Lato z Truskiem

Ilona Skalna

 Historia, którą chcę opowiedzieć wydarzyła się naprawdę. Był rok 1997. Mimo iż była druga połowa lipca, nic nie wskazywało na to, że pogoda ulegnie zmianie. Lato tego roku było wyjątkowo deszczowe. Dzieci nie miały pociechy z wakacji. Słońca jak na lekarstwo. Jestem mamą dwóch dziewczynek: starsza Elizka miała wtedy 13 lat, a młodsza Magdusia 11 lat. Mieszkamy na południu Polski, w bardzo ładnej miejscowości, położonej w lesie. Był właśnie jeden z tych kolejnych, deszczowych dni. Dziewczynki nie bardzo wiedziały w co się bawić , nudziły się przeokropnie. Postanowiły pójść do innych dzieci. Upłynęła jakaś godzina, kiedy zjawiły się w towarzystwie kolegów i koleżanek, wszyscy mocno podekscytowani. W oczach świeciły się iskierki, a na twarzach malował tajemniczy uśmiech. Jeden z chłopców trzymał w dłoniach zwinięty sweterek. Podbiegli wszyscy do mnie z okrzykiem:

- Patrz, mamusiu! -

Skierowałam się w ich stronę. Elizka wzięła od chłopca sweterek bardzo delikatnie. Rozchyliła go, a w środku był maleńki zajączek. Miał może 3 lub 4 dni.

- Prawda, że śliczny- powiedziała uśmiechnięta Elizka.

Ręce mi opadły z wrażenia. "Co ja teraz z nim pocznę? - pomyślałam". Wiedziałam z programu telewizyjnego pt. "Z kamerą wśród zwierząt", że wychowanie dzikiego zająca nie jest prostym zadaniem. Są to zwierzątka delikatne, wrażliwe i w bardzo niewielu przypadkach udaje się je zachować przy życiu.

- Skąd macie to maleństwo ? - zapytałam.

- Znaleźliśmy go w lesie, po drugiej stronie drogi - wykrzykiwały jeden przed drugim.

- Leżał w trawie, był cały mokry i zupełnie sam, nie było przy nim mamy - dokończyły.

- Nie możemy go zatrzymać, jego mama pewnie gdzieś w pobliżu tam jest, na pewno się was wystraszyła i schowała. Trzeba go bardzo szybko odnieść na to samo miejsce - powiedziałam.

- Ale mamusiu on jest taki piękny, zostawmy go - prosiła Madzia.

- Nie ma mowy, nic nie wiemy o zającach, a poza tym on może być chory na wściekliznę - ostro zaprotestowałam.

- Taki bezbronny maluszek? No co ty mamusiu, spójrz w jego oczka, czy to możliwe, aby mógł być wściekły? - broniła Elizka.

- Powiedziałam do lasu z nim i nie ma odwołania - zakończyłam dyskusję.

Zrobiłam przy tym groźną minę, aby naprawdę wykonali moje polecenie. Zrezygnowane dzieci wzięły zajączka w sweterku i poszły go odnieść.

Kiedy zniknęły za zakrętem, wróciłam do domu gotować obiad. Po jakimś czasie dziewczynki wraz z innymi wróciły do domu, niestety z zajączkiem.

- Co się stało, że go przyniosłyście z powrotem? - zapytałam.

- Położyliśmy go w tym samym miejscu, w którym znaleźliśmy, a sami schowaliśmy się za drzewami. Długo to trwało, a mama zajączka nie wracała i wtedy znowu zaczęło padać i on strasznie przemókł, zobacz jaki jest cały mokry, trzęsie się z zimna- opowiadały dziewczynki.

Inne dzieci musiały już wracać do domu, a my z żywym "fantem" zostałyśmy same.

Właśnie wrócił do domu mój mąż, Darek, kiedy Elizka i Madzia podbiegły do niego z zajączkiem na rękach.

- Tatusiu, chodź szybko - podały tacie zwierzątko. Doskonale wiedziały co robią, ponieważ mój mąż kocha zwierzęta i na pewno pozwoli im zostawić go w domu.

- To nie będzie łatwe - oznajmił Darek.

- Będziemy go karmić, zaopiekujemy się nim, a jak podrośnie to wypuścimy do lasu, na wolność - powiedziała Elizka.

- Zrobimy mu w pudełku łóżeczko na sianku - dodała Magdusia.

- Ale my nic nie wiemy o dzikich zającach - powiedział mąż.

- Poszukamy w książkach, może coś będzie w tej starej o myślistwie? - zapytała Elizka.

- Trzeba kupić mleko, najlepiej chude, żeby mu nie zaszkodziło, a w aptece pipetkę do karmienia - doradził tata.

Cóż mogłam w takiej sytuacji zrobić, wszystko sobie sami ustalili. Widząc, że ten pomysł nie bardzo mi się nadal podoba, dziewczynki podały mi na ręce zajączka. Trochę się bałam go trzymać, żeby mi nie zrobić krzywdy, ale on bał się jeszcze bardziej. Był cały mokry i taki maleńki, mieścił mi się na jednej dłoni. Miał przerażone oczka, wpatrzone we mnie i białą plamkę pomiędzy nimi. Jego uszka były skulone, wyglądał jak futrzana kuleczka. Pierwszy raz w życiu miałam okazję widzieć z bliska i w dodatku trzymać na rękach dzikiego zajączka. Widziałam je bardzo często w pobliżu naszego domu, w lesie lub na łące, ale nigdy bezpośrednio. W myśliwskiej książce wyczytaliśmy takie ogólne wiadomości jak: gdzie zające mieszkają, ile razy w roku się rozmnażają, kolor sierści, nazwy tylnych nóżek - czyli skoki, oczu - trzeszcze, uszu - słuchy. Najbardziej wszystkim podobała się nazwa ogonka - omyk. Dowiedzieliśmy się, że młode przychodzą na świat wyrośnięte, owłosione i z otwartymi oczkami. Przeważnie rodzi się od 2 do 4 zajęcy. Moje dzieci były zdziwione faktem, że matka nie troszczy się zbytnio o swoje maleństwa. Wcześnie zostawia je same, przybiega tylko je nakarmić, a po okresie 2-3 tygodni całkowicie przestaje się nimi opiekować.

