
W zwiazku z tym, ze nie musialem sie za bardzo spieszyc, moglem skorzystac z transportu publicznego do wlasciwego miasta (i gminy) San Francisco, czyli prawie dokladnego kwadratu 7 na 7 mil na szczycie Przyladka San Francisco, na poludnie od Zlotej Bramy do Zatoki.
San Francisco jest byc moze jedynym miastem na swiecie, w ktorym komunikacja publiczna jest takze narodowym skarbem. Na wzgorza za strome dla koni wspinaja sie wynalezione w 1870 roku kolejki linowe, a trzy linie z daleka mozna wyczaic wsluchujac sie w nieustajaco mruczace podziemne liny, do ktorych podczepiane sa wagoniki. Z centrum do Castro mozna dojechac zarowno tramwajami pod ziemia jak i po powierzchni - linia F z zabytkowymi wozami z calego swiata. Od razu po przyjezdzie do centrum wiec zaszalalem i strzelilem sobie 7-dniowy bilet za cale 15 dolarow i rozpoczalem wlasciwe zwiedzanie od przejazdu kolejka linowa do Nabrzeza Rybackiego (Fisherman's Wharf).
Tam obejrzalem sobie z daleka wyspe Alcatraz po raz pierwszy, z drugiej strony zas wierzowce centrum miasta, a z bliska zabytkowe statki w muzeum morskim. Niestety, reprezentacyjny zaglowiec byl w stoczni. Widac mam opozniony refleks, bo po wyladowaniu na lotnisku i wjezdzie do centrum autobusem wlasciwego uczucia przybycia do miasta doswiadczylem po zejsciu ponownie na nabrzeze z zabytkowego promu, po wyobrazeniu sobie jak taka przeprawa musiala wygladac na poczatku wieku.
Wlasciwe muzeum morskie bylo dosyc male, ale mozna sie w nim bylo troche nauczyc o historii Zatoki San Francisco, byla tez wystawa poswiecona handlowi z Chinami, tranportowi ludzi i towarow w czasie goraczki zlota no i tez oczywiscie sporo modeli zaglowcow - w tym Preussen - najwiekszego w pelni rejowo ozeglowanego w historii - piec masztow po szesc rej!
Po obejrzeniu innych lokalnych atrakcji, w tym kolonii porykujacych lwow morskich wyruszylem na wspinaczke na Wzgorze Telegraficzne z wieza w ksztalcie weza strazackiego wybudowana przez amatorke pozarow (lubiala jezdzic za czerwonymi wozami), z ktorego mozna bylo popatrzec na centum i okolice z jeszcze innej perspektywy. Dzieku wzgorzom San Francisco dostarcza tego typu wrazen co niemiara i po zamknieciu muzeow przez kolejne pare dni zajmowalem sie kolekcjonowaniem takich widokow. Nastepnymi etapami zwiedzania bylo Chinatown, gdzie odparlem zroznicowane pokusy zakupow (nie bez pewnego wysilku). Nastepnie przejechalem metrem - ktore w istocie jest raczej podziemnym tramwajem niz kolejka do wlasciwej stolicy rozpusty, czyli Castro.
Tam wzruszylem ramionami, bo za nic nie mozna bylo zauwazyc tego okropnego rozpasania. Powiewala teczowa flaga, kilka jednoplciowych par trzymalo sie za raczki i tyle tego bylo. Kupa barow i moze w nich jakies nieprzyzwoitosci sie dzialy, ale jakos nie chcialo mi sie nawet wnikac. Autobusem dojechalem do parku Zlotej Bramy, gdzie zaliczylem kolejno kolejna wspinaczke na sztuczna gorke na sztucznym jeziorze, ale zadnych specjalnych widokow ze szczytu nie bylo, bo drzewa zaslanialy. Przy zejsciu trzeba bylo zawilgocic podeszwy przechodzac u stop sztucznego wodopsadu, nawet bardzo sprytnie zbudowanego. Nastepnie udalem sie do ogrodu botanicznego oraz Japonskiego Ogrodu Herbacianego. W pewnym sensie byla to powtorka z Ogrodow Huntingtona w Los Angeles. W ogole to zaczalem sie nieco rozbestwiac i kolejne atrakcje sa dla mnie w pewnym sensie powtorkami, moge sobie porownywac, jak podobne rzeczy mozna przedstawiac w troche inny sposob.
