Tylko Manhattan

Basia Pajdowska

New York (.....) wyidealizował ponad miarę... dla niego, bez względu na porę roku, miasto mieniło się bielą i czernią i pulsowało rytmem wspaniałych utworów George'a Gershwina....
Tak właśnie rozpoczyna się film Manhattan Woody Allena, ....
Gdybym umiała tego dokonać, w tym właśnie miejscu Wasze komputery, tak jak mój tu i teraz, zabrzmiały by kaskada pierwszych fraz Błękitnej Rapsodii....
Taki Manhattan chciałam zobaczyć i......

Lotnisko JFK, jedno z największych na świecie, tętniące życiem i wielobarwnym tłumem podróżnych Dla wielu jest ono bramą do Ameryki. Miejscem gdzie zaczyna się amerykańska przygoda.... Dla nas to w tej podroży to już piąte amerykańskie lotnisko, lotnisko jak każde inne. Nie robi już na mnie wrażenia jego wielkość i monumentalna architektura. Cieszę, się że jesteśmy, że udało nam się, mimo przeciwności losu, wylecieć z LA, że wylądowaliśmy bezpiecznie i ze mamy szansę dojechać do hotelu przed wygaśnięciem rezerwacji. Zostawiam Jaśka przy bagażowym taśmociągu a sama biegnę poszukać miejsca, gdzie mogłabym zapalić Uff, jestem w szponach nałogu, a tu nigdzie, nigdzie nie wolno palić ! Wychodzę wiec na podjazd i nerwowo szukam w torebce papierosów Ile to godzin nie paliłam ? dziesięć? może jedenaście? Wreszcie mam. Zaciągam się z lubością i dopiero teraz rozglądam się wokół No jestem :-))) jestem w miejscu gdzie nie spodziewałam się być jeszcze dwa miesiące temu...
W mieście, które od tak dawna chciałam odwiedzić...
Na razie stoję na lotniskowym podjeźdździe, razem z całkiem liczna grupa podobnych mnie palaczy i łapczywie pale drugiego już papierosa, zimno! mróz, naprawdę! aż trudno w to uwierzyć po słonecznej Kalifornii, ze gdzieś na świecie jest mróz, a tu jest i to zwielokrotniony porywistym, lodowatym wiatrem. Trzeba będzie wyciągnąć z torby przygotowana zawczasu czapkę i rękawiczki. Miałam nadzieje, ze będzie cieplej w końcu NY leży na szerokości geograficznej Neapolu, wiec moje nadzieje na ciepła, słoneczna pogodę wcale nie były bezpodstawne :-)))) Żółte taksówki, yellow cabs, podjeżdżają jedna za druga, czasem zatrzyma się smukła, biała limuzyna, ludzie wysiadają, wsiadają, odjeżdżają, jak to na lotnisku. Pora i nam ruszyć w miasto. Bagaże już odebrane, czapki i rękawiczki założone, ruszamy wiec do kolejki po taksówkę W Nowym Yorku wszędzie są kolejki. Wiem, ze trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Od polskich kolejek różnią się tym, ze są wspaniale organizowane przez specjalny personel. Nie sposób się nudzić :-)) Tutaj tez, czarny jak smoła murzyn ustawia kolejkę, wywołuje kolejnych pasażerów, pomaga im zapakować się do taksówki, zagaduje samotnych podróżników, zmarznięte dzieci zaprasza do swojej ogrzewanej budki. A taksówki podjeżdżają jedna za druga i już po dziesięciu minutach siedzimy sobie wygodnie na tylnym siedzeniu przepastnego, żółtego Chevi dzieleni od kierowcy-Azjaty szyba z plexi. Rozumiem. To po to, aby kierowca nie zrobił nam krzywdy :-))) Gdzie jedziemy? Tez pytanie ! Na Brodway ! Hotel Cosmopolitan !
Nie pamiętam jazdy przez miasto, pierwsze zetkniecie się z obca, wielka metropolia jest anonimowe... patrzę, rozglądam się i widzę tylko ferie świateł, sznur samochodów, tłum ludzi na ulicach. Wracam do rzeczywistości wtedy, gdy kierowca oznajmia, ze nie ma takiego hotelu pod wskazanym numerem i właśnie teraz zamierza nas wysadzić z taksówki Objechał już dwa razy ten kwartał budynków, hotelu nie ma, wiec dawajcie trzydzieści dolarów ( tyle kosztuje kurs z lotniska w dowolnie wybrany punkt Manhattanu) i do widzenia! No... myślę sobie, nieźle Noc nadchodzi, nasz hotel okazał się internatowa iluzja, mróz na dworze wiec i nawet pod mostem trudno się przekimać Takie to myśli przechodzą mi przez głowę, ale na szczęście Jasiek ma zupełnie inne podejście do sprawy. Dobitnie i spokojnie tłumaczy kierowcy, ze to nie jest nasza wina, ze on nie zna Manhattanu. Masz tu numer telefonu - mówi do niego - i dzwon, jak nie wiesz, to się dowiesz. Kierowca jest zły... wyciąga spod fotela telefon i już po chwili okazuje się, ze hotel jest, że jesteśmy nawet całkiem niedaleko od niego.... nie mijają trzy minuty i już jesteśmy w domu :-)))
Nawet chwili nie zagrzewamy w pokoju i mimo, ze jest już około siódmej wieczorem, idziemy w miasto :-))) Nie planujemy długiego chodzenia, ale nie możemy odmówić sobie wieczornego spaceru. Pogoda jest piękna, noc gwiaździsta, ale dość mroźna. Podnośmy kołnieże i wysoko zadzieramy głowy. Tak, jesteśmy tuz, tuz od najwyższych budynków Manhattanu, Trade World Center - Twin Tower. Nasz hotel znajduje się na granicy dzielnic TriBeCa i Financial District. Okazuje się, ze to bardzo dobry adres ! Wejście do metra mamy krok od drzwi hotelu, a i na piechotę bliziutko z jednej strony do dzielnicy cyganerii, knajpek i klubów muzycznych - to na północ, na południe zaś, miły spacerek , przez Wall Street, Broad Street, mimo New York Stock Exchange (giełda nowojorska), aż do nadbrzeża, skąd odpływa prom na Statuę Wolności Zgodnie postanawiamy rozpocząć zwiedzanie właśnie od Statui, ale oczywiście nie teraz, jutro rano.... Teraz zaś szukamy gdzieżby tu cos zjeść.... nie musimy długo szukać Już na pierwszym rogu odkrywamy cudowny nowojorski wynalazek gastronomiczny. Połączenie sklepu spożywczego z samoobsługową garmażeria czyli po prostu deli. Pachnie już od progu, za lada dwie urocze Chineczki uśmiechają się słodko a my rzucamy się na żarcie Wszystkiego bym spróbowała... mniam... mniam.... Przed nami dwie, rzęsiście oświetlone lady z rożnymi różnościami Czego tam nie ma... są i mięsiwa, są ryby i ryz gotowany z kolorowymi dodatkami i ziemniaczki pieczone i makaronów ze cztery rodzaje, są warzywka gotowane i surowe, sałatki przenajróżniejsze, wielobarwne sosy i świeże owoce obrane i pokrojone. Każdą, choćby najbardziej wymyślną kombinację dań nakładasz do plastikowej miseczki i zanosisz do zważenia Kosztuje ile zaważy, wszystko jak leci po dolar pięćdziesiąt za uncje ??? Oczywiście nie pamiętam ile to jest uncja, wiem, ze funt to niecałe pół kilo, ale ile uncji ma funt ? Eeee, nieważne przecież i tak cos musze jeść :-))) Oprócz tego możesz zamówić jeszcze najróżniejsze sandwicze, jajecznicę, kiełbaski z grilla, bądź zatkać się francusko-amerykanskim croissantem lub całkiem amerykańskim ciasteczkiem muffin o dowolnie wybranym smaku :-))) Dziś nie szalejemy, kolacja nie powinna być za obfitym posiłkiem, ale obiecujemy sobie przyjść tu rano na śniadanko......