- To niesprawiedliwe - zaprotestowały.

- Jak ta mama tak może zrobić to swoim dzieciom? - pytały.

- Zające to bardzo płochliwe zwierzątka, byle trzask gałązki lub najmniejszy szmer je płoszy i pewnie dlatego są samotnikami. A przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem, chroni ich tylko ucieczka - wyjaśniał tatuś.

Ciekawostką dla nas okazała się informacja iż rozróżnienie na polu lub w lesie samca od samicy nie jest możliwe. Mają identyczne futerka, nie ma znaku szczególnego, który by je różnił. Można to stwierdzić jedynie, wtedy gdy tak jak my mając młodego zajączka w ręku, lub myśliwi po upolowaniu.

Były jeszcze inne cenne informacje, ale nie te, których spodziewałam się dowiedzieć, a mianowicie: cokolwiek na temat mleka zajęczego czy też wychowywaniu ich przez człowieka. Jednego byliśmy tylko pewni, że w naszym domu znajduje się zajączek - samczyk.

Dziewczynki z zapałem przystąpiły do wymyślania mu jakiegoś wdzięcznego imienia. Prześcigały się w pomysłach.

- Słuchajcie, to musi być jakieś krótkie imię, nieskomplikowane, być może wtedy będzie na nie reagował - podpowiadał Darek.

- A może Poziomka - zaproponowała Magda.

- Co ty Poziomka już był, w telewizji - powiedziała Elizka.

- Do królików się woła truś, truś, to pewnie do zająca tak samo - dodała.

- A może Trusek - zaproponowałam.

Spojrzały w moją stronę i chyba im się to imię spodobało, bo nie zaprotestowały.

- No dobrze, niech będzie Trusek - zgodziły się obie.

Przyniosły puste, dość duże pudełko tekturowe, na dnie ułożyły stary, wełniany sweterek. Włożyły zajączka do środka, który przycupnął w kątku pudełka. Do tegoż kompletu doniosły swoją lampkę z biurka, która, jak stwierdziły, nie jest im na razie potrzebna.

- Teraz będzie miał widniutko i cieplutko - powiedziała Madzia.

Następnie pojechały z tatusiem do miasta na zakupy. W aptece kupili pipetkę, to taki rodzaj zakraplacza z twardego plastiku z gumową końcówką, służy do naciągania na przykład kropli do nosa. Chude mleko w półlitrowym kartoniku. Przegotowałam małą ilość mleka, a resztę włożyłam do lodówki.

Wlałam je do niedużego słoiczka po dżemie, rozcieńczyłam w połowie przegotowaną wodą i za radą męża, dodałam ociupinkę miodu.

Miód mamy dzięki dziadkowi, który ma 3 ule niedaleko naszego domu.

- No nie wiem czy mu to będzie smakowało, a może mu zaszkodzi? - zatroskałam się.

- Ty się nie martw, my go będziemy karmić - oświadczyła Elizka.

Dałam dziewczynkom ręcznik, na którym położyły Truska i poszły do pokoju na fotel, aby go nakarmić. Jedna trzymała słoiczek, a druga naciągała pipetką mleko. Dobrze, że był przy tym jeszcze tatuś, bo we dwie nie dawały sobie rady.

Zajączek był bardzo ruchliwy i nie łatwo było mu wcisnąć mleko do mordki. Wylewało się na niego lub obok, łyknął może kilka kropel, to wszystko.

Po karmieniu zwilżyłam gazę i wytarłam go dokładnie, aby nie miał posklejanego futerka.

- Niewiele wypił tego mleka, trzeba go będzie często karmić, aby się nauczył jeść i polubił nowy smak mleka - powiedziałam.

- My będziemy teraz jego mamusiami, zadbamy o niego, będzie dobrze, zobaczysz - zapewniała Magdzia.

- Twarda pipetka to nie to samo, co ciepły cycuś mamusi, do której może się przytulić i ogrzać - dodałam.

- Ja i Magda będziemy go przytulać i pieścić, nie poczuje się samotny - powiedziała Elizka.

W głębi duszy nie wierzyłam w te zapewnienia, ale robiły to tak przekonująco, że być może moje obawy były całkiem niesłuszne. Przecież to już duże dziewczynki, poza tym pogoda na dworze nie sprzyjała jakimkolwiek zabawom na zewnątrz, więc cały wolny czas mogły śmiało poświęcić na opiekę nad naszym maluszkiem.

Ich zapał i instynkt opiekuńczy trwał jakieś dwa no może trzy dni. Zaczęłam się powoli włączać do pomocy w karmieniu. Szykowanie mlecznej mikstury i tak należało do moich obowiązków, a podawanie do dziewczynek. Jednakże ranne wstawanie nie bardzo im wychodziło, lubiły sobie dość długo pospać, wiadomo przecież były wakacje. A mały Trusek, jak to w zwyczaju zajęcy, był bardzo aktywny wczesnym rankiem. Skakał w pudełku do góry ile tylko sił, skrobiąc przy tym pazurkami o boczne ścianki. Trzeba było szybko wstać i nakarmić go czym prędzej. Na początku nie wychodziło mi to zupełnie. Mały kręcił się, czasem nawet wdrapywał się pod szyję i trzeba było bardzo uważać, aby nie spadł na ziemię. Ale znalazłam sposób, aby sobie z nim poradzić. Rozkładałam ręcznik na kolanach, na stole kładłam odpowiednio ciepłe mleko oraz pipetkę. Obejmowałam lewą ręką Truska od wewnętrznej strony brzuszka, a prawą nabierałam mleko i karmiłam go. Z biegiem czasu doszliśmy z maleństwem do fantastycznej wprawy. Kiedy zaspokoił swój pierwszy, największy głód, a był przy tym bardzo niecierpliwy i rozedrgany, to na następne porcje mleka czekał, uważnie obserwując każdy mój ruch ręki. Widział jak zbliżam się do niego z pipetką i ochoczo wypijał małymi łykami. Trzeba go było przy tym widzieć, to niesamowity widok. Kiedy najadł się do syta, wpychał głowę pod moją, zgiętą rękę i tak odpoczywał. Czasami dziewczynki liczyły ile takich pipetek zjadał, a dochodził nawet do 60 i więcej. Nie mam zielonego pojęcia czy to dużo czy w sam raz, ale obserwując jego zachowanie wnioskowałam, że na razie wszystko jest w najlepszym porządku. Większość dnia spędzał w pudełku, kimając w jego rogu. Czasami Elizka i Magdzia wyciągały go i bawiły się z nim. Prawie leżąc w fotelu kładły go sobie na brzuchu, głaskały gęste futerko, smyrały po uszkach, a on był taki spokojny i ufny.

