Kubusińscy podbijają świat

Mariola i Jakub Streżyński

Europa

Niebieska kropeczka wskazuje ostatni znany postój na trasie Kubusińskich

 

11-ty czerwiec 2000
Podróż zaczyna się właściwie nie wtedy gdy wsiada się do samochodu czy samolotu, ale wtedy gdy w głowie zakiełkuje pierwsza myśl o niej powodująca miłe podekscytowanie przygodą. Cała jej pierwsza cześć, mogąca trwać lata, jest też trudna i ciekawa. Wymaga pokonywania tysiąca przeszkód, przynosi wiele radości i wiele nowych wyzwań.

Ale to dobrze, bo ta cześć hartuje i daje dobrą zaprawę przed startem. Porównałabym ją do chodzenia po drodze wyłożonej kocimi łbami: jest nierówno i nigdy nie wiadomo, kiedy ześlizgnie się noga, wpadnie się w dziurę czy potknie. Po każdym jednak upadku człowiek wstaje, otrzepuje ubranie i jakoś idzie do przodu. Bywa jednak tak zmęczony, że się chce cofnąć a w najlepszym razie przykuca i płacze. I nas to nie ominęło. Mamy za sobą nieprzespane noce, wątpliwości czy dobrze robimy, łzy. Ale pomiędzy tym wszystkim zdarzają się kawałki asfaltowe jak pokaz slajdów z Nepalu i Indii w bibliotece, wiara naszych znajomych w powodzenie tego przedsięwzięcia i nasza nieodparta ciekawość jak tam jest. Bardzo też pomagają książki podróżnicze o takich samych, zwykłych ludziach jak my, którzy mieli marzenie i tym się różnili od większości, że potrafili je zrealizować.

gotowi do odjazdu Więc kiedy zaczęła się nasza podróż? Chyba ze trzy lata temu, gdy wróciliśmy z Ameryki Łacińskiej. Zamarzyła nam się Azja, bo daleka, bo trudna, bo taka inna od tego wszystkiego co do tej pory widzieliśmy. Przechodziliśmy przez kolejne wzloty i upadki, aby stanąć wreszcie na progu bardzo konkretnych przygotowań. Do takich milowych kroków można na pewno zaliczyć sprzedanie Pegaza czyli naszej ukochanej Westfalii, którą zrobiliśmy dwie poprzednie podróże i kupienie Smoka, czyli amerykańskiego vana GMC z 81 roku. Do Pegaza przestaliśmy się już mieścić. I tu może czas na przedstawianie naszej rodziny tym, którzy nas nie znają.

Jest nas pięcioro: Kuba - kierownik tej wyprawy, mechanik, kierowca, przewodnik, sprzątacz, mąż, tatuś (and you name it), z zawodu pielęgniarz, z wieku - czterdziestolatek. Potem ja, Mariola, my kids mom, jakby to powiedziała Dr Laura, z zawodu ultrasonograf, z zamiłowania obieżyświat i kronikarz, z konieczności kucharz. Resztę trupy stanowią Pyszczki czyli trójka naszych dzieci, tych właśnie, które z powodu ogromnego przyrostu ciał wzdłuż przestały mieścić się do VG Westfalii.

gotowi do odjazdu 2 Po starszyźnie: Marta, piętnastolatka, moja prawa reka, Dominik (znany jako Kosiek), nawiązujacy kontakty natychmiast, wszędzie i ze wszystkimi (lat 14) i Asia, nasze słoneczko, radośnie przygrzewające od 11.5 roku. Mieszkamy w Calgary w Kanadzie. Nie łatwo było nam przekonać Pyszczki, że wyprawa nasza może być wspaniałą przygodą. Na dwóch poprzednich wycieczkach byli zbyt mali, żeby pytać ich o zdanie, tym razem są na tyle dorośli, że ich kooperacja jest niezbędna. Z jednej strony na szali: niewygody, prymityw, brak prysznica i swojego lóżka i całkowicie nieznajoma rzeczywistość, na drugiej szali zaś zostawić muszą cały swój znajomy świat, przyjaciół, szkolne klasy i to ich przeraża. Łączy nas też jedna wspólna bolączka, której na imię Eris. Erunia to nasz ukochany pies. Zostawiamy ją pod opieką mojej siostry i już za nią tęsknimy. Reszta spraw jest prosta: dom wynajęliśmy na rok a prace rzuciliśmy.

W miedzyczasie załatwiliśmy milliony telefonow, wizy, zdiecia, paszporty, bilety, karnet na samochod i zapieliśmy, miejmy nadzieję, wszystko na ostatni guzik. Za trzy dni odlatujemy do Polski a Kuba jedzie Smokiem do Toronto, skąd nadaje go na statek, i z tamtąd przylatuje do nas. Na zakończenie etapu przygotowawczego czekała nas miła niespodzianka przygotowana przez przyjaciół. Zorganizowano dla nas pożegnanie w formie suprize party. Dziękujemy wszystkim a szczególnie wam Marianno i Jędrku.

A oto trasa, którą planujemy. Z Polski ruszymy do Chorwacji-Dubrownika gdzie chcielibyśmy nabrać nowych sił przed prawdziwym podróżowaniem. Potem Włochy, Grecja, Turcja, Iran, Pakistan, Indie, Nepal i w drodze powrotnej, w Turcji, planujemy zmianę kursu na południe do Syrii, Izraela, Jordanii, Egiptu, przez Libię (jesli nas wpuści), Tunezję i promem do Europy. Mamy na to wszystko rok czasu.

11-ty lipiec 2000
To już prawie miesiąc w Polsce, aż trudno uwierzyć jak ten czas leci. Do niedawna wszystko szło tak sprawnie, że byłam z lekka zaniepokojona. Los nie pozwolił jednak na zbyt długi stres (z powodu braku stresu) i oto mamy mała komplikację: statek z naszym vanem Smokiem opóźniony jest o 10 dni. Bagatela - bo coż znaczy 10 dni wobec 356, którymi dysponujemy. Niech to będzie też tylko drobna wprawka przed tym co nas czeka, komplikacje są nieodzowną częścią każdej wyprawy! Jesteśmy jednak rozczarowani firma Polimex która nie poinformowała nas o dwu tygodniowym opóźnieniu transportu naszego samochodu. Wracając do tematu miejscowego, podziele się z Wami garścią naszych przeżyć i spostrzeżeń. Z upływem czasu przyzwyczajam się, lub może odnajduję, w Polsce coraz lepiej i łatwiej, chociaż życie codzienne jest tu dużo bardziej skomplikowane niż u nas. Pękają też z hukiem mity, którymi przez lata karmiłam swoje dzieci, bo były one (te mity ma się rozumieć) niewątpliwie rzeczywistością mojej młodości, ale na pewno nie teraźniejszości. Nie zmieniło się tylko jedno: te polskie dziewczyny! Kosiek wypatruje oczy i nie rozumie jak to możliwe, żeby wszystkie były ładne! Zapowiedział nam, że w Polsce będzie sobie szukał w przyszłości ukochanej, co spotkało się z naszą całkowitą aprobatą. Na bok jednak żarty. Po kilku miesięcznych upałach nastąpiła pogoda znacznie bliższa naszym organizmom i na Mazurach mieliśmy 7°C w nocy i nie wiele lepiej w ciągu dnia. Pożeglowaliśmy jednak trochę choć nie splamiliśmy się kąpielą. Dzieciom i tak było wszystko jedno, bo znikały na całe dnie w pobliskim obozie młodzieży zielonoświątkowej i może nawet trochę zzieleniały, ale bardziej z brudu niż ze zmiany światopoglądu.

Ksiądz Adam byłby dumny z Kośka gdyby go zobaczył mówiącego do jednego z Zielonych, że on i tak wierzy w czyściec, bez względu na to co oni mu mówią. Po powrocie do Warszawy rozpoczęliśmy niekończace się spotkania rodzinne i przyjacielskie. Najechalło się tezż mnóstwo rodaków z okolicy tzn. Norwegii, Szwecji, Toronto, Florydy, Chicago, nie mówiąc o Calgary. Widocznie najłatwiej spotkać się w Warszawie. Znów też jest okazja na zanużenie się w cudownej atmosferze warszawskiej Starówki, przejścia się po Powązkach, które są historią Warszawy i zapalenia świeczek na brzozowej kwaterze Zośki. Krzyże są tak wymowne, że prawie słyszy się wybuchy granatów i taki straszny żal za tym straconym młodym życiem, taki straszny żal... Odwiedziliśmy Siostrę Scholastykę, żeby jej powiedzieć jak nam jej brak. Było dużo uścisków i łez. Ona też tęskni za naszym Calgarowem. Mieliśmy okazjś zwiedzenia Malborka. Chyba nigdy żaden zamek nie zrobił na nas tak wielkiego wrażenia. Toż to rzeczywiście krzyżacka potęga! Marta rozstała się z nami pare dni temu i pojechała na obóz koński w Bieszczady. Nas czeka jeszcze Orla Perć, a potem pryskamy. Dziś byliśmy w ambasadzie irańskiej po wize i po raz pierwszy zapachniało egzotyką i przygodą. Myślę, że jesteśmy już w pełni gotowi do startu choć pieczywo i serki są pyszne tutaj a polskie słodkości 3 razy tańsze niż w naszych delikatesach. Najadamy się przed tułaczką jak te niedzwiadki, które czeka sen zimowy.

3-ci sierpień 2000
Myślałam, że to już będzie ostatni list z Polski a tymczasem muszę wspomnieć o pobycie w Tatrach. Pierwszego dnia dostaliśmy się do Murowańca i tam podskoczyliśmy na Kościelec. Na samym szczycie, zamiast ciszy i refleksji i jakiejś zadumy nad pięknem natury, znajdował się tłumek, a ktoś obok nas wyjął do tego telefon komórkowy i gadał o niczym. Trochę to przygnębiające. Następnego dnia szczyty spowite były chmurami, ale zdecydowaliśmy się zaryzykować Orlą Perć. Pyszczki podążały daleko przed nami, a my, stare konie, posuwaliśmy się powoli, ale skutecznie. Tuż pod łańcuchami owinęła nas w swój płaszcz chmura. Wciągaliśmy się dzielnie po łańcuchach i klamrach do góry, aby wreszcie stanąć na Zawracie. Takich tras w Górach Skalistych nie ma. Są tylko w Tatrach. Prawdziwe emocje zaczęły się jednak na podejściu pod Kozi Wierch. Zaczął padać deszcz ze śniegiem. Zmoczeni i zziębnięci zdecydowaliśmy się na odwrót. Widoków żadnych, wszystko spowite gęstą, biała watą mgły. Brak perspektywy nie pozwala się rozprężyć. Droga jest trudna, śliska i niebezpieczna. Nagle tracę równowagę, zsuwam się chyba z kamienia, koziołkuję. Trwa to zapewne bardzo krotko, ale myśli mam powolne i wyraźne. Nie tylko nie boję się, ale WIEM, że jeśli się nie wyhamuję JUŻ, to kawałek dalej jest przepaść. Czuję uderzenie w głowę i nagle się zatrzymuję. Leżę na półeczce skalnej, a pode mną hula wiatr. Bólu nie czuję i dopiero po jakimś czasie okaże się jak mocno jestem poobijana. Trzeci raz w życiu ocieram się o śmierć i po raz trzeci mam podobne wrażenie, że wiem o tym, że w pełni zdaję sobie z tego sprawę i że się nie boję. To tak jakby Pan Bog dawał mi znać, że śmierć nie jest straszna jak to nam się tu wydaje. Czuję się w jakiś sposób wzmocniona chociaż Anioł Stróż znów wyciągnął mnie za ucho. Schodzimy przez Zawrat w dół na Halę Gąsienicową. Pulsuje mi guz na czole ale dookoła jest pięknie choć deszczowo i tylko żal, że nie słychać pobekiwania owiec.

Im dalej od Polski tym cieplej i słoneczniej. Na granicy węgierskiej celnik oświadcza nam, że nas nie wpuści bo nie mamy zielonej karty na samochód. Tłumaczymy mu, że nikt nam takiej nie chce sprzedać, bo nie mamy rejestracji europejskiej i że na każdej granicy kupujemy nowe ubezpieczenie. Nic to nie pomaga. Składam ręce w geście błagalnym. To go rozśmiesza i zgadza się nas przepuścić dodając, że należy mu się mały upominek. Oddychamy z ulgą i dajemy mu paczkę papierosów. Za chwilę podjeżdża do nas autobus pełen Kanadyjczyków. Otaczją nas i życzą wszystkiego najlepszego. Przed następną granicą z Chorwacją nie mogę spać ale bez potrzeby, bo celnik nawet nie pyta o dokumenty samochodu. W Zagrzebiu składamy wnioski o wizy irańskie i za 2 tygodnie mamy szansę je dostać. Potem walimy nad wymarzony Adriatyk. Chorwacja to piękny, bardzo górzysty kraj, a woda w Adriatyku przypomina nam kolorem morze Karaibskie: jest seledynowa i czyściusieńka. Temperatury około 34°C w cieniu ale nie jest zbyt upalnie. W nocy spada na tyle, że można miło spać. Poruszamy się z Rijeki do Dubrownika wąską, górską drogą zawieszoną nad niebiesko niebieskim niebem. Średnia prędkość 40km/h. Kierowcy jeżdżą tu jednak dużo lepiej niż w Polsce i drogi są bardzo dobre. Kąpiemy się wiele razy dziennie i nigdy nie dosyć. Planujemy postać w Dubrowniku dłużej. Będziemy tam jutro. Mamy nadzieję na odnalezienie komputerowej kawiarenki. Jak dotąd są one bardzo tanie i za 15-cie minut płaci się 0.60$ kan.

Do tej pory oprócz cudów natury, zwiedziliśmy Split i Bakar. W Bakar zauroczyły nas małe wąskie uliczki pnąśce się stromo pod góre. Te zakątki przypomonają nam trochę niektóre meksykańskie miasteczka. W kawiarence na dole, tuż przy wybrzeżu morskim, siadamy przy kawie cappuccino. Pyszczki dostają jak dorośli puchnąć z dumy, ale okazuje się, że .. .koci ogon... nie smakuje im. A tak te pędy pchają się szybko w dorosłość. Muszę przyznać, że zaskakują mnie zmiany w dzieciach. Wydają mi się jacyś dojrzalsi i mało się sprzeczają. A może to brak stresów u nas powoduje, że tak pozytywnie reagują. Trzeba by to głębiej przemyśleć i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Dziękujemy Ci Danusiu i Andrzeju za przyjęcie nas pod swój dach i za nocnych Polaków rozmowy, dziękujemy Ci Paszczaku za pomoc na każdym kroku. I Tobie Andrzejku za SMOKA, którego literki były dużo trudniejsze do przyklejenia niż nam się to zdawało patrząc na Twoje wprawne ręce. Dziękujemy tym wszystkim, którzy do nas piszą komputerowo, myślą o nas i modlą się za nas. Czujemy Waszą bliskość.

11-ty lipiec 2000
Właściwie nie robimy nic, tylko byczymy się nieludzko. Zaczęło się jednak od wjazdu do Dubrownika. Aby tam dotrzeć musieliśmy przekroczyć granicę Bośni i Hercegowiny, która wcina się w wybrzeże adriatyckie na długości może paru kilometrów. Nie było jednak żadnej formalnej kontroli, stał tylko słupek i wóz policyjny. Od wyjazdu ze Splitu zmienił się też krajobraz i klimat. Zrobiło się dużo goręcej (jeszcze goręcej) i wjechaliśmy w dość wysokie góry. U stóp tych gór leży właśnie Dubrownik.

Sceneria jest zachwycająca. Pod tym wszystkim co piszą o Dubrowniku przewodniki, że jest perłą, że jest jednym z najpiękniejszych miast, że jest cudowne - podpisujemy się dwoma rękami bez chwili wahania.