18 lutego 1999 20:55

Słonce i mroźne powietrze przywitało nas udających się na podbój New Yorku. Mrozu mogłam się domyślać, jednak słonce było pewnym zaskoczeniem. Nasz hotelowy pokój, choć posiada okno, trudno przez nie zobaczyć co się na świecie dzieje ... oprócz tego, co dzieje się kuchni sąsiedniego biurowca . Na szczęście z rana nie dzieje się nic, nikogo nie ma, nikt nas nie podgląda :-))) Cóż, pokoik nie jest drogi (jak na Manhattan) a hotelik czysty i spokojny, nie ma wiec co narzekać, przecież i tak nie będziemy tu zbyt wiele przebywać .... Niebo jest bez chmurki, cudownie przejrzyste powietrze, wymarzona pogoda na oglądanie panoramy NY z perspektywy Statui. Nie potrzebujemy jechać metrem, spacer Brodwayem do Bowling Green Park, nadbrzeża skąd odpływają promy, zajmie nam jakieś pół godziny wolnego marszu. Jeszcze tylko zajrzymy do deli po kawusie i coś na ząb i już ruszamy. Wchodzimy w Financial District. Co to tak pachnie ? Zapach pieniędzy???? no jasne! czuć ten zapach przez powierzchnie skory , jesteśmy przecież w finansowym centrum świata. Bank obok banku, giełda, Wall Stereet, tyle się słyszy o tym miejscu na ziemi, a tak naprawdę to tylko maleńki skraweczek wielkiego miasta. Wall Street jest uliczką niewielką, wąską i króciutką, za to wysoką. Prawdziwy miejski kanion, którego dnem podążają śpieszący się, wyposażeni w teczki eleganccy mężczyźni i błyszczące w słońcu czarne limuzyny. Kontrast dla tych żądnych zarobku, śpieszących się biznesmenów stanowią palacze, pospiesznie palący papierosy w bramach swoich biurowców Jeżeli ktoś mi powie, ze Ameryka jest krajem demokracji, nie uwierzę mu. Palacze traktowani tu są poniżej ludzkiej godności Palić nie wolno absolutnie nigdzie! I dlatego Ci biedni ludzie miast zasiąść w wygodnej palarni by delektować się wciąganym dymkiem, stoją na mrozie przestępując z nogi na nogę i w rękawach chowając dowody swojego nałogu Financial Dsitrict jest, mimo swego znaczenia na mapie gospodarczej świata, naprawdę niewielki. Już oto wychodzimy z tych rejonów Jeszcze tylko zdjęcie Jaśka Byka z ogromnym mosiężnym Bykiem symbolizującym giełdowa hossę i już jesteśmy na nabrzeżu. Rany, co za widok !!! wystarczy odwrócić się i stoimy oko w oko z widokiem znanym z pocztówek sławiących urodę Nowego Jorku. Mamy dużo szczęścia bo pogoda jest jak na zamówienie Słonce gra w przeszklonych ścianach drapaczy chmur, rzucając refleksy na Hudson River. Siadamy na ławeczce i sycimy wzrok tym widokiem dopijając kawę i kończąc śniadanko Promu jeszcze nie ma , a oczekujących zebrała się już spora grupka, kiedy rozebrany do pasa murzyn (o, przepraszam, black person) zaczyna organizować kolejkę Ludziska nie wiedząc o co chodzi, karnie ustawiają się za rozciągniętym wzdłuż nadbrzeża sznurem. Za chwilę zaczyna się show :-)) Tak ! czterech umięśnionyh i wygimnastykowanych czarnych chłopaków daje popis swojej sprawności fizycznej. Rzeczywiście są jak z gumy, skaczą przez siebie, ustawiają piramidy, wywijają fikołki, gwiazdy i salta. Pokaz trwa tak długo, aby zdążyć przed zaokrętowaniem gawiedzi zebrać do czapki co łaska. Zasłużyli chłopaki na dolara, solidarnie z Jaśkiem sięgamy do portfeli .Wyobrażam sobie jakie są kolejki do Statui w pełni sezonu, skoro w zwykły powszedni, styczniowy dzień. jest ogon na czterdzieści minut stania! Koleje czka, jak zwykle uporządkowana pomiędzy sznurami, przesuwa się krok po kroku. Najpierw po płaskim, potem do cokołu Statui, potem schodami szerokimi pod jej suknia , potem schodkami węższymi, a na samym końcu, krętymi, karkołomnymi wewnątrz jej torsu, szyi i głowy, aż do korony, gdzie przez maleńkie okienka można sobie popatrzeć na otaczający świat Ocean, Manhattan i Brooklyn. Jest tych schodków 371 ... ale po stokroć warto tu przyjść Ciągle nie mogę uwierzyć, ze to ja tu jestem! Tak o tym marzyłam, tak tego pragnęłam i dzięki Podwórku mam to ! jestem tu i jestem szczęśliwa !
W programie morskiej wycieczki mamy jeszcze zwiedzanie Ellis Island. To wyspa, która dla wielu imigrantów XIX i XX wieku była miejscem postoju przed wejściem do bram raju. Tu cumowały okręty wiozące biedotę ze Starego Kontynentu, tu oczekiwali na decyzje władz imigracyjnych. Przez poczekalnie, sypialnie i biura znajdujące się w budynku z czerwonej cegły przewinęło się w latach od 1892 do 1954 piętnaście milionów imigrantów Znakomicie urządzone muzeum imigracji zaciekawia i uświadamia, ze cala historia Stanów Zjednoczonych jest historia imigracji i asymilacji.......My jednak jesteśmy tu tylko na chwile, wiec pora wracać na Manhattan, mamy przecież wieeele do zobaczenia, a i tak prawie cały dzien. zajęła nam wyprawa na południe Czerwone słonce już nisko wisi nad horyzontem , nadrealne barwiąc panoramę Manhattanu. Upajamy się tym widokiem w drodze powrotnej i zastanawiamy się co zrobimy z wieczorem ????
