Larry

Sławek Dobrzański

W lipcu 1997 nagle zapowiedział się z wizytą niejaki Larry, Niemiec zaprzyjaźniony z moimi bliskimi przyjaciółmi niemieckimi. Larry zazwyczaj asystuje mi jak tylko może kiedy bywam w Niemczech. Jest to przypadek szczególnie szczególny.

Ojca Larry nie ma i nigdy nie poznał, matka zaś to zawsze bezrobotna alkoholiczka. Sam zaś Larry wygląda na 100% jak tzw. lump z elementami debilowatości, ma bardzo nalaną odwiecznie czerwoną i potwornie brzydką twarz, krzywe zęby i jakieś okropne problemy dermatologiczne, jest tłusty potwornie tak że do samochodu ledwo może wsiąść, a jego głos jest tak chrapliwy że w żadnym języku prawie nic nie można zrozumieć. Główne problemy Larryego są zaś w jego głowie; jest on po prostu lekko niedorozwinięty. Natomiast intelektualnie jest błyskotliwy. Jego pasją życiową jest muzyka poważna i naprawdę się na niej zna choć na niczym nie umie zagrać. Jest po prostu urodzonym muzykologiem.

Jednym słowem lekko zadrżałem gdy Larry oświadczył przez telefon że przyjezdża na całe dwa tygodnie. Zazwyczaj kiedy mowił mi w Niemczech że przyjedzie to go bardzo serdecznie zapraszałem i jednocześnie zdawałem po szelmowsku sobie sprawę że Larry z przenoszenia puszek z konserwami w jego lokalnej fabryce ketchupu i pisania małych krytyk muzycznych w lokalnej gazecie na wyprawę do Ameryki nigdy nie uzbiera. Okazało się jednak że Larry miał plan jak zrealizować swoje marzenia i celu dopiął. Coprawda nigdy się mnie nie pytał czy może przyjechać aż na tak długo....
To co się wydarzyło poprzez te dwa tygodnie jakie Larry spedził u mnie było naprawdę unikalne.

Samolot z Larrym w srodku wylądował z czterogodzinnym opóźnieniem. Mnie to kosztowało około 15$ za parking, Larry zaś w drodze do domu przeklinał linie lotnicze Continental twierdząc że on, Larry, więcej tymi liniami nie poleci (zabawne, myslałem, Larry naprawde myśli że jest kimś ważnym). Larry po wyrzuceniu z siebie całej nienawiści do linii lotniczych przechodził powoli na wykład o Mahlerze. Wykład o Mahlerze, Clarze Schumann, Bernsteinie itd. ciągnął się właściwie przez całe dwa tygodnie. Larry wyrzucał z siebie ogromne ilości słów swoim niesamowicie zachrypłym głosem.

Pierwszym pociągnieciem Larryego po przyjezdzie do mnie było jak najszybsze zaprzyjaźnienie się z wszystkimi moimi sąsiadami. Uprzedzałem go przecie że muszę ćwiczyć i mam różne sprawy; Larry nie zdołał jednak przekonać wszystkich moich sąsiadów co do swojego uroku. Część z nich po prostu prawie wcale nie chciała z nim gadać. Inni zaś, widząc że jest to człowiek definitywnie potrzebujący sympatii ze strony innych ludzi, wyrazili nim zainteresowanie. Jednakże już w kilka dni później nauczyli się mu mówić że są bardzo zajęci i zamykać mu drzwi przed nosem. Mimo to Larry nadal pukał do wszystkich możliwych drzwi i twierdził że wszyscy go tu bardzo lubią. Jak tylko mu się nudziło, dawał do zrozumienia jak u mnie jest nudno i że idzie odwiedzić innych, lepszych znajomych i ostentacyjnie wychodził (żeby wrocić za 5 minut).

Larry nie przejawił żadnego zmęczenia po podróży. Wogóle nie potrzebuje on spać więcej niż 3 godziny na dobę (co oznacza że resztę czasu trzeba się nim opiekować) i już nastepnego dnia pojawił się w mojej sypialni o 7 rano. Ja niestety mam zwyczaj podnosić się z łoża około 9, więc Larry został zbesztany we wszystkich językach jakie znam. Niestety stwierdził że ja mogę sobie spać dalej a on sobie postoi (Larry nigdy nie usiądzie stoi). I stał, każdego dnia o siódmej rano, ten debil stał nad moim łóżkiem i nie zamierzał się ruszyć. Tu miałem pierwszy problem, bo się aż trzęsłem ze złości jak właził do mojego pokoju i stał. Niestety od tej pory musiałem wstawać koło 7:15...

Jak ja już w końcu wstałem, Larry uznawał że dzień się zaczyna i właził do łazienki na około 45 minut. Łazienka użyta przez Larryego była cała zlana wodą jakby ktoś polewał ją gaśnicą. Larry dodatkowo ma wspaniały zwyczaj bycia wyperfumowanym i wylewał na siebie około pół butelki dezodorantu dziennie. Łazienka była tak wyperfumowana że część moich kwiatów jeszcze za pobytu Larryego umarła. Szlag mnie trafiał.

Larry jadał albo nic albo obżerał się tak że trzeba by było to naukowo zbadać jak takie ilości pokarmu mogą się w ludzkim żołądku zmieścić. Niestety Larry nie jadał kompletnie nic z tego co mogło się znaleźć w mojej kuchni. Larry nie pije kawy, herbaty i alkoholu bo zabronili mu lekarze. Za to zawsze wszystko moze popic coca-cola. Nie jada rownież żadnych owoców i jarzyn. Mleka też nie toleruje. Za to spodobał mu się mój sok pomarańczowy i nie stanowiło dlań żadnego problemu wypicia całego galona na raz. Ja zjadałem swoje śniadanie a potem gdzieś jechaliśmy. Po drodze Larry prosił żeby się zatrzymać przy jakiejś stacji benzynowej gdzie kupował paczkę chipsów, tabliczkę czekolady i butlę coca-coli. I to było jego śniadanie. Pewnego razu wybrał sobie na śniadanie chipsy o smaku czosnkowym, popił coca-colą i zjadł jeszcze Milky Way. Ja byłem po śniadaniu i zapach dezodorantu pomieszany z czosnkiem od chipsów, coca-colą i gadaniem o Mahlerze o mało nie przyprawił mnie o wymioty.

Larry niestety z powodów zdrowotnych nie może mieć prawa jazdy. Zapłatami za benzynę dzieliliśmy się po połowie, niemniej jednak Larry, który kazał się wozić tu i tam, po kilku dniach zrobił mi awanturę że mój samochód za dużo pali i że on Larry nie może tego mi niestety wybaczyc że ja go narażam na takie wydatki. Szlag mnie trafił.

Podstawowym celem Larryego w USA okazalo sie wypelnienie zlecen ktore otrzymal od wszystkich ktorych uwaza za przyjaciol a ktorzy nie mieli by odwagi aby pokazac sie z nim na ulicy. Spedzilismy okolo 5 dni wypelniajac zadania zakupowe Larryego. Larry zakupil sobie rowniez koszulke z wielkim napisem Calvin Klein oraz spodnie firmy Levis i paradował w tym do końca pobytu. Cieszyłem się że Larry wreszcie się poczuł bogaty. W tych jego Niemczech takie rzeczy są bardzo drogie.

Larry egzaminował dokładnie moją kolekcję płyt kompaktowych i robił kopie u sasiadów (rujnujac im codzienne życie). Pewnego dnia natknąłem się na niego jak słuchał pasji Bacha. Zapytałem czy wie o co w tym chodzi. Larry odburknął że muzyka jest piękna ale on Larry nie zamierza się interesować o co w tej historii chodzi. Zapytałem więc czy kiedykolwiek czytał biblię boć to lektura przydatna dla wykształconego Europejczyka. I tu Larry wybuchnął. On, Larry nie będzie takich głupot i oszustw nigdy czytał. I kropka. No więc ja do niego powolutku że skąd wie że głupoty skoro nie czytał. A on na to, już z furią, że on tych wszystkich oszustów od religii, tych skur...nów od religii, Chrystusów, Bogów by wszystkich pozabijał. Trochę mnie to zaszokowało. Jednakże pod wieczór uznałem że tym razem to nie Larry ma problem z Bogiem, tylko Bóg z Larrym (bo sam takiego Larryego na ziemię przysłał).

Larry, jak się okazało, miał w sobie trochę więcej nienawiści niż się spodziewałem. Spędzał godziny przed telewizorem popijając coc-acolą, i wyzywał wszystkich po kolei, polityków, filmy, reklamy, włączał nawet katolicką stację telewizyjną żeby powrzeszczeć sobie na telewizor. I chyba dobrze mu to robiło, więc spokojnie mu na to pozwalałem. Dla zabawy oglądał wrestling (takie judo na niby) oraz kanał z samymi komediami i wtedy się rozanielał. Larry uwielbia dowcipy i, sądząc z samego opisu jego wygladu, opowiada je świetnie.

Tak sie zdarzyło że w czasie pobytu Larryego wizytę miała złożyć mi moja przyjaciółka z New Yorku i, zgodnie z zapowiedzią, przybyła. Jest ona swietna przyjaciolka i, co tu duzo mowic, bardzo seksowna dziewczyna. Larry, ktory ze zrozumialych wzgledow, zadnych doswiadczen tego typu nie mial, zakochal sie od razu i przykleil sie do Beaty na dobre. Tak, ze musiala przejsc wylacznie na jezyk polski i tym sposobem Larryego "odlaczyc". Larry przezyl to bardzo ciezko. Najpierw się obraził i na plazy nad oceanem lazil sam. Potem doszedl do wniosku ze skoro on nie moze "skonsumowac", to przeciez widac jak na dloni ze ja moge i spedzal godziny tlumaczac mi (w detalach!)jak to ja bym mogl sobie z Beata uzyc. Rece mi opadaly. Beata w koncu wyjechala i do dzis jest jedna z najbardziej ponetnych i jednoczesnie znienawidzonych kobiet w zyciu Larryego. Larry, juz po jej wyjezdzie, pobiegl do pobliskiego sklepu z kasetami video i zakupil sobie kilka pornosow. W modlitwach wieczornych skladalem dzieki wszystkim mozliwym bogom ze nie posiadam odtwarzacza video. Juz na sama mysl ze Larry bedzie sobie ogladal to wszystko robilo mi sie niedobrze. Larry chwalił się na codzień że masturbuje się 8 razy dziennie jeśli tylko ma czas...

Zakupy jedzeniowe Larryego składały się z licznych butelek coca-coli i kilogramów kiełbasy. Obie rzeczy nigdy się stały w mojej lodówce... ale Larry zjadał wszystko i nie było po tym żadnych śladów. Zgodnie jednak z moimi przewidywaniami, pieniądze Larryemu się skończyły już po pięciu dniach i wszystko poszło na pożyczkę ode mnie. Larry, na moją prośbę, zakupił po powrocie w Niemczech kilka 19-wiecznych grafik i mi je potem przesłał (choć zapakował tak że omal się na nic nie rozgniotły....).

Największym przeżyciem dla Larryego była wyprawa do Nowego Jorku. Przed Carnegie Hall, gdzie grywał Horowitz i inni, Larry płakał rzewnymi łzami i kazał się około 100 razy fotografować. Czuło się że dla niego ta cała wyprawa jest jak dla niektórych do Jasnej Góry albo do Mekki. Larry się trząsł z podniecenia i przeżywał mistyczne stany. Przed kamienicą w której mieszkał Gustav Mahler Larry sterczał (w milczeniu!) przez więcej niż pół godziny. Niemniej jednak, kiedy go zostawiłem samego na godzinę (z sercem na ramieniu że zaraz go rozgniecie na kotlet nowojorski traffic), nie umiał posłużyć się żadnymi licznymi mapami jakie mu dałem i nie umiał ruszyć się z miejsca. Był to jednak najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Do dziś opowiada z przekąsem jak go rozczarował Broadway (zapomniał że jest to trochę długą ulicą i może trzeba było się przejść kawałek dalej....).

Jednym z nielicznych sposobow pozbycia sie Larryego chocby na chwile stalo sie przyjecie w jednym polskim domu. Larry zrujnowal moje zycie kompletnie. Od dni nie dotknalem fortepianu i nie mialem nawet czasu spojrzec na przychodzace do mnie listy. Larry spedzał godziny mówiąc o Mahlerze albo o moim prywatnym życiu które przez przypadek zna (bo dużo z tego działo się w Niemczech). On, Larry, zawsze dawał do zrozumienia że jest i zawsze był moim największym przyjacielem (ja wiem dobrze, że Larry zawsze jest przyjacielem tych którzy w danej sytuacji są silniejsi taki już jego los, walka o czyjeś dobre słowo to cały sens jego egzystencji; nigdy też nie miałem do niego o to żadnych pretensji).

Jednym slowem Larryego odwiozlem na przyjecie. Larry usadzil sie w centrum stolu i zaczal konsumowac niewyobrazalne ilosci jedzenia. Zajal sie glownie moim profesorem, znanym w Polsce amerykanskim pianista, i kompletnie go zagadal o Clarze Schumann i innych opusach. Larry zawsze odnosil sie do Amerykanów z wielką nienawiścią, bo ponoć są tacy płytcy, ale ja miałem wrażenie że Larry czuje się w Ameryce świetnie. Tu nie ma specjalnie problemu z tym jak Larry wygląda, każdy się nim zajmował z życzliwością, boć Larry był z zagranic, i nikt nie patrzył ze Larry ledwo mówi (tzn. charczy), śmierdzi perfumami i potem, wygląda jak bandzior, nie ma się w co ubrać, i jest debilowaty. W tych jego Niemczech Larry już przez sam fakt że jego buzia definitywnie nie podobna do żadnej buzi w żadnym katalagu mody oraz fakt ze Larry nie ma butów za $500 itp. jest kompletnie zdyskwalifikowany. Tu czuł się świetnie (ja po odstawieniu Larryego na przyjęcie poszedłem czym prędzej do domu spać). Larry wrocił okolo 11 wieczorem, cały szczęśliwy, i przyniósł jeszcze dwa duże steki i dużo ciasta i z wielką radością to wszystko zjadł tego samego wieczora...

Ostatnie dni pobytu Larryego w USA byly coraz smutniejsze. Przede wszystkim Larry czul potege swego finansowego bankructwa, ja bylem juz kompletnie wykonczony i juz dalej nie moglem. Poza tym skonczyly sie ciekawe miejsca do zwiedzania. Larry wpadl na pomysl ze nalezy teraz kupic prezenty dla wszystkich jego przyjaciol ktorych poznal w Ameryce. Bylo to, musze przyznac, wzruszajace. Znowu ze 4 dni latalismy po sklepach. Larry, przyduszony swoim bankructwem, kupowal rzeczy symboliczne ale dla kazdego cos zdobyl. Dla faceta ktory jest pilotem hobbysta, Larry kupil maly samolocik w sklepie z zabawkami, dla kobiety ktora kolekcjonuje stare filizanki, Larry nabyl tania filizanke w sklepie z antykami. I tak dalej. Ja czulem sie wtedy dziwnie. Taki Larry zdawal sie dostrzegac wiecej w zwiazkach miedzyludzkich niż ja sam...

Ostatnia noc Larryego w Ameryce była dramatyczna. Larry wymyślił że on musi znaleźć sobie dziewczynę, a najlepiej jest to zrobić poprzez internet do którego przecież ja mam dostęp. Spędziłem z nim około 8 godzin na komputerze, bo trochę trudno mu było naciskać klawisze. Larry drżał z podniecenia i przeklinał mój komputer że tak powoli działa podczas gdy on, Larry ma takie ważne sprawy. Około 5 rano Larry znalazł kandydatkę mieszkającą gdzieś w jego kraju! I wtedy elegancko wyprosił mnie z pokoju i zaczął pisać list miłosny (który mi potem zresztą pokazał). Było to wszystko co Larry sobie w życiu wymarzył, cała jego miłość do świata, do normalnego życia, do radości, do ciepła, cała jego frustracja samotnością. O sobie pisał że jest miły i że od mężczyzny przecież nie trzeba wymagać żeby wyglądał jak Tom Cruise.

Ja juz byłem kompletnie wykończony. Odpowiedź na list Larryego nigdy nie przyszła.

Następnego dnia Larry odleciał. Zapomniał oczywiście wziąc ze sobą wałówkę jaką mu kupiłem (jogurty, jabłka itp.). Zawiózł do domu około 200 starych płyt gramofonowych, które są tu tanie, a dla niego są po prostu skarbami. Zapakowałem mu to w pudło i obwiązałem sznurkiem.

Dzis Larry jest już bez pracy, a matka Larryego jest w stanie ciężkim w szpitalu. Listy od niego przychodzą co tydzień ...

Po wyjezdzie tak czcigodnego gościa zrobiło mi sie tu dość pusto. Nie mogłem zrozumieć że do czegoś takiego dopuściłem (a przecież mniej więcej wiedziałem co mnie czekało..). Larry naprawdę i bezpardonowo wywołał podstawowe pytania egzystencjalne, i dał mojej tolerancyjności i cierpliwości życiową próbę. Ktoś mi próbował tłumaczyć że tego co zrobiłem Bóg mi nigdy nie zapomni. Ja nie wiem czy na tym można zakończyć rozmyślania nad "sprawą Larryego". Może my wszyscy jesteśmy tacy jak Larry?


Ameryka