Dubrownik nas zauroczył. Stare miasto otoczone jest grubymi murami obronnymi a w samym środku nie ma ruchu kołowego. Obejrzeliśmy je w ciągu dnia i parę razy wieczorem, kiedy każda ulica i każda kamieniczka są podświetlone a dziesiątki kawiarenek wciśnietych pomiędzy wąskie uliczki, z pełzającym światełkiem ze świecowych lampionów, nadają wyjątkowy czar. Stare kościoły, poważne i majestatyczne przyglądają się kolorowemu tłumowi przez przepiękne witraże ze scenami biblijnymi. Jakoś to tak jest, że w pobliżu tych starych światyń odczuwa się w sposób szczególny potegę Bożą. W niedzielę poszliśmy do katedry na mszę. Rożniła się tym od polskiej, że cała była śpiewana. Nawet czytania zostały odśpiewane. Nietrudno też było zorientować się w modlitwach, bo chorwacki oscyluje między polskim i rosyjskim i wiele słów jest bardzo podobnych albo takich samych.

Grube mury Dubrownika nie uchroniły go jednak przed zniszceniem dziewięć lat temu. I choć stare miasto jest w tej chwili całkowicie odbudowane przez UNESCO, to ślady wojny widać wszędzie dookoła. Zieją pustką zdewastowane, cześciowo poburzone hotele i domy uszkodzone w czasie działań wojennych i do tej pory nieodbudowane. Dziwi nas to, bo zajmują najlepsze miejsca nad samym morzem. Tutaj nikomu nie wydaje się to wadzić, są jakby cześcią krajobrazu. Według mnie wyglądają złowrogo i tragicznie. Nikt nie zbliża się do nich, bo podobno mogą być jeszcze zaminowane. Ktoś tu tak niedawno ginął. I może ta groza odstrasza zachodnich turystów, których nie ma zbyt wielu, przewalające się tłumy to głównie Chorwaci na wakacjach.

Od tych strasznych wydarzeń odwraca nasze myśli przepiękny koliberek, tak maleńki, że w pierwszej chwili pomyliliśmy go z dużym trzmielem. Zbierał nektar z kwiatów. Miał długą trąbkę, którą wsadzał do kielichów. Zawieszał się przy nich w pozornym bezruchu ruszając tak szybko skrzydłami, że prawie nie było ich widać. Przepiękny, delikatny ptaszek. I jak tu nie wierzyć w Pana Boga, gdy patrzy się na takie piękno.

Chorwacja, chociaż piękna, jest też brudna. Śmieci są wszędzie a brak publicznych toalet powoduje, że każdy kąt jest zanieczyszczony. Smutne to i przypominające Polskę. Nie widać tu jednach pijaków na ulicach. Nie słychać nocnyh burd. Czujemy się bezpiecznie.

Ostatnio Żółw poprzyklejał na Smoka nazwy krajów przez które już przejechaliśmy a Szkut wykonał fajny napis Our trip to Nepal. I teraz wszyscy przechodzący zatrzymują się przed naszą kolorową mapą, ale dopiero kiedy wkleimy Nepal, będzie można powiedzieć, że czegoś dokonaliśmy przynajmniej od strony podróżniczej. Nad stroną duchową pracujemy już teraz chociaż na rezultaty może trzeba będzie czekać znacznie dłużej.

Ostatni wypad do Dubrownika zainicjowany był przez Pyszczki. Ich gnała chęć kupienia nowej cześci Harry Potter, która miała nadejść po angielsku, a nas chęć zajrzenia do internetu. Listy od Was wszystkich są dla nas zawsze wielka radościa. Przenosimy je na dyskietkę i zaraz po powrocie czytamy każdy list na głos a właściwie połykamy. Nigdy nie wydaje się ich dosyć. Dziękujemy Wam wszystkim.

 Dwa dni temu, po wspólnym, głosnym odczytaniu kolejnej cześci Szaty położyliśmy się spać. Nagle w nocy ktoś nas obudził. Okazało się, że pali się las. Omiemiałam : całe wzgórze stało w płomieniach, paliły się krzaki i drzewa może 50m od nas. Podniosłam alarm i dość sprawnie ewakuowaliśmy się z naszej dzikiej miejscowki na skarpie, która była teraz mocno zagrożona. Nasz Anioł Stróż znowu czuwał. Po telefonie dzisiejszym do ambasady irańskiej wygląda na to, że nie dostaniemy wizy wcześniej niż za 5 dni. Wczoraj Kosiek poczuł się źle i miał 38°C. Wpadłam w panikę, jak zawsze gdy ktoś z nas choruje w czasie podróży. Nogi powoli goją mu się choć to powolny proces. Zaczeło się na Orlej Perci zwykłym pęcherzem na pięcie. Potem zaczęły się pojawiać inne pęcherze dookoła. I nic nie chce w tym upale dobrze wysychąć. Nawet po komarowych ugryzieniach Kośkowi robią się trudno gojące rany. Może ktoś z Was ma na to dobrą radę.

21-szy sierpień 2000
 Byliśmy w Dubrowniku w kinie na wolnym powietrzu. Co to była za sceneria: po jednej stronie Adriatyk a po drugiej cyprysy. Ekran betonowy, półokrągły a sufit kina stanowiło sklepienie gwiezdne. Doswiadczenie bardzo przyjemne, chociaz jakosc odbioru kiepska. Obejrzelismy Patriote i jak zwykle dobry film zepsuty byl przez ilosc drastycznycznych scen. Film ten wywolal ogromna bitwe w naszej rodzinie miedzy nami a dziecmi na temat muzyki, TV, radia, kina itp. Tak trudno byc rodzicem w dzisiejszych czaszch. Aby ich bronic trzeba im wiele odbierac czy zabraniac. Dzieci sie buntuja a nam opadaja skrzydla. I choc moze nie udalo nam sie nic konkretnego osiągnąć to napięcie opadło i wszystkim poprawiły się humory. W Dubrowniku Kosio poszedł do fryzjera i wyszedł bardzo zadowolony i na pół łysy. Myslę, że to świetna fryzura na tutejsze upały. Jestesmy bardzo opaleni. Z przyjemnoscia patrze na Pyszczki opalone, mlode, piekne. Rosna ostatnio tak szybko, tak szybko sie zmieniaja, tak pieknieja w swojej mlodosci, sa tacy swiezi. To juz nie dzieci, mlodosc buha teraz zewszad, a czas leci tak szybko. Zostalo moze tylko pare wspolnych lat... Duzo plywamy i snorklujemy. Nie uzywamy desek wzietych z domu bo nie ma fal. Za to maska, fajka i pletwy sa w ciaglym uzyciu. Slonce dziala bardzo leczniczo na skore. Zniknely nam wszystkie wypryski. Mielismy okazje ogladac pogon jakiejs duzej, dwumetrowj ryby za ławicą. Mniejsze rybki wyskakiwaly w gore w wielkim poplochu i panice. Niestety to widowisko trwalo moze kilkanascie sekund i wkrotce cala scena pograzyla sie w otchlani Adriatyku.

 Wreszcie nadszedl czas na dalsza droge. Ruszylismy do Zagrzebia odebrac wizy iranskie. Wszedzie widac slady wojny, poburzone domy i naprawione pogranatach dziury w drogach. Budzi to groze. W Splicie odbieramy komputerowa korespondencje i z nabozenstwem czytamy wszystkie listy na glos dwa razy. Kazdy jest spragniony wiadomosci od bliskich. Zastanawia nas dlaczego tak malo ludzi biwakuje na dziko. Ludzie jakby woleli tloczyc sie na platnych kampingach, na ktorych stoi sie glowa w glowe. Co do cen to zaskakuja nas ceny miesa, ktore sa duzo wyzsze niz w Kanadzie. Chorwacja jest droższa niż Polska, ale ogólnie tańsza niż Kanada. Za vegete pochodzacą z tych stron więcej płacę tu niż w Calgary. Nie ma też prostytucji wzdłóż dróg która jest w Polsce. Brakuje dobrego pieczywa i słodycze są fatalne. Nie ma to jak polskie wyroby cukiernicze.

 Bardzo głęboki ślad zostawił we mnie Plitwicki Park Narodowy. Zespół tych krasowych jezior został wciągnięty w 1979r na listę UNESCO. Jest piękne, położony jakby na obniżających się tarasach, a każdy poziom jednego jeziora z drugim łączą małe wodospady i strumyki. Aby je obejść trzeba zrobić około 5 km. Ruszamy z dzikim tłumem przed siebie, a w ręku trzymamy listę rzeczy, których tu nie wolno robić. Właściwie można tylko patrzeć i podziwiać ich piękno. Całe szczęście, że pozwolili oddychać. Jaka cudowna jest Kanada! Tam nie musimy się przyglądać naturze przez siatkę, tam możemy naturą żyć. To smutne, że w Europie takie miejsca muszą być pod specjalną opieką i że ogląda się je jak jakieś zabytki lub ewenementy. Zateskniłam za Kanada i jej przestrzenia. Jeszcze wiele razy będę o tym Parku mysleć snując refleksje, które Wy będziecie zmuszeni czytać.

 W ambasadzie iranskiej w Zagrzebiu przyjeci zostalismy bardzo miło. Konsul poczęstował nas herbatką i wreczył wizy... turystyczne na 3 tygodnie. Normalnie dają tylko wizy tranzytowe na 5 dni. Konsul pokazał nam na mapie którędy jechać i pobrał pieniądze za wizy na 3 osoby, a nie za dwie, choć dzieci wpisane są do mojego paszportu (po 50$ USA). Lepiej jednak zapłacić za 3 wizy niż za 5. Ponieważ oczekiwanie na wizę trwało tyle czasu postanowiliśmy obejrzeć Venecję, a zwiedzanie Rzymu odłożyc na powrotną drogę. Niestety nie udało się być tam w czasie dni młodzieży.

 Na Słowenii nie zapytano nas o zielona kartę. Jest to zupełnie inny kraj niż Chorwacja. Wszedzie jest czysto i schludnie i bardziej nam ona przypomina Austrię. Trudno uwierzyć, że do niedawna to był jeden kraj. Niestety Włosi zmuszają nas do wykupienia zielonej karty, która jest dobra na cała Zjednoczoną Europe i bardzo kosztowna (na 2 tygodnie 105$ USA). Wjezdżamy do Włoch koło Triestu: upał, tłum, tysiące motocykli i samochodów. Koszmar. Każdy na nas trabi. A jednak w tym szalenstwie udaje nam sie znaleźć fajny nocleg. Przytulamy się do Miedzynarodowego Osrodka Fizyki Teoretycznej. Mamy tam dostep nawet do internetu i tam spada na nas grom o wypadku mojej Mamy.

 Autostradami pedzimy do Venecji. Przejazd z Triestu az do Brindisi (na samym dole) kosztowalo nas 40 $USA. Robimy tez ciekawa obserwacje majac notatki sprzed 8 lat, ze benzyna kosztyje tutaj tyle samo co 8 lat temu w stodunku do $USA czyli 1.1$. Poniewaz jednak $ kanadyjski spadl o 20% to o tyle kosztuje nas ona wiecej. W Venecji spedzamy 12 godzin i swietujemy niedzielna msze na placu Sw Marka w Bazylice Sw. Marka. Wejscie do Bazyliki jest strzezone i nie wpuszcza sie nikogo w krotkich spodniach i bez rekawow. Nie robiono zadnych wyjatkow. Msza koncelebrowana byla przez dziesięciu polskich ksiezy, bo akurat byla tam jakas polska pielgrzymka. Polaków jest we Włoszech b. wielu. Wenecję zwiedzamy i z wody i z lądu. Robi na nas nie mniejsze wrazenie niż poprzednio a tłumy ludzi mi jakoś nie przeszkadzają. Pod Venecją spotykamy bardzo wiele ogromnych willi, dworków i majatków, które są opuszczone. Bardzo nas to dziwi. Czy ktoś z Was wie dlaczego są opuszczone?

 W drodze do Brindisi jest gorąco, ponad 40°C. Zatrzymujemy się na stacjach benzynowych polewamy sie woda i kladziemy na sobie mokre reczniki. Pierzemy tez a pranie schnie w ciagu godziny. Mamy w Smoku rozkładane sznurki i jest to świetny patent, bo pierzemy sami. Nocleg mamy z widokiem na cudownie oświetlony zamek w Loreto i w takiej scenerii czytamy Biblie o dzieciństwie Pana Jezusa potem wspólnie się modlimy kończac kolejny dzień.

 Na ostatnim etapie mijamy wiele miejscowosci z pięknymi zamkami na szczytowych wzgórzach. Ma się wrażenie, że roztaczaja opiekę nad pobliskimi wsiami i plantacjami winogron. I to jest to piękno i urok Europy, ta stara wspaniała kultura, dziedzictwo z przeszłości, nasza chluba i duma, radość z tego co pozostawiły nam poprzednie pokolenia. Z drugiej strony ogarnia mnie w starej Europie smutek, gdy widzę, że natura to pewnego rodzaju relikt, ktory sie czasami oglada w czyms w rodzaju muzeow jak np Plitwicki Park Narodowy na Chorwacji. Nie mozna tej natury zakosztować, skorzystać z niej, wejść w nią, dotknać. Można ją tylko obejrzeć przez szybę, jest poza zasięgiem. A tam gdzie jest osiągalna to jest rozdeptana, zaśmiecona i zalana ludźmi. Wtedy mi tęskno za moją zachodnią Kanadą, w której obcowanie z pięknem natury jest codziennością, a nie żadnym luksusem. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że do Europy przyjezdża się dla miast i ich architektury, a do Kanady dla natury. Inne nastawienie powoduje tylko rozczarowania tak jak plaże Adriatyku czy jeziora Plitwicke. Za to Dubrownik czy Wenecja to perły, których w Północnej Ameryce się nie znajdzie.

 Im dalej od domu tym bardziej robi się nam łyso. Już nie spotykamy rejestracji polskich i nawet tu na koncu Włoch zaczynamy się czuć coraz samotniej. Jest to uczucie dobrze znane każdemu podróżujacemu długo i daleko od bliskich stron.

 Do Grecji odpływamy dziś wieczorem (22/8/2000). Za nas wszystkich z samochodem zapłaciliśmy 360,000 lirów. Płynąć będziemy nocą około 10 godzin. Taką wersję wybraliśmy też 8 lat temu i bardzo byliśmy zadowoleni z wyboru czasu przeprawy przez Adriatyk. Spędzimy noc w swoim samochodzie zaparkowanym na pokładzie promu. Fale ukołyszą nas do snu, a ciepły wiaterek przyniesie przyjemne sny. Byliśmy zdziwieni ze nie bylo kolejek do promów, co prawda jest tu ich zatrzęsienie.

 Na zakończenie tego listu chciałabym zawiadomić wszystkich, że dzieki Piotrowi Szymańskiemu z Kalifornii mamy swój website, w którym drukowane są te wspomnienia.

Ceny benzyny za litr w $ USA
Polska 0.76
Chorwacja 0.78
Słowenia 0.66
Włochy 1.1

28-my sierpień, 2000
 Kochani! Po pierwsze chcielibyśmy bardzo, bardzo podziękować Pani Beacie z Techeranu, Piotrowi z Californii i Andrzejowi i Mackowi z Polski, że tak błyskawicznie odpowiedzieli na nasze paniczne listy i że dzięki Nim pierwsza poważniejsza burza jest za nami. Czujemy się dzieki Wam spokojniejsi i nie tak na końcu świata a świadomość, że kontakt jest tak szybki daje poczucie, że jesteście tuż obok. A teraz może wyjaśnie wszystkim co się stało i o jakiej burzy mowiłam.

 Zacznę jednak od wjazdu do Grecji. Bilety na prom dostaliśmy bez problemu. Zdecydowaliśmy się płynąć w nocy, żeby można było przespać się w Smoku, bo wybraliśmy prom z pokładem parkingowym. Silniki statku pracowały głośno, ale nam już nic nie jest w stanie przeszkodzić. Skorzystaliśmy też z pryszniców promowych co jest niebyle jaką dla nas gratką. Nasze standardy chigieniczne sporo się obniżyły i całe szczęście, bo w takich upałach to właściwie wszyscy trochę śmierdzą. Prom kosztował nas ze Smokiem $180 US. Dobiliśmy rano, nikt nie zajrzał nam nawet do paszportów. Natychmiast po wymianie pieniędzy odszukaliśmy internet cafe i wyslaliśmy listy. Potem bylo nabożne, wspólne czytanie listów do nas. Nawet nie wiecie jak te Wasze listy nas łączą!