Byliśmy święcie przekonani, że maleńka, biała plamka, którą miał na główce pomiędzy uszkami, była jego znakiem szczególnym. Niestety, jak się później dowiedzieliśmy, taką plamkę mają wszystkie, młode zajączki. "Jaka szkoda" - pomyślałam. Dziewczynki miały takie śmieszne kapcie "zwierzątka" na nogi, wyglądały zupełnie jak maskotki, bardzo często kładły tam Truska, a on przytulał się i zasypiał, jak małe dziecko. Chyba dobrze mu było u nas.

Ja pokochałam go tak bardzo, że myśl iż kiedyś wróci do lasu, sprawiała mi ból. Ale tak być musi, wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Późnym wieczorem, kiedy nasze córki poszły już spać, a my z mężem oglądaliśmy jeszcze telewizję, nasz podopieczny znów się ożywiał. Braliśmy malucha do nas do pokoju i żaden film, ani program nie absorbował naszej, całej uwagi tak bardzo jak on.

Mąż miał taki wełniany sweter, którego kolor można było określić jako szaro-zielono-beżowy, z mechatym włosem. Trusek wprost uwielbiał ten sweter, kładł się Darkowi na brzuchu i wyciągał cały jak długi. Jego maleńkie, tylne łapki - skoki, dopiero teraz było widać w całej okazałości jakie są długie. Robił wrażenie znacznie większego i bardzo płaskiego. Zasypiał w takiej relaksującej pozie. Po jakimś czasie znów był głodny i trzeba było go nakarmić. Mógł figlować do bardzo późnych godzin wieczornych. Ulubioną "zabawą" zajączka było bieganie ode mnie do męża. Posiedział trochę na kolanach, a kiedy Darek zawołał:

- Trusek, Trusek - cmokając specyficznie przy tym.

Natychmiast zeskakiwał i w paru skokach był już u męża na ukochanym sweterku. Od tej pory Darek co wieczór zakładał go specjalnie.

- Wiesz, kolor tego swetra może mu się kojarzyć z mamą, jest przy tym milutki i cieplutki - stwierdził.

Kiedyś zdjęłam Truska z kolan i położyłam na sofie, z dala od siebie, jak tylko się zorientował, a trwało to ułamki sekund, z szybkością błyskawicy lądował na kolanach. Robiłam tak kilka razy, aby sprawdzić jego reakcję, ale za każdym razem była taka sama. Widać było, że nie lubił być sam choćby tylko przez chwilkę. Najlepiej czuł się będąc blisko nas, zastępowaliśmy my bądź co bądź rodzinę. Powrót do pudełka był dla niego karą, jego skoki do góry znacznie przekraczały jego wysokość. Ale niestety, nie mogliśmy przecież siedzieć z nim przez całą noc, rano trzeba było wstać do pracy. Leżąc w łóżku, długo słyszeliśmy skrobanie pazurków o ścianki pudełka. Rano znów mieliśmy wesołą pobudkę. Bardzo często wieczorem przygotowywałam na ranne karmienie "mleczną zupkę". Po dłuższym nie jedzeniu, jego niecierpliwość sięgała wręcz zenitu. Lepiej i dla mnie i dla niego, gdy jedzenie trzeba było tylko podgrzać. Przyznam szczerze, że to żmudne zadanie. Karmiłam Truska kilka razy dziennie. Jedzenie musiało być świeże, ale zapomina się o tym wszystkim, mając satysfakcję, że być może ocaliliśmy życie dzikiego zajączka. I tak, ani się obejrzałam jak minął tydzień.

- Chyba nam się udało - powiedział któregoś dnia mój mąż.

Dziewczynki, kiedy tylko były w domu pomagały mi w podawaniu "jedzonka", bardzo często włączał się również mój mąż. Kupiliśmy w sklepie zoologicznym sianko i karmę dla gryzoni "Chrumiś" i po jakimś czasie próbowaliśmy mu urozmaicić jego posiłki. Oczywiście świeża trawka, parę listków koniczynki i inne zieleninki smakowały mu najbardziej. Ale nadal mleko było głównym daniem.

Była niedziela 27 lipca, po raz pierwszy od dłuższego czasu zaświeciło słoneczko. Nie padało. Przyjemnie było wyjść na dwór i poopalać się.

Trusek mieszkał u nas prawie tydzień, ciągle taki maleńki jak w dniu, w którym dziewczynki go przyniosły. Około południa wzięliśmy z Darkiem zajączka na powietrze. Pomalutku z tarasu zeskakiwał na schody, a następnie na trawkę przed domem. Był bardzo czujny i wrażliwy na każde nieznane mu odgłosy, jak na przykład szczekanie psów, których mamy dwa niedaleko domu. Ptaki śpiewały wkoło radośnie, pewnie też zadowolone ze słonecznego dnia. Nasz maluszek szczególnie upodobał sobie kępkę młodej, koniczynki, która rosła w trawie. Przycupnął na niej, niemalże niewidoczny, konsumując kolejne listki. Kiedy tak zajadał, mąż filmował go kamerą, aby mieć pamiątkę. Ja robiłam mu cień, bo słoneczko bardzo ostre nagrzałoby zbytnio jego futerko. Wszystko przebiegało w cudowny i harmonijny sposób. Niedziela minęła nam w przyjemnej atmosferze. Nic nie wskazywało na to, że czeka nas niemiła niespodzianka i ciężka próba.

