Lipcowy weekend w Lytle Creek.

Piotr Szymański

Tu w połowie lipca 1996 roku, odbyły się urodziny Halinki. Mimo że droga przez strzelnicę była zamknięta, przyjechało dziesięć samochodów pełnych złoto błyszczało w strumykuurodzinowych gości. Choć złoto błyszczało w strumyku, snieg skrzył się na szczytach gór, większość przesiedziała przy ognisku. Oto co opowiedziałem o Lytle Creek i jego mieszkańcach.

Do Lytle Creek można dostać się dwiema drogami. Pierwsza wiedzie z LA 15-ką do Las Vegas, za Rancho Cucamonga zjezdżamy na Sierra Ave. Następnie skręcamy w lewo, na zachód do Lytle Creek.
Druga droga prowadzi ze wschodu, numer 3N31. Mimo że żwirowa i kręta jest przejezdna samochodami osobowymi. Odchodzi ona od asfaltowej Lone Pine Road. Ta prowadzi dokładnie wzdluż San Andreas Fault. Można się do niej dostać z autostrady nr. 15, zjazd do Wrightwood.

W czasach Wielkiej Depresji był tu obóz dla bezrobotnych i zdesperowanych kalifornijskich imigrantów. Kopali oni złoto w dolnym biegu strumyka, i nie wadzili nikomu. Tak byli zajęci.
Miasto San Bernardino, założone pod koniec zeszłego wieku przez Mormonów, wybudowało tu kilkadziesiąt baraków. Tu kierowała miejska policja przyjezdnych imigrantów z Oklahomy. Podobnie wyglądały obozy z okolic Bakersfield. Te opisał John Steinbeck w "Gronach Gniewu". Przejedżamy wioskę Lytle Creek, potem strzelnicę. Teraz zaczyna się żwirowa droga. Po 5 milach kamienistej drogi docieramy do rozdroża. Stoi tu rosochata sosna z czerwono niebieskim szlaczkiem. Dalej w lewo jest West Fork, czyli wschodni stok Mt. Baldy. My skręcamy w prawo, przejezdżamy przez suchą rzeczkę, to jest East Fork.

Jeszcze 2 mile i jesteśmy na miejscu. Jest tu kilka miejsc przeznaczonych na kemping. Im wyżej tym ładnieszy teren. Najśmielsi dotrą do polanka polanki, gdzie jacyś hippisi wybudowali dwa kamienne trony. Około 7000 stóp nad poziomem morza i 3000 nad poziomem smogu LA. Płynie tu strumyczek ze złotem
- "river's runing gold, man". Dziesięc lat temu przez całe lato mieszkał tu:

Mike
z wilczurem imieniem Lady. Mike cierpiał na ostry przypadek gorączki złota, a Lady na chroniczny reumatyzm. Mike głęboko wierzył, że gdzieś wyżej jest "mother lode" czyli złota żyła, z której bierze się całe to złoto w Lytle Creek. Pokazywał mi nugat rozmiaru ziarnka grochu, który tu znalazł. Na jego prośbę przywiozłem kiedyś ze sobą mikroskop steoroskopowy i obejżałem jego skarb pod 25-cio krotnym powiększeniem. Z wypolerowanej obłej bryły samorodka sterczały kryształki kwarcu (SiO2). Mike twierdził, że po przetopieniu waga nugata maleje o 5% a próba sięga 23 karatów. To, co dla niego było najistotniejsze, to typ i kolor skalnych domieszek. Sądził, że mu to podpowie skąd ten nugat się wziął. Mike zimą pracował w San Bernardino jako mechanik dieslowy. Czwartego lipca kolega przywoził go tutaj i na Labor Day odbierał. Mike przez całe lato przesiewał złoto, tylko od czasu do czasu znajomi dowozili mu pożywienie. Dla Lady łapał wiewiórki i myszy. Za skrzynkę piwa i karton papierosów dawał mi 1/16 uncji złota. Do tej pory mam fiolkę ze złotym pyłem. Gdy pierwszy raz poznałem Mika, opowiadał mi o Lady. Upierał się, że jest to skrzyżowanie wilka z kojotem. Mnie ten pies kojarzył się z kundlem. Faktem jest, że początkowo Lady była wobec mnie nieprzyjazna, co Mike przytaczał jako dowód jej rodowodu. Mike musiał brac psa na smycz, bym mógł przejść strumykiem. Siedem lat temu Lady dostała ostrego reumatyzmu. Skowyczała, gdy musiała wstać, aby podążyć za swym panem. Mike ze smutkiem mówił, że ją uśpi. Zwłaszcza, że planował studzenie swej gorączki złota na Alasce. Człowiek, któremu sprzedawał swoje złoto, opowiadał mu o złotych górach nieopodal Anchorage. Potem już nigdy więcej Mike'a nie widziałem.
Milę poniżej kopalni Mike'a spotkałem czarnego niedzwiedzia. Gdy usłyszałem sapanie i szmer w krzewach pięćdziesiąt metrów ode mnie myslałem, że to duży pies mnie okrąża. Dopiero gdy zwierzę przecięło ścieżkę zauważyłem, że to niedźwiedź. Widać miś szedł na wieczorny obchód śmietników. Powyżej kopalni Mike'a, strumyk porasta olszyną. Ten krótki odcinek jest trudny do przejścia. Dalej wąwóz się poszerza, a las staje się bardziej dziki. Nigdy nie udało mi się dojść do źródeł strumyka, a tym bardziej do złotej żyły. Z mapy topograficznej wynika że nie mogą być dalej niż 4 mile od tego miejsca. Mike żył w komitywie ze