 Dziekujemy wszystkim, którzy piszą. Tutaj chcieliśmy też przeprosić tych którzy do nas piszą a my nie odpisujemy personalnie. Nie robimy tego z powodu lenistwa czy zaniedbania, lecz dlatego bo nie mamy zbyt dogodnych do tego warunków. Tutejsze połączenia elektroniczne nie są nawet w przybliżeniu nie można porównać do tych którymi Wy się posługujecie.

 Grecja nas zauroczyła. Jest dużo bardziej pusta niż reszta Europy. Przecinaliśmy ją w poprzek jadąc do Tesalonik. Oczywiście zatrzymaliśmy się w Meteorze. Meteore widac było już z daleka. Nagle wśród gór pojawiły się zupełnie nowe formacje skalne: wąskie i długie jak patyki skały a na ich czubkach jakby przyklejone znajdują się małe klasztorki. Wyglądają fantastycznie. Tamtejsze klasztory zachwyciły i zdumiały nas swoim pięknem tak samo silnie jak 7 lat temu, gdy byliśmy tam po raz pierwszy. Noc spędziliśmy wysoko w górach na przełeczy 1700m. Po raz pierwszy temperatura spadła do 25 stopni. Poczulismy sie tak jakby zaraz mial spasc snieg i musielismy sie ubrac. Zaskakuje nas ilosc turystow. Osiem lat temu nie bylo ich tutaj prawie wcale. Teraz jest temperatura powyzej 40°C. Trudno wytrzymać. Decydujemy się uciec do morza. Jedziemy autostradą, za którą trzeba płacić choć alteratywnej drogi nie ma i czujemy się jak w byłym NRDówku, bo nie jest to żadna autostrada tylko normalna droga, choć na mapie zaznaczona inaczej. Grecja robi na nas wrażenie biednego kraju i cały czas się dziwimy, że Grecja jest w Zjednoczonej Europie, a Polska nie.

 Benzyna kosztuje $0.73 US czyli taniej niż w Polsce. Na noc lądujemy w jakimś nadmorskim resorcie z piękną, czystą i piaszczystą plazą. Żyć nie umierać. I tu mamy małą przygodę. Rano przytułała się do nas urocza, mała suczka. Jest brudna, zaniedbana z zaropiałymi oczkami, ale podbija nasze serca natychmiast. Debatujemy czy jej nie zabrać ale z bólem serca odjezdżamy bez niej. Po 500m zawracamy jednak i już nie możemy jej odnaleźć. Psinka znika. Jest nam bardzo przykro. Po drodze mijamy górę Olimp czym szczególnie zachwycona jest Asia, bo się o niej w tym roku uczyła.

 Tesaloniki witają nas swoim pięknem. Znajdujemy internet cafe i znów mamy nowe listy i przesyłamy swoje. Do Turcji jest już niedaleko. Wszystkie rzeki są wyschnięte, a ich koryta smutno bez radosnego plusku wygladają. Nagle pół horyzontu zaciemnia się, ale nie są to zwykłe chmury tylko ciężkie, straszne, posępne. Liczymy 4 trąby powietrzne, które powstają w zasiegu naszego wzroku. Oblatuje mnie strach. Temperatura spada do 17°C ! Zaczyna padać i ma się wrażenie, że nadeszła nagle jesień. Przez te 8 lat zmieniło się wiele. Polityka kanadyjska doprowadzila do tego, że lepszy jest paszport polski. Poprzednio wjazd do Turcji był darmowy, a teraz żądają po $50 US. Nie dziwi nikogo wcale, gdy wyciągamy polskie paszporty i opłata jest po $10. Opłata za samochód wynosi $12. Na pytanie skąd ta zmiana dostajemy odpowiedź, że Kanada pierwsza wprowadziła opłaty wizowe. Największa jednak niespodzianką była cena benzyny. Osiem lat temu $0.57 a teraz $0.88. Szkoda, że nie zatankowaliśmy do pełna w Grecji. Teraz jestesmy też milionerami, bo $1 to 600 tysięcy lirów. Nie jest łatwo liczyć tyle zer. Przejście graniczne zajęło nam 2 godziny i Kosiek był prawą reką Kuby. Ja nie mogłam w niczym pomóc, bo byłam niedysponowana. Wspólnie Chłopaki pokonywali graniczne przeszkody. Cóż to jednak za różnica! 8 lat temu Kuba borykał się sam a ja pilnowałam Malentasów, żeby się nie porozłazili. Kosiek jest w ogóle bardzo dzielny i najdzielniej znosi trudy rozłąki. Nikt za dobrze nie wie co z naszym ubezpieczenien samochodowym. Zielona karta jest dobra tylko na europejską część Turcji a dalej ponoć nie ma nic obowiązkowego. Jesteśmy już w innym świecie więc nic nas nie dziwi. Wieczorem stajemy w polu. Przychodzą wieśniacy i ofarowują nam warzywa z pola.

 Odwzajemniamy się cukierkami a Pyszczki nie mogą nadziwicć się takiej gościnności. To takie obce w zachodniej kulturze. Wjeżdzamy do Istambułu a chmury powoli nagromadzają się nad nami. Wpadamy w panikę, że przejazd przez Iran i Turcję w zimie będzie niemożliwy. Właściwie decydujemy się odwołać całą ekspedycję. Dostajemy sprzeczne informacje i załamujemy się kompletnie snując już nowe plany co zrobimy po zrezygnowaniu z Azji. Wysyłamy alarmujace emaile do przyjaciół z prośbą o pomoc i zdobycie informacji.

 Jesteśmy zaskoczeni bo odpowiedzi dostajemy natychmiast. Robi nam się ciepło koło serc i nabieramy otuchy. Informacje od Piotra są szczególnie pomocne. Sami też próbujemy się czegoś dowiedzieć i decydujemy się na jazdę dalej w zamierzonym kierunku. Kamień spada nam z serca. Wciągamy Dzieci do dyskusji co robić, są już tacy dorośli i bierzemy Ich zdania w pełni pod uwagę. Podróżowanie to ciągłe pokonywanie przeszkód i żywa przgoda i człowiek musi być gotowy na nawet drastyczną zmianę planów.

 Istambuł! Co to za miasto! Kolorowe, rozkrzyczane, bazarowe! A potem Niebieski Meczet i kościół (teraz meczet muzeum) Sofi! Niesamowite budowle. Robię miliony slajdów. Wszystko jest fascynujace. Na ulicach tłumy ludzi i jakaś specjalna atmosfera w tym ulicznym bałaganie. Jesteśmy oczarowani. Do snu usypia nas śpiew meczetów, których tu jest niezliczona ilość.

 Azjatycką część miasta mamy okazję poznać następnego dnia. Jedziemy do ambasady kanadyjskiej tonąc po prostu w morzu ulicznego ruchu. Żółw prowadzi wprost genialnie. Trudno to sobie właściwie wyobrazić dopóki samemu się tego nie przeżyje. Prowadzi Go chyba sam Swięty Krzysztof. Na 3 pasach jadą 4 rzędy samochodów i każdy się wpycha i każdy trąbi. Tego nie da się przeżyć w Canadzie. Istambuł jest ogromny i nieprawdopodobnie zatłoczony. Jeździ się tu "bumper to bumper".

W ambasadzie kanadyjskiej kazano nam zapłacić $32 za list do ambasady pakistanskiej. Za to prawdziwy szok przeżyliśmy w ambasadzie pakistańskiej. Za podwójną wizę zażądali $180 od osoby nie biorąc pod uwagę, że Dzieci są w moim paszporcie. $900 !!!

 Aż trudno uwierzyć. Postanowiliśmy zaryzykować i postarać się o wizy w Techeranie. Może nie policzą tam za dzieci. Musimy też złożyć wnioski o wizy indyjskie bo tu kazali nam czekac 10 dni. Wizy to zawsze duży kłopot. Nigdy jednak poprzednio nie był to problem finansowy. Powoli podróżowanie po Trzecim Swiecie robi się tak drogie, a z rodziną będzie niemożliwe. Tani świat się coraz to bardziej kurczy a restrykcje wizowe np. w Canadzie dla innych nacji przynoszą takie same restrykcje w stosunku do Kanadyjczyków. Wizy do polskich paszportów nie byłyby tańsze. Jeśli nie w tych drzwiach to może w innych.

1-szy wrzesień, 2000
 Całe szczęście, że jesteśmy już na terenie Azji, bo odkąd mamy website Kubusińscy w Azji to jakoś łatwiej będzie mi podzielić się z wami naszymi nowymi decyzjami własnie z Azjii. Otóż jadąc górską drogą Dzieci zaczęły narzekać na długie godziny w samochodzie. Zaczęliśmy myśleć o tym ile jeszcze tysięcy takich kilometrów, które trzeba zabić zostało nam do zrobienia. Wtedy też przyszła nam inna myśl.

 Policzyliśmy ile nas to będzie kosztować i okazało się, że przy zużyciu paliwa 18-19 l/100km możemy polecieć do Nepalu zamiast jechać. Nie mogę nawet powiedzieć, że zrobiliśmy jakieś błędy bo cena benzyny poszła w góre tuż przed naszym wyjazdem. Nie przewidzieliśmy jednak, że zmieniła się polityka kanadyjska i że Kanada wprowadziła dla wielu nacji wysokie opłaty wizowe. Oczywiście odpowiedziano tym samym. Pakistańska ambasada chciała za wizę $900 od nas. Stwierdziliśmy, że nie ma się co męczyć jesli można wybrać łatwiejsze rozwiązanie. Osiągniemy właściwie to co planowaliśmy tzn. poszwędamy się po Nepalu i jedyna duża strata to nie obejrzenie Karakorum Highway. Oprócz tego wypełnimy program rodzinny, zwiedzimy Izrael, Syrię i Jordan i może zawadzimy o Egipt. Na wiosnę planujemy Baja California.

 Zapewne overland do Nepalu brzmi bardziej imponujaco niż samolotem, ale przecież robimy to dla siebie. Plan jest więc taki: do Warszawy wracamy 1 listopada jeżdżąc teraz po Bliskim Wschodzie. Potem lecimy na miesiąc do Nepalu. Grudzień i święta z rodzicami w Polsce co zamknie pierwszych 7 miesiecy. Pozostale 2-3 to jazda na Floryde i Baję Californię. Na początku - w połowie maja wracamy do domu. Jadąc do Nepalu samochodem nie zobaczylibyśmy prawdopodobnie Bliskiego Wschodu i do Kanady planowaliśmy wrócić na początku lutego. Czasowo więc nasz plan się specjalnie nie zmienia. Wczoraj Marta dostała parę emaili od koleżanek. Czytając je na głos ryczeliśmy ze śmiechu. Były to opisy pierwszych dni w nowej szkole średniej. Jak młodość inaczej odbiera świat. Myslę, że Pyszczki śmiały się zupełnie z czego innego niż my. Nas śmieszy ich straszna krotkowzroczność i to, że im się wydaje, że pochodzimy z jakiś przedpotopowych czasów i że nigdy nie przeżywaliśmy tego co oni. A przecież 40 lat to jeszcze nie tak strasznie dużo!

 Jesteśmy w Samsun nad morzem Czarnym. Cały ten świat to świat muzułmański. Mieliśmy okazję rozmawiać z młodymi Turkami. Wstydzą się tego, że są Turkami. Nie widzą perspektyw dla siebie. Krytykują religię muzulmanską jako fanatyczną i rząd, że źle rządzi. Co się poźniej dzieje z ludźmi, że się zmieniają i już nie widzą świata tak ostro.

4-ty wrzesień, 2000
Minęło znowu parę dni, które przyniosły sporo nowych, ciekawych doświadczeń.
Po zmianie decyzji co do drogi, którą osiągniemy Nepal zaczęliśmy realizować zmieniony plan.

W drodze nad Morze Czarne mieliśmy małą przygodę. Na noc zatrzymaliśmy się wysoko w górach i pewnie byłoby to bardzo dobre miejsce, gdyby nie to, że zauważyliśmy, że tubylcy boją się kampingować. Już późnym wieczorem przyszedł do nas facet i długo i namiętnie coś nam tłumaczył pokazując gestami pistolet i strzał w głowę. Pewnie by nas to nie zraziło, ale gość był jeszcze bardziej nie zrażony naszą odpornością na jego historię i powtarzał ją tyle razy, nie opuszczając nas, aż załamaliśmy sie i ... odjechaliśmy. Normalnie w nocy nigdy nie prowadzimy. Jest to jedna z podstawowych zasad, którą zawsze przestrzegamy. Tym razem zmierzchało się. Stanęliśmy przy drodze na terenie, na którym chyba zaczęto budować dom. Było już zupełnie ciemno. Pyszczki zasnęły a my jeszcze po cichu rozmawialiśmy na zewnątrz. Była może 21.30. Nagle ktoś odezwał się bardzo blisko nas i dwa razy wystrzelił, pewnie w powietrze. Widziałam tylko światło strzału, bo było bardzo ciemno. Oczywiście postanowiliśmy się jak najszybciej wynieść. Zajęło nam to może 30 sekund. Asia bardzo się przestraszyła, Szkut wszystko przespał a Kosiek jak zwykle zniósł wszystko dzielnie.

Samsun to miasto portowe na północy. I znów mamy szczęście bo spędzamy dzień i noc w miejscu, o którym można by było tylko marzyć. Stanęliśmy nad morzem przy kortach tenisowych. Okazało się, że to ekskluzywny klub, którego szefem jest Gruzin. Otworzył nam natychmiast serce gdy się okazało, że możemy mówić po rosyjsku. Mieliśmy tam prysznice z ciepłą wodą i święty spokój. Zrobiliśmy pranie.
Rozmawialiśmy też z paroma młodymi Turkami o obecnej sytuacji. Wstydzą się swojego kraju, są bardzo krytyczni, narzekają na 100% inflacji rocznej i na muzułmańską religię, która jest fanatyczna.

Bardzo często myślimy o naszych znajomych, ale niektórzy przypominają się nam w pewnych konkretnych sytuacjach. Ile razy napełniamy zbiornik woda, tyle razy korzystamy z patentu Leszków, czyli z przeciętej butelki po cocacoli. Jest niezwykle użyteczna. Dostaliśmy też email od Leszka, ale sądzę, że to co chcielibyśmy Mu powiedzieć może zainteresować wszystkich.

Zaledwie przez ostatnich parę lat świat zmienił się bardzo, mam na myśli głównie trzeci Swiat i kraje pokomunistyczne. Czasy, kiedy mając dolary było się milionerem, bezpowrotnie minęły. Jest silna tendencja do wyrownywania cen na całym świecie. Porównując nawet ceny sprzęd osiem lat temu, kiedy to byliśmy na Bliskim Wschodzie, podróżowanie stało się dużo droższe. Nie ma już chyba miejsc, w których coś byłoby groszowe lub wycieczki byłyby za pół darmo. W Turcji np. wejścia kosztowały dolara, a teraz kosztują ...dziesięć. I takich przykładów można by mnożyć. Jedzenie jest tylko trochę tańsze niż u nas i to głównie owoce i warzywa. Mięso jest droższe i orzechy, które się do nas sprowadza, też są droższe! Muszę przyznać, że te rzeczy nas zaskoczyły. Pewnie można by to było sprawdzić wcześniej, ale nie przyszło to nam do głowy. Kiedyś też opłaty wizowe były nieporównywalnie tańsze i nigdy nie liczono za dzieci w paszporcie tak jak teraz. Mając teraz znacznie więcej pieniędzy, mamy ich w gruncie rzeczy dużo mniej. Czasy tanich podróży po świecie dla tych, którzy mają fantazję a nie mają zbyt dużo pieniędzy, skończyły się. Szkoda.

