
Wyruszamy do Las Vegas w piątek, o siódmej wieczorem. Zaraz po pracy. Ciągniemy za sobą przyczepę z Zodiac'iem. Jest to 7-my czerwca, 1996 roku. Przed Barstow zatrzymujemy się w In-n-Out Burger. To jest zachodni łańcuch (franchise), który się gwałtownie rozwinął w ciągu ostatnich kilku lat. To z powodu ubożenia społeczeństwa. Podają tylko pięć potraw. Wszystkie tanie jak barszcz, choć miesne. Myślę sobie że Stalin tyle czasu spędził próbując wymyśleć masowe żywienie, a tu taki In-n-Out jeszcze na tym zarabia. Za Barstow zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy częścia strumienia samochodów ciągnących do miasta rozpusty. W ten weekend mają ze sobą walczyć Meksykanin z East LA - Oscar de la Hoya, kontra ziomek z Mexico City. Bedą się okładać kułakami w Ceasar's Palace. Oby tylko ci podekscytowani kibice w samochodach przed nami nie robili tego na autostradzie, bo powstanie korek. Mamy przed sobą pieć godzin jazdy. Po północy witamy u Rysia Zambrzyckiego (36°08.57'N 115°11.19'W). Ten już poszedł spać i zostawił nam otwarte drzwi. Wślizgujemy się bezszelestnie i zasypiamy na rozkładanych łóżkach.
Skoro świt, to znaczy o dziewiątej rano wyruszamy do przystani Echo Bay nad jeziorem Mead, ok. 45 mil na północny wschód od centrum. W Las Vegas odbywają się teraz wybory do lokalnych władz miejskich i sądów. Przydrożny plakat zachęca: Chopin na sędziego 7 obwodu. Myślę że mógłbym oddać swoją wolność w ręce potomka pianisty. Przygladam się bliżej, to nie Fryderyk, lecz Nguyen. Po prostu gook. Już nie jestem pewien czy bym na niego głosował.
Zawrotne jest tempo w jakim buduje się to miasto. Według ostatnich badań najszybciej rozwijające się miasto w USA. Tu na pustyni domy rosną jak grzyby po deszczu. Wypełniają je w większości grzyby - emeryci, zwabieni łagodnym klimatem, niskimi podatkami, tanimi domami, usługami i rozrywką. To wszystko dzięki wodzie z Lake Mead. Jeszcze dziesięć lat temu miasto miało dość własnej energii elektrycznej z zapory Hoover Dam. Teraz importuje 87%.
Mijamy Henderson, miasteczko na przedmiesciach Las Vegas. Tedy przepływają karawany łodzi zaprzęgniętych w samochody. Ciagną one, jak i my, nad Lake Mead. Pole zabaw wodnych. Tak różnych jak ci ludzie w samochodach. Dużo red neckow. Tych poznać po łodziach na odrzut wodny. Najgłośniejsze i spektakularnie tryskające fontanną wody. Trudno nie zwrocić na nich uwagi. Trochę wędkarzy. Ci pływają na skromniejszych łodziach, często z silniczkiem elektrycznym. Co raz więcej jest personal water crafts. Czyli - chybotliwe jet ski i wieloosobowe Sea Doo. Ruchliwe to i głośne. Jak szarańcza. Są i rodzinne Bayliner'y, takie z Price Club za $12,000. Pleasure craft dla mas. Z cichym samochodowym silnikiem, winylowymi kanapami, stoliczkiem z otworami na piwo lub Pepsi.
Rutyna wodowania łodzi jest też dla mas. Tatuś sprawnie zjezdża z przyczepą po rampie, zawraca i cofając się wjezdża przyczepą do wody. Mamusia zapala silnik i odpływa lodzią z przyczepy. Podpływa do pomostu, ładuje cooler z kolacją, narty wodne, dzieci i psa. Tatuś wówczas parkuje samochód z przyczepą i wraca do pomostu. Przesiadaja się z samochodu do łodzi i cała rodzina w tej samej konfiguracji w jakiej tu przyjechała, płynie dalej. Myśle że przecież może im się pomylić gdzie siedzą. Ciekawe czy pies to zauważa. To wszystko nie trwa dłużej niż dziesięć minut. Zdarzają się i niezdary, jak Rysiek. Jeszcze nie udało mu się odpłynąć z przystani bez zdejmowania pokrywy silnika.
W Echo Bay jesteśmy o dziesiątej. Spuszczamy łodzie, i płyniemy na północny wschód, w stronę Arizony. Od tego miejsca zalew ciągnie się 35 mil na polnoc az do ujscia Virgin River. Przeciwlegly brzeg oddalony jest o 5 mil. Caly zalew okolony jest niskimi czerwonobrązowymi górami. Najczęściej jest to piaskowiec okalający stare granitowe skały. We wschodzącym słońcu widać stąd czerwień Valley of Fire - stanowego parku, 12 mil na zachód od zalewu.
