
Wróciliśmy z Lake Mead dopiero o czwartej nad ranem. Jest to olbrzymie jezioro na rzece Colorado, nieopodal Las Vegas. Ten sztuczny akwen wodny na wysokości 1100 stóp nad poziomem morza, utworzony został w trzydziestych latach przez zaporę "Hoover Dam". Ma tysiąc mil obwodu i średnią głębokość ok. 200 stóp.
Mój mózg spał przez cały następny dzień, a ciało poruszało się jak w malignie. Miał to być zwyczajny weekend nad wodą, a stał się weekendem z przygodami. A właściwie jedną, ale solidną. Wzieliśmy łódź Ryśka. We trzy osoby nie ma sensu brać dwóch jednostek pływajacych. Sobota była taka jaką planowaliśmy, moczenie się w wodzie jak te hipopotamy. Temperatura powietrza była ok. 105°F, wody 87°F, czyli tyle, ile wynosi temperatura ciała podczas operacji serca. Po godzinie moczenia wszyscy jesteśmy gotowi na potrójny "by-pass".
Rozbiliśmy się w malowniczej, bezludnej zatoczce, u wejścia do której góruje skała zwana "Grobem Napoleona", o współrzędnych 36°04.71'N 114°19.76'W. Piotr i Rysiek polowali kuszą na ryby, ja miałam przyjemność je wypatroszyć. Najbardziej opierał mi się sześciokilogramowy okoń (large mouth bass). Jednym słowem - sielanka. Gdy jednak w niedzielę przyszło do powrotu, silnik odmówił posłuszeństwa na dobre. Łodź Ryśka to stary wrak nadający się tylko do wyrzucenia. Kupił ją od człowieka umierającego na AIDS'a i moim zdaniem zaraził nim też tę łódź. Dogorywa na Kaposi Sarcomę. Szczególnie silnik jest dobrze zurzyty i już kilka razy wcześniej sprawiał poważne kłopoty. Tym razem jednak byliśmy bardzo daleko od mariny. Ludzi też w ten olimpiadowy weekend nie było widać. Domyślamy się że to olimpiada przykleiła wszystkich do telewizorów.
Piotr starał się zmusić silnik do pracy.
Zyskał tyle, że około czwartej mogliśmy wyruszyć, ale płyneliśmy jak żołwie. Cztery mile na godzinę to wszystko co dało się wydusić. Z tę predkością odcinek jaki mieliśmy do pokonania (ok.24 mile) płynelibyśmy do rana. I to bez świateł, które nie działały. W nocy, w nieznanym skalistym terenie byłoby to bardzo ryzykowne. Posuwaliśmy się żołwim tempem. Silnik co raz to dawał nam do zrozumienia, że lada moment stanie na dobre. Rysiek siedział wbity w swój fotelik z przekonaniem wyssanym z palca, że jakoś dopłyniemy. Piotrowi zabrakło papierosów był więc w nastroju wiadomym. A ja byłam zdeterminowana za wszelką cenę zatrzymać kogoś, kto doholowałby nas do mariny. Gdy na widoku pojawiała się jakaś łódź wymachiwałam wiosłem i darłam się o pomoc. Z reguły nikt nie reagował. Nie widzieli, lub nie chcieli widzieć. W końcu udało się.
Koło siódmej wieczorem z kursu swego zawrócił spory statek. Cudeńko ze wszystkim co można kupić. Krypa chyba ze 36 stóp, a na niej dwie pary w naszym wieku. Zgodzili się nas dociągnąć. My przesiedliśmy się do nich, a łodź przytroczyliśmy na hol. Oczywiście byli zainteresowani kto my. Prowadziliśmy więc miłą rozmówkę przy zimnych napitkach i amerykańskich przebojach z lat 70-tych. Dowiedzieliśmy się, że nasi wybawcy mieszkają w Utah (pewnie mormoni) i że są właścicielami kramu produkującego części mechaniczne do silników samolotowych, a ich głównym odbiorcą jest Boeing. Nie dane nam było jednak w takiej atmosferze dopłynąć do przystani. Mniej więcej w połowie drogi napatoczyli się nastepni nieszczęśnicy. Tym razem była to wędkarska łódeczka z odkrytym dziobem (tzw. bass tracker) z dwoma, chyba pijanymi dwudziestolatkami. Zabrakło im benzyny, a posiłkowy silniczek elektryczny już wyczerpał akumulator. Robiło się ciemno i niebezpiecznie. Wrzeszczeli o pomoc sypiąc zdrową k... Nasi wybawcy i im pospieszyli z pomocą.
Teraz zerwał się silny wiatr i jezioro rozkołysało się jak szalone. "Rangersi" podali przez radio ostrzeżenie o silnych wiatrach. Ponieważ znajdowaliśmy się w wąskim kanale na rozszalałej wodzie manewrowanie okrętem było bardzo ograniczone. Kazali im doczepić się do łodzi Ryśka. Obaj rozbitkowie stanęli na dziobie i tak ją obciążyli, że przy pierwszej większej fali nabrali tyle wody, że ich łódż zaczęła tonąć. Teraz to wyglądało groźnie. Trzeba było ratowć ich życia. Nasi wybawcy narażając własną łódź, wartą ponad $200 tys, starali się dopłynąć do wędkarzy. Byli zdeterminowani i udało im się dotrzeć do tonących. Rzuciliśmy im linę, by ją doczepili do swojej łodzi. Ci w panice utopili ją. Przytroczyliśmy więc łódź na dużo cieńszy odzielny hol, a nieszczęśni wędkarze przesiedli się na pokład. Według prawa, wszystkie łodzie motorowe dłuższe niż 6 metrów muszą być niezatapialne, czyli powinne posiadać styropianowe pływaki pod pokładem. To jednak nie koniec przygód.