Zaczynamy szkołę czyli matematykę. Każdy jest bardzo chętny, może dlatego, że tym razem szkoła jest nieprzymusowa.
W drodze do Ankary mamy ciekawą przygodę. Nocujemy pod Ankarą, na wzgórzach, ponad wsią. Obserwujemy osiołki ciągnące drzewo, kolorowo ubranych ludzi i chałupy tak inne niż nasze. Przychodzi parę ciekawskich dzieci. Częstujemy ich gumami do żucia co sprowadza wkrótce większe towarzystwo. Najpierw przynoszą nam obiad i następuje pewnego rodzaju wymiana upominków. Potem przychodzi parę kobiet i uśmiechamy się do siebie. Siadają blisko i po pewnym czasie próbujemy je ignorować i zająć się własnymi sprawami. Czujemy się trochę jak w teatrze, tylko tym razem my jesteśmy na scenie! Wkrótce dostajemy zaproszenie do dwóch domów. Siedzimy na podłodze na dywanach i tylko Kosiek góruje nad nami na krześle (Kuby nie ma). Gdy usiadła na nim w pierwszej chwili Asia, to przeproszono Ją i krzesełko wskazano Kośkowi-mężczyźnie (ha, ha, koci ogon). Poczęstowano nas zimnym arbuzem i turecką, mocną i bardzo słodką kawą. Przedtem polano nam ręce jakimiś perfumami, co zdarzało nam się już poprzednio. Po tej wizycie wieś przynosi nam herbatę, naleśniki, ciasta, owoce i warzywa i koniecznie namawia nas na spanie w swoich domach. Mamy około dwudziestu "gosci". Przyjęcie jest jednak przygotowane przez nich. Jesteśmy wzruszeni a Pyszczki jak zwykle zdziwione bezinteresownością tych ludzi. Siedzimy i "gadamy". Jakimś cudem dowiadujemy się, że jedna rodzina to Kurdowie, którzy przenieśli się z Kars (na wschodzie) 8 lat temu, bo tam było zbyt niebezpiecznie. Ta też rodzina zaprasza nas na sśniadanie następnego dnia. Będziemy jeść różne dziwne rzeczy, których nie dało się rozpoznać jako nic znajomego. Bardzo nam jednak smakowały. Ludzie, nie widząc naszych obrączek, zwracali na to uwagę i upewniali się czy jesteśmy małżeństwem pomimo trójki dzieci. Na szczęście mam na palcu wyryty rowek od obrączki i dość łatwo było im wytłumaczyć, że na podróż zostawiliśmy obraczki w domu. A "postępowy" świat próbuje nam wmówić, że śluby to przeżytek, brak nowoczesności i jakieś niepotrzebne obciążenia. A tymczasem nawet tacy prości ludzie cenią sobie wagę przysięgi i zobowiazania.
Ankara wita nas ogromnym ruchem, ale jest przestronniejsza od Istambulu i jakoś łatwiej nam się tu poruszać. Ruch jest podobnie wariacki jak gdzie indziej, ale dzięki temu, że nikt nie przestrzega przepisów i my możemy ich nie przestrzegać, jeśli zachodzi tego potrzeba.

Z ambasady syryjskiej wysyłają nas do kanadyjskiej po list rekomendacyjny. Bierzemy taksówkę aby pocałować klamkę: Labour Day (Dzień świeta pracy w Canadzie). Zaczynamy się śmiać. Zaliczamy więc ambasadę jordańską. Wizę można tu dostać od ręki, ale facet radzi nam wziąć ją na granicy, bo tutaj musi z nas zedrzeć również za dzieci a tam, przypuscza, policzą nam tylko za 2 paszporty. Odnajdujemy ambasadę egipską, ale już jest zbyt późno. Nic nie jest nas jednak wyprowadzić z równowagi. Spróbujemy szczęścia jutro.
Zaskakuje nas ilość cyber cafes właściwie wszędzie. Dzięki nim mamy świetny kontakt z bliskimi.

8-my wrzesień, 2000
Zdaje mi się, że Żółw wysłał ostatnie wspominki zanim dokończyłam je pisać. No, trudno.
Noc w Ankarze spędziliśmy w samym centrum miasta przy dużym parku. Starałam się nie myśleć co wdychamy przez tyle godzin, bo zanieczyszczenie powietrza spalinami jest tak wielkie, że bolą oczy. Wieczorem podszedł do nas jakiś Turek i bardzo słabą angielszczyzną dał do zrozumienia, że musi koczować na dworzu przez noc, bo czeka na jakąś wizę. Noc ma być zimna, a on ma krótkie rękawy więc czy moglibyśmy mu jakoś pomóc. Kosiek stwierdził natychmiast, że to na pewno czas próby dla nas i że Pan Jezus pojawia się pod różnymi postaciami i że musimy pomóc nawet jeśli facet ma nas okraść. Pomyślałam sobie jak jednak duży wpływ ma nasze wspólne czytanie Bibli.

Cieszę się, że Dzieci próbują wprowadzić pewne sprawy w codzienne życie. A pożyczone ciuchy? Owszem, wróciły! O drugiej nad ranem. Turek walił w Smoka stawiając wszystkich na nogi, żeby oddać rzeczy.
Już od rana jesteśmy w ambasadzie kanadyjskiej. Przed drzwiami duży tłok, ale nas wpuszczają do środka jako obywateli. Za 50$ dostajemy nowy list polecający do ambasady syryjskiej i spotykamy Martina z Quebecku, który załatwiał taki sam list. Razem pojechaliśmy do ambasady syryjskiej i już bez przeszkód, za jeyne 130$ dostajemy wizy. Wybieramy się przy okazji do ambasady egipskiej zaciągnąć języka. Wiza dla Polaka kosztuje 24$ a dla Canadola 72$! Najekonomiczniej dla nas byłoby mieć 5 paszportów kanadyjskich i dwa polskie z dziećmi wpisanymi do mnie. My mamy odwrotny układ. Kto by to przypuszczał, że polski paszport przebije kanadyjski na głowę.

W ambasadzie egipskiej, w informacji dla turystów, pytamy czy można przekroczyć granicę w takim, a takim miejscu. Facet na to daje nam taką odpowiedź: a skąd ja mam wiedzieć, jestem Turkiem i nigdy tam nie byłem. Ach ty Turku, chciałoby sięe powiedzieć. Samo życie.
Zjeżdżamy na południe w kierunku Capadocci. Mijamy dziwne wyschnięte jezioro a krajobraz jest iście księżycowy. Nocujemy w pięknym górzystym terenie. Bonusem jest wzięcie prysznicu. Korzystamy z konstrukcji Żółwia i czujemy się jak nowo narodzeni. Woda jest nagrzana słońcem, bo w ciągu dnia mamy temperatury ponad 30 stopni. W nocy za to spadają do 10 i bardzo dobrze nam się śpi. Dla statysyk podam, że na prysznic dla pięciu osób z myciem głowy zużyliśmy 30 litrów wody. Ciekawostką w Turcji jest to, że w górach, co kilkanaście kilometrów są ujęcia pitnej wody. Nie musimy jej więc tu filtrować. Nauczyliśmy się tego 8 lat temu.
W Capadocci zwiedzamy podziemne miasto sprzed 400 lat p.n.e. Ma 40 poziomów i służyło pierwszym chrześcijanom jako miejsce kryjówek. Mieszkało tam przez lata kilkaśascie tysięcy ludzi.

Potem wjeżdzamy do części Capadocci dla krasnoludów. Widzimy te cuda po raz drugi i robią na nas wrażenie nie mniejsze niż za pierwszym razem. Nocujemy pośród "termitier" jak to Pyszczki określają te niesamowite formacje skalne. Dla mnie szokujący jest fakt, że ciągle mieszkają tam ludzie. W niektórych miejscach znajdują się kościoły z XI-tego wieku. Wspaniałe freski poniszczone są przez Muzułmanów, którzy oprowadzając teraz turystów opowiadają im jak to ptaki wydziobały twarze świętych!!!
Nagle dzieje się wokół nas coś dziwnego. Następuje jakby zaćmienie słońca. Pobliska dolinę zaczyna wchłaniać nadciągającą szybko chmura. Trudno stwierdzić czy to burza piaskowa czy huragan. Jak zwykle wpadam w panikę w takich chwilach. Potem rodzina śmieje się ze mnie (ale już po fakcie). Łapiemy do połowy ugotowany obiad i zjeżdżamy do hotelu. Boję się, że Kosiek dostanie ataku astmy. Wykupujemy Mu miejsce w hotelu.

Przy okazji natykamy się na polską wycieczkę. Postanawiamy wybrać się z nimi na turecką noc czyli pokaz regionalnych tańców. Kosiek niestety zostaje. I Jemu i nam jest bardzo przykro, ale boimy się ryzykować. Restauracja mieści się w środku wydłubanej "termitiery". Tańce jak tance, nic specjalnego. Ciekawe są za to stroje.
Dziewczynki są w centrum zainteresowania wielu tureckich kelnerów-nastolatków jako, że średnia wieku gości plasuje się około 50tki. Wracamy w nocy.

W drodze nad wybrzeże wjeżdżamy w wysokie góry. Są przepiękne. Gdy nocujemy "in the middle of nowhere" zjawia się stary Turek i przynosi garść winogron i jabłek. Po raz kolejny zaskakuje nas taka gościnność.
Na zakończenie ciekawostka z drogi. Przejeżdżamy koło wielkich pól słonecznikowych. Kiedy słoneczniki są już gotowe zbiera się je ręcznie i ręcznie wydłubuje pestki. Całe rodziny siedzą na szosie i dłubią. Stosy pestek wyglądających jak kamyki leżą wszędzie. Potem wsypuje się je do worków i przesyła między innymi do Canady. Można kupić je w naszych sklepach. Patrząc jednak na to kto te pestki wydłubuje, nie wiem czy będę mogła je kiedykolwiek jeszcze wziąść do ust.

14-sty wrzesień 2000
Jesteśmy od wczoraj w Jordanie.
Z Cappadpcci wyjechaliśmy oczarowani. Wjechaliśmy w bardzo wysokie góry próbując dostać się do Antakiji. Jak zwykle jednym z ważnych punktów programu w każdym mieście jest odszukanie internet cafe, których na szczęście jest wszędzie bardzo dużo. Tubylcy przychodzą tam głównie, żeby pograć w gry. W Antakji, blisko granicy, wszyscy z ciekawością nam się przyglądają. Jesteśmy dla ludzi nie mniejszymi dziwolągami niż oni dla nas. Większość ubrana w arabskie już stroje. Samo miasto szare, zakurzone, brudne. Wielkim przeżyciem jest odwiedzenie groty Sw. Piotra. Jest to grota, w której nauczał pierwszych chrześcijan. W tej chwili jest tam w środku oltarz i raz w miesiącu odprawiana jest msza. Akurat czytamy wspólnie "Szate" na głos i wszystkie wydarzenia w tej powieści z czasów tuż po ukrzyżowaniu odbywają się na terenach, w których my się znajdujemy. Jak zupełnie inaczej, pełniej, można odebrać tą książkę właśnie tutaj. To samo odczucie ogarnia nas gdy czytamy Pismo Swięte. Być właśnie tu, gdzie to wszystko działo się ,to naprawdę mocne przeżycie.

Dwie noce spędzamy nad morzem. Mamy jak zwykle szczęście. Stoimy między letniskowymi domami tureckimi. Właściciele zgadzają się z ochotą. Przez te dwa dni nie gotuję, bo przynoszą nam wszystkie posiłki włącznie z herbatą i kawą. Mamy okazję spróbować wiele tureckich przysmaków. Próbujemy się zrewanżować dając w prezencie nasze suche zupy.

Czy wiecie dokładnie co to znaczy siedzieć jak na tureckim kazaniu? Otóż ja już wiem. Zostaję zaproszona przez opiekujące się nami Turczynki na małe babskie posiedzenie. Nie rozumiem nawet pół słowa choć gospodarze czują się w obowiazku coś do mnie od czasu do czasu powiedzieć. Uśmiecham się grzecznie i głupkowato i przytakuję od czasu do czasu. Czekam na stosowny moment kiedy można wyjść.
Kąpiemy się choć woda jest tak ciepła, że nie można się w niej ochłodzić. Pyszczki budują z Żółwiem wielki zamek z piasku i są z niego bardzo dumni. Każą sobie robić zdjęcia na pamiątkę. Zauważyłam, że dzieci lubią powtarzać rzeczy związane z Ich dzieciństwem Żółw zawsze budował Im zamki na plażach i teraz nie chcieli zrezygnować z Jego obecności.

W drodze mijamy prawdziwe pola bawełny. Widzimy je pierwszy raz w życiu. Zatrzymujemy się, żeby zerwać pare białych kulek. Mamy okazję obserwować też wiele innych warzyw i owoców, które zna się ze sklepu, ale czasem trudno nawet wyobrazić sobie jak one rosną.
Do Syrii wybieramy drogę nad morzem. Jest zaznaczona jako główna droga. Okazuje się, że jest to nie droga a dróżka w przebudowie, na której średnią mamy 30km/h. Nastawiamy się na najgorsze jeśli chodzi o granicę i mile się rozczarowujemy. Wyjazd z Turcji trwa może 15 minut a wjazd do Syrii zajmuje nam trochę ponad godzinę. Opłaty graniczne wynoszą 70$ US. Spotykamy też miłego, kulturalnego celnika z inteligentną twarzą, który mówi po angielsku. Dajemy mu parę zabawek dla jego córeczek. Nie chce przyjąć, jest zażenowany. Droga w Syrii jest dobra i cały kraj przecięty jest nową, darmową autostradą. Benzyna kosztuje tu dwa razy mniej niż w Turcji 0.42$ US. Nareszcie jakaś przystępniejsza cena.

Jest upalnie i nocujemy znów nad morzem. I właśnie na tym noclegu nastepuje przewrót i rewolucja moich poglądów na temat uprawnienia kobiet. Zawsze uważałam, że kobiety wyszły na tym jak Zabłocki na mydle. Ale teraz, gdy pot leje się ze mnie ciurkiem, jestem przegrzana i zmęczona i widzę jak arabscy faceci wchodzą do morza w kąpielówkach a ich biedne kobiety w pełnym rynsztunku tzn. w sukienkach, płaszczach, spodniach, chustach - to trafia mnie szlag na tę jawną niesprawiedliwość. W tych warunkach i ja nie odważam się wejść do wody w kostiumie męcząc się w Smoku. Sciska mnie i postanawiam zrobić jakieś transparenty i głosować za równouprawnieniem.

Druga denerwująca sprawa z tej serii to zachowanie mężczyzn wobec siebie. Sciskają się, całują w policzki, trzymają się za ręce i to jest w porządku. Ale my, po 20 latach małżeństwa nie mamy prawa wziąść się za ręce publicznie. Czy to nie głupie?!
I znów na noclegu zaproszeni jesteśmy przez rodzinę syryjską. Facet jest wykładowcą na Uniwersytecie i dobrze mówi po rosyjsku, bo studiował w Moskwie. Jaka szkoda, że nie przykładaliśmy się do tego języka więcej. Rozumiemy dość dobrze, ale mówić jest bardzo trudno. Żona zna trochę angielskiego więc jakoś można się dogadać. Od czasu dokarmiania nas przez Turków nam ostre bóle brzucha.

Wjeżdżamy w głąb Syrii do Hosn aby zobaczyć zamek Crac des Chevaliers z XII-go wieku. Jest doskonale zachowany z wieloma szczegółami. Wyobraźnia natychmiast wypełnia mury postaciami Krzyżowców. Wejście kosztuje $7 US a osiem lat temu płaciliśmy... pięć centów. Obecnie Syryjczycy płacą 10 razy mniej, a policja i wojsko jeszcze mniej. To są właśnie jedne z przyczyn, o których pisałam, że tanie podróżowanie ma się powoli ku końcowi.
Nowa autostrada bardzo przyspiesza poruszanie się, choć raz tyle samochodów jechało pod prąd, że ulegliśmy złudzeniu, że to MY jesteśmy na złym kierunku. Przecinamy pustynię. Wieje ostry wiatr, który jest tu chyba częstym gościem, bo drzewa wygięte są w jednym kierunku. Obserwujemy powstawanie wielu trąb powietrznych.