Wiedziałam, ze Jasiek jest melomanem, nie wiedziałam jednak, ze w jego głowie powstał tak szalony pomysł... Musical na Brodwayu! To właśnie zaproponował mi Jasiek w trakcie spożywania posiłku przyniesionego z deli na rogu. Nie jestem fanka musicali, ale być na Brodwayu, może pierwszy i ostatni raz w życiu i nie zobaczyć tego zjawiska jakim jest musical.....??? Nie daje się długo namawiać i już prawie wybiegamy z hotelu aby zdążyć na spektakl o siódmej :-))) Idziemy do Winter Garden Theatre na "Cats". Musical ten grany jest w NY już od prawie dwudziestu lat , ale ciągle ma powodzenie, bo większość przybyszów i turystów myśli podobnie jak my. Dlatego na widowni są prawie sami cudzoziemcy. Ale to wcale nam nie przeszkadza, bawimy się świetnie Piękna scenografia, wspaniale kostiumy i muzyka, która przecież świetnie znamy z radia. W przerwie Jasiek stawia mi drinka i idziemy rozejrzeć się do foyer. Przez przeszklone drzwi teatru widać Times Square... zupełnie taki ja na filmach ! Rzęsiście oświetlony, mrugający setkami neonów i reklam . Od tych świateł jest jasno jak w dzien. Kusi nas aby wyjść przed teatr, odetchnąć powietrzem i popatrzeć na ludzi tłumnie kłębiących się na chodnikach. Zaraz obok znajdujemy mały sklepik z teatralnymi pamiątkami . Cały czas że szklaneczkami w rękach buszujemy po tym sklepie, po raz kolejny zadziwieni umiejętnościami Amerykanów w sprzedawaniu wszystkiego. Można tu kupić książki i nuty, obrazki, laleczki, kubeczki, popielniczki i cale mnóstwo nikomu niepotrzebnych bzdur, a wszystko tematycznie związane z musicalami granymi w tym teatrze. Opieramy się jednak pokusom i tylko zdjęcie w teatralnej masce, ze szklaneczka whisky w ręku, które Jasiek mi pstryka, będzie pamiątka tych chwil. Po teatrze obowiązkowo spacer po Limes Square, ktory mimo późnych godzin tętni życiem i gra światłami Jak dziecko przyglądam się temu wszystkiemu nie mogąc się nadziwić upodobaniom Amerykanów do kiczu i wielkości Jakby nie oceniać tego miejsca, trzeba przyznać jednak, ze naprawdę robi wrażenie ! Jeszcze tylko znaleźć odpowiednie wejście do metra i już czas wracać.... aż szkoda, dzien. upłynął jak z bicza strzeli i znów tyle wrażeń, ze nie sposób ich zapamiętać Piosenka Elektrycznych Gitar, ciągle chodzi mi po głowie...
....... i co ja robię tu, co ja tutaj robię ......... ?????????????

4 marca 1999 02:22

Drugi już poranek w NY. Przez na amen zamknięte okno usiłuję dojrzeć jaką to mamy dziś pogodę. W kuchni naprzeciwko niewiele się dzieje... prawdę mówiąc nie ma tam żywego ducha, co mnie oczywiście cieszy, bo mogę odsłonić żaluzje i wpuścić do pokoju trochę dziennego światła. Jak zwykle wstaję dużo wcześniej od Jaśka i myślę jak poruszać się w tym ciasnym pokoiku aby go nie obudzić. W końcu postanawiam pójść do deli na rogu po śniadanie dla nas obojga, mając nadzieję, że zapach kawy obudzi mojego towarzysza podróży bezboleśnie i nie będę narażona na jego poranny zły humor, czego się głębi ducha obawiam. Dwie Chineczki są oczywiście na posterunku, całe w uśmiechach i pokłonach. Nie jesteśmy już anonimowi. Po dwóch zakupach Chineczki uważają nas już za stałych klientów, pozdrawiają mnie bardzo serdecznie i dopytują się o mojego kompana. śpi jeszcze - tłumaczę - ale wezmę śniadanie i dla niego....
Dziś mamy ambitne plany. Będziemy obcować ze sztuką w Metropolitan Museum ! Zamierzamy pojechać metrem pod Brodwayem, wysiąść na wysokości 72 Street, dojść do Central Park West, i przecinając Central Park na skos dojść do Met. W przewodniku wyczytałam o Strawberry Fields, trawniku w kształcie łzy, którego projekt i utrzymanie sfinansowała Yoko Ono, w hołdzie Johnowi L. Okna apartamentu w budynku Dakota przy Central Park West róg 72ed St., w którym mieszkali Yoko i John, a Yoko mieszka nadal, wychodzą właśnie na ten trawnik. Wychowana na muzyce Beatlesów muszę tam pójść koniecznie i ciągnę Jaśka ze sobą, a on nie opiera się wcale. Tez kocha Beatlesów ! Cóż, trawnik jak trawnik, ale na jednej z otaczających go alejek znajduje się ułożona z drobnych kamyków mozaika ku czci Johna. Imagine - głosi inskrypcja. Cóż, chwila zadumy ..... i ruszamy dalej.
Jak by tu zaczarować wiosnę, aby przyszła na chwile, no... na dwie godziny i pozwoliła nam zobaczyć jak tu jest, gdy tłum Nowojorczykow wylega na trawniki aby cieszyć się słonecznym weekendem. Położyć się gdzieś pod kwitnącą magnolią i popatrzeć na panoramę Piątej Alei . Eeeh.... marzenia. Niestety jest styczeń i mróz i tylko nieliczne osobniki przemykają się parkowymi alejkami. Zamarznięte stawy ze śpiącymi pod plandekami łódeczkami, ośnieżone żywopłoty, zimne od wiatru ławeczki... Nawet nadnaturalnej wielkości Alicja z Krainy Czarów, którą uwieczniono w brązie wraz jej przyjaciółmi, wydaje się być zmarznięta. Nie ma rolkarzy i deskarzy . Nie ma rowerzystów i joggerow. Pusto . Wokół panuje atmosfera po sezonie . O tym, że w lecie przychodzą tu tysiące ludzi i wszyscy oni głoszą miłość do tego miejsca świadczyć może fakt, że niektóre ławeczki są podpisane! Nie , wcale nie żartuję ! na niektórych dostrzegamy mosiężne tabliczki z nazwiskami osób. Zastanawiam się czy jest to wspomnienie po kimś, kto z tej właśnie ławki wiele lat karmił gołębie, czy tez cos w rodzaju rezerwacji :-)))
Dochodzimy już do Met, które usytuowane jest na terenie parku, zaś fasadą w stylu Beaux-Arts (1902), zwrócone do Piątej Alei. To naprawdę ogromne muzeum, ze wspaniałymi zbiorami wielu gatunków sztuki. My jednak postanawiamy skoncentrować się na malarstwie i choć tak bardzo ograniczamy nasze zainteresowania, spędzamy w muzeum ponad piec godzin. Od średniowiecza do XX wieku . Choćbym chciała nie opiszę moich wrażeń z obcowania z arcydziełami. Chyba nie potrafię. Wspomnę tylko, że znalazłam tu, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, jeden z moich ukochanych obrazów Georga de la Tour, który wiele lat temu widziałam w Luwrze i na którego reprodukcje często spoglądam, bo ma swoje miejsce w moim kąciku do pracy . Czy są dwa takie? identyczne ? Stoję teraz przed tym płótnem i nadziwić się nie mogę, ale po zajrzeniu do katalogu sprawa się wyjaśnia. Obraz ten rzeczywiście wisiał w Luwrze, ale w 1978 roku Met kupił go i dziś jest tu. Po przeszło dwudziestu latach oglądam to samo dzieło w innym muzeum i tylko to, że ciągle robi na mnie tak wielkie wrażenie jest niezmienne. No i jeszcze odkrywam El Greco. Może nie całkiem odkrywam, ale po raz pierwszy widzę jego oryginalne siedemnastowieczne płótna i jestem pod wrażeniem ich ekspresjonizmu i ich Munch'owskiej współczesności. A cała galeria impresjonistów? Czarne jak węgiel oczy kobiet Renoira... wirujące spódniczki tancerek Degas'a... A Holendrzy ? Jest tu naprawdę na co popatrzeć aby odbyć ucztę duchowa, pozwolić sobie na refleksje, a czasem dać się ponieść emocjom....