Nastepnie szybko przeszedlem przez muzeum sztuki amerykanskiej i azjatyckiej, szybko, bo jakos niespecjalnie bylo sie w nich czymkolwiek zachwycic, wlasciwie to juz niewiele z nich pamietam. Albo z drugiej strony, za bardzo sie spieszylem do muzeum historii naturalnej naprzeciwko, zeby cokolwiek zapamietac. Troche teraz oszukalem i zajrzalem do ich strony w sieci, wiec mi sie przypomnialo kilka rzeczy z wystawy sztuki azjatyckiej (indyjscy bogowie ciagle mi sie jeszcze mieszaja i sprawa jest chyba beznadziejna), indianskiej - reliefy i murale spod Mexico City, z azteckiego miejsca bogow (Teotihuacan) plus rzezby roznych mezoamerykanskich kultur i akcesoria do pilki nie-noznej. Pamietam tez totemy z czesci poswieconej indianom polnocnoamerykanskim oraz lodzie z Oceanii.
W Kalifornijsiej Akademii Nauk, bo tak sie nazywa tamtejsze muzeum historii naturalnej tez sie musialem zwijac, bo mialem wyznaczony termin zameldowania sie na fulbrajtowym seminarze. Ale tez nie bylo na szczescie specjalnie wielkie. Z ciekawszych rzeczy bylo porzadne wahadlo Foucaulta, szkielet T. rexa (no dobra, odlew) i Akwarium Steinharta, podobno z najwieksza liczba gatunkow na swiecie, z ktorych najciekawsze byly ryby plucodyszne, czterookie (a dokladnie z czterema zrenicami), krokodylomordziaste z Amazonii, ktore ewolucyjnie stoja miedzy chrzestno- a kostnoszkieletowymi oraz ciemne akwarium z rybcia z swiecaca przyneta.
Sporo akwariow bylo 'z idea', a nie tylko z rybami: kilka poswieconych bylo gatunkom w strefach plywowych i woda w nich zmieniala poziom, albo jakims zaleznosciom ekologicznym. W jednym np byla wielgachna ryba z malutkimi, ktore podzeraly jej pasozyty, oraz z trzecim gatunkiem, ktory sie pod nie podszywal i zamiast pasozytow podzeral zywe miesko wielkiej ryby. W jednym akwarium prad wody szedl w kolko i rybki robily lawice. Podobny kolisty prad byl w 400-kilolitrowym akwarium w ksztalcie ronda, do ktorego sie wchodzilo by podziwaiac setki plynacych pod prad ryb. Odczekalem ze swoja kanapka, az dawali im zrec, wiec posilek spozylem w towarzystwie. Drugie wielkie akwarium bylo poswiecone rekinom, byla tez kolonia pingwinow oraz kilka aligatorow i wezy do towarzystwa. Pyton zrobil kupe.
Najbardziej mi sie podobalo cos, co czesto jest w amerykanskich muzeach oceanograficznych, a nie bardzo w polskich - otwarte z gory akwarium-bajorko z rozgwiazdami i jezowcami lub ewentualnie jakimis duzymi skorupikakami, do ktorego dzieciaki moga wkladac lapy i poglaskac rozgwiazde.