Zatrzymujemy się w Damaszku. Kolorowy, arabski, egzotyczny, głośny tłum przewala się przez ulicę. Wszystkie napisy w niezrozumiałych esach floresach dodają dużo uroku. Roznosiciele herbaty gotowi są do usług w każdej chwili. Fantastyczny targ. Jedna kobieta, chyba Hinduska, ma nogi pokryte różnymi wzorami. Mieni nam się w oczach. Zatrzymujemy się przed knajpą, w której wystawione są dziwne kawałki mięsa. Nienasycony Kosiek zapytał właściciela co to jest i okazało się, że...jądra. Kosiek pozieleniał, a właściciel knajpy śmiał się z wyrazu obrzydzenia malującego się na twarzy mojego synka. Ja też.
W całym kraju rozwieszone są czarne flagi. Jakiś czas temu zmarł syryjski prezydent a następcą zastał... jego syn. Oba bubki rozklejone są wszędzie na tysiącach plakatów, nawet na wielu prywatnych samochodach widać ich podobizny. Skąd my to tak dobrze znamy?

Bosra, miasteczko przygraniczne. Do obejrzennia jest tu świetnie zachowany teatr rzymski. Wokół mnustwo ruin, kolumn z czarnego bazaltu a ciekawostką jest to, że mnustwo tych ruin jest zamieszkałych.
Wyjazd z Syrii jest prosty i tylko zmuszają nas do ofiarowania sobie jakiegoś upominku.
Miła niespodzianką jest też Jordan. Rada faceta z ambasady jordańskiej w Turcji okazała się być dobra. Wizy, które otrzymujemy tutaj na granicy są nie tylko dużo tańsze, ale też nie liczą za dzieci w moim paszporcie. Wszystko razem z wizami kosztuje 60$, a trwa może ze dwie godziny.

Postanawiamy znaleść szybko nocleg. Trafiamy na internet cafe i email trafaia nas prosto w serce. Dostajemy wiadomość o odejściu naszego kochanego księdza Antosia w Calgary. Wreszcie, gdy trafili nam się super księża to jeden z nich decyduje się odejść. Czy to nie pech! Jesteśmy zrozpaczeni, rozczarowani, źli. Listów jest dużo. Dziękujemy Wam wszystkim.

Trafiamy znów genialnie noclegowo. Przez kompletny przypadek dostajemy się do amerykańskego, misyjnego szpitala protestanckiego. Dostajemy miejsce w ogrodzie, mamy prysznic i pitną wodę. Jest nam jak w raju rozważywszy, że znajdujemy się na środku pustyni. Jak nie wiele człowiekowi potrzeba do szczęścia gdy ma tak mało. Lekarz oprowadza nas po szpitalu. Leczą tu gruźlicę. Spotykamy innych pracowników. Jest szwajcarska rodzina z dziećmi. Bardzo interesujące są ich historie. Nie mają łatwej pracy. Podziwiamy ich oddanie i poświęcenie. Przez cztery lata są na misji a piąty rok spędzają w kraju zbierając forsę na utrzymanie szpitala i swoje. Niesamowite. Oprowadzający nas lekarz opowiada nie tylko o problemach od strony prowadzenia misji. Opowiada też o problemach ludności tutaj. Mówi np. że molestacja seksualna dzieci jest tu powszechna. Aż trudno uwierzyć. Te spotkania, których nigdy nie dałoby się wcześniej zaplanować, te informacje, których nie opisze żaden przewodnik są bezcenne i są cześcią przygody i nagrodą za niewygody i trudności. O misji postaram się napisać wiecej w następnym liście.

17-ty wrzesień 2000
Szpital opuściliśmy z żalem tak miło nam tu odpoczywać. A i szef zatrzymałby mnie z pocałowaniem ręki, tak bardzo potrzebują tu laborantki.
Pędzimy w kierunku Jordanu. Okolica zazielenia się coraz bardziej. Wreszcie ukazuje się naszym oczom rzeka Jordan, świadek tak wielu historycznych wydarzeń.

Wreszcie granica. Jordan opuszczamy parokrotnie. Najpierw nas rewidują, potem wchodzą na dach i oglądają samochód od spodu. Kino. Potem milion formalności, wymiany pieniędzy aby się okazało, że nie zapłaciliśmy wyjazdowego taxu. Więc znów wymiana pieniędzy na jordanskie i zdzierają z nas na koniec 30$. I tak w koło Macieja. Ostatni szlaban i Jordan mamy za sobą.

Przed nami Izrael i pierwszy szlaban. Po długim oczekiwaniu ktoś nas raczy zauważyć i wjeżdżamy na inspekcję. Oglądają Smoka lustrem od dołu, ale na szczęście nie każą nam wszystkiego wyładowywać ze środka czego się spodziewaliśmy. Upał ponad 40 stopni. Jesteśmy bliscy zasłabnięcia. A tu następna buda, tym razem kontrola paszportowa i rozmowa osobista na temat kto rodził, kto płodził. Na końcu celnicy. Wydają nam pozwolenie na Smoka po uprzednim zapłaceniu za ubezpieczenie ($76 za 7 dni). I wreszcie jesteśmy wolni chociaż pół żywi. Wszędzie pracują prawie same kobiety. Jest to tak rzucające się w oczy, że aż robi dziwne wrażenie. "Gdzie są te chłopy?!" Chciałoby się zaśpiewać za Danutą Rinn.

Jesteśmy w Ziemii Swiętej! Hurra! Pędzimy do Nazaretu. Nigdy bym nie pomyślała, że tu tak górzysto.
Bazylika Zwiastowania z grotą, w której Matka Boska przyjęła swoje posłannictwo, piękna. Jest tu mnustwo pielgrzymek także polskich. Spotykamy też brata Tadeusza, franciszkanina, który dotarł tu na ... rowerze. Każdy ma swoją pielgrzymkę. Jaka będzie nasza?
Izrael jest bardzo źle oznakowany i dość łatwo się zgubić. Koszt benzyny plasuje się na drugiej pozycji, tuż za Włochami, 1.05$ US. Wszystko jest bardzo tutaj drogie, droższe niż w Canadzie.
Pierwszy nocleg wypada nam koło cmentarza. Zasypiamy przy odgłosach pistoletów maszynowych. Żółw uspokaja, że na pewno poligon jest gdzieś w pobliżu. OK!

W Hajfie załatwiamy bilet na prom do Europy, bo powrót lądem jest już niemożliwy. Pobyt w Izraelu przekreśla ponowny wjazd do Syrii. Szkoda tylko, że turyści muszą ponosić konsekwencje złych układów politycznych.
W Kanie Galilejskiej myślimy o pierwszym cudzie Jezusa i wprost trudno nam uwierzyć, że tu właśnie jesteśmy, tylko 2000 lat później. Kąpiemy się w pięknym jeziorze galilejskim położonym w półpustynnym krajobrazie.
Potem wjeżdżamy na Górę Błogosławieństw z kościółkiem otoczonym pięknymi ogrodami i wspaniałym widokiem na jezioro. Na dole pod nami Kafarnaum. Ileż tu się wydarzyło! Tu Pan Jezus nauczał, uciszał jezioro, tu mieszkał, chodził po wodzie, stąd powołał apostołów. I my tu jesteśmy. Mocne wrażenie.

Na Górę Tabor częściowo wjeżdżamy a częściowo wchodzimy. Pomimo bardzo wczesnej godziny jest już tam parę pielgrzymek. Dołączamy się do polskiej grupy i bierzemy udział we mszy. Jakie to miłe uczucie śpiewać z rodakami po polsku "Boże, coś Polskę" na górze Przemienienia.
W drodze do Jerozolimy gubimy się kompletnie. Jest wiele nowych dróg i nikt nic nie wie. Na szczęście Izrael ma 60km szerokości więc przez pomyłkę, spod granicy jordańskiej znajdujemy się nagle przy morzu Sródziemnym. Teraz przynajmniej wiadomo jak jechać. Dzięki tej pomyłce widzimy jak zachodnia część żydowska różni się od muzułmańskiej Samarytanii. Część żydowska jest zadbana i czysta, a muzułmańska jak to u Arabów.

W Jerozolimie znajdujemy doskonałe miejsce na noc tuż obok Starego Miasta. YMCA zgadza się na nasze parkowanie na swoim parkingu i to za darmo. Jest tu cicho, bezpiecznie, jest woda. Jest to po prostu dar z nieba. Z parkingami są ogromne trudności, nie mówiąc już o ogromnych kosztach. Najpierw odwiedzamy Bazylikę Sw. Grobu. Jest niesamowita. Jesteśmy głęboko poruszeni. Potem idziemy Drogą Krzyżową, oglądamy ścianę płaczu, meczet Skały, grobowiec Dawida, Wieczernik i wiele jeszcze innych miejsc. Swiadomość tego, co wydarzyło się tutaj jest rozpierająca. Oprócz religijnego znaczenia tej części, Jerozolima jest fascynujaco ciekawa. Pomieszane narodowości, zróżnicowane ubiory, Żydzi starozakonni i nawet przejścia przez policyjne bramki są bardzo egzotyczne. Chciałabym tu wrócić. Niedługo. Jeden raz to zupełnie za mało. Trudno w siebie wchłonąć to wszystko w ciągu tak krótkiego czasu.

21-szy wrzesień 2000
Pobyt w izraelu musieliśmy obciąć o dzień, bo nie zauważyliśmy, że pozwolenie wystawiono nam do 20go a nie do 21go tak jak zapłaciliśmy. W czasie wyjazdu z Jerozolimy jak zwylke zgubiliśmy się z powodu fatalnego oznakowania. Dopiero po pewnym czasie skierowaliśmy Smoka w kierunku morza Martwego.

Zjechaliśmy do najniższej części naszego globu na minus 400m. Właściwie żadnej różnicy nie odczuliśmy. Zmienił się jednak dość drastycznie krajobraz. Wjechaliśmy na pustynię. Temperatura niestety podskoczyła. Droga ta jest bardzo uczęszczana i dobra.
Do morza Martwego dojechaliśmy dość szybko i postanowiliśmy się wykąpać. Pamiętam to uczucie sprzed 8 lat, ale dla dzieci była to niezła zabawa. To tak jakby położyć człowieka na powierzchni wody a nie do wody. Potem ma się uczucie, że się jest oblepionym gęstą mazią, ale sól na szczęście jest łatwo spłukać.

Noc spędziliśmy na bardzo ładnej, czystej i bezpłatnej "rest area" (coś w rodzaju parkingu do odpoczynku). W Izraelu spotkaliśmy takie miejsce po raz pierwszy. Tuż przed snem braliśmy zimny prysznic, żeby móc zasnąć.
Do przygranicznego Eliat jest z Jerozolimy 300km. Miasteczko typowo turystyczne położone nad morzem Czerwonym zapchane ludzmi. Jest tutaj najlepsza na świecie rafa koralowa łatwo dostępna. Tu dopiero przydały się maski i fajki. Takiego świata nie widzieliśmy jeszcze nigdy. To tak jakby zamknąć człowieka w egzotycznym akwarium. Muszę przyznać, że nawet bałam się niektórych ryb, które nie bały się mnie. Chcielibyśmy tu jeszcze wrócić.

Kubie udało się od ręki załatwić wizy egipskie chociaż nie miał ani zdjęć ani mojego podpisu. Było to jednak po godzinach i widocznie szefa nie było w pobliżu. Wizy zostały wystawione, pieniądze pobrane ale nie dostaliśmy pokwitowania. Nie policzono nam za dzieci w paszporcie.

Przechodzenie granicy było niezłym doświadczeniem dla Pyszczków. Najpierw Żydzi zdarli z nas tax wyjazdowy po 16$ US. Brak informacji i organizacji zadziwia w takim kraju. Potem zaczął się "Meksyk" czyli granica egipska. Arabi niegrzeczni nieprzyjemni, bo nic od nas nie dostali, kazali nam wypakować WSZYSTKO ze Smoka. Dzieci były zdumione i oburzone. My znamy to z innego systemu bardzo dobrze, więc nie była to taka niespodzianka. Potem zaczął się korowód z ubezpieczeniem, rejestracją i cłem. Razem pobrano 90$ US. W karnecie przez pomyłke napisano nam w Ottawie, że objętość silnika wynosi 1330ml, podczas gdy ma prawie 6 litrów. Cło płaci się od objętości i Arabi od razu kapnęli się, że coś jest nie tak. Nigdzie jednak w dokumentach kanadyjskich nie jest napisane jaka jest objętość silnika. Kuba wygłosił mowę, że nie zna się na silnikach, ale karnet był przygotowany przez rząd kanadyjski, co jest zgodne z prawda, a rząd się nie może mylić (co już nie jest zgodne z prawdą). Autorytet rządowy zadziałał i machnęli na nas ręką, chociaż mieli mnóstwo wątpliwości. Udało nam się przez przypadek, bo zamiast 300$ cła, zapłaciliśmy tylko 70$ jak za najmniejszy samochód. Kiedy myśleliśmy, że już po wszystkim, okazało się, że minąć trzeba następną bramkę i zapłacić tax wjazdowy za każdego i za samochód: razem 30$ US.

Mamy obecnie egipskie tablice rejestracyjne. Wygląda to dość śmiesznie. Nagrodą za te trudności jest cena benzyny 28 centów US za litr. To zdecydowanie najtańszy kraj pod tym względem.

Pewnie nie wiecie, ale podróżowanie to praca na pełen etat i to niejednokrotnie dość męczaca. Postanowiliśmy stanąć na jeden dzień nad morzem i odpocząć. Nie czuję się tu właściwie, że to Egipt. Są tu sami Żydzi. Dochodzi do drastycznych kontrastów na plaży. Leżą tu rozebrane do połowy Żydówki, do których podchodzą całkowicie ubrane i zakwefione Beduinki, aby sprzedać jakieś koraliki. Turyści mieszkają w chatkach i wieczorami przed każdą chatką pali się świeca co robi bardzo przyjemne i nastrojowe wrażenie. Pewnie można kupić też narkotyki. A więc żyć nie umierać czyli "raj" na ziemi.

Takie dni bez jazdy przydają się od czasu do czasu. Nadrabiamy wtedy pisanie listów i czytanie. Nikt tylko nie ma ochoty na robienie matematyki w taki upał. Kąpiemy się w cudownej wodzie i prowadzimy takie rozmowy z Pyszczkami, na które w domu nie ma warunków.
Podsumowująć naszą podróż do tej pory po pierwszych 3 miesiącach, myślę, że spełniła moje wszystkie oczekiwania. Jesteśmy zadowoleni, że zdobyliśmy się na tą podróż i myślę, że zostawi pozytywny ąlad na naszej rodzinie. Oprócz samego poznawania świata, ważniejszy nawet chyba jest czas jaki mamy dla siebie, możliwość poznania się od podszewki i próba pogłębienia naszej wiary jako rodziny. Kontakt jaki mamy teraz z Dziećmi zostanie w naszych sercach i wspomnieniach do końca życia i mam nadzieję, że w ich również.

Z pewnym żalem wyruszamy dalej do klasztoru Sw Katarzyny pod górą Synaj. Dookoła nas przepiękna pusynia kamienna. Czasami trafiają się kawałki piaszczyste, na które Dzieci wchodzą i ześlizgują się na dół.
Nocleg wypada na pustyni blisko klasztoru. Zbiega się wiele beduińskich dzieci. Dajemy im zabawki i już do wieczora mamy towarzystwo. Jakoś mnie to tym razem nie denerwuje tak jak w czasie poprzednich wyjazdów. Różnią się te dzieci od tureckich: są nachalne i uporczywe. W Turcji, gdy daliśmy coś komuś to natychmiast przychodził dorosły i przynosił coś w podziękowaniu. Tutaj brakuje tej dumy choć bieda taka sama.

Zrywamy się o drugiej nad ranem, żeby o trzeciej wyruszyć na górę Synaj. Ku naszemu zaskoczeniu jest tu już bardzo wielu pielgrzymów. Wielu z nich w podeszłym wieku. Na szczyt wchodzi się 2.5 godziny i na ponad 2 tysiące metrów. Podziwiam tych najstarszych. Wiara chyba niesie ich na swoich skrzydłach. Po wschodzie słońca przyłączamy się do polskiej grupy i bierzemy udział we wspólnej mszy na szczycie, na którym Bóg dał Mojżeszowi dziesięć przykazań. Wielkie przeżycie.