autostrada nr15 przez uskok San Andreas Steven
- leśnikiem, któremu przypadł ten odcinek lasu, Latynosem, jak on sam. Steve pochodzi z San Bernardino, i ze łzą w oku opowiada o "parties" na które tu jako wyrostek przyjeżdżał. Potem się ożenił i dostał na swym polu zabaw pracę leśnika. Teraz jego obowiązkiem jest strzec lasu przed takimi jak on sam był kiedyś. Przygasza ogniska i zapobiega burdom na strzelnicy. Pokazał mi ranę na łydce, której doznał, gdy postrzelił go pijany "plinker". W pace swej ciężarówki wozi pojemniki z wodą i z dodatkiem detergentu. Wodą tę gasi tlące się jeszcze ogniska.
Sama strzelnica zasługuje na uwagę. Kiedyś sięgała aż po rosochatą sosnę. To było w latach kalifornijskiej świetności. (O tym napiszę innym razem.) Pod koniec 70-tych lat została ograniczona do swojego obecnego rozmiaru. Patrząc na uczestników trudno nie pomyśleć, jak to dobrze, że ci ludzie mają miejsce by sobie popukać (patrz "plinker") i co by to było, gdyby robili to na ulicach. Widać jak dają upust swym destruktywnym emocjom, waląc z AK-47 do starej kanapy teściowej. Ci ludzie wiele wysiłku wkładają w to, by tu przywieźć swoje niepotrzebne, acz symboliczne, sprzęty, po to tylko, by je w drobny mak rozwalić. Dużą apatią cieszą się lodówki. To powoduje, że strzelnica wygladą jak śmietnik. Czerwone łuski ładunków do śrutówek wyglądają jak rozpryskana krew. Strzelanie do tarcz nie daje tyle satysfakcji co przypieprzenie serią w telewizor. Dzięki wiosennym powodziom część tych śmieci spływa z wodą do miejskiego zbiornika. Strzelnicy zawdzieczamy, że tak niewiele ludzi odważa się jechać dalej do East Fork.

