomidorami - ale o tym tez nastepnym razem. Mialem okazje pracowac w Albercie tuz przed koncem owego boom'u jako i tez zaraz po upadku, wiec moge tez to kiedys szczegolowo opisac, jezeli juz i tym opisem kompletnie szanownej publiki nie zanudzilem.
W kazdym razie, w 1979 roku nic nie wskazywalo na rychly upadek kanadyjskiego przemyslu olejowego i w Calgary czuc bylo tetniace zycie, jak to zwykle bywa przy dobrobycie. Oprocz tego Calgary, czesto zwane Cow Town, jest stolica kanadyjskiego kowboja - odbywa sie tu co roku kanadyjska wersja rodeo, czyli Calgary Stampede. Wiec wziawszy kowbojski rozmach plus olejowe dolary mozna sie wtedy bylo niezle tam zabawic. Byl to dosc spory kontrast pomiedzy Montrealem, ktory lubi uchodzic za iscie Europejska metropolie i gdzie tez swojego czasu byl dobry ubaw dopoki Francuzom nie odbila szajba z separacja, dzieki czemu sporo firm przenioslo sie do Toronto, forsa zniknela no i metropolie diabli wzieli. No, ale wrocmy do Calgary. Otoz troche na zachod od Calgary lezy jeden z najpiekniejszych zakatkow Kanady, to jest Banff National Park a na polnoc od niego znajduje sie rownie piekny Jasper National Park. Banff jest bardziej nastawiony na turystyke, natomiast Jasper jest jeszcze dosc dziki. W Banff znajduje sie paredziesiat mniej lub wiecej luksusowych hoteli narciarskich jako ze sa tam doskonale tereny do jazdy. Snieg jest zazwyczaj doskonaly bo jest suchy, wiec mozna jezdzic w puchu. Z tym ze puch to nie kopny snieg znany mi dobrze z Nosala, tylko cos w rodzaju lekkiego pierza, ktore rozwiewa sie lekko wokol narciarza podczas jazdy - krotko mowiac cos wspanialego. Niestety, jest tam cholernie zimno - zdarzalo mi sie tam jezdzic w temperaturze -40 stopni C ! Ale, jak mowia tubylcy jest to dry cold w przeciwienstwie do wet cold, ktore dobrze mi sie dalo we znaki w Montrealu, gdzie temperatury czasami spadaly do -50 stopni C wliczajac efekty zwiazane z wiatrem. W kazdym razie, jazda na nartach przy -40 C nawet jezeli to jest dry cold tez nie nalezy do przyjemnosci - mozecie mi wierzyc.
Okej, wiec obejrzelismy Banff i sasiadujacy z nim Lake Louise a potem skierowalismy sie dalej Jedynka na zachod. Podczas moich pozniejszych samotnych podrozy przelecialem pare razy ta trasa ktora prowadzi miedzy Banff a Jasper, wiec tez moge to kiedys opisac. Napiszcie mi panstwo tylko czy ta moja bazgranina was nie nudzi, bo dopiero opisalem 3/4 jednej podrozy a juz dojezdzam konca siodmej strony... Ale, jedziemy dalej... Otoz, z calkiem niezlej wyskosci, bo Lake Louise jest polozony 1539 m nad poziomem morza, droga zaczyna potem spadac w dol w strone British Columbii. Jest to chyba najbardziej z malowniczych drog jakie w zyciu widzialem i goraco polecam zwiedzenie tego odcinka. Wielokrotnie przekracza sie rzeki i strumienie gorskie, a roslinnosc dookola jest tez bardzo bogata. Widoki sa przepyszne, przypominajace Alpy. Ale, chyba nawet lepiej jest jechac w lecie, bo parokrotnie zrobilem ta droge w zimie i oprocz tego, ze wszystko bylo doszczetnie zasypane sniegiem to nie wiele pamietam. Natomiast ta letnia eskapada utkwila mi w glowie bardzo mocno. Niedlugo po wyjezdzie z Banff National Park wjezdza sie w Kootenay National Park, ktory lezy juz po stronie British Columbii. Droga jest w dalszym ciagu szalenie ciekawa i dosc trudna do jazdy bo kreta i jest dosc sporo gorskich serpentyn. Dosc ciekawym miejscem jest Rogers Pass, ktory lezy na wysoko ci 1327 m nad poziomem morza. Zeby ulatwic przejazd przez gory, a sa to dosc twarde i skaliste Rocky Mountains, czyli jak sama nazwa glosi Gory Skaliste, jest tu wyrabanych chyba z siedem czy osiem tuneli. Niektore z nich sa na pol mili dlugie, wiec w swoim czasie (Trans Canada zosta a otwarta na 100-lecie Kanady, czyli w roku 1967) chlopcy musieli sie tu niezle na pracowac.
Znowu na marginesie dodam, ze piekna droga biegnie tez na poludnie od pierwszego wiekszego miasteczka po stronie British Columbii (Golden). Prowadzi ona wzdluz Kootenay National Park od Golden do Cranbrook przez Radium Hot Springs, Invermere, Fairmont Hot Springs i Kimberley. Zrobilem kiedys poludniowy odcinek tej drogi, to jest od Cranbrook do Invermere, bo w Inveremere znajduje sie dosc dobry resort narciarski o nazwie Panorama, gdzie jedyny i cudowny raz w zyciu udalo mi sie jezdzic na tak zwanym Helicopter Skiing - cos wspanialego, chyba na pograniczu orgazmu a moze i nawet lepiej. Ale o tym tez kiedy indziej. W kazdym razie, przylecialem wtedy samolotem z Vancouver do Cranbrook i samochodem z Cranbrook do Invermere - tez piekny kawalek drogi.