I znów pustynia i ciągle "zasieki" czyli miejsca, w których żołnierze sprawdzają paszpory i zadają pytania. Paranoiczny kraj. Przenosimy się na drugą stronę Synaju. Mamy wrażenie, że wjeżdżamy do miecha kowalskiego. Jest jeszcze goręcej.
Na noc próbujemy stanąć znów nad morzem Czerwonym tylko w zatoce sueskiej. Dwa razy nas wypraszają tłumacząc się, że turyści muszą nocować w hotelu, bo to jest dla nich bezpieczniejsze. Przenosimy się ponownie i podświadomie czekamy na następnego służbistę. Jeśli uda się przetrwać ta noc to jutro będziemy w Kairze.

23-ci wrzesień 2000
Niestety i z trzeciej miejscówki wyproszono nas. Zdesperowani stanęliśmy na pustyni i tu jakoś nikt się nie przyczepił. Może dlatego, że byliśmy zbyt daleko od ludzi.

29-ty wrzesień 2000
Pustynia i pustynia. Jak trudno musi być rządzić państwem, którego z 95% powierzchni pokryte jest pustynią, nie mówiąc zresztą o innych problemach jak korupcja czy widoczne tutaj wpływy naszych wschodnich "przyjaciół". 140 km przed Kairem przekraczamy kanał sueski tunelem. Smiesznie wyglądają statki na górze, które robią wrażenie jakby przesuwały się po pustyni, bo samego kanału nie widać.

Do Kairu wjeżdżamy już bez obaw mając doświadczenie z Istambułu. Prowadzi się tu łatwiej choć Kair jest też bardzo zapchany. Największą trudnością jest brak nazw ulic i jakichkolwiek drogowskazów, a nawet jeśli coś się pojawi, to i tak w piśmie esów floresów. Zatrzymujemy się często i pytamy o drogę. Każdy daje odpowiedź a my po minie pytanej osoby decydujemy czy ma jakieś pojęcie czy nie. W ten sposób docieramy do serca Kairu czyli do muzeum narodowego. Jest to największy na świecie zbiór bogactw starożytnego Egiptu. Muzeum jest fascynujące, choć normalnie nie przepadam za muzeami. Brakuje tylko klimatyzacji i po paru godzinach podziwiania kultury sprzed 3 tysięcy lat czujemy się wykończeni. Dziwi nas też brak jakiegokolwiek systemu zabezpieczającego eksponaty. Na gablotach wiszą tylko małe kłódeczki.
Aby dojechać do piramid musimy przeciąć miasto w poprzek choć nie jest to aż tak daleko. Znów kierujemy się nosem bardziej niż czymkolwiek innym z powodu braku oznaczeń. Giza jest w zasadzie dzielnicą Kairu i nie ma pomiędzy nimi żadnej przerwy.
Przekraczamy Nil, najdłuższą rzekę świata i wreszcie są: Sfinks i Piramidy!

Aż niedowiary jakie robią ogromne wrażenie. I tutaj czuje się przemijający czas jaki odczuwaliśmy podążając śladami Jezusa, tylko tam oprócz przemijającego czasu doświadczaliśmy odczucia ważności i głębokości zdarzeń.
Wynajmujemy wielbłądy na przejażdżkę wokół piramid a arabski przewodnik wprowadza nas od tyłu i nie płacimy za wejsście. Bilety są droższe niż wynajęcie zwierząt. Jest to bardzo powszechny sposób i wszyscy ze wszystkimi współpracują. Od tyłu co prawda stoją strażnicy, którym właściciele wielbłądów odpalają część zysku. Okradany jest w ten sposób rząd, ale rząd nie dba o ludzi, więc oszukiwanie go nie zalicza się do przestępstw. Skąd my to znamy? Kiedy dzieci wsiadają na wielbłądy wyglądają jak trzej królowie. Wielbłądy są bardzo sympatyczne i mają miłe mordki. Złoszczą się jednak gdy ktoś na nie wsiada albo gdy się je popycha. Zwierzęta traktuje się tu źle. Są zachudzone i pokaleczone, przykro patrzeć, szczególnie Asi. Mała będąc nad morzem Czerwonym ciągle wyruszała na brzeg z akcją "snails in need" przekładając do wody te, którym groziło wyschnięcie.
Spimy na placu obok piramid wśród wielbłądów, osiołków, ludzi i dzieci. Rozdajemy zabawki gromadząc wokół siebie nieodstępującą nas już gromadę dzieci.

Wieczorem idzemy na dzwięk i światło. Oglądamy to widowisko z bliska razem z innymi Arabami. To miejsce jest tuż obok placu, na którym stoimy. Opisuje go przewodnik "Let's go". Widoczność świetna a bilety bezpłatne.
Podsumowując temat biletów to ceny ich w trzecim świecie wzrosły drastycznie. Myślę, że rządy zdają sobie dokładnie sprawę, że turyści zapłacą dużo. Pewnie jest tam jakaś granica, powyżej której i turyści przestaną płacić, ale na razie płacą. Naszym zdaniem ceny wejść będą się zwiększać lub będą różne dla tubulców i obcych, co już jest dość powszechnie praktykowane w wielu krajach.
O 5tej rano budzi nas najpierw muzułmańska modlitwa z wieży, a potem chyba na naszą cześć puszczają jakieś angielskojęzyczne piosenki, które ryczą nam nad głowami.
Wracając na Synaj planowaliśmy przeciąć kanał sueski tym razem mostem, bo tak sugerowała mapa. Okazało się, że mostu nie ma i my się kompletnie gubimy w Suezie. Miasto jest okropne, brudne, zaśmiecone i tak kompletnie inne i dalekie od obrazu stworzonego przez wyobraźnię po lekturze "W pustyni i w puszczy".

Tym razem Synaj przecinamy przez środek. Droga jest bardzo dobra, płaska a pustynia pokryta miejscami piachem. W wielu miejscach spotykamy dzikie wielbłądy. Są to samice żyjące dziko na pustyni używane przez Beduinów tylko do rozpłodu.
Próbujemy stanąć wcześniej na nocleg, ale z małego wzgórka otwiera się widok na baterię samochodów pancernych. Na następnym miejscu udaje nam się postać godzinę zanim wyczuwa nas jakiś następny patrol, który prosi o odjechanie, bo podobno jesteśmy w środku poligonu. Oszaleć można! Kiedy zapada zmrok, czyli o godzinie 7mej, stajemy na pustyni nie przejmując się poligonem i nikt na szczęście nie czepia się nas tym razem. Temperatura opada i śpi się doskonale. W Egipcie zawsze są jakiś historie z noclegami. Następnej nocy, już nad zatoką agabską nad morzem Czerwonym, wybieramy małą, ładną i samotną plażę. Tym razem przyczepia się nie wojsko, a dwóch podpijaczonych, agresywnych Arabów. Są nachalni i nieprzyjemni. Dzieci bardzo się boją. Chociaż już jest ciemno to zmieniamy pozycję. Stajemy na noc koło ośrodka w którym staliśmy poprzednio. Tu spędzamy dwa dni byczenia się i błogiego lenistwa. Nie jest już tak upalnie i maksymalna temperatura osiąga 35 stopni. Gdy opada poniżej do 30stu... jest nam zimno! A w temperaturze 25 stopni ubieramy się w długie spodnie i flisy. Co to będzie po powrocie do domu?!

Obniżenie temperatury i postój sprawia, że wracamy do robienia matematyki. Kończymy czytać wspólnie "Szatę" Douglasa, a właściwie to Asia kończy, bo ja jestem tak wzruszona, że łzy leją mi się ciurkiem i przez zaciśnięte gardło nie chce przejść nawet jedno słowo. Polecamy tą książkę wszystkim dzieciom i dorosłym. Tłumaczenie polskie z angielskiego jest świetne.

1-szy październik 2000
Czas leci, to już październik, zapachniało jesienią... właściwie tylko zapachniało, bo u nas ponad 30 stopni, słońce, morze i nic nie wskzuje na to, że gdzieś może być zimniej. Lubię październik - to mój ulubiony miesiąc. W październiku są nie tylko moje urodziny, ale przede wszystkim nasza rocznica ślubu, czyli najważniejszy dzień w roku. Stuka nam dziewiętnastka. Ale wracając do rzeczy: pogoda jest przepiękna a my zamieniamy się chyba powoli w węże, którym poraz kolejny schodzi skóra.
Przejscie graniczne między Egiptem a Izraelem zajęło jak zwylke 4 godziny. Człowiek niewiele spodziewa się po granicy egipskiej, natomist ma duże oczekiwania od granicy izraelskiej. A tu figa z makiem. U Egipcjan trzeba się wykłócać o każdą opłatę, bo są nachalni i nie tylko, że oczekują, oni rządają napiwów. Działa na nas to jak płachta na byka no i się awanturujemy.
Inna para kaloszy to Izrael. Brak kompetencji urzędników, złe informacje i miliony okienek, w których człowiekowi coś przystęplowują, albo sprawdzają wydłuża proces przejścia w nieskończoność i doprowadza do następnych awantur. Wszystko to załatwia Kuba, więc po takim dniu Żółw jest półżywy a my podstawiamy karetkę i reanimujemy ofiarę przejścia granicznego. Dziwi nas brak zgodności opłat w zależności gdzie przekracza się granicę tego samego kraju. Ja to wszystko wpisuję pod urokami podróżowania i ustawiam się dużo bardziej stoicko.

No więc jesteśmy spowrotem w Izraelu w Eilacie. Znów byczymy się na plaży czytająć przed chwilą odebrane od Was lisy, za które dziękujemy. Udało nam się złapać po raz pierwszy od bardzo dawna wiadomości izraelskie po angielsku i okazało się, że to tylko tutaj, na południu jest tak gorąco. W Jerozolimie tylko 22 stopnie, chyba zamarzniemy.
Jesteśmy zaszokowani jak wielu Żydków mówi po rosyjsku, a może my wcale nie jesteśmy w Izraelu tylko u przyjaciół na wschodzie. A może pół Rosji tu wyemigrowało?

Stoimy znów tuż przy rafie koralowej i snorklujemy i snorklujemy i snorklujemy... To co widać pod wodą jest niesamowite, niektóre ryby mają około metra długości. Osobiście wolę te malutkie, szczególnie miło się pływa koło ławic złożonych z tysięcy maciupeńkich rybek. Pod wodą jest tak kolorowo i tak fascynująco, że można godzinami pływać z maską.
Modne są u nas ostatnio szachy i warcaby. Joasia zrobiła się tak dobrą warcabistką, że ogrywa wszystkich. Co do szachów, to samo patrzenie na grających męczy mnie już wystarczająco. Wysiłek umysłowy jest bardzo wyczerpujący.
Jesteśmy w drodze do Jerozolimy. Jutro mamy prom do Grecji, płynie 56-ść godzin.

Przeżywamy jednak strasznr chwile. Asia jest ciężko chora. Od 36-ciu godzin walczymy z wysoką gorączką, wymiotami i lejącym się rozwolnieniem. Nic Maluch nie je a wodę zatrzymuje bardzo kiepsko. Ma okropne bóle nawet po łyku wody. Każemy Jej ciągle jednak pić. Jestem w całkowitym stanie paniki. Proszę Was o modlitwy za Jej zdrowie a zaprzyjaźnionych księży: Ks Żółtego i Ks Adama o mszę jeśli to możliwe. Aż trudno uwierzyć jak świat traci swój blask, jak wszystko obojętnieje kiedy dziecko jest chore.

4-ty październik 2000
Najpierw parę słów o Asi, a potem uaktualnie naszych ostatnich parę dni. To 5ty dzień Jej choroby I JEST LEPIEJ!!!! Lekarz w Hajfie, którego mieliśmy poleconego przez Aniołów (o tym za chwilę) spotkanych na plaży oświadczył, że Asia nie ma zatrucia pokarmowego, a złapała wirusa w Egipcie. Podobno jest to dość "popularne" u turystów podróżujących do tego kraju. Nie zalecał pójścia do szpitala, bo stwierdził, że nic dla Asi nie zrobią. Kazał Ją tylko poić wodą i jeszcze raz poić wodą aż do upadłego. Nie było to łatwe zadanie. Każdy łyk sprawiał jeszcze gorsze bóle brzucha, więc Aśka podświadomie broniła się, a poza tym prawie natychmiast wymiotowała bardzo gwałtownie, a jeśli nawet jakiś łyk przebił się do jelit to wychodził tamtą stroną. Dziecko coraz bardziej przygasało i jakby się kurczyło. Oczy się tylko powiększały, coraz bardziej smutne i obojętne. Przeżywaliśmy najgorsze chwile w naszym życiu. Starałam się uchwycić, jak tonący brzytwy, diagnozy żydowskiego lekarza i czekać. Tylanol, immodium i woda to była podstawowa broń w walce. I nieprzespane z potwornej trwogi noce, spędzone na intensywnych modlitwach i doglądaniu chorego, zagrożonego życia. Potem doszło do tego krwawienie z jelit. Przez 4 dni Asia nie wzięła nic do ust oprócz wody. Osłabła tak bardzo, że trudno Jej było zrobić parę kroków. Od dzisiaj zaczęliśmy manne kaszki, rosołki i bananki. Ilość krwi się zmniejszyła, gorączka spadła zupełnie a wymioty ustały. Tylko lata na ubikatorek wiele, wiele razy dziennie i w nocy. Jest wychudła i wygląda tak jakby skóra wisiała na Niej. Nie ma jednak porównania do stanu sprzed dwóch dni, kiedy myślałam, że stracę Dziecko.

A wydarzło się przez te parę dni wiele ciekawych rzeczy, którymi tak naprawdę mogę się cieszyć dopiero teraz, kiedy trochę odtajałam. Jeszcze nad morzem Czerwonym, podczas snorklowania, Kosiek miał okazję zetknąć się z prawdziwą, dużą ośmiornicą, która zmieniała kolory i kształty ciała. Gdy to wszystko nie odstraszyło natręta, ośmiornica wypuściła swój atrament i wtedy Kosiek odpłynął nie mając pewności czy to nie jakaś trująca zaraza.
Na plaży otoczeni byliśmy rodzinami mówiącymi tylko po rosyjsku. Nawiązaliśmy kontakt z najbliższą nas i dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy. W Izraelu mieszka 4 miliony ludzi w tym milion Arabów i 3 miliony Żydów, z tego 1.5 miliona mówi po rosyjsku, bo z Rosji przyjechała. Niesamowite. Poznaliśmy też trochę sytuację Izraela z punktu widzenia zwykłych ludzi i jak to zazwyczaj bywa jest ona bardziej skomplikowana niż to się wydaje czytając gazety. Teraz za wydarzeniami z tego kraju będziemy widzieć losy ludzi poznanych po drodze.

Elat opuściliśmy bardzo wcześnie, żeby dojechać do Jerozolimy i pójść jeszcze raz do Bazyliki. Wypadł akurat żydowski Nowy Rok. Zdziwiła nas trochę niezliczona ilość policji i wojska. Możemy się tylko domyślać, że zaczęły się jakieś rozruchy. I rzeczywiście, było wielu rannych i wielu zabitych. Mijaliśmy zablokowane drogi z powodu strzelanin, ale sami osobiście nic nie widzieliśmy. Potem przemknęliśmy koło Telawiwu i choć Asia bardzo narzekała na jazdę samochodem, postanowiliśmy pociągnąć do Hajfy, żeby być blisko promu i szpitala.