Już wieczorem zauważyłam zmianę w zachowaniu u Truska. Był jakiś spokojny, co nigdy przedtem mu się nie zdarzało. Minka mu sposępniała i nie miał ochoty na jedzenie. Oglądaliśmy go dokładnie z każdej strony, macaliśmy jego brzuszek czy, aby nie jest twardy na skutek niestrawności, ale wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Najdziwniejsze było to iż nie miał również ochoty na cowieczorne zabawy z nami.

- Coś nie jest tak - powiedziałam zmartwiona.

Najgorsze myśli przeszły mi przez głowę, ale szybko je odrzuciłam.

- Może miał zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień - powiedział Darek

Pierwszy raz na dworku, słoneczko, usłyszał tyle nowych odgłosów - kontynuował.

- Możliwe, że masz rację - przytaknęłam niepewnie.

- Ale nic mu nie będzie? - zmartwiła się Elizka.

- Miejmy nadzieję - pocieszał tatuś. - zobaczymy co będzie jutro, dzisiaj na pewno musi sobie odpocząć, sen jest najlepszym lekarstwem.

- To tak jak my, kiedy jesteśmy chore, też dużo śpimy - dodała Magdusia.

Kiedy wstałam wcześnie rano, pierwsze swoje kroki skierowałam w stronę pudełka z Truskiem. Był taki sam jak wczoraj wieczorem. Nie skakał w górę na mój widok, kiedy domagał się jedzenia.

Widać było zadowolenie w jego oczkach, ale to nie ten sam Trusek co zwykle. Wzięłam go na kolana i podałam kilka pipetek mleka. Jadł co prawda pomalutku, bez żadnego pośpiechu, ale jego apetyt wyraźnie się zmniejszył. Wykręcał się główką gdzieś na boki, musiałam się uzbroić w cierpliwość i z różnych stron kontynuować karmienie. Jego ciałko też było dla mnie inne niż przedtem. Wydawało mi się takie jakieś miękkie, wiotkie, pozbawione sprężystości i energii jaką, pałał dotychczas. Przytuliłam go do siebie:

- Co ci jest maleńki, jak ci pomóc? -

- No i jak tam dzisiaj? - zapytał mój mąż, który właśnie wstał.

- Zobacz sam, chyba nie ma poprawy - dodałam - nie miał ochoty na jedzenie.

- Trzeba go będzie karmić częściej i w mniejszych ilościach - powiedział Darek - a może nawet trochę przegłodzić, coś mu zaszkodziło.

Elizka i Magdzia były również zaniepokojone jego stanem zdrowia.

- Teraz mnie rozumiecie, dlaczego tak na was nakrzyczałam i nie chciałam żadnego zajączka, nawet nie wiem jak mu pomóc. W tym programie "Z kamerą wśród zwierząt" mówili, że dzikie zające są trudne do wychowania przez człowieka - mówiłam.

Dziewczynki nic nie powiedziały. Wzięły go na kocyk i poszły do pokoju. Ponieważ na dworze było słonecznie i ciepło kazałam im wyjść i pobawić się z koleżankami i kolegami. Trusek ciągle odpoczywał. Po upływie dłuższego czasu, przekonana o jego głodzie, wyjęłam go do karmienia. Nic z tego, łyknął zaledwie kilka maleńkich łyczków, wciśniętych na siłę. I tak minął poniedziałek. Martwiliśmy się o niego wszyscy. Wtorek nie był lepszym dniem, niż poprzedni. Nasz zajączek słabł z dnia na dzień, a my byliśmy bezsilni. W środę mąż pojechał do znajomego weterynarza o poradę. Weterynarz nic pocieszającego nie powiedział, stwierdził, że to będzie cud jeśli uda się przeżyć zwierzątku. Mąż wrócił do domu z dwoma strzykawkami, oczywiście bez igieł, w jednej był olej parafinowy, a w drugiej glukoza - na wzmocnienie.

- I co myślisz, że to pomoże? - zapytałam.

- Nie mam pojęcia, szanse na uratowanie go są bardzo nikłe, ale nie mów o tym dziewczynkom - powiedział Darek - a jak z jego jedzeniem?

- Lepiej nie pytaj, wciskam mu po kilka kropel, w ogóle nie chce jeść, mówię do niego: "nie poddawaj, pomóż mi".

Mąż musiał wracać do pracy, dzieci były gdzieś na podwórku, a ja zostałam sama w domu. Czułam się nieswojo, smutno. A wydawało się, że będzie dobrze. Wzięłam Truska ponownie na ręce i wcisnęłam strzykawką do jego mordki odrobinę oleju parafinowego i glukozę. Kręcił języczkiem we wszystkie strony, trochę spłynęło na futerko. Jego oczka nie były już takie bystre, ale posępne, jakby opadały w dół. Widać było wyraźnie jak schudł, pozapadały mu się boczki.

"Nie zrobisz mi tego, Trusek" - powiedziałam i czułam jak łzy napływają mi do oczu. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak mocno potrafię się zżyć ze zwierzątkiem, że nie będzie mi obojętny jego los.

Po południu zauważyłam, że brzuszek Truska jakby napęczniał. Zadzwoniliśmy do weterynarza mówiąc o objawach, a lekarz stwierdził, że ma najwyraźniej wzdęcie i trzeba zastosować masaż brzuszka.

Próbowaliśmy rozruszać zajączka, wyjmując go z pudełka i kłaść na dywan. Widok był okropny, Trusek ledwie utrzymywał się na łapkach. Przechylało go na boki lub bezwiednie leciał do przodu. Podczas masażu kręcił się, nie mógł usadowić wygodnie na kolanach, chyba sprawiało mu to ból.