Ulice środkowego Manhattanu są proste jak pod sznurek. Gdyby nie Brodway, który frywolną kreską przecina Manhattan na skos, można by rzec, że wszystkie z żelazną konsekwencją przecinają się pod kątem prostym, biorąc w swe ramy zawsze prawie identyczne powierzchnie zabudowanego terenu. Po wyjściu z Metropolitan Museum wchodzimy w Upper East Side, będącej najbogatszą i najbardziej elitarną częścią Manhattanu. Tu ulice biegnące równolegle do Central Parku maja nazwy ! Pierwsza z nich to Piąta Aleja (tez mi nazwa !, ale przyznajmy, wszyscy o niej słyszeli), potem są równoległe Madison Ave., Park Ave. i Lexington Ave. i na tych właśnie ulicach pomiędzy 57th St. a 49th St. znajduje się największe skupisko eleganckich sklepów, ekskluzywnych hoteli i tu właśnie mają swe siedziby wielkie koncerny handlowe i przemysłowe. Snujemy się 5th Ave, to zadzierając głowy wysoko, to znów z bliska przyglądając się sklepowym wystawom . Cartier, Dior, Coco Chanell, Gucci, Versace, Saks Fifth Ave. .... to tylko kilka ze sklepów, które mijamy. Marriott New York, Walldorf Astoria, Plaza.... to tylko kilka hoteli na naszej drodze. Szczęście, ze Piątej Alei udało się, choć w części, zachować klimat dziewiętnastowiecznego miasta. Jest duzo starych, budynków o zdobionych fasadach. Wiele budowli o wartości historycznej niestety zostało zburzonych, aby na ich miejscu postawić wyższe i bardziej nowoczesne. Udało się zachować Katedrę św. Patryka - neogotycki kościół surrealistyczne wciśnięty pomiędzy wielkie drapacze chmur. Udało się zachować budynek Tiffany'ego, który sprzedał swe prawa do przestrzeni powietrznej budowanemu obok Trump Tower. Pozostał więc niski Tiffany, ale po sąsiedzku wystawiono kamienicę podwójnie wysoką. Ciągnę Jaśka do Tiffany'ego, pod pretekstem pooglądania wspaniałej kolekcji złoto-brylantowej biżuterii, a tak naprawdę chciałabym tam spotkać pannę Holly Golightly, moją ulubioną postać literacka, z opowiadania Trumana Capote. Bo właśnie, gdy wiele, wiele lat temu przeczytałam Śniadanie u Tiffany'ego po raz pierwszy, pomyślałam, że chciałbym zobaczyć Nowy Jork. I oto jestem tu... wypada się z Holly przywitać... Jasiek jest znudzony oglądaniem błyskotek, widzę to po jego mnie, choć nic nie mówi. Umówiliśmy się, że chodzimy wszędzie razem. Ustalamy priorytety zwiedzania i zwiedzamy do upadłego. Aby pocieszyć Jaśka daję się zaciągnąć pod Carnegi Hall (róg 57th st. i 7th. Ave.). Niestety dziś zamknięte. Rozpłaszczając nosy na szybie rzeźbionych drzwi, usiłujemy dojrzeć intymnie oświetlone foyer teatru. Nie uda nam się niestety, przez zamknięte drzwi, posłyszeć echa którejś ze znamienitych orkiestr jakie tu koncertowały. Cóż, trudno... jest pretekst aby tu raz jeszcze przyjechać :-)))
Nachodziliśmy się, nogi już odmawiają posłuszeństwa, wiec co ? Trzeba wrócić do domu, zjeść, chwilkę odpocząć i znów ruszyć w miasto. Mamy tylko sześć krótkich dni i już wiemy, że choćbyśmy nogi uchodzili i tak wszystkiego nie zobaczymy... Proponuję wieczorny spacer, po Greenwich Village. Mamy niedaleko, nawet na piechotę, ale Jasiek się krzywi. A co my tam mamy oglądać? Jak to co ! - oburzam się - mamy chłonąc atmosferę ..... Pozatym szukamy internetowej kawiarni. Już za długo jesteśmy na odwyku. Adres, który podał nam Bobula powinien być gdzieś właśnie w tych okolicach .... Zeszliśmy kilometry ulic. Ja szukałam atmosfery, a Jasiek dostępu do internetu. I nic nie znaleźliśmy. Internetu dlatego nie, ze adres podany przez Bobulę nie istnieje. W NY nie ma skrzyżowania takich ulic! One się po prostu nie przecinają! Atmosfery zaś, dlatego nie, że poganiana przez Jaśka nie mogłam wczuć w nią odpowiednio :-)))
Zmęczeni wracamy do hotelu... Ale bez obaw. Odnajdziemy i jedno i drugie w ciągu następnych dwóch dni :-)))

Nowojorskie metro jest najokropniejszym metrem jakie znam. Nie ma porównania ze sterylnie czystym metrem w Stockholmie, czy socjalistyczno-monumetanlym w Moskwie. Może klimat paryskiego metropolitan najbardziej przypomina ten, panujący w podziemiach Nowego Jorku. Myślę, ze wynika to z podobieństw obu miast. Naprawdę wielkie metropolie, pełne napływowej ludności, sieci liczące sobie ponad tysiąc kilometrów i ogromna ilość stacji, powodują, że nie sposób chyba aby były one zadbane. Srebrzyste wagoniki nowojorskiego metra kursują co prawda bardzo regularnie, ale oczekiwanie na nie, nawet krótkotrwałe, nie jest przyjemnością. Uderza w oczy wszechobecny brud, pełne, wysypujące się kosze na śmieci, zaplute przez podróżujących perony, bezdomni dżemiący na ławkach i szczury... Po torowiskach biegają sobie bez żadnego skrępowania, szczury wielkie jak koty... Wcinają niedojedzone hamburgery rzucone na tory i popijają woda z resztek kałuży pomiędzy szynami. Na peronach, w wagonach nie ma raczej tłoku. Metro jeździ co parę minut, jednak podróżowanie nim nie jest takie łatwe. Trzeba bardzo uważać na symbole pociągów, bo tymi samymi torami pędza tez specjalne, ekspresowe pociągi. Symbole nie wiele różnią się od siebie, a te szybkie pociągi, zatrzymujące się co pięć, sześć stacji, potrafią wywieźć człowieka na koniec świata i pozostaje tylko zaciskać pięści z wściekłości i bezsilności! Linie prawie wcale się nie krzyżują. Kolorowe kreski linii metra przecinają plan Manhattanu z południa na północ, zbliżając się i oddalając, ale prawie zawsze biegnąc równolegle do siebie. Dlatego jadąc z hotelu do ONZ, co mamy dziś w planach, nie możemy