Cos podobnego bylo tez w akwarium na Nabrzezu Rybackim, do ktorego wlazlem dwa dni pozniej, w ktorym chodzi sie w 120-metrowym tunelu z akrylowymi scianami ogladajac ponad 10 tysiecy zwierzat reprezentuacymi prawie 40 gatunkow zyjacych w Zatoce San Francisco, a wiec nie tylko ryby, ale tez rozgwiazdy, kraby i osmiornice. W zwiazku z tym, ze tunel ma sciany w ksztalcie luku, przy kazdym kroku ma sie zludzenie, ze wszystko faluje. Osoby podatne na chorobe morska moga sunac ruchomym chodnikiem.
Do tego akwarium poszedlem po rejsie wokol Alcatraz na Wyspe Aniolow, znana tez jako "Wyspa Ellis Zachodu", miejsce przesluchan milionow imigrantow z Azji, ktorzy czasem musieli nawet kilka miesiecy (conajmniej kilka dni, do paru lat) siedziec na niej w wieziennych warunkach bez widzen z rodzina, razem z wiezniami federalnymi przed wybudowaniem Alcatraz. Stad pasowalo to do tematu seminarium - praw czlowieka. Szkoda, ze nie mielismy czasu polazic wiecej po wyspie (z jednej gorki bylby swietny widok, ale potrzebowalibysmy z dwoch godzin ekstra, zeby tam wlezc), ale czekajac na przewodnika udalo mi sie znalezc na plazy zdechlego kraba, wiec zawsze jakis sukces.
Fulbrajtowe wyklady i seminaria byly dosyc srednie, jedne ciekawe, a inne wrecz przeciwnie. Najgorsze czekalo nas w ichnim urzedzie miejskim, gdzie wysluchalismy czlonkow komisji praw czlowieka. Jeden facet mowil do rzeczy, ale dwie panie byly silnie wyszkolone w mowieniu o niczym i szpanowaly ta umiejetnoscia do tego stopnia, ze kto tylko byl w tylnich rzedach, ten nadrabial braki snu. Spanie bylo srednie, w centrum, ale w pokoju jednoosobowym z dodatkowym lozkiem polowym. Ale bylo za to wszedzie blisko, a kilka sal, w ktorych sluchalismy wystapien i jedlismy posilkie miala podlogi pod katem wiec widac budynki na tych wzgorzach ciekawie osiadaja... Jedna z pobliskich atrakcji byla episkopalna Katedra Laski wzorowana na Notre Dame oraz bardzo ciekawe architektonicznie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (z kilkoma Matisse'ami), wiec moglem sobie pojsc w wolnych chwilach.
Pozegnalny obiad mielismy w restauracji Castagnola na Nabrzezu Rybackim, wiec naturalnie zamowilem rybke. Nastepnie troche sie jeszcze pointegrowalismy i poszlismy spac. Okazji do integracji bylo sporo, chociaz ludzi tez i oczywiscie nie wszystkich poznalem, jedna z takich okazji byl proszony obiad u dyrektora lokalnego biura Instytutu Miedzynarodwej Edukacji; jego dom po dziadku mial wspanialy widok na Most Zlotej Bramy. Wysluchalismy rodzinnych wspomnien, jak to babcia w pokoju na ostatnim pietrze patrzac w strone Zlotej Bramy sluchala propozycji inzyniera, ktory promowal wybudowanie mostu i protestowala, ze zepsuje jej to widok.
Dzielnice te odwiedzilem sobie jeszcze raz, bo postanowilem sobie zrobic spacer po odwiedzeniu muzeum sztuki, zwanym Kalifornijskim Palacem Legii Honorowej. Samo muzeum bylo wielce ciekawe, chociaz nie nadzwyczaj wielkie, z kilkoma ladnymi plotnami od baroku i mistrzow flamandzkich i holenderskich (kilka Rembrandtow i Rubensow) przez impresjonistow i spolke (Manet, Monet, Cezzanne) do Picassa i Braquea.