Ja ciągle z tym samym uporem podawałam mu mleko, którego ilość spadła do 2 lub 3 pipetek. Po prostu kilka kropel. Nie mieliśmy wcale humoru. Dziewczynkom było przykro, bo przecież chciały dla niego jak najlepiej.

Wieczorem przypomniało mi się, że mamy w domu książkę o króliku miniaturowym. "Może coś w niej przeczytam o chorobach. Króliki są podobne do zajęcy" - pomyślałam.

Istotnie, wyczytałam w dziale o króliczych dolegliwościach o wzdęciach. Najczęstszą przyczyną jest zjedzenie świeżej koniczyny przed kwitnięciem, a objawy to powiększona objętość brzucha, a przy opukiwaniu dający dźwięk bębenka.

- Darek weź Truska na ręce i popukaj po brzuszku - poprosiłam męża.

Darek uczynił o co poprosiłam. Oboje usłyszeliśmy bębenkowy dźwięk. Przed oczami pojawił mi się widok Truska, który w niedzielę objadał się właśnie młodą koniczynką. Zjadł jej dość sporo i dlatego mu zaszkodziła. W poradniku była jeszcze jedna bardzo ważna informacja na temat leczenia domowego takiego przypadku, a mianowicie - podawaniu węgla leczniczego. Sięgnęłam do apteczki i na szczęście znalazłam węgiel. Według własnego uznania rozgniotłam połowę tabletki i rozpuściłam w niewielkiej ilości wody. Podałam Truskowi 3 pipetki. Dopilnowałam, aby nic mu się nie wylało. I podawałam tak na przemian z tamtymi lekami od weterynarza. Te dni dłużyły nam się podwójnie. Oczekiwana przez nas poprawa nie następowała. Zwierzątko gasło na naszych oczach. W piątek wieczorem jego brzuszek wyglądał tak jakby był napompowany. O tym, aby chodził nie było mowy. Masaż sprawiał mu taki ból, że musiałam chwilowo zrezygnować.

- Może ty spróbujesz - zaproponowałam Darkowi.

- Daj mi go -

Mąż położył zajączka na lewej dłoni i przytulił mocno do siebie, prawą zaś zaczął masować. Trusek resztkami sił kręcił się i bronił przed kolejnymi dotknięciami po brzuszku. Po kilku minutach takich zmagań, wreszcie uspokoił się. Siedziałyśmy z dziewczynkami w pokoju i przyglądałyśmy się. Nagle coś usłyszeliśmy.

- Czy to w moim brzuchu tak burczy czy w jego? - zapytał Darek.

Zbliżyłyśmy głowy w stronę Truska i rzeczywiście słychać było burczenie. "Może to dobry znak" - pomyślałam. Mąż masował naszego ulubieńca ponad godzinę. Jego brzuszek zmalał i zmiękł. Teraz wyglądał jak balonik, z którego uszło całe powietrze. Zanieśliśmy go do pudełka. Jeszcze się nie poddaliśmy. Znów musiał zjeść i wypić lecznicze mikstury. Myślę, że to my byliśmy bardziej uparci niż on. Mleko, którym był karmiony było bardzo chude, a w książce o królikach dowiedziałam się, że mleko królicy jest dużo bardziej tłuste od krowiego. Zawiera aż 31% tłuszczu. Jest poza tym bardziej pożywne i dlatego musiałam tak często naszego Truska karmić, był notorycznie głodny. Każdy kto tylko wiedział o zajączku był zainteresowany jego stanem, ale sytuacja nie zmieniała się. W sobotę po południu wybraliśmy się wraz z dziewczynkami do mojej bratanicy, Kasi. Elizka z Mgdzią umówiły się z nią dzień wcześniej. Trusek leżał w pudełku, a jego życie było pod dużym znakiem zapytania. Szczerze mówiąc, chciałam wyjechać z domu, aby trochę zapomnieć i nie być świadkiem tego, co mogło się wydarzyć. Siedzieliśmy w ogrodzie, była śliczna pogoda, a dziewczynki wspaniale się bawiły. Około godziny 21, pomalutku zaczęliśmy się szykować do powrotu. Nie rozmawialiśmy prawie ze sobą, ale w głębi duszy czułam, że każdy z nas myśli o tym samym, a mianowicie co zastaniemy w domu.

Weszłam pierwsza i skierowałam się od razu w stronę pudełka. Nie wierzyłam własnym oczom. Ten widok mam do tej pory w pamięci. Nasz maleńki Trusek siedział z podniesionymi po raz pierwszy od tygodnia uszkami i patrzył w górę.

- Darek, Elizka, Madzia, szybko - zawołałam.

- Co się stało - zawołała Elizka.

Podbiegli do mnie, przykucnęli obok pudełka. Miny mieli szczęśliwe i wesołe.

- Ozdrowiał, naprawdę ozdrowiał - krzyczały radośnie dziewczynki - Trusek, nasz Trusek, teraz przeżyjesz -

Popłakaliśmy się ze szczęścia. Może ktoś powie: "przecież to tylko zając, nie ma się nad czym rozczulać", ale dla nas był wyjątkowy.

O pójściu spać nie było nawet mowy. Trusek odzyskał apetyt. Co prawda nie zjadł zbyt wiele, ale sposób w jaki to robił, rokował nadzieję na powrót do zdrowia. Do późnej nocy siedzieliśmy wszyscy i po kolei każde z nas musiało popieścić maluszka. Leżał spokojnie na kocyku, który wędrował z rąk do rąk.

Nagłą odmianą sytuacji byłam zdumiona, ale i przygotowana, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, tak jakbyśmy tego chcieli. Życie niesie wiele niespodzianek. Czasem dobrych, a czasem złych.

Po tygodniowej chorobie i niemalże wycieńczeniu, zwierzątko było mniejsze niż w dniu, w którym do nas trafiło. Zaczęłam podawać mu pełnotłuste mleko, równie często jak poprzednio. Tak się sam tego domagał. Widać było szybko zachodzące zmiany.