skorzystać z najbliższej mam i dobrze znanej już, obskurnej jak wszystkie, stacji przy Chambers Str. Maszerujemy zatem do zielonej linii, do stacji City Hall. Już przy pierwszej podróży metrem kupiliśmy sobie magnetyczne karty otwierające bramki na perony. Jasiek trzyma te karty jak największe relikwie w etui razem z karta kredytowa i wypożycza mi moją tylko na moment przejścia przez bramkę. W wagonie, do którego wsiadamy, jak zawsze pełen przegląd ras i kolorów. Czarnoskóre piękności z fantazyjnymi fryzurami upiętymi z włosów zaplecionych w cieniutkie warkoczyki, zaczytani w gazetach biali mężczyzni po trzydziestce, młodzi raperzy nonszalancko żujący gumę i oliwkowe nobliwe staruszki. Nikt na nikogo nie patrzy i ja też obserwacji moich dokonuje wodząc wzrokiem po wagonie , na nikim nie zatrzymując spojrzenia na dłużej. Nie boje się jeździć metrem. Aż dziwię się sobie. Po tej ilości filmów, które obejrzałam, ukazujących pościgi, strzelaninę i terroryzm w nowojorskim metrze, powinnam się bać. A tu nic z tych rzeczy. Wszyscy siedzą spokojnie zajęci własnymi myślami, bądź rozmowa. Razem z Jaśkiem tez rozmawiamy, uzgadniamy trasę na dziś, lub po prostu gapimy się na plakaty reklamowe ozdabiające wnętrze wagonu. Wysiadamy na Brodway'u przy 42nd St. aby wyjść z metra tuz obok imponującej fasady dworca Grand Central Terminal. Potrójny luk triumfalny zwieńczony ogromnym złotym zegarem stanowi główne wejście do tego dworca, który swa monumentalną bryłą przypomina raczej gmach opery. Wybudowany w 1911 roku, miał zostać w 1968 roku częściowo rozebrany i przebudowany, aby tuz obok mógł stanąć pięćdziesięciopięcio piętrowy drapacz chmur. Uratowany został w wyniku wielkiej kampanii na rzecz ochrony zabytków prowadzonej, miedzy innymi, przez Jacqueline Kennedy Onassis. Kampania została uwieńczona pełnym sukcesem, kiedy to w 1983 roku gmach Grand Central Terminal wpisano do Narodowego Rejestru Pamiątek Historycznych. Nie wchodzimy do środka , a szkoda bo warto było... Ale o tym przeczytałam dopiero w hotelu, utrwalając sobie wspomnienia z dzisiejszego spaceru. Cóż, jeszcze jeden powód aby wrócić do NY :-)))
Okrążamy dworzec dochodząc do Park Ave. Ta najszersza ulica Manhattanu, jako jedyna w mieście przedzielona pasem zieleni, zdaje się wpadać do dworcowego budynku. Patrząc z perspektywy ulicy widzimy samochody sunące wprost do hali głównej :-)) To tylko złudzenie! Tuz przed samym dworcem aleja rozwidla się kierując ruch samochodowy dookoła budynku.
ONZ usytuowany jest nad brzegiem East River i właśnie podążając tam na piechotę podziwiamy perspektywę 42nd St. , mijamy Chrysler Bldg. zadzierając głowy wysoko, aby obejrzeć sobie koronkowa iglicę będąca jego zwieńczeniem. Dzięki tej iglicy Chrysler Bldg. był najwyższym budynkiem Manhattanu. Niestety tylko rok. W 1931 roku wybudowano Empire State Bldg, który stal się królem wysokości, i królował nie tylko na Manhattanie ale i na świecie przez 42 lata, kiedy to prym przejął World Trade Center.
W miarę zbliżania się do nabrzeża, zmienia się otaczająca nas architektura znajdujemy się teraz w otoczeniu typowych dla NY budynków z czerwonej cegły że schodkami przeciwpożarowymi przyklejonymi do zewnętrznych ścian . Takich domów w sercu Manhattanu prawie już nie ma, i tu tez chyba będzie się to zmieniać , bo oto w perspektywie wylania się błękitno-szklana, strzelista sylwetka U.N. Plaza , zaraz potem dochodzimy do 1st Ave. gdzie w pełnym słońcu , łopoczą na wietrze flagi państw członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jeszcze tylko fotka Jas'ka-pacyfisty przed rzeźba przedstawiającą pistolet z zawiązaną na supełek lufa i już wchodzimy. Jak w każdym miejscu ulicznym, gdzie przybywają turyści i gdzie istnieje ryzyko zamachu terrorystycznego, tak i tu musimy przejść kontrole osobistą. Podobnie jak na lotniskach prześwietlani jesteśmy na wskroś w specjalnych bramkach. Jasiek ma scyzoryk! z tym niebezpiecznym przedmiotem nie może niestety wejść. Po wypełnieniu formularza wielkości A4 i sprzwdzeniu paszportu zostawia ów nóż w depozycie i możemy wziąć udział w obradach nad jakąś bardzo ważną sprawą dotyczacą Angoli. Oczywiście żartuję. Ani nie obradujemy, ani nie głosujemy, ani nawet nie wchodzimy obejrzeć sali obrad, bo trzeba by czekać aż zbierze się grupa chętnych. A my przecież nie mamy czasu! Przed nami wiele do obejrzenia. Mamy w planach pochodzić po mieście, zobaczyć kilka ciekawostek w dość odległych od siebie miejscach i wreszcie dotrzeć do Empire State Building! Planujemy wjechać na jego 102 piętro, o takiej godzinie aby z tej wysokości zobaczyć panoramę na cztery strony świata i za dnia i w czas zachodu słońca i wtedy gdy rozbłysną wszystkie nowojorskie światła. Właśnie zmierzamy w strone centrum Manhattanu. Oddalając się od wybrzeża idziemy sobie powoli Pięćdziesiątą czy Czterdziestą Siódmą ulicą w stronę Rockefeller Center. To spokojna, elegancka, mieszkalna ulica. Kolorowe baldachimy rozpięte nad dywanami rozciągniętymi wprost na chodnikach, pozwalają mieszkańcom tych apartamentowców nie zważać na kaprysy pogody, gdy podjeżdżają taksówką pod swój dom. Uwagę moja zwracają poświąteczne choinki w stertach leżące na skraju chodników. No tak, dziś już jest siódmy stycznia. Czas noworoczny skończył się . Boje się , ze nie zobaczę największej choinki świata, która co roku staje przed Rockefeller Center. Właśnie tam spieszymy, może jednak jeszcze stoi....