Zapowiada sie gorący dzień. O tej godzinie piaszczyste plaże są już zajęte, pozostają nam żwirowe i skaliste. Przy nich dno gwałtownie opada, lecz dostęp jest łatwiejszy. Łagodne, piaszczyste plaże są często porośniśte tamaryszkiem, a ten z kolei utrudnia dostęp do lądu. Tamaryszek został przywieziony na amerykański zachód z Afryki, Początkowo na budulec, lecz szybko się okazało że w najlepszym wypadku można z niego budować tylko płoty. Potem koleje żelazne zaczęły go sadzić do osłony torów przed naporem piaszczystych wydm. Teraz, wyparł on rodzime gatunki drzew i krzewów i porasta cały dolny bieg rzeki. Rozbijamy się na bezludnej wyspie, kilkaset metrów od brzegu po Arizońskiej stronie zalewu.
Tonie jezior rzeki Kolorado zamieszkują karpie, sumy i okonie. W miejscach gdzie woda jest chłodniejsza i spieniona są też pstrągi. Fascynujacy jest temat karpi. Uważane są przez lokalną ludność za wstrętną, niejadalna rybę. Spotkałem kiedyś człowieka który z wysokiego brzegu strzelał do nich ze śrutówki. Twierdził że tym sposobem zwiekszy populacje okoni, bo to karpie zabieraja im pożywienie. Nie sądzę, bo te gatunki żywią się innym pokarmem. To przekonanie musiało się wziąć z mitów przekazywanych synom przez ojców, z którymi jeździli na ryby. Może też z nabytego smaku. Lecz wątpię, bo jak może ktoś wiedzieć jak smakują skoro ich nigdy nie jadł? Wielokrotnie próbowałem te karpie na Polakach, którzy je znają z Narwi, Biebrzy lub Centrali Rybnej. Nikt nie uważał by ta ryba specjalnie różniła się smakiem od królewskiego karpia. Ma wiecej łusek, to wszysko. Tak samo czuć ją mułem i rybą. Z Polski pamietam jak chłopi łapali (klusowali) sumy w żaki. Równie mulistą rybę. Śluz wycierali solą i nie pamietam by się z tego powodu krzywili przy kolacji. W Stanach zauważyłem że sumy są jadane przez murzynów i azjatów. Kilka lat wcześniej, spotkałem nad kanałem Coachella czarnego wędkarza, który się zaklinał, że jest to nasmaczniejsza ryba na świecie. Myslę że ten smak przywiózł ze sobą z Louisiany czy Mississipi. Nie słyszał o wigilijnym karpiu.
W porośniętych tamaryszkiem zatoczkach polujemu kuszą na ryby. Temperatura wody na powierzchi sięga 30°C. Wystarcza maska i płetwy. Życie podwodne koncentruje się przy zalanych wodą krzewach i trawach. Tu ryby znajdują naturalną osłonę. Widać karpie, sumy, okonie i 30 centymetrowe brązowe pstrągi. Rysiek nadział dwa, kilogramowe karpie, ja jednego okonia. Bedą na kolacje, smażone na stalowej siatce nad żarem z ogniska. Tym sposobem wytapia się tłuszcz i maskuje zapach mułu. Śpimy pod gołym niebem na rozkładanych łóżkach. Wczesnym popołudniem następnego dnia, pakujemy graty i płyniemy spowrotem do Echo Bay.
Jest niedziela. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przed Albertson'em w Henderson. Kupujemy napoje na drogę powrotną. Na parkingu, nawiązuję kontakt wzrokowy z piećdziesięcioletnim mężczyzną. Ten, kołysząc się, podchodzi do samochodu i mówi:
- nazywam sie John Irish - wyciągamy dłonie, obejmując sobie kciuki.
- Byłeś dziś u spowiedzi? - pyta, i nie czekając na odpowiedź ciągnie
- ileż to ten Bóg nasłuchał się dzisiaj głupot.
- Tak miedzy nami, czy masz dolara na zbyciu? Byłem w Korei i Wietnamie, nikt za to dziękuje nie powiedział.
Pytam go co tam robił.
- Oh, - zabijałem ludzi. Wiesz, mój ojciec ubezpieczył mnie na życie zanim wysłali mnie na wojnę.
- Co za głupi zakład. Przegrał z firmą ubezpieczeniową - ja wrocilem. Reagan pozwolił nam weteranom pomieszkać w szpitalach VA. Beznadziejne, lepiej na ulicy.