Znów wczesnym rankiem budził nas skacząc i skrobiąc pazurkami. Powrócił też do ulubionych zabaw z nami późnymi wieczorami. Wylegiwał się na włochatym sweterku u męża. "Czarny tydzień", tak nazwaliśmy ten nieprzyjemny okres czasu, mieliśmy za sobą. I miałam cichą nadzieję, że więcej nic podobnego nie będziemy doświadczali. Lekarz weterynarz, który był ciekaw co u nas słychać, wyraził swój podziw za naszą cierpliwość i wytrzymałość. Dziewczynki często bawiły się z nim, gdy akurat były w domu. Trusek lubił się czyścić na dywanie, a my mieliśmy ciekawe widoki. Wyciągał swoje łapki-skoki do przodu i lizał różowym języczkiem. Wiele uwagi poświęcał paluszkom, gęsto pokrytym szarym futerkiem. Wyglądało to tak jakby obgryzał paznokcie. Następnie przechodził na boczki, brzuszek, łapki przednie no i oczywiście ogonek. Czasami się przy tym przewracał. Albo rozjeżdżały mu się łapki. Śmiechu było co niemiara. Nie zapominał o uszach, co najczęściej czynią dzieci. Pochylał główkę nisko do podłogi, następnie przednimi łapkami przytrzymywał i długo czyścił. Raz języczkiem, a raz "przeczesując" łapkami. Z toaletą u niego nie było żartów, to po jedzeniu najważniejsza czynność w ciągu dnia. Nigdy mu się nie znudziła i nie trzeba było o tym przypominać, jak na przykład dzieciom! Pyszczek pucował również przednimi łapkami, siedząc przy tym wytwornie na ogonku. Ruchy były płynne, szybkie i zdecydowane.

- Gdzie on się tego nauczył? - pytała Elizka.

- Taki czyścioszek z niego, ileż można się myć? - dodawała Magdzia.

- Zwierzęta to mają w genach, to instynkt, tak jak to, że muszą być ostrożne, lub że muszą polować, aby przetrwać- wyjaśniał Darek.

Można było godzinami go tak obserwować, za każdym razem robił coś inaczej. Nie było mowy o jakiejklowiek nudzie, a telewizja praktycznie dla nas nie istniała . Kiedy już całkiem wrócił do zdrowia, dostarczał nam niezapomnianych chwil radości. Jeszcze taki maleńki, a już próbował wejść po schodach, bo z zejściem nie miał żadnych problemów. Do pokoju gościnnego schodzi się z 3 stopni. Pomagałam mu kładąc na schody ręcznik, a on zaczepiał się o niego pazurkami i w ten sposób pokonywał przeszkodę. Po kilku dniach takich treningów, doszedł do wprawy. Można powiedzieć, że następne dni upływały w sielance. Wszystko dobrze się układało. Trusek jadł za dwoje, zmieniał się, choć jeszcze ciągle był mały. Zastanawiałam się, kiedyż to z niego wyrośnie prawdziwy, duży zając.

Zaczął się sierpień, lato wróciło już na dobre. Nasz zajączek nieco podrósł, coraz częściej wysiadywał przy otwartych drzwiach, prowadzących na taras.

W drzwiach wisiała moskitierka z firanki, była tak zaczepiona, że Trusek nie mógł wyjść na zewnątrz. Swoim małym noskiem wciągał zapach leśnego powietrza i nastawiając uszy nasłuchiwał odgłosów przyrody. Czasami drapał pazurkami o firankę, tak jakby próbował wyjść.

Był 19 sierpnia, po wcześniejszej naradzie, postanowiliśmy wypuścić go na dwór. Rano dziewczynki wyprowadziły naszego pupilka. Ja nagrywałam ten moment. Trzeba było go widzieć jak biegał w różnych kierunkach, nie bardzo wiedząc którą stronę wybrać. Magdzia okazała się najbardziej niecierpliwa i zmartwiona, kiedy to Trusek kierował się w stronę oczka wodnego. Następnie po zagrodzeniu mu drogi, skakał do kojca z psami.

- Nie tylko nie tam, wracaj!- krzyczała przejęta.

Wtedy pobiegł przed siebie, by po chwili zbliżyć się niebezpiecznie blisko płynącej rzeczki.

- Jak mu się coś stanie to was oskarżę - krzyknęła przerażona Magdzia.

- Magda, przecież nie będziesz go niańczyć, aż do śmierci - powiedziała zupełnie spokojna Elizka.

Magda biegała za nim, próbując nakierować zajączka na właściwą jej zdaniem, drogę.

- Magdziu, zostaw go w spokoju, on wie gdzie ma polecieć, sam znajdzie sobie odpowiednie miejsce - doradził tatuś.

- On jest jeszcze za mały, żeby go wypuścić - zgodziłam się z Magdzią.

Szczerze powiedziawszy to nie chciałam, aby już nas opuszczał. Nie byłam gotowa na rozstanie z nim na zawsze. Uwielbiałam się nim opiekować. Wreszcie Trusek ulokował się w trawkach, w pobliżu domu i to uspokoiło nas wszystkich. Najbardziej chyba mnie i Magdzię. Wróciliśmy do domu. Ja co jakiś czas wyglądałam, aby sprawdzić czy jeszcze tam jest, ale niestety Truska nie było.

Po śniadaniu, dziewczynki poszły się bawić, a mąż wrócił do pracy. Kiedy wróciły na obiad, wypytywały mnie o zajączka, same też poszły się porozglądać wokół domu. Ale nigdzie go nie było, nie pomogły nawoływania.

- Czyżby już do nas nie wrócił? - pytały.

- Doprawdy nie wiem, myślę, że jest gdzieś ukryty w pobliżu, ale się boi - odpowiedziałam.

Przez resztę dnia czułam się nieswojo. Zaglądałam z przyzwyczajenia do Truskowego pudełka. W domu panowała dziwna pustka. Dzieci ciągle nie było w domu, mąż jeszcze w warsztacie, a ja sama nie wiedziałam co ze sobą począć. Wyszłam na dwór, był śliczny wieczór. Spacerowałam tam i z powrotem.

- Trusek, Trusek - wołałam - truś, truś!

Wzięłam pudełko z karmą dla królików i potrząsając nim szeleściłam ziarnem dość głośno. W domu, kiedy dokarmialiśmy go "chrumisiem", żywo reagował na tenże szelest. Teraz miałam cichą nadzieję, że zwabię Truska. Ale nic z tego. Już miałam wracać do domu, kiedy zauważyłam na ścieżce jakąś ciemnobrązową kulkę. "Jeż" - pomyślałam. W naszych okolicach nie były one rzadkim zjawiskiem, widywało się je nieraz.

Coś mnie kusiło, aby podejść bliżej. Zwierzątko skuliło się jeszcze bardziej. Pochylona lekko, szłam powoli w kierunku jeża. Dopiero kiedy byłam od niego około 2 metrów, rozpoznałam naszego Truska. Skulony w tej pozycji był nie do poznania. Uszy ściśle przylegały do ciała, łapki schowane, wyglądał identycznie jak jeżyk. Przykucnęłam nisko przy ziemi, aby się mnie nie bał, delikatnie wyciągnęłam rękę w jego kierunku.

Powolutku, bezszelestnie przesuwałam się do przodu.

- Trusek, Trusek - powiedziałam cicho.

Mimo iż było dość ciemno, zauważyłam, że zareagował i podniósł oczy lekko w górę, ale ciągle był nieruchomy. Odważył się i powąchał moją rękę. Pomalutku ruszył w moją stronę. Będąc już przy mnie wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu. Wyściskałam go, a on również był zadowolony z powrotu. Lizał mnie po rękach, biegał po pokoju, wykonując przy tym skoczne zwroty. Potrząsał zabawnie głową, a jego uszy podskakiwały tak, jakby były przyszywane. Kiedy już nacieszyliśmy się razem, uszykowałam mleko.

Ach jak łapczywie zajadał, jak nigdy dotąd. Chyba nie jadł przez cały dzień. Nigdy bym nie przypuszczała, że mleko nadal będzie jego głównym pożywieniem. Powinno być już dodatkiem, przecież nie był zajęczym niemowlakiem, ale "młodzikiem". Niebawem wrócił Darek i dziewczynki, którzy również cieszyli się z powrotu zajączka.

- Niech zostanie do końca wakacji - zaproponowała Madzia.

- Zostanie aż do momentu, kiedy przestanie jeść mleko - postanowiłam.

Wakacje szybko minęły, a nasz Trusek był coraz większy. Zaczęliśmy wypuszczać go z domu rano, zanim dziewczynki poszły do szkoły.

Wypijał zaledwie kilka kropel mleka i czekał cierpliwie przy tarasowych drzwiach. Zatrzymywał się na schodach, nastawiał uszy jak dwie antenki, uważnie nasłuchując i nabierając prędkości biegł przed siebie do lasu.

Patrzyliśmy jak znikał za zakrętem.

Kiedyś odwiedzili nas znajomi. Opowiadaliśmy im o naszym zwierzątku, trudno im było w to wszystko uwierzyć. A jeszcze bardziej, gdy powiedzieliśmy, że Trusek wraca regularnie do domu wieczorem o godzinie 19.30, jak w szwajcarskim zegarku.

- To nie może być prawda, żartujecie - stwierdzili

- No to posiedzimy na tarasie i sami się przekonacie - powiedział Darek.

Czas nam upłynął bardzo szybko. Rozprawialiśmy o czymś dość głośno gdy dziewczynki zwróciły nam uwagę:

- Trochę ciszej, Trusek stoi za rogiem domu - prawie wyszeptały.

Zamilkliśmy wszyscy jednocześnie, nawet nie poruszaliśmy się.

Elizka i Magdzia zaczęły go zachęcać:

- Trusek, Trusek, truś, truś, chodź, no chodź -

Zajączek stanął w bezruchu, widać było, że się czegoś boi, był bardzo ostrożny i nie zbliżał się do nas. Po chwili ruszył w naszym kierunku. Był już tak blisko, gdy moja znajoma nie wytrzymała i odezwała się:

- Jaki śliczny, rzeczywiście do was wraca -

I na tym się skończyło. Trusek wyczuł, że jest ktoś obcy, usłyszał nieznajomy głos, to wystarczyło, że wystraszył się i czym prędzej uciekł za dom.

- No i co teraz, czy wróci jeszcze? - pytali znajomi.

- Pewnie tak, ale jak już będziemy sami, to przecież dzikie zwierzątko, a nie piesek - powiedziałam.

Wkrótce znajomi odjechali, a my zaczęliśmy nawoływać zajączka ponownie. Mąż wziął pudełko i szeleścił nim głośno.

- Trusek, Trusek -

Po chwili zobaczyliśmy jak kica w naszą stronę. Rozpędzony wbiegł do domu i nie mogąc się zatrzymać przez moment jechał na łapkach na parkiecie. To przezabawny widok, jak w kreskówkach. Jeszcze wiele razy dane nam było oglądać takie sytuacje. Kiedy wracał, po pewnej chwili jego uszy opadały bezwiednie na boczki. Magdzia nazywała je "śmigłami", gdyż istotnie tak wyglądały. Najpierw myśleliśmy, że jest chory, albo, że sobie je uszkodził. Ale zawsze będąc wieczorem z nami rozluźniał się właśnie w taki sposób, że jego sterczące i nasłuchujące uszy, były wówczas oklapnięte. Przechodził kolejno do każdego z nas, przytulany i głaskany. Jego futerko pachniało macierzanką i siankiem. Tam gdzie przebywał przez cały dzień. Uwielbiał jeść "chrumisia", najpierw wyjadał brykietki, a następnie inne ziarna. Ale najbardziej smakowały mu pomidory. Potrafił zjeść całego, średniego pomidorka. Przy podawaniu trzeba było być bardzo ostrożnym, gdyż zjadał z taką prędkością, że nie chcący mógłby ugryźć. Ząbki miał ostre jak brzytwy. Kiedy kończył się pomidor, wylizywał dokładnie resztki z moich palcy. Stawał przy tym na tylnych łapkach.