Nagle wzrok mój pada na wielkie okno wystawowe, gdzie widzę szereg komputerów. Nie, to nie jest sklep z komputerami, wyglądana to, ze można tam sobie po prostu na komputerze popracować. - Jasiek ! - mowie - zobacz, nie jest to co prawda internet cafe, ale mam wrażenie, ze można tu sobie posurfować. - Jasiek jest sceptykiem - nie sądzę - mówi. Ja jednak ryzykuje pytanie. I okazuje się , ze tak ! Możemy wejść na Podwórko !!!! Hurrra! Co prawda przez archiwum, ale udaje się nam wysłać na PP krótkiego maila. Strasznie wolno ciągnie się Archiwum z tego Nowego Jorku, jeszcze wolniej niz. z Okęcia :-))) Ale spełniliśmy obowiązek Podwórkowicza. Wysłaliśmy maila. Kosztowało nas to całe $8,- ale jesteśmy zadowoleni, uśmiechnięci i z nowym zapałem rzucamy się w wir wielkiego miasta.
Niestety nad pozłacaną rzeźbą, symbolem Rockefeller Center nie ma już choinki. Szkoda :-((( , tak chciałam ją zobaczyć i pewnie tylko jeden dzien spóźniliśmy się. Trudno, zatrzymujemy się chwile, aby popatrzeć na, pożal się Boże, łyżwiarzy usiłujących kręcić piruety na maleńkim lodowisku u stóp rzeczonej rzeźby. Możemy zejść po schodkach i napić się kawy w knajpce z widokiem na to lodowisko. Czyni tak wielu turystów, ale nas goni czas. Mamy być przecież na tarasie widokowym o określonej godzinie, a jeszcze musze kupić Ewie - mojej świeżo upieczonej studentce, zamówiony słownik psychologiczny. Kupuje go w Mall'u na Times Square. Za starą fasadą tego wielkiego domu towarowego kryje się na wskroś nowoczesne wnętrze. Fontanny, marmury, przeszklone windy i sklepy.... Sklepy co wabią finezyjnymi wystawami i namawiają do wejścia. Z trudem opieramy się pokusom. Jak po sznurku wjeżdżamy na V piętro do księgarni. Gdy docieramy do Flatrion Building, stającego na trójkątnej wysepce u zbiegu Brodway'u i Piątej Alei, słonce powoli chyli się ku zachodowi rzucając ostre światło na ten ciekawy budynek. Ostro rysują się gzymsy i zdobienia elewacji drapacza chmur wybudowanego w 1901 roku w stylu art deco . Ostro też podkreśla jego bryłę, o trójkątnej podstawie, której kształt wynika z dbałości o wykorzystanie każdego skrawka ziemi na Manhattanie . Amerykanie chlubią się tym pomysłem, ale przecież nie odkryli Ameryki ! W Warszawie, przy placu Unii Lubelskiej, stoją już od ubiegłego stulecia, ocalałe z wojennej pożogi, dwa budynki wybudowane na planie trójkąta. Nie są co prawda osiemnastopiętrowe, ale podobnie do żelazka maja tylko trzy rogi :-)) Do Empire State Building mamy już bardzo blisko i mocno wyciągamy nogi, bo słonce już coraz niżej. Bilety, kolejka, kontrola osobista (tym razem scyzoryk uszedł uwadze ochroniarzy ) i już pomykamy szybkobieżna windą na platformę widokową. Ranyyyyy! Nie , tego się nie da opisać! słońce zachodzi czerwono gdzieś nad Brooklynem, odbijając się blaskiem od szkła i aluminium nowoczesnych wieżowców, podwójnie ciepłym promieniem otaczając te stare, poczciwe budynki z czerwonej cegły, tak typowe dla pejzażu Nowego Jorku. W dole wąskie strumienie ulic, pulsujące światłami samochodów, i kolorowych reklam , które właśnie jedna po drugiej zaczynają swe nocne czuwanie. Czekamy aż słońce zajdzie i po raz kolejny obchodzimy dookoła platformę widokową. Teraz już cały Nowy Jork plonie milionami świateł! Oświetlone mosty wyglądają jak okręty w pełnej gali, odbijając swe światła w wodach otaczających Manhattan, tak, ze trudno już odzieli je od gwiazd błyszczących na bezchmurnym niebie. Aż szkoda odejść od balustrady... Balustrady szczelnie zabezpieczonej siatka, aby nie dopuścić do kolejnych samobójstw, których niestety budynek ten ma sporo na swoim koncie. Ma też w swojej historii bliskie spotkanie z samolotem. Podczas II wojny bombowiec przelatujący nad NY zawadził o siedemdziesiąte dziewiąte piętro Empire State Building. Solidny budynek przetrwał te katastrofę .
I znów winda zatykająca uszy i znów ulica z ludzkiej perspektywy... Choć chciałoby się jeszcze chodzić, decydujemy się na powrót do hotelu. Dziś był naprawdę ciężki dzień. Kupujemy żarełko w deli na rogu, zmawiamy w recepcji lód do drinków i postanawiamy nigdzie już dziś nie wychodzić, za to popracować nad złapaniem kontaktu z Waldim, przedstawicielem nowojorskiego Podwórka. Jaśku - mowie - jak tak, to proszę o rewanż w scrabble. W Chicago na lotnisku przegrałam trzy partie, nie miałam tyle co Jasiek szczęścia. I dziś niestety tez nie mam. Byłam tak blisko wygranej i w ostatniej chwili moje szanse legły w gruzach. Jasiek jest bardzo z siebie zadowolony. I właściwie cieszę się, że mogłam mu niewielkim kosztem sprawić wielką przyjemność. Złoszczę się trochę, aby smak wygranej był dla niego jeszcze słodszy, a w duchu myślę sobie ... hi... hi... kto nie ma szczęścia w scrabble, ma szczęście w miłości :-)))

Wczorajszego wieczora znad scrabbli wiele razy wykręcaliśmy numer nowojorskiego Podworkowicza, Waldiego. Nie wiedzieliśmy, że dzwoniąc z Manhattanu do innej części NY trzeba podać numer kierunkowy! Niby skąd mieliśmy wiedzieć. Jednak po kolejnych nieudanych próbach, zaczął nas zastanawiać brak odzewu . Rzut oka w książkę telefoniczną i już wiemy, ze Qeens, Brooklyn, Long Island, i wreszcie Manhattan, każda z dzielnic tej wielkiej metropolii ma swój numer kierunkowy, zawsze ten sam, bez względu z jakiego miejsca Stanów chce się tam zadzwonić. Po dokonaniu tego odkrycia, dodzwaniamy się od razu! Widzę jak szeroki uśmiech pojawia się na twarzy Jaśka, gdy wypowiada wyraźne, powitalne dzień dobry :-)) . Waldi jest chyba zaskoczony. Mam nadzieję, że mile zaskoczony. O naszym przyjeździe wiedział co prawda, bośmy się mailowo już z Warszawy, a potem z Florydy zapowiedzieli, ale oto wizyta gości z Podwórka stała się faktem! Waldi jest zapracowanym człowiekiem, lecz mimo piętrzących się trudności udaje się nam umówić ! Na jutro, na wieczór, w Greenwich Village w knajpie o nazwie Jackyl & Hyde. Mamy więc przed sobą calutki dzień. Niestety pogoda dziś już znacznie gorsza, Tak właśnie ponoć jest, że w wilgotnym, morskim klimacie Nowego Jorku, zmiany pogody następują błyskawicznie. Zderzenie mas powietrza znad Atlantyku i znad lądu, często wywołuje gwałtowne burze, śnieżyce i wichury. Mgły też nie są rzadkością. Gdy pogoda nie dopisuje, wtedy cala radość bycia tu staje się połowiczna. W duchu dziękuję wiec opatrzności, że w pięknym słońcu, przy błękitnym niebie, widzieliśmy już większość nowojorskich panoram ze wszystkich możliwych perspektyw . Mgły na szczęście nie ma, ale pada cos pomiędzy śniegiem a deszczem i wieje dość nieprzyjemny wiatr. Wypadało by zwiedzać dziś wnętrza. Decydujemy się na New York Stock Exchnge . Właśnie wczoraj, od Waldiego dowiedzieliśmy się , że można tam wejść aby z galeryjki dla gapiów popatrzeć jak bije serce światowego biznesu.