Ale znowu zboczylem z drogi, chyba dla tego, ze jestem straszny gadula a tyle jest rzeczy do opisania. W koncu oblecialem przeciez i Kanade w szerz i zrobilem kolko po obwodzie Stanow, wiec uzbieralo sie troche materialu do pisaniny. Szkoda tylko ze tak malo jest czasu na opisanie tego wszystkiego i ze mysli wyprzedzaja reke i pioro. Okej, wiec przeleciawszy przez tunele w Rogers Pass zjechalismy w dol do Revelstoke a potem do Sicamous, gdzie skrecilismy znowu o 90 stopni i udalismy sie droga numer 97 na poludnie w strone miasta o nazwie Kelowna. Droga ta wiedzie wzdluz malowniczego Okanagan Lake przez Vernon i Kelowna do Penticton. Vernon lezy tez nad jednym z najpiekniejszych jezior jakie widzialem a mianowicie Kalamalka Lake co po Indiansku znaczy Jezioro Wielu Kolorow (Lake of Many Colors). I rzeczywiscie z drogi, ktora biegnie nieco gora jezioro polyskuje co najmniej trzema lub czterema pieknymi odcieniami szmaragdu. Poza tym, poniewaz lezy troche w dole, jest osloniete od wiatru i tafla jego wody wyglada jak lustro. Tu swojego czasu udalo mi sie spedzic jedno fantastyczne popoludnie na nartach wodnych - czysty raj!
Cala ta okolica nalezy do tak zwanej Okanagan Valley, czyli cos w rodzaju Kanadyjskiej Kalifornii. Panuje tu mikro klimat, ktory na przyklad pozwala na hodowle brzoskwin, czeresni a nawet i winogron, tyle tylko ze BC (British Columbia) wines nie moga sie nawet porownac z kalifornijskimi. W zasadzie to sa one gdzies na pograniczu soku winogronowego z dodanym alkoholem (choc to sie podobno ostatnio poprawie dzieki lepszym metodom winemaking). Ale za to widoki sa przepiekne. W 1979 byla to jeszcze stosunkowo malo zaludniona czesc BC ale ostatnio ludzie zmeczeni wielkomiejskim trybem zycia w Vancouver, zaczeli sie tu gremialnie przenosic. W kazdym razie, Okanagan Valley jest w dalszym ciagu pieknym miejscem i jezeli szukacie miejsca na pare tygodni odpoczynku to goraco polecam.
Po dobiciu do Penticton z drogi numer 97 przeskoczylismy na droge numer 3 i odbili my znowu na zachod w strone miesteczka Princeton. Trzeba dodac, ze caly szlak od Kelowna do Princeton a nawet i do Hope jest bardzo interesujacy gdyz po lewej rece upstrzony jest jeziorami, ktore sa otoczone po obu stronach gorami. Znajduje sie tu okolo szesciu czy siedmiu calkiem niezlych resortow narciarskich o tak dzwiecznych nazwach jak Silver Star, Big White, Last Mountain i Apex. Niestety, nie dane mi bylo jezdzic na zadnej z tych gor, ale moj brat byl kiedys w Big White i bardzo sobie chwalil. Zdaje sie, ze slynny zjazd z gory z pochodniami w ktorym bierze z kilkadziesiat osob tworzacych jakoby wielkiego weza najbardziej mu przypadl do gustu. Otoz po wyjezdzie z Penticton droga chwilowo odbija na poludnie azeby ominac gory i wiedzie przez Manning Provincial Park, gdzie tez znajduje sie stok narciarski. Tutej chyba kiedys bylem, ale zdaje sie, ze nie bylo to zbyt zachwycajace - chyba bylo to pozno w sezonie, bo pamietam duzo blota na parkingu i po drodze. Potem droga dobija do Hope, gdzie znowu laczy sie z Trans Canada Highway. Roznica polega na tym, ze jedynka, czyli TCH biegnie przez Fraser Valley gdzie plynie Fraser River a droga numer 3 wiedzie przez ladniejsza (moim zdaniem) ale trudniejsza do przejechania Okanagan Valley. Natomiast ta droga 97 mozna jechac dalej na poludnie az do samej granicy Stanow. Jest to dalszy ciag Okanagan Valley gdzie leza bardzo piekne i schludne malutkie miasteczka jak Oliver i Osoyoos. Polozone sa one tez nad bardzo ladnymi jeziorami, gdzie tez kiedys za dawnych dobrych lat udalo mi sie troche pojezdzic na nartach wodnych.
Okej, a wiec jestesmy w Hope, chyba nazwanej tak dla tego, zeby dodac nadzieji strudzonym pionierom, ktorym udalo sie przebic przez Gory Skaliste badz gora jak nam, lub dolem czyli przez Fraser Valley. Od Hope droga znowu robi sie szersza i juz zostaje tylko krotki skok przez Chilliwack i Abbotsford do Vancouver. W Abbotsford odbywaja sie dosc slawne pokazy lotnicze, gdzie i kanadyjskie i amerykanskie sily powietrzne demonstruja swoje przygotowanie. Bylem chyba ze dwa razy na tych pokazach i musze powiedziec, ze wywarly na mnie duze wrazenie. A wiec zblizam sie do konca pierwszej wielkiej epopeji naszej Polnocno Amerykanskiej przygody. W kazdym razie, aby dokonczyc dodam, ze dobilismy do Vancouver zdaje sie ze po chyba dziesieciu dniach podrozy, czyli ze plus minus wychodzi strona pisaniny na jeden dzien wiec dosc niezla proporcja.