Z perspektywy czasu wiem dlaczego nasz Anioł Stróż ciągnął nas aż tak daleko. Na plażę, na której stanęliśmy na noc przysłał do pomocy innych swoich aniołów: Talie i Alexa. Była to rodzina żydowska z 2ką dzieci, która 10 lat temu podróżowała po USA i świecie podobnym do naszego vanem. A więc znajomi Józefa jakby powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza. Alex okazał się być polskim Żydem, który wyemigrował z rodziną jako 6 letni chłopiec w 1940 roku. Co mnie zdumiało to świetna polszczyzna, której używał. Kiedy się dowiedzieli, że Asia jest taka chora to zaprosili nas do domu na noc. Nie mieliśmy pojęcia, że ich piękna willa położona jest w bardzo znanej w Izraelu wiosce artystów w Ein-Hod i że trafiliśmy pod opiekę artystów.
Alex skontaktował nas ze swoim rodzinnym lekarzem, starym, wojskowym polskim Żydem, do którego miał ogromne zaufanie. A więc i my mieliśmy. Zjedliśmy wspólną kolację, Talia poprała nasze rzeczy i gadaliśmy do późnej nocy. Pytaliśmy się czy czują się bezpiecznie w Izraelu. Odpowiedzieli, że nie, ale stwierdzili też, że rozruchów jest tyle, że są przyzwyczajeni. Znów naświetlili nam sytuację ze swojej strony.

Następnego dnia mieliśmy jeszcze jedną konsultację z ich lekarzem i Alex pokazał nam co robi w swoim studio. Robi z gorącego szkła figurki, koraliki, dzbanki itd. Byliśmy zachwyceni gdy wyczarowywał z gorącego szkła coraz to nowe cudeńka do chwili gdy Asia blado-zielona prawie nie osunęła się z krzesła. Kuba zaniósł Ją do samochodu i zegnając się mieliśmy wrażenie, że żegnamy bliskich sobie ludzi.
Przechodząc przez "security check" Żółw wyładował frustrację ostatnich 3 dni na zupełnie niewinnej, miłej dziewczynie. Stroił takie miny i był tak niezadowolony, że kobietka stwierdziła, że nas nie przepuści i nie odpłyniemy. Wiem, że tę kontrole mogą być denerwujące, ale ja patrzę na to jak na część egzotyki podróżowania.
Na promie stoimy na górze pod gołym niebem i śpimy w samochodzie. Jest tylko jeden minus tego układu. Miejsce przeznaczone dla samochodów położone jest za kominem i co prawda śpi się doskonale, ale lekko podduszeni spalinami mamy kłopoty z obudzeniem się rano. Pocieszam się jednak, że nie może to być gorsze od nocy spędzonej w centrum Ankary w Turcji. Temperatury nie spadają w ciągu dnia poniżej 30 stopni, za to w nocy robi się znacznie chłodniej i czuć chyba, że poruszamy się coraz bardziej na północ. Hajfa żegna nas swymi pięknie oświetlonymi wzgórzami.

Prom płynie 58 godzin i jest to bardzo fajna przygoda. Pierwszy postój mamy na Cyprze i ciekawostką tej wyspy jest to, że ruch kołowy jest lewostronny. Następnego dnia dostajemy 7 godzin na zobaczenie greckiej wyspy Rhodos. Miasteczko jest bardzo ciekawe i cały czas chodzimy i zwiedzamy go. Jest bardzo gorąco i przepięknie.
Wreszcie mogę cieszyć się życiem, bo Asia czuje się dużo lepiej. Zaznajamiamy się z żydowską parą na motocyklu i spędzamy z nimi dużo czasu. Mają jechać na Alaskę za rok i metą wyjściową będzie Calgary- Edgemont. Jest też ciekawy Holender, który podróżuje na motorynce. Rozwaliło mu się kolo i pomagamy mu w Atenach zawieść motorynkę do warsztatu. W tej podróży wymieniamy mało adresów, właściwie wymienia się głównie emaile. Ale czasy się zmieniły! Mamy naprawdę fantastyczną podróż.

W Atenach nikt nie pyta nas o ubezpieczenie samochodowe więc może uda się przejechać Europę bez niego.
Idziemy zobaczyć Akropol na życzenie Asi, która niewiele pamięta z ostatniej podróży, a akurat przerabiała Grecję w szkole. Problematyczne jest tylko Jej dojście na górę. Ciągle jest bardzo słaba i ma okropne bóle brzucha. Na szczęście widać coraz mniej krwi. Czy nabierze sił przed Nepalem? Został tylko miesiąc do odlotu.

8-my październik 2000
Najpierw parę słów o Asi. Jest zdecydowana poprawa i dziękujemy wszystkim modlącym się w Jej intencji: znajomym, rodzinie i siostrom Dominikankom. Walczymy jeszcze z rozwolnieniem, ale krwi już prawie nie ma, no i co ważne wraca Aśce apetyt.
Dzisiaj jest dzień Dziękczynienia w Canadzie. Zazwyczaj obchodzimy go w gronie przyjaciół w domu. Tym razem sceneria jest zupełnie inna. Siedzimy sobie nad słonecznym morzem Śródziemnym w Grecji. Turystów nie ma już wcale. Plaża należy do nas. Stolik stoi tuż nad wodą a ja staram się wyczarować specjalne potrawy z tego czym dysponuję. Jest więc kurczaczek, kartofelki, borówki, pieczarki i kapustka. Tylko Asia dostaje osobne danie na zamówienie czyli rosołek z kurczaczka z marchewką i rozgotowanym ryżem. Z zazdrością patrzy na nasze kotleciki, z czego się cieszę, bo do niedawna nie chciała nic jeść. Starym już zwyczajem, każdy z nas dziękuje Bogu za wszystko co otrzymał i trudno zakończyć ta listę, bo dostaliśmy wyjątkowo dużo... Dochodzimy też do wniosku, że dzisiejszy dzień jest tak wspaniały, że obejdziemy przy okazji naszą 19tą rocznicę ślubu, która przypada na 14go. Żółw zaskakuje mnie niesamowitym prezentem. Ale o tym za chwilę.
W dniu moich urodzin, 5go października dopłynęliśmy do Aten. Od samego rana wszyscy przygotowali mi miłe niespodzianki. Były to moje najlepsze urodziny jakie kiedykolwiek miałam. Wieczorem dostałam laurki, różne wyroby własne z koralików i od Męża bransoletkę, którą wypatrzyłam sobie na Rhodes a Żółw cichcem kupił. Na przyjęcie podano sałatkę z owoców w połowie arbuza, którego brzegi były artystycznie postrzępione. Były też lodziki i ciasteczka. I wszyscy odśpiewali mi sto lat po 10 razy.
W ciągu dnia zwiedziliśmy Akropolis. Asię musiał na górę wnieść Kosiek i wróciła z tej wycieczki bardzo zmęczona. Potem trochę kręciliśmy się po okolicy i nadzialiśmy się na galeryjkę wyrobów ze srebra. Były przepiękne. Mnóstwo rzeczy zrobionych z koralami. Srebro i koral to moje ulubione połączenie. Trudno mi było z tamtąd wyjść. Kupiłabym cały sklep.

Z Aten poruszamy się w kierunku promu, który zawiezie nas do Włoch. Mamy do pokonania 600km, ale jest tak pięknie, że dziennie udaje nam się zrobić tylko sto kilkadziesiąt. Posuwamy się wzdłóż wybrzeża. Zatrzymujemy się w Delphi w największej świątyni Apolla. Bardzo trudno w tym co pozostało dopatrzyć się tu całego miasteczka. Starożytni bogowie greccy przedstawiani są zazwyczaj w białych, zwiewnych szatach, co teraz, jesienią, nie zgadza się specjalnie z tym jaki tu panuje klimat i jakie są temperatury. A zimą będzie tu leżał śnieg. Może nastąpiła jakaś ogromna zmiana klimatu. Z gór zjeżdża się w kierunku morza prosto w dolinę wypełnioną drzewkami oliwkowymi. Dolina ta nazwana jest morzem oliwkowym i rzeczywiście tak wygląda. Podróżujemy na zwolnionych obrotach. Nigdzie nam się nie spieszy. Stajemy gdzie chcemy i o której chcemy. Tak jak dziś, nad morzem, aby spokojnie obejść Thanksgiving i naszą rocznicę. Od Kuby dostaję.... komplet biżuterii srebrnej z koralami, ten, który tak bardzo podobał mi się w Atenach. Trudno uwierzyć mi własnym oczom. Jest to obroża z trzema kawałkami korala, bransoletka i kolczyki. Naprawdę piękne. Ja mam tylko słowa do podarowania, słowa podziękowania za wspaniałych, najlepszych dziewiętnaście wspólnych lat, za najszczęśliwszych dziewiętnaście lat mojego życia.

Grecja jest bardzo malowniczym krajem. Wiele miasteczek przyklejonych jest do zboczy górskich. Domy są pobielane i odbijają wspaniale światło. Wszędzie jest mnóstwo uroczych kafejek i o dziwo nie brakuje nigdzie klijetów. Wszędzie też jeżdżą jak bzyczące bąki małe motocykle, motorynki i skutery. Szczególnie w zatłoczonych Atenach, te małe pojazdy dają sobie doskonale radę. Ateny są tak strasznie zanieczyszczone spalinami, że nie widać pobliskich szczytów. Ulice są wąskie i niezwykle zatkane. Podobna sytuacja jest i w małych miasteczkach. W małych miejscowościach spotykamy wiele małych portów. Jest tam wiele kutrów rybackich, ale nie widać ich na morzu. Może jest po sezonie. Grecja jest łatwym, miłym i stosunkowo tanim krajem europejskim do podróżowania. Koszt benzyny 67 centów US/L. Teraz bardzo się ochłodziło i zaczęły padać deszcze. Temperatury iście zimowe bo około 20 stopni. Jest nam zimno!

14-ty październik 2000
Asi stan powoli wraca do normy. Nie przypuszczałam, że będzie aż tak wielki oddźwięk na moją prośbę o Wasze modlitwy. Dziękujemy Wam wszystkim bardzo z obu kontynentów, nie mam wątpliwości, że to bardzo pomogło. Nie przypuszczałam też, że cofnę się do lat niemowlęcych, kiedy to przyglądaliśmy się z zachwytem kupkom naszych maleńkich Dzieci. Teraz też przyglądamy się z uwagą i niepokojem temu samemu i gdy to coś wygląda na więcej niż wodę, to wyrywa nam się oddech ulgi. Jeszcze daleko jest do normalności i coraz częściej obawiam się, że Asia nie pojedzie z nami do Nepalu. Czas niestety działa na naszą niekorzyść i do odlotu zostało tylko 3 tygodnie.

Mieliśmy pewne problemy z opuszczeniem Grecji. Parę miesięcy temu zatonął grecki prom i od tego czasu wycofano parę linii i zaostrzono przepisy. Zrobiło się dużo mniej miejsc i nie mogliśmy popłynąć od razu. Musieliśmy czekać w Ingoumetsinie 36 godzin. Osobiście nie miałam nic przeciwko temu, bo lubię takie postoje na luzie. Pogoda w tej części Grecji znacznie się poprawiła i znów kąpiemy się w 30sto stopniowych temperaturach.

Noc na promie była straszna. Tym razem nie męczył nas dym z komina, bo staliśmy pod dachem, a TIR obok nas, który przez całą noc miał włączony silnik, ponieważ jego przyczepę stanowiła lodówa. Miłą sprawą natomiast był ciepły i długi prysznic na promie.
W Brindisi we Włoszech nikt nie zapytał nas rano o papiery samochodu co oznaczało, że nie musieliśmy płacić za zieloną kartę czyli ubezpieczenie samochodowe.
Jadąc w kierunku Rzymu przecięliśmy Włochy w poprzek. Ta część Włoch bardzo nam się podobała. Mijaliśmy górzyste tereny. Na wielu, nawet wysokich wzgórzach zbudowane są zamki a wokół nich domy i kamienice. Wyglądało to bardzo ciekawie.

Minęliśmy też miejsce bliskie naszym polskim sercom: Klasztor na Monte Cassino. Klasztor położony jest na wysokiej górze i wygląda bardzo imponująco. Ilu ludzi oddało życie w obronie tej góry, ile polskich serc zostało tu na zawsze? Nie mogę oprzeć się myśli o bezsensie wojen powodujących nieszczęście tylu istnień ludzkich.

Rzym bardzo nam się podobał. Cenrum miasta jest zielone i przestronne. Plac Św. Piotra wprowadza do Bazyliki Św Piotra, największego kościoła na świecie. Bazylika robi na nas tak kolosalne wrażenie, że wracamy tam wielokrotnie w ciągu tych dwóch dni. Każdą część sufitu lub ściany można oglądać przez cały dzień. Modlimy się przed Pietą i wchłaniamy piękno tej rzeźby. Oglądamy skarbiec i katakumby z prochami Św Piotra i wjeżdżamy na kopułę Bazyliki, z której rozciąga się panorama na ogrody watykańskie i Rzym. Tu gdzieś, zaledwie na wyciągnięcie ręki, mieszka nasz Papież, tak bliski naszym sercom, największy człowiek naszych czasów. Potem, dzięki Kośkowi, dowiadujemy się, że w Bazylice będzie odprawiona msza przez Jana Pawła, ponieważ zmarł któryś z Kardynałów. Przychodzimy dwie godziny wcześniej, żeby mieć miejsca blisko ołtarza. Papież wchodzi przygarbiony, jakby dziwigał troski dzisiejszego świata na swoich ramionach. Serca biją nam mocno, jest to ogromne przeżycie dla nas wszystkich, doznajemy przeogromnego wzruszenia. Coś niesamowitego emanuje z tego Człowieka choć głos ma zmęczony. Jak dobrze być tuż obok Niego. Po mszy zatrzymuje się wśród tłumu, ludzie klaszczą, a On obdarza nas ciepłym, promiennym uśmiechem, który pozostanie z nami na zawsze.

Zwiedzamy Coloseum. Ten rzymski teatr nie zawodzi moich wyobrażeń zbudowanych przez dziecięcą wyobraźnię sprzed lat. Chciałabym tu wrócić. Kosiek odwiedza Kaplicę Sykstyńską i tak przeżywa jej piękno, że zaskoczona jestem Jego wrażliwością na piękno sztuki. Bierzemy też udział w drodze krzyżowej, odprawianej w wielu językach na Placu Św Piotra. W rękach trzymamy zapalone świece a nad nami czuwa księżyc w pełni, który się filuternie uśmiecha.

Modyfikujemy trochę końcówkę naszego pobytu w Europie. Odrzucamy Paryż, bo jest to kawał drogi i trochę za mało czasu i odpada nam Szwajcaria i odwiedzenie siostry Kuby, bo akurat wyjeżdża na wakacje. Jesteśmy rozczarowani, gdyż taka okazja zdarzyła się jak do tej pory raz w ciągu 20stu lat. Postanawiamy więcej czasu spędzic w Austrii i Niemczech. Jak na razie jednak tkwimy ciągle we Włoszech i nie dotarliśmy nawet do Pizy. Odkąd wgryzłam się już porządnie w to nasze podróżowanie, to po przejechaniu 200km jestem już bardzo zmęczona i gotowa do postoju. Jest tu tyle przepięknych miejsc i tylko poprzez bycie w nich można wchłonąć ich piękno. Nikt by się nie spodziewał, że będziemy mieć jeszcze jedną przygodę.

Ostatnią noc spędziliśmy nad morzem, w pięknym miejscu, ustawieni równolegle od plaży, może 15m od niej. Około 5ej rano obudził nas szaleńczy hałas i zgiełk. W jednej chwili byliśmy na nogach. Ulewa, pioruny i straszny wiatr szalały dookoła Smoka. Dwa razy zawiało tak mocno, że przeraziliśmy się, że samochód przewróci się. Wiatr poderwał mokry piach i walił w bok samochodu. Żółw wskoczył za kółko i ruszyliśmy za wydmę. Tam przynajmniej piach w nas nie walił i wiatr trochę się uspokoił. Został tylko deszcz. Trwało to dość krótko. Rano zobaczyliśmy poprzewracane tablice, pozrywane dachy i połamane krzewy. Uff, udało nam się!
Pisa. Krzywa wieża jest naprawdę krzywa. Wygląda to dość dziwnie, bo zaburzona jest równowaga wszystkich otaczających budynków. Popaduje deszcz i jest dość chłodno, około 20 stopni. Mamy nadzieję, że pogoda się poprawi. Jak do tej pory, choć slady jesieni widać już wszędzie, było słonecznie i ciepło. Pola są już zaorane, sprzątnięte, liście coraz bardziej żółte. Zaduszki coraz bliżej.