Chambers Str. czyli nasza ulica poprowadzi nas prosto na Brodway, i potem Brodway'em na południe do Finacial District. Po drodze mijamy Civic Cenetr, a więc przede wszystkim City Hall - dawny nowojorski ratusz . Ten zbudowany w 1812 roku gmach znajduje się w pięknym parku, którego urody wiosna możemy się tylko domyślać. Na terenie tego właśnie parku jest historyczne, niemal święte dla Amerykanów miejsce, gdzie w 1776 roku George Washington odczytał przed licznie zgromadzonym tłumem Deklaracje Niepodległości. City Hall jest od otwarcia Municipal Building w 1914 roku tylko siedziba burmistrza, oraz miejscem oficjalnych spotkań i przyjęć. Administracja przeniosła się do tego monumentalnego nowego budynku. Przyglądam mu się i zastanawiam się co mi on przypomina... ależ tak... toż to kopia warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki :-)) Oczywiście żartuję, prawda jest ponoć taka, że Stalin odwiedzając NY zachwycił się architekturą Municipal Building i zarządził budowę podobnego gmachu w Moskwie. I tak zbudowano Uniwersytet Moskiewski. Jak było z Pałacem Kultury wszyscy chyba wiemy .... Mamy jeszcze kawałek piechotką, deszcz przestał już padać, ale ciężkie czarne chmury wiszą nad miastem. Nie sposob jednak przejść obojętnie obok najstarszego budynku na Manhattanie. Jest nim zbudowany w 1766 roku St. Paul's Chapel. Obok niego mały cmentarz spełniający obecnie raczej funkcje skweru niż nekropolii. Nic dziwnego, przecież większość znajdujących się tam grobów pochodzi z XVIII wieku. I oto już możemy domyślać się bliskości Giełdy, gdyż szyldy na mijanych budynkach zaczynają wskazywać, że wkroczyliśmy w rejon banków i instytucji finansowych. Noeklasycystyczna fasada z bogato rzeźbionym tympanonem jest widoczna z daleka. Mijamy ją jednak, bo główne wejście nie jest dla turystów. Musimy okrążyć budynek śledząc strzałki prowadzące nas do tylnego wejścia. Okazuje się, ze chętnych do popatrzenia na parkiet jest całkiem sporo. Odczekujemy swoje w uporządkowanej kolejce, kupujemy bilety i poddajemy się kontroli osobistej. I już możemy iść na galeryjkę, skąd przez grube szkło obserwować będziemy życie na parkiecie. Okrągła sala, wcale nie jest tak wielka jak sobie wyobrażałam. Parkiet oczywiście drewniany, a na nim tłum mężczyzn. Wogóle nie przejmują się, ze ktoś ich podgląda. To oni podglądają informacje, które wyświetlają rozwieszone na ścianach monitory i tablice świetlne. Wyniki notowań ciągłych, zieloną rzeką z ciekłych kryształów płyną wokoło sali operacyjnej pod samym sufitem. Chyba nic specjalnego się nie dzieje, bo panowie ubrani marynarki w rożnych, jaskrawych kolorach, domyślam się, pracownicy rożnych biur maklerskich, których ubiór przywodzi mi na myśl dżokejów rożnych stajni, leniwie przyglądają się notowaniom, niespiesznie telefonują i spokojnie rozmawiają ze sobą. Trochę jestem rozczarowana. Wyobrażałam sobie, że na giełdzie panuje nerwowa atmosfera, maklerzy gestykulują i przekrzykują się nawzajem. Pewnie i tak bywa, przecież migawki pokazywane w telewizyjnych dziennikach, na których opierałam swoje wyobrażenia, pojawiają się wtedy, gdy na giełdach dzieje się cos niepokojącego. Dziś widać jest zwykły, spokojny dzien.
Gdy wychodzimy z New York Stock Exchange , pada regularny śnieg !
Nie taki znów wielki, wiec jednak próbujemy zrealizować dalszy ciąg naszego dzisiejszego planu i obieramy kurs na Brooklyn Bridge. Wjechać na ten most samochodem, to nie sztuka, ale znaleźć wejście na drewniana kładkę biegnącą pomiędzy i równocześnie ponad jezdniami nie jest łatwo. Po przejściu na skróty paru węzłów komunikacyjnych, niezgodnie z wszelkimi zasadami, które obowiązują pieszych, kierując się na nos Jaśka, trafiamy wreszcie na obskurne schodki zatytułowane Brooklyn Bridge - przejście dla pieszych. Wspinamy się na nie i ..... śnieg pada , płatki białe i wielkie jak spadochrony. Zupełnie niesamowita sceneria! Zdaje się, że razem z mostem zawiślismy gdzieś w próżni. Nie widać East River pod nami, nie widać samochodów sunących poniżej nas, nie widać nic oprócz zamglonej sylwetki pierwszego przęsła mostu z powiewającą dumnie gwiaździstą flagą i lin konstrukcyjnych, które wynurzają się z nicości i w nicości giną....
Drewniany chodnik kładki dla pieszych pokrywa się białym dywanem śniegu, można się ślizgać jak na ślizgawce. Jesteśmy jedynym spacerowiczami na moście, wiec bawię się śniegiem i tą atmosferą oderwania od rzeczywistości. Czuje przedziwne podniecenie, pragnę pójść mostem aż do samego końca.... Jasiek nie jest zachwycony tym spacerem, ale proszę go aby mi towarzyszył i strasznie się cieszę jak się zgadza. Wiem, że z Brooklyn Bridge, w pogodny dzień, jest piękny widok na Manhattan.... Nie jest nam dane go obejrzeć, ale wiem też, że takie zjawisko jakiego doświadczamy nie bywa udziałem wielu ludzi... Ja doświadczam! Jasiek idzie z głową wtulona w ramiona i chyba żałuje, ze się zgodził ...