Byla tez spora kolekcja rzezb Rodina oraz czasowa wystawa sztuki afrykanskiej, ale zdazylem wszystko dokumentnie obejrzec w ciagu zaledwie trzech godzin. Wychodzac jednak spotkalem spieszaca zwawym krokiem pania, ktora rozdawala bilety na koncert kameralny, bo jej rodzina nawalila, wiec poszedlem sie jeszcze troche odchamic i posluchac Vivaldiego w owalnej sali koncertowej w podziemiach muzeum. Akurat gdy to sie skonczylo, rozpoczal sie koncert organowy w rotundzie dwa poziomy wyzej, wiec poddalem sie i tez posluchalem. Co ciekawe, mozna bylo patrzec, jak sie chlop meczy przy konsoli, a same piszczalki byly wrecz przeciwnie - schowane w scianach muzeum.
Spacer powrotny do centru dostarczyl mi z kolei silnych wrazen wizualnych, bo trasa prowadzila brzegiem klifow, o ktore rozbijaly sie z pioropuszami piany fale Pacyfiku. Mam nadzieje, ze udalo mi sie to uwiecznic nie psujac nadzwyczajnie tla moja osoba na fotografiach. Dwa razy zlazlem na plaze, ale nie ryzykowalem kapieli, bo prady w tych miejscach sa bardzo silne, plywowe. Wreszcie pieszo przelazlem przez Pacyfik Mostem Zlotej Bramy do sasiedniej gminy i popatrzylem sobie na miasto z jeszcze innego punktu.
Kolejny taki punkt (Twin Peaks) zaliczylem nastepnego dnia, ale akurat byla mgla i niewiele bylo widac. Tak wlasciwie, to mgla w San Franscisco jest raczej stanem normalnym, nienormalne bylo raczej to, ze z tym wyjatkiem udalo nam sie nie miec mgly. Przedostatnim etapem mojego zwiedzania bylo zoo, gdzie najciekawsze byla czesc dla dzieci, gdzie mozna bylo poglaskac i pokarmic kilkanascie roznych gatunkow trawojadow - koz, owiec, koni i oslow. Bardzo sprytny pomysl, bo w ten sposob ograniczona jest chec podkaramiania innych stworzen, ktore diete maja bardziej skomplikowana. Innym takim miejscem bylo awiarium, do ktorego tez mozna bylo wejsc ze szklaneczka nektaru i pokarmic australisjkie teczowe Trichoglossus moluccanus..
No i wreszcie dla mnie ciekawa rzecza byla ekspozycja owadow, z termitami i pszczolami oraz zestawem duzych rozmiarami stawonogow, wszystkich pieciu grup, z rakiem, wielkim Afrykansim krocionogiem i Scolapendra hero oraz pajeczakami (oczywiscie tarantule i skorpiony, ktorych fosforescencje mozna bylo zobaczyc wlaczajac UV) i owadami, w tym kilkoma gatunkami wielkich karaluchow, amerykanskich (Periplaneta americana) i z Madagaskaru (Gnomphadorhina porlentosa). Byly tez gigantyczne patyczaki (Extasoma sp i Tirachoidea sp) i inne przyklady mimikry (Microcentrum rhombifolium).
Przed odjazdem na lotnisko zatrzymalem sie jeszcze porobic zdjecia z Alamo Square i w Chinatown. Wlasciwie to tego ostatniego dnia mialem wrazenie, ze wszystko juz zobaczylem, chociaz teraz przegladajac prospekty oczywiscie znalazlem kilka miejsc, w ktorych nie bylem. No ale wszystkiego nie da sie zobaczyc w zadnym miescie. I tak wiecej zobaczylem w San Fransisco niz do tej pory w San Diego, chociaz oczywiscie do powrotu do domu na pewno nadrobie niedociagniecia. Widoki w powrotnym przelocie byly rownie spektakularne, z zachodem slonca nad Pacyfikiem i rozswietlnonym jak choinka Los Angeles (co kontrastowalo z zupelnie ciemnymi wyspami przy jego brzegu) i San Diego.