droga numer 3N31 Ron
Kilka mil na południe od Lytle Creek spotkałem całkiem przypadkowo człowieka, o istnieniu którego tylko się domyślałem. Skojarzyłem go po starym, lecz zarejestrowanym motocyklu. Motocykl ten znalazłem kiedyś ukryty w krzewach w trudnodostępnym terenie na południowy zachód od Mt. Baldy. Było to w listopadzie. Wymyśliłem sobie wówczas historyjkę o człowieku, który porzucił klimat, wygody i cywilizację w dolinie i zamieszkał sam, wysoko w zalesionych górach. Pamiętam ten dzień, powietrze nasycone jesienią, złote słońce i ten dreszczyk strachu przed nadchodzącą zimą. Człowiek ten, jak się potem dowiedziałem, nazywa sie Ron. Okazał się on ciekawszy od wytworu mej wyobraźni.
W niedzielę pojechałem na kilka godzin pochodzić z plecakiem po górach. Mam swoje ulubione miejsce przy strumyku gdzie zostawiam motor i drepczę dalej. Tym razem zastałem tam dwa motory i trzy osoby których powiązania nie bardzo mogłem początkowo ustalić. Młodszy z dwóch mężczyzn zagaił mnie czy bym mu nie pomógł odsunąć głazu, który blokował drogę motocyklom. Powiedziałem owszem, choć do tej pory nie uważałem tego za konieczne. Zauważyłem że ten człowiek musiał być nie tak dawno, silnym i sprawnym mężczyzną, w przeciwieństwie do jego obecnego stanu. Chodził z wysiłkiem, miał duże silne dłonie, lecz ręce wydały się być pozbawione mięśni. Nie mógł mieć więcej niż 35 lat. Przglądając mu się z tyłu, jego obszerne wojskowe spodnie wypełniały li tylko kości. Ciężkie polowe buty, w których napewno trzymał nóż, wyraźnie mu ciążyły, a lewa stopa układała się do wewnątrz. Duży efektowny plecak dodawał do obrazu legionisty. uskok San Andreas o zmierzchu Postanowiłem się mieć na baczności. Przedstawił się i spytał czy nie poszedł bym z nim na wycieczkę. Chętnie przystałem, i postanowiłem mu zademonstrować swą ufność, lub głupią odwagę proponując; gdy dochodziliśmy do stromych urwisk - że pójdę pierwszy. Dlaczego właściwie miał by on mnie pchnąćc nożem w plecy? Zawstydziłem się. Od słowa do słowa zorientowałem się że to mój urojony bohater z zeszłego roku. Wówczas to eksploatował on w tych górach kopalnie lapis lazuli: niebieskiego, półszlachetnego kamienia. Robił to sam, więc nie mogło to być bardzo lukratywne przedsięwzięcie, chyba że trafiłby na bardzo wydajne złoże. Twierdzi, że wysoko gatunkowy kamień można sprzedać po $50 za funt. Podejrzewam że to cena afgańskiego lapisu. Jak każdy poszukiwacz musi on być mitomanem- fantastą i silnie wierzć w swą gwiazdę, by móc przetrwać mozoł górnictwa. Jego złoża jak się potem przekonał zawierały więcej rudy srebra niż lapisu. Nie mogłem jednak wyobrazić go sobie z kilofem, kruszącego twarde, granitowe skały. Wkrótce, wyjaśnił co się stało. Tuż przed Bożym Narodzeniem, schodził z gór po oblodzonych skałach i pośliznął się. Spadł 25 m. wzdłuż ściany wodospadu i zdrowo się połamał. Szczęśliwie, znalazł go tam przygodny turysta i sprowadził pomoc. Uszedł z życiem.
Oczywiście, nie był ubezpieczony, więc żaden szpital nie chciał się zająć jego rehabilitacją - kalectwo nie jest bezpośrednim zagrożeniem życia. Po założeniu gipsu wyproszono go ze szpitala i całą zimę przemieszkał u znajomych w komórce na narzędzia. Biodro i kolano krzywo się zrosło więc pozostanie kaleką na utrzymaniu społeczeństwa. Po dwu godzinach wspinaczki doszliśmy do pięknego wodospadu gdzie się to stało. Ze strumyka wyłowiliśmy kilka kamyków lapis lazuli.

Drogi przez góry
Z Mt. Baldy prowadzi 4 milowy szlak do West Fork. Łatwy, bo z górki i to dobrą, choć zamkniętą dla samochodów drogą przeciwpożarową. Na Mt. Baldy natomiast jest kolejka krzesełkowa po zachodniej stronie. Zjazd na Baldy Ave. z autostrady nr. 10. Zimą służy jako wyciąg narciarski. W sam raz dla leniwych. Po zejścu do West Fork należy dojść do miejsca gdzie łączą się oba strumyki i skręcić w lewo tzn. na północny wschód i podejść 2 mile na nasz biwak.


Ameryka