Już koniec, już dochodzimy do stacji metra i już jedziemy do hotelu, aby chwilę odpocząć przed atrakcjami popołudnia. Nie! Dziś już nic na wolnym powietrzu ! Idziemy do muzeum, do Frick Collection. Zbiory malarstwa światowego niejaki pan Frick udostępnił zwiedzającym w swojej rezydencji znajdującej się na Piątej Alei, tuż przy Central Parku. Stary dziewiętnastowieczny dom pełen jest mebli i drobiazgów właściciela no i oczywiście obrazów. Bardzo różnorodna jest kolekcja Pana Fricka, od średniowiecza po amerykańskie malarstwo z początku wieku. Dla mnie szczególnie ciekawe są płótna angielskie, które oglądam pierwszy raz. Jak urzeczeni chodzimy z pokoju do pokoju przy dźwiękach muzyki cichutko sączącej się z głośników. Muzyka gra w jednej z centralnych sal budynku, gdzie pośrodku, otoczony bujna roślinnością, znajduje się całkiem spory basen z nenufarami i złotymi rybkami . Można tam usiąść na kamiennych ławeczkach i posłuchać w skupieniu koncertu. Czynię to skwapliwie, w oczekiwaniu na Jaśka, który woli samotnie obcować ze sztuka.
Odpoczynek się przyda, bo przed nami długi wieczór.

Knajpa, w której umówiliśmy się z Waldim znajduje się Greenwich Village, dzielnicy klubów muzycznych, niekomercyjnych teatrów i nowojorskiej cyganerii. Nasłuchałam się o tej części Manhattanu, od tych co tu bywali , a także naczytałam i naoglądałam. Niestety w styczniowy wieczór trudno jest o atmosferę jaka panuje tu wiosną i latem. Można sobie wyobrazić, kawiarniane ogródki i malownicze stragany przed sklepami ze starościami, kwiaty kipiące z balkonów i schodków przeciwpożarowych oraz ekscentrycznych artystów przechadzających się po wąskich uliczkach. Dziś niestety brniemy w śniegowej brei, która wypełnia każda dziurę w chodniku i rozbryzguje się pod stopami przy każdym kroku.
Nie czekamy na Waldiego nawet pięciu minut i co ciekawsze poznajemy go od razu, choć znamy go tylko z fotki w Galerii ! I znów Podwórkowe uściski, znów serdeczne przywitanie. Waldi zaprasza nas do knajpy gdzie podają 250 gatunków piwa, wiec chyba zrozumiałe jest, ze mamy o czym porozmawiać. Obsługuje nas uśmiechnięta, młodziutka dziewczyna. Nie poleca amerykańskiego piwa, ona jest z Islandii ... Niestety ani islandzkiego, ani polskiego piwa tu nie uświadczysz. Wiec co mamy pić ??? Na szczęście wybór jest naprawdę duży i po długich konsultacjach z kelnereczką udaje się nam złożyć zamówienie. Pierwsze piwko, drugie, trzecie.... nie, nie musimy szukać tematów, rozmowa staje się ożywiona a czas płynie szybko...
Właściciele baru za punkt honoru stawiają sobie przestraszyć klienta. Na ścianach wiszą rożne dziwne maski i maszkary, które poruszają się i czasem błyskają upiornym światłem. Hii... hi... za pierwszym razem, to się nawet przelękłam jak za moimi plecami nagle coś gruchnęło, świstnęło i spadło, ale po drugim piwku strachy nie robią już wrażenia, a po trzecim mamy ochotę na zmianę lokalu.
Waldi wybiera klub jazzowy. Dziś jest piątek i wszystkie te bary , kluby i speluny w Greenwich Village, żyją pełnią życia . Choć na dworze ziąb i wichura w naszym klubie atmosfera naprawdę gorąca. Z trudem przeciskamy się przez tłum do baru. Na niewielkiej scence, pomiędzy stolikami, pośrodku lokalu śpiewa sobie jakąś kobitka. Robi to całkiem nieźle. Tłum przy barze podryguje rytmicznie, jedni wsłuchani w muzykę, inni zajęci rozmowa. śmiechy, głośne rozmowy nikomu nie przeszkadzają a najmniej samej wokalistce, która zdaje się być całkowicie pochłonięta sobą i fotografem, który akurat zaproszony został na sesje zdjęciową. Udaje się nam dopchać do baru i przywołać barmankę. Rany, jak one ciężko tu pracują! Dziewczyny zlane potem, zawirowane w tym zamęcie, potrafią jednak spamiętać co do którego końca baru podać, wiec po chwili szklaneczki z bursztynowym, aromatycznym płynem rozlanym na kostkach lodu są w naszych rękach. O znalezieniu miejsc siedzących nie ma mowy, wiec wiemy już , że długo tu nie wytrzymamy, choć chciałoby się jeszcze posłuchać .... Jest już zresztą bardzo późno, a Waldi ma jeszcze ochotę na mała przejażdżkę ulicami Manhattanu by night , my nie mówimy nie ! Jest już druga w nocy gdy dojeżdżamy do celu naszej wycieczki , nad brzeg East River . śnieg już dawno stopniał , deszcz nie pada i nawet wiatr ustał, możemy więc spokojnie udać się na nadbrzeże. Jest całkiem pusto, i cicho.... daleko tu od wielkomiejskich arterii, a nadbrzeżna dziewiętnastowieczna zabudowa stwarza wrażenie, ze znaleźliśmy się w starym, portowym New Yorku. Tu właśnie, u starych kei zacumowane są na stałe dwa piękne żaglowce z ubiegłego stulecia, które dziś służą już tylko jako ozdoba nadbrzeża. W powietrzu unosi się zapach ryb. Zabytkowa hala, Fulton Fish Market, w której do dziś mieści się targ rybny jest pięknie oświetlona staroświeckimi latarniami, ale zamknięta na głucho.... To dziwne, czytałam w przewodniku, że handel rybami odbywa się tu właśnie nocą.
Aha! przecież mamy weekend, dziś nieczynne. Szkoda. Ogromnie lubię targowiska . Trudno by mi było zapewne kupić coś w tym miejscu, ale staram się, wyobrazić sobie stargany pełne świeżych ryb, mięczaków i skorupiaków. Wyobrażam sobie nawoływania przekupniów i targi nabywców. Okrążając śpiącą hale targowa, idziemy dalej, na Pier 17, piętrowe molo z elegancką restauracją (już zamkniętą o tej porze), z którego tarasów spojrzeć będziemy mogli na Brooklyn Bridge oraz panoramę Brooklyn'u . I oto przed nami, w całej okazałości ten przepiękny most, którego kładką szliśmy w śnieżnej zawierusze zaledwie kilka godzin temu. Jak dawno to się wydaje. Tyle rzeczy robiliśmy w międzyczasie, że mam wrażenie jakby tamten spacer odbywał się wyłącznie w mojej wyobraźni, zresztą był taki nierealny, że aż nieprawdziwy....
Teraz most wygląda okazale i przepięknie, choć też nie całkiem realnie, bo cały opleciony światłami odbija się w nieruchomych nurtach East River i nie wiadomo do końca, który z nich jest prawdziwy.....
Aż nie chce się stad odchodzić... Choć jeszcze tu jestem, to już zaczynam tęsknić do Nowego Yorku.... Już pojutrze, a właściwie jutro, mamy samolot do Warszawy. Już tylko półtora dnia wspanialej przygody na pograniczu wirtualności.... Staramy się przedłużyć ten dzień zapraszając Waldiego do naszego hotelowego pokoju i rozmawiając z nim do bladego świtu... Może już nigdy się nie spotkamy...


Ameryka