20-ty październik 2000
Czas leci nieprawdopodobnie szybko. Szybko też zmieniają się nasze plany. Mieliśmy nie jechać do Szwajcarii a właśnie z niej, po turze rodzinnej, wyjeżdzamy. Spotkania z rodzeństwem Kuby i rodziną były bardzo udane. Najtrudniej było oczywiście wyjechać stamtąd gdzie było najwięcej młodzieży, bo dzieci doskonale się ze sobą dogadywały i nie chciały ruszyć w dalszą drogę. Cieszę się, że mogły nawiązać kontakty rodzinne.
W Szwajcarii zimno i mokro. Temperatury około 12 do 16 stopni. Wszędzie cudowna złota jesień. A sama Szwajcaria jest jak jakiś nierealny w obecnym świecie, piękny, czysty i słodki kraj. Dzieci po raz pierwszy potrafią ocenić różnice między naszym a europejskim kontynentem. I bardzo im się tu podoba. I mnie się tu też bardzo podoba patrząc na ten wymuskany, cukierkowy świat, a jednak serce ciągnie do kanadyjskich, rozległych, pustych przestrzeni, do wysokiej kopuły niebieskiegio nieba i do panoramy gór Skalistych.
Zarówno we Włoszech jak i w Szwajcarii mijamy ogromna ilość tuneli górskich. I za każdym razem nas to bawi i zadziwia ile pracy trzeba było włożyć w zbudowanie takiego kretowiska. W Szwajcarii pokazujemy Dzieciom Lucernę i Arrau. Zachwyca nas piękno tamtejszych Starówek, wystawy sklepowe tak różne od naszych i czystość i porządek. Kubę zachwyca też różnorodność samochodów typu naszego Smoka, które palą tylko 9l/100km. Spotykamy wiele VW, które byłyby idealne dla naszej rodziny, bo są większe od Westfalii a tak samo mało palą. Trudno wprost uwierzyć, że na kontynencie amerykańskim mamy do wyboru tylko dwa rodzaje tego typu samochodów: albo amerykańskie vany, albo niemieckie Westfalie.

Ze Szwajcarii przejeżdżamy do Austrii. Na szczęście, pomimo kontroli, nikt nas nie pyta o papiery samochodu. Kuba twierdzi, że to dzięki Jego dobrej znajomości niemieckiego, bo bezbłędnie wyrecytował "guten tag". Od tej pory co chwila będziemy przejeżdżać przez granicę niemicko austriacką, ale ponieważ są to kraje Zjednoczonej Europy to graniczne przejścia zostały zupełnie zniesione. Szkoda, że nie mają jeszcze tych samych pieniędzy, bo te ciągle wymiany są dużym utrudnieniem.
Dojeżdżamy w Niemczech do Fusen, miejscowości, w której znajduje się zamek wykorzystany przez Disneya w filmie "Piękność i bestia". Asia bardzo go chciała zobaczyć, bo choć jesteśmy tu trzeci raz to nic nie pamięta. Dziecięce bilety są darmowe, jeśli kupione z dorosłym biletem. Prosimy jakąś bezdzietną parę o kupno trzech dziecięcych biletów dla nas. I znów zaskakuje mnie myśl o tym jakie dorosłe są już nasze Dzieci, jakie samodzielne i jak coraz mniej jesteśmy im potrzebni w sprawach tkz "technicznych", za to bardzo w sprawach duchowych, w sprawach Ich problemów, pytań i ich trosk. Być z Nimi i dla Nich to nasze teraźniejsze zadanie, które próbujemy osiągnąć wspólnie podróżując.

Jest dość ciepło, bo około 18 stopni, ale w nocy temperatura spadła do sześciu. A więc nie martwcie się tak Calgaryjczycy, że nam tak ciepło a Wam nie, różnice między nami powoli się wyrównują. A mówiąc o Calgaryjczykach, to mieliśmy śmieszne spotkanie. Jeszcze we Włoszech stanęliśmy na chwilę na parkingu autostrady i z samochodu obok nas wysiadło dwóch chłopaków i podeszło do nas. Jeden z nich był właśnie Calgaryjczykiem. Jaki ten świat jest malutki.
Zapomniałam chyba napisać o kosztach benzyny. Otóż we Włoszech $1-1.05, w Szwajcarii $0.80, w Niemczech $0.99 a w Austrii $0.90 US. W Szwajcarii ceny jedzenia podobne są do kanadyjskich, natomiast średnie zarobki znacznie wyższe niż u nas czy w Niemczech. Zastanawiamy się na czym ten kraj się tak dorobił, a właściwie nie zastanawiamy się, bo wiemy. Bardziej intrygujące jest to dlaczego Europa to toleruje. Widocznie bogom tego świata to jest do czegoś potrzebne.

Po przeliczeniu kilometrów postanawiamy nie jechać w głąb Austrii a raczej pokręcić się dzień w okolicy Insbruku i może pójść na jakąś wycieczkę. W ten sposób zamiast siedzieć w Smoku na autostradzie nacieszymy się trochę Alpami.
W drodze do domu zawadzimy też o Częstochowę, co jest pomysłem Pyszczków a i my sami nie byliśmy tam od brdzo wielu lat.
Smok nabawił się chyba astmy bo od pewnego czasu kwęka przy podjazdach pod górę i dostaje zadyszki. Któregoś dnia przy bardzo stromym podjeździe, zbuntował się zupełnie i... zgasł. Wybraliśmy drogę dookoła autostradą. Kuba tak bardzo nie martwi się tym ponieważ twierdzi, że Smok nie dostaje paliwa i że to nie jest poważne. Staram się podzielać Jego optymizm, chociaż włosy stają mi na głowie ze strachu gdy coś dzieje się z samochodem. Mnie się wydaje, że ta sprawa się pogarsza, choć objawy występują tylko przy dodawaniu gazu pod górę. Zupełnie jakby coś się gdzieś zatykało. Może ktoś z Was może postawić diagnozę i ma to jakąś sensowną odpowiedź.

W Austrii, Niemczech i Szwajcarii obserwujemy gamę najpiękniejszych barw jesiennych. Alpy pokryte są kolorowymi drzewami i chyba nawet najwspanialszy kalejdoskop nie stworzył by takich cudów. W ciągu dnia jest ciepło i pogodę mamy doskonałą aż do chwili wyjazdu z Austrii. W Niemczech wita nas mgła. Na szczęście czym bliżej Polski tym ładniej. Na granicy polskiej, "dla naszego dobra", jak stwierdza wopista, musimy wykupić ubezpieczenie dla Smoka. Za 2 tygodnie płacimy $30 US. Trudno nawet narzekać, bo jest to pierwsze ubezpieczenie od chwili wyjazdu z Izraela. Można powiedzieć, że pierwsza część podróży jest prawie skończona.

W Warszawie będziemy mieć parę dni na przygotowanie się do wyjazdu do Nepalu i rozpocznie się rozdział drugi naszej przygody. Zawsze, gdy coś się kończy to człowiekowi jest jakoś smutno a gdy ma się coś zacząć, to ogarnia niepokój przed nieznanym i drąży pytanie jak to będzie. Najważniejsze chwilowo jest to, że Joasia jedzie z nami do Nepalu.

Mamy za sobą ponad cztery miesiące podróżowania. Jesteśmy zahartowani i brudni, trochę zmęczeni brakiem wygód i stęsknieni za Domem i Canadą, ale najważniejsze, że jesteśmy przepełnieni wrażeniami, nowymi doświadczeniami i złączeni więziami, które nigdy nie narodziłyby się w innych warunkach. Dziękujemy za to wszystko Bogu w Częstochowie wpatrując się w cudowny obraz Matki Bożej, dziękujemy za Asię i za wrażenia, dziękujemy za szczęśliwe dotacie do domu, za spotkanych ludzi, za przyjaźnie internetowe, za doświadczenia, które mamy nadzieję, będą miały pozytywny wpływ na nasze życie.

Przed wjazdem na Jasną Górę zabieramy Pyszczki do Oświęcimia. Byłam tu w Ich wieku. Jesteśmy wstrząśnięci, poruszeni, przerażeni ogromem i skalą zła. W sklepiku pytamy o książkę "Escaping Hell" i dowiadujemy się, że wszystkie egzemplarze są sprzedane. Pani informuje nas, że poprzednie ksiązki przyszły z Anglii a gdy zaprzeczamy to się upiera. Nakład tej książki, wspaniale napisanej przez nieżyjącego już Polaka z Toronto, wykupił nasz kolega z Calgary i między innymi przesłał do muzeum w Auschwitz.
Droga z Katowic do Warszawy jest doskonała i jest to pierwsza polska droga, po której dobrze się jedzie. Dzieci szokują prostytutki przy szosie i trudno wprost skończyć rozmowę z Nimi na ten temat. Do Warszawy docieramy szczęśliwie 26/10/2000.

4-ty listopada 2000
Czas leci w Warszawie jakoś inaczej, szybciej. Po zmianie czasu już o wpół do piątej jest zupełnie ciemno i może to powoduje, że dzień wydaje się taki krótki. Za dwa dni wylatujemy do Nepalu. Pierwszą przesiadkę będziemy mieć w Londynie, potem do Delphi i tam 9 godzin przerwy. Ostatni etap już do Katmandu liniami tamtejszymi. Nie jedziemy sami. Jedzie z nami nasz zaprzyjaźniony ksiądz Żółty. Powrót mamy wyznaczony na 6go grudnia w Mikołajki. Ponieważ nie bierzemy ze sobą małego komputera, to będziemy wysyłać tylko krótkie informacje z internetowych kawiarenek. Nie umiem zbyt szybko pisać na maszynie, więc do tej pory pisałam na małym komputerze a potem wysyłaliśmy gotowe już listy z internet cafe. Nie niepokojcie się zatem brakiem tak częstych kontaktów jak do tej pory, bo to tylko ograniczenia techniczne.

Mieliśmy szczęście być w Warszawie 1go listopada. Pamiętam ten dzień z lat dziecięcych: pójście na groby i łuna światła nad Powązkami. Takich wspaniałych cmentarzy nie ma chyba nigdzie indziej. Pogoda była pod psem, padało. A jednak nie odstraszyło to ludzi od przyjścia. Ruch autobusowy był świetnie rozwiązany, mnóstwo specjalnych linii z całej Warszawy podstawiono w kierunku cmentarzy. Powązki jak zwykle płonęły. Zabrakło mi tylko harcerskich wart honorowych przy grobach Powstańców i przy grobie katyńskim. Powązki to historia Warszawy, Powązki to specjalne miejsce ze specjalną, unikalną atmosferą, wzruszające i piękne. Cieszę się, że Pyszczki mogły to przeżyć. W liście do Kanadyjczyków, probowałam napisać o mogiłach Szarych Szeregów, o grobie katyńskim, ale jak to oddać komuś kto mieszka w innym świecie i innych realiach, zdala od starej, zmęczonej Europy, pełnej trudno gojących się ran, jak ciężko wytłumaczyć, że przebaczenie jest takie trudne nawet po tylu latach i nawet dla tych, ktorzy nie przeżyli wojny.

Mieliśmy okazję zobaczyć nowy film Zanussiego na temat umierania. Zapasiewicz zagrał doskonale, słabo za to wypadła postać księdza i zastanawiamy się czy celowo była tak przedstawiona. Ogólnie film nam się podobał i jak dotrze do Canady to radzimy pożyczyć kasetę.

Prawie codziennie widujemy się z moim Tatą a ponieważ mieszkamy u rodziców Kuby to Dzieci mają pełen kontakt z Dziadkami co jest dla Nich bardzo ważne.
Powoli szykujemy się do odlotu. Pakujemy plecaki i próbujemy do minimum ograniczyć bagaż, żeby był jak najlżejszy. Tak mało mamy doświadczenia z jeżdżeniem na dłużej z plecakiem, bez oparcia samochodowego. Ale i te zmiany są wspaniałe, bo przynoszą inne doświadczenia.

Na zakończenie chciałabym zrobić uwagę na temat dużych sklepów spożywczych. Gdybym mogła to przeniosłabym całe działy nabiałowe i piekarnicze do Calgary. Ilośc i wybór białych serów i twarogów, chleba, bułek i bułeczek jest nieskończony. A polskie słodycze są wprost wyśmiennite. Minusem tego jednak są niesprzyjające warunki do odchudzania się. No, ale nie można mieć wszystkiego. A więc do usłyszenia jeszcze nie wiem kiedy.
Na koniec załączam wiersz Benedykta Herza napisany w Zurichu w 1905 roku.

Idealista
Koryto było jedno, a osób gromada.
Kwik, tumult!... Sąsiad pcha się na sąsiada,
Każdy chce zdobyć miejsce jak najlepsze:
zwyczajnie - wieprze.

Więc pierwsze chlewu figury:
dwa knury
I coś pięć najtęższych macior -
stanęło rzędem przy krypie.
Wlazłwszy po kolana w zacior
żre, mlaska, chlipie.

A słysząc te lube dzwięki
młodsze karmniki znoszą istne męki:
kręcą się, wiercą, tędy, owędy,
szukają przejścia, kwiczą o względy...
Lecz do koryta gdzie rząd starszych osób,
przedostać się ani sposób.

Aż knur jeden znudzony kwikiem plebsu: "żryć!"
pysk jadłem uwalany, oparł na korycie
I - mlaskajać smakowicie -
rzekł:
- Motłochu, wstydz się, wstydź!
Alboż w naszym życiu całem
tylko żarcie - ideałem?...
Czy nigdy was nie wzrusza żadna myśl wznioślejsza?
Czy głodu cielesnego duchowy nie zmniejsza?...
Wierazj mi, braci młodsza: nie dla sadła żyjem!

Tu urwał - i w pomyjach znów utonął ryjem.


Nepal, część 1


29-ty listopad, 2000r.
Nepal, nasz cel i nasze marzenie. Nepal, kraj dziwny i fascynujacy. Nepal, kraj w którym czas zatrzymał się 1000 lat temu i do którego udało nam się wreszcie dotrzeć.

Po długich dyskusjach z przyjaciółmi, którzy byli w Nepalu 10 lat temu, zamieniamy duźą kuchenkę na małą, a po wypiciu dwóch butelek wina wyładowujemy z plecaków nawet wiecej szpeji. W poniedzialek rano 6-go listopada stawiamy się na Okęciu. Celnik sprytnie odnajduje w prześwietlonym bagaźu butelkę z benzyną do kuchenki i kaźe wyjąć, a my jeszcze sprytniej wyjmujemy ją i zaraz wkładamy spowrotem do drugiego plecaka. W Londynie psuje się tym razem nie samolot, a komputer i nie mogą nas odprawić, bo juź chyba nikt nie potrafi zrobić tego ręcznie. Odlatujemy z 3 godzinnym opóźnieniem. Jest to dość zabawny kontrast z tym co nas wkrótce czeka, poniewaź w Nepalu wszystko robi się ręcznie.

Nasza trupa podróżna powiększona jest o dodatkowego członka. Jest z nami nasz ksiądz przyjaciel z czasów studenckich. Ma duąa siwą brodę co będzie nam w Himalajach zjednywać przychylność Nepalczyków, a samemu Żółtemu niektorzy oddawać będą nawet ukłony.

W Delphi czkamy na przesiadkę 7 godzin, ale czas jakoś mija dość szybko pomimo, że na lotnisku nic nie ma i nic się nie dzieje. Nie wyświetla się tu na monitorach informacji o samolotach, tylko przychodzi przedstawiciel danej linii i woła: kto do Katmandu to niech idzie za mną. Można i tak, gorzej jak się nie zna angielskiego, ale ponieważ my znamy to niech się martwią ci co nie znają. Przy kontroli celnej do Katmandu, odbierają Żółtemu baterie jako obiekt zagrażający bezpieczeństwu lotu.

I Żółty nigdy już nie ma okazji ich obejrzeć po raz drugi pomimo awantury zrobionej po przylocie. Może zresztą i dobrze, bo takie samoulatniajace się baterie mogłyby być rzeczywiście niebezpieczne. Ulotniły by się tak na przykład pod Annapurna i jeszcze spowodowałyby jakąś lawinę.

Po raz pierwszy mamy okazje zobaczyc Himalaje z lotu ptaka gdy podlatujemy do Kathmandu. Doznