Miasto Aniołów i okolice...

El Pueblo del Rio de Nuestra Seńora de la Reina de Los Angeles de Porciuncula

Basia Pajdowska

I co ja robię tu?? co ja tutaj robię??? śpiewamy głośno wraz z Kubą Sienkiewiczem, którego płytę znalazł pod choinką na pustyni nasz driver - Lajkonik, gdy jego "aucikiem" podążamy wprost do fabryki snów, do Hollywood. Jeszcze nam zgrzyta w zębach piach pustyni, jeszcze wytrzepujemy go z włosów, mimo, że przecież poprzedniego dnia, po powrocie z Czekoladek, każdy z nas wziął dłuuugą kąpiel w gościnnym domu Iwony i Piotra. Była kąpiel, była cudowna Podworkowa kolacja zakrapiana pozostałościami z Sylwestrowego baru, a potem były nocne Polaków rozmowy w komputerowym królestwie Piotra. Och! to przecież cały gabinet komputerów i innych niezbędnych do życia, każdemu internaucie urzadzeń. I oczywiście cały czas on line!

To jest to czego najbardziej zazdroszczę wszystkim mieszkającym za oceanem. Bycia on line! Żadne tam wykradane minuty, żadne nerwowe spoglądanie na licznik. Po prostu jesteś cały czas w otwartym oknie, wiesz, że możesz być i że to cię nie zrujnuje. Piotr opracowywał zdjęcia z Sylwestra, które jako, że robione cyfrowym aparatem, nie wymagały skanowania i mogły się prawie natychmiast znaleźć w sieci. Ja pisałam relację z Sylwestra, nie mogąc skupić myśli, bo wszyscy, porozkładani na podłodze ze szklaneczkami w rękach, gadali i przekrzykiwali się nawzajem. I jeszcze stare piosenki Wandy Warskiej i jeszcze wino.... aż dziwne, że udało mi się cokolwiek napisać :-)))

Ale oto jedziemy, Elektryczne Gitary grają nam wesoło, a za oknami "aucika" przesuwają się bajkowe widoki. Jesteśmy już w Hollywood. Małe domki w cudownych ogrodach, Mikołaje i renifery pod kwitnącymi krzewami i ulice wysadzane strzelistymi palmami. Szczególnie spodobał mi się jeden domek, cały, wraz z ogrodem przysypany sztucznym śniegiem :-)) Oj ta Ameryka... :-)))). Udaje nam się znaleźć miejsce do parkowania, niestety bardzo daleko od Chineese Theatre, który jest głównym celem naszej wyprawy. Ale dzielnie tam maszerujemy Bulwarem Gwiazd, co i rusz zatrzymując się aby odczytać inskrypcje na kolejnych gwiazdach z różowego marmuru zatopionych w szary chodnik. Jest ich bardzo dużo, nazwiska znane i mniej znane. Cześć nazwisk jest mi zupełnie obca, ale sporo gwiazd jest jeszcze niezajętych. Hi..hi..

Gdyby ktoś chciał spróbować swych sił w filmie... Spory tłumek na chodniku informuje nas, że już zbliżamy się do celu naszej wedrówki. Tak, to właśnie tu w Chińskim Teatrze wręczane były Oskary. Tutaj też, na malutkim dziedzińcu znajdują się sławne tablice z odciskami dłoni, stóp i podpisami słynnych aktorów. Tłum turystów depcze po nich, nie okazując ani odrobiny szacunku dla laureatow i sław. Trudno pomiędzy nogami Japończykow i Rosjan odczytać kolejne nazwiska, a sfotografować się ??? To naprawdę nie było łatwe, ale udaje mi sie na chwilę zaanektować dla siebie Indianę Jones'a - Harrisona Forda i Kruszynka strzela błyskawiczną fotkę. Ja reważuje się robiąc jej zdjęcie z Glorią Swanson oraz Jaskowi z Bogartem ;-))) Całkiem mimowolnie dobieramy sobie partnerów do zdjęcia. Ja lubię przygodę, Kruszynka jest romantyczka, a Jasiek?? no , cóż wszyscy znamy pewnie Casablancę...

Tam, właśnie pod Chińskim Teatrem wsiadamy do busika, który obwiezie nas po Beverly Hills i pokaże gdzie mieszkają gwiazdy. Szczególnie zależy nam na domu Michaela Douglasa. Mamy go wywołać z domu, a on wyjdzie, spojrzy na Ośkę i powie WOW! Niestety nie było go chyba w domu. Kierowca busika też nie chciał trąbić... Eh, nie udało się! Może następnym razem....

I już gnamy dalej, bo czekają nas atrakcje Universal Studios, a czas upływa tak szybko ...

Do Universal Studios idziemy tylko we trójkę Kruszynką, Racha i ja. Inni widzieli już te cuda. Ośka u siebie na Florydzie, Lajkonik z dzieciakami był tu poprzedniego dnia. Płacimy bajońską sumę za wejście do tego wesołego miasteczka obfitującego w niespodzianki i wchodzimy. Teraz już wszystko stoi przd nami otworem i tylko za piwo trzeba płacić :-))

Kolejny amerykański kicz, zbudowany tak, aby podniecić wyobraźnię, przestraszyć, zadziwić, rozbawić. No i bawimy się całkiem dobrze, szybując pojazdem kosmicznym z Powrotu do Przyszłości, pomagając kochanemu E.T. w opałach oraz opływając łodzią Park Jurajski.

Świetnie! naprawdę to cudowne znowu poczuć się dzieckiem i śmiać się beztrosko z tych strachów, jakie tu dla nas przygotowano.

Robi się ciemno i całkiem rześko. Cały dzień była piękna słonecza, ciepła pogoda, a tu wraz z nastaniem zmroku ktoś wyłączył ogrzewanie !

Boję, się o swoje zmarznięte gardło, bo lubię chorować na anginy, a wtedy niestety pomaga mi tylko antybiotyk. Nie mam go ze sobą! Trzymam więc się za szyję obiema rękami, najchętniej owinełabym ją sukienką :-)))

Jestem zła, że nie pomyślałam o niczym ciepłym, ale niby skąd miałam wiedzieć, że różnica temperatur między dniem a nocą jest tak duża! Na pustyni było upalnie i w nocy !

Na szczęście nie musimy czekać na Lajkonika. Spotykamy go zaraz za bramą. W samochodzie są już wszyscy i dowiadujemy się, że jedziemy spedzić wieczór z Marzeną i jej mężem Paulem. Jestem solidnie zmęczona, Kruszynka ma obtarte nogi, ale mobilizujemy siły. To przecież kolejny kawałek Podwórka :-)))

Kolejny podwórkowy dom, w którym jesteśmy przyjmowani serdecznie i gorąco. To naprawdę wspaniałe, wiedzieć... czuć, że gościnność i ciepłe przyjęcie są szczere i płynące z samego serca... I znów gadamy, śmiejemy się i pijemy. Marzena pamietała o naszych gustach i dostaję w prezencie ogromną, chyba dwulitrowa butlę Chablis :-))). Oczywiście kalifornijskiego, choć Marzena przyznaje, że niełatwo było ten specjał zdobyć. Niełatwo było też pewnie przygotować kolację dla takiej czeredy ludzi. Ale Marzena okazuje się swietną kucharką, łaźania jest znakomita. (Marzena! poproszę o przepis). I tak kończy się kolejny dzień naszej podróży. Kolejny dzień, który minął jak z bicza strzelił... Jeszcze tylko umawiamy się na jutro. Tak, następny dzień spędzamy z Marzeną. Postanowione. Zbaczymy wybrzeże Pacyfiku. Santa Monica, Malibu, Venice Beach.

I co ja robię tu?? co ja tutaj robię?? śpiewamy już całkiem cichutko...

Zmęczenie, nieprawdopodobna ilość wrażeń dają znać o sobie. Marzymy o łóżkach, ale przecież u Najmitów czeka na nas gabinet komputerowy i kolejna porcja Podwórka :-)))

indeks - Ameryka