Nigdzie nie spotkałem tylu weteranów co w Newadzie. Są tu z tych samych powodów co emeryci.
Wracamy skrótami, omijajac Las Vegas. Jedziemy do autostrady nr 15 drogą która prowadzi przez Pahrump Valley. Pięćdziesiąt lat temu uprawiano tu pszenice. Przestano, gdy koszt wydobywania podskornej wody przkroczył wartość produkcji. Tu leży Cathedral Canyon. Dwustu metrowa szczelina w płaskowyżu. Szeroka na 20 metrów i głęboka na dziesięć, wyerodowana w szarym, luźnym piaskowcu. Geologicznie nic ciekawego, jest to stwardniały żwir z dna płytkiego jeziora, które wyschło po ostatniej epoce lodowcowej. Ale jest to miejsce specjalne dla tych którzy pozostawili tu namacalne ikony swoich uczuć - to jest katedra. Nie koniecznie kościelna, choć widać tu chrześciańskie rekwizyty. Sa tu tez wizerunki cywili, miedzy innymi Wiktora Hugo, Lenina i Einsztajna. Nie po to by któregokowiek z nich czcić, lecz służą one jako ilustracje do innch bardziej abstrakcyjnych myśli i wierzeń. Te ostatnie trudno wyrazić ikonami. U wejścia, obramowanego dwoma latarniami stoi tablica z uduchowionym mottem tego miejsca, autorstwa Rolanda Wileyego.
Tylko na Amerykanskim zachodzie można spotkać ten naiwny, czesto infantylny styl wyrazu ludzkich uniesień i recept na życie. Myślę że to ten ksiezycowy krajobraz i astronomiczne przestrzenie wywoluja w ludziach zachwyt polaczony z lekiem. Bo gdzie indziej natura jest tak groźna a jednoczesnie obiecuje tyle bogactw. Czym kierowali sie poszukiwacze złota i innych skarbów które ukrywa ta ziemia? Myślę że z braku wiedzy geologicznej i oczywistych znaków topograficznych, kierowali się estetyką i wewnętrznym przeczuciem. Bardzo często widać ślady rycia w ziemi, nieopodal niezwykłych skał. Być może myśleli że to znak Boży, Tu musi leżeć skarb, nawet jesli ma nim byc tani boraks. Tylko duch jest w stanie ogarnac ten bezmiar, a nie maluczki czlowiek przemierzjacy te przestrzenie na osiolku. Do propagacji tego stylu przyłożyli się kaznodzieje, bez silnej afiliacji kościelnej mieli swobodę w luźnej interpretacji biblii i wyborze liturgii. To natura zbudowała im akustyczne sale i przyozdobiła fantastycznymi ornamentami. Izolacja małych skupisk ludzkich i anglosaski indywidualizm złożyły się na różnorodność i niezwykłość wierzeń.
A szczególnie Rolanda H. Wiley'ego. To on tchnął zachodniego ducha w to miejsce. Zainstalował tu system nagłaśniający, postawił latarnie uliczne, wybetonował sadzawkę z wodą. Rozpropagował to miejsce wsród swych licznych znajomych, i ci nadali mu eklektyczny charakter. Są tu kapliczki tu pamięci zmarłych, ukłony pod adresem miejscowych Indian, hołdy dla znanych ludzi i upamiętnienia wielkich wydarzeń.
Roland Wiley zmarł w zeszłym roku i darował to miejsce duchom, które je teraz zamieszkują. Łącznie z jego własnym. Roland był wziętym adwokatem z Las Vegas. Bronił interesów mafiozów i spekulantów ziemskich. Między innymi rozparcelował ziemię Howarda Houghesa. Ten ostatni równie nawiedzony jak Roland, skomasował pod swoją kontrolą olbrzymie tereny dookoła ówczesnego Las Vegas. Miasto nie miało by szans się rozbudować, gdyby ta ziemia nie została rozparcelowana. Howarda znaleziono martwego na pustyni i autopsja wykazała że zmarł z wycieńczenia? To stało się 1964 roku. Nie zdziwił bym się gdyby jego duch odwiedzał teraz Cathedral Canyon.
W Jean, dwadzieścia mil przed granicą z Kalifornią tablica na autostradzie oznajmia: Nevada - The Silver State, wellcomes you. Nastepna zaprasza nas do Visitor's Center. Mieści się ono przy kompleksie wieziennym. Z niego jak na dłoni widać kasyno Nevada Landing. Tu podają najsmaczniejsze steki za jedne $3.99. Zakluczeni mogą sobie o nich pomarzyć. My nie potrafimy się oprzeć. Racjonalizujemy, że w ten weekend przejechaliśmy 800 mil po to by zjeść karpia i przekąsić stekiem.