W naszej sypialni mieliśmy taką starą stu letnią, maszynę do szycia. Stała na wąskim kocyku w rogu pokoju. Tam właśnie sypiał nasz Trusek. Ale zanim się udawał na nocny odpoczynek, oczywiście wylegiwał trochę u mnie na kolanach, trochę u męża. Wyciągał się pełen ufności, że nic mu nie grozi, liżąc nas po rękach.

- Jak myślisz mamusiu, czy on o nas myśli, czy jak odejdzie będzie nas pamiętał? - zapytały kiedyś Elizka i Magdzia.

- Sama nie wiem, ale wydaje mi się, że tak, jesteśmy dla niego jedyną rodziną jaką miał od dzieciństwa - odpowiedziałam no i przecież ciągle do nas wraca.

Zastanawiałam się nad tym o co pytały. Niby taki mały, zwykły zając, ale jaki inteligentny.

Kiedy bawił się na dywanie figlując, skacząc we wszystkie strony, podchodziłam na kolanach ze spuszczoną głową, a on wyciągał szyję i delikatnie wąchał moje włosy, przednimi łapkami opierał się o mnie. Mówiłam wtedy, że nawiązuję z nim kontakt. Innym razem, gdy przytulałam go do twarzy, lizał mnie swoim różowym, maleńkim języczkiem po policzku.

Pod koniec września wieczory były coraz chłodniejsze, często zamykaliśmy tarasowe drzwi. Punktualnie przed godziną powrotu zajączka do domu, wychodziliśmy na taras i nawoływali. Kiedyś nie było go widać z żadnej strony domu. Myśleliśmy, że już odszedł na dobre. Jednakże po kilku minutach usłyszeliśmy wyraźne skrobanie w drzwi. Kiedy je otworzyłam Trusek wparował z prędkością strzały, jak zwykle jadąc na parkiecie. Zmieniał się z dnia na dzień. Zrobił się bardziej czujny, czasem miałam wrażenie, że chowa się przed nami. Ale taka jest przecież ich właściwa natura. Zające nigdy nie zbliżają się do ludzi, raczej ich unikają. Kiedyś spał z nami całą noc i wychodził rano, teraz domagał się, aby go wypuszczać w nocy. Około godziny 1 lub 2, biegał niespokojnie po domu. Stawał przednimi łapkami na tarasowe drzwi i jak piesek drapał w nie. Trzeba było wstawać i wypuszczać go. Gdy skrobanie w drzwi nie skutkowało i żadne z nas się nie obudziło, bo akurat twardo spaliśmy, Trusek miał i na to swój sprawdzony parokrotnie sposób. Podchodził do naszego łóżka i drapał pazurkami po pościeli ile miał tylko sił. Bardzo często wskakiwał też na łóżko i tuptał po nas.

- Nie możesz przytulić się i zostać do rana - mówiłam do niego.

Nie było rady, dzika natura odzywała się w nim coraz bardziej.

Którejś nocy strasznie wiało, zbierało się na burzę. Słuchać było groźny szum wiatru, drzewa uginały się pod jego siłą. Razem z Darkiem poszliśmy otworzyć drzwi. Trusek czekał już cierpliwie. Wiatr owiał nasze twarze. Swoim zwyczajem, zajączek wybiegł na taras, następnie na schody, ale stało się coś dziwnego, gdy usłyszał przeraźliwy szum wiatru, odwrócił się czym prędzej w naszą stronę i uciekł do domu. Staliśmy zdumieni, a jednocześnie rozbawieni tym widokiem. Przyznam szczerze, że sama w taką noc bałabym się gdziekolwiek wychodzić. Właśnie mieliśmy zamykać drzwi, kiedy Trusek nie dając za wygraną, ponownie wyskoczył na taras. Postał dłuższą chwilę.

Obserwowaliśmy jego zachowanie. Węszył we wszystkich kierunkach, a jego uszy sztywno wyprostowane, wyłapywały każdy dźwięk. Obejrzał się w naszą stronę, znów przystanął, by następnie ile sił w nogach pobiec do lasu. Czuliśmy, że to ostatnie nasze chwile razem. Darek zrobił całą serię zdjęć.

- Będziemy mieć na pamiątkę - powiedział do dzieci.

Powrotami i obecnością zwierzątka cieszyliśmy się jeszcze do połowy października. Potem zjawiał się już co drugi dzień. Aż nie wrócił zupełnie.

I w tak oto naturalny sposób nasz mały ulubieniec rozstał się z nami. Zdarzało się, że jeszcze nawoływaliśmy go, ale bezskutecznie. Był w pobliżu domu, ukryty. Obserwował nas, wiedziałam o tym doskonale. Sama też wypatrzyłam jego miejsca - legowiska. Gdyby ktoś opowiedział mi o tym wszystkim, czego my doświadczyliśmy, chyba trudno byłoby mi w to uwierzyć.

Zimą na śniegu odbite skoki wskazywały skąd i gdzie się udawał. Znikał na wiosnę, by latem znów powrócić do sadzonek obok naszego domu, które służyły za kryjówkę. Późnym popołudniem pasł się na trawce, a my mogliśmy patrzeć na niego do woli. Pamiętał swoje imię, bo kiedy wołaliśmy "Trusek", odrywał się od trawki, strzygł uszami i zerkał wielkimi oczami.

Próbowaliśmy pomalutku zbliżyć się do niego, ale każda próba zmniejszenia odległości poniżej 10 metrów, kończyła się jego ucieczką.

Wieczorami wspominamy te radosne momenty i sytuacje, cieszymy się, że dane nam było z powodzeniem wychować dzikiego zająca, który powrócił do swojego domu - natury.

Ameryka