Łódz wędkarska była pełna wody. Płynęła właściwie pod powierzchnią jak łodź podwodna. Przez to stawiała ogromny opór. Dwie mile przed mariną lina nie wytrzymała i pękła. Próbowaliśmy zawrócić. Przy tych manewrach lina doczepiona do Ryśkowej łodzi wkręciła się w śrubę jednego z dwóch silników, wyłączając go na dobre. Manewrowość łodzi zbawców została poważnie ograniczona. W egipskich ciemnościach jedynym punktem odniesienia był radar pokazujacy gdzie znajduja sie brzegi i echosonda - podwodne skały. Tu padła propozycja odcięcia łodzi Ryśka, by ratować okręt mormonów. Na co Rysiek zesztywniał. Piotr widząc że lada moment Rysiek padnie na zawał zaproponował zbawcom że zanurkuje i odgmatwa zawiniętą linę, do której nadal była przyczepiona łódź Ryśka. Chętnie na to przystali, lecz dopiero w zaciszu mariny. Nie pozwolili nikomu skakać w kipiel. Na jednym silniku nadal mogliśmy płynąć. Teraz już nie było sposobu by zawrócić i ponownie wziąć łódź chłopaczków na hol. Noc ciemna, wąski kanał z rozszalałą kipielą, i ograniczona manewrowość zmusiła nas do porzucenia jej. W świetle reflektora chłopaczkowie patrzyli ze zgrozą jak wiatr i fale rzucają nią o skały. Rrwali sobie włosy z głowy. Jeden chciał skakać w ciemne czeluście kipiącej wody.
Rysiek niepokoił się o własną balię gotując się do skoku, gdy ta się urwie. Nasi mormoni zaczynali mieć tego wyraźnie dość. Nie tylko starali się dopłynąć cało do przystani ale i powstrzymać niedoszłych samobójców od rzucenia się w toń. Przyjeli przecież za nas odpowiedzialność, a tu wygląda na to, że część postanowiła się za wszelką cenę utopić, a co gorsza narazić na uszczerbek ich łódź oraz dostarczyć im przyjemności ewentualnych procesów sądowych. No jednym słowem sodoma i gomora. Towarzystwo jak jeden mąż kotłowało się na pokładzie. Jakimś cudem chyba udało się zmusić wszystkich do pozostania na łodzi. Nasz kapitan na błagania chłopaczków wezwał pomoc "Coast Guard" do ratowania ich łodzi. Niestety nie było nikogo pod reką. Była już prawie północ. Wolno i wpatrując się w świecący radar i echosondę dopłynęliśmy do mariny Callville Bay, 36°08.43W 114°43.27W.
Dno jeziora na echosondzie wygląda podobnie jak góry nad wodą. Na tym odcinku średnia głębokość wynosi 300 stóp, a szczyty podwodnych gór ok. 150 stóp. Widać jezioro nie zdazyło się jeszcze zamulić ponieważ nie widzieliśmy podwodnych płaskowyży. Już w marinie Piotr wywiązał się ze swojego zobowiązania że zanurkuje i wyplącze im linę ze śruby. Jak się okazało nie było to takie łatwe, wysokogatunkowa nylonowo-poliestrowa lina zakleszczyła się między śrubą a zimmerringiem. Udało mu się dopiero po wielokrotnych zanurzeniach. Tym razem nasi wybawcy byli wdzięczni. Mogli płynąć dalej sprawną łodzią. Mieli jeszcze 30 mil do przepłynięcia. Ich marina była jakąś godzinę drogi dalej. Bez jednego silnika zajęło by im to ze trzy.
Odpłynęli szczęśliwi, choć zubożeni o dwie liny. Wzbogaceni za to o kolejną historyjkę do bawienia gości na przyjęciach z kawiorem i szampanem. O tym jak ratowali zupełnie sobie obcych ludzi. Próbkę tego dostaliśmy gdy opowiadali nam wcześniej jak to w poprzedni weekend uratowali tonącego psa. A było to tak.
Płyną sobie spokojnie a tu nagle na środku jeziora widzą psa który resztką sił utrzymuje się na powierzchni. Wyciągneli więc biedaka. Psisko było tak wykończone, że nawet nie mogło stać na łapach. Zanieśli go więc do klimatyzowanej kajuty. Na jego obroży znaleźli imie i kalifornijski numer telefonu. Zadzwonili z łodzi i dowiedzieli się od starszej pani, że psa w domu nie ma. Bawi on wraz z synem rozmówczyni na weekendzie w Nevadzie. Wyjaśnili kobiecie, że istotnie pies jest w Nevadzie, ale nie pod opieką jej syna, lecz na środku jeziora. Podali swój numer telefonu na łodzi i poprosili o odbiór psa. Kilka godzin potem pies trafił do rąk pana. Ze śmiechem nam opowiadali że pies sprawił im znacznie mniej kłopotu niż ludzie. Z powodu nas przedłużyli znacznie swój pobyt. Nie tylko stracili wcześniej zamówioną kolację w kasynie, ale i zmianie uległy ich plany powrotu. Już nie mieli czasu na jazdę samochodem, ich obowiązki zawodowe wykluczały jakiekolwiek spóźnienie czy nie stawienie się w pracy. Musieli lecieć samolotem do Salt Lake City. My zapakowaliśmy nasze bambetle do samochodu i w drogę do domu. Tak zakończył się nasz spokojny, relaksowy i kojący nerwy weekend. Mieliśmy wielkie szczęście i nie checemy wystawiać go na jeszcze jedną próbę.
Następnym razem Anioł Moroni może już nad nami nie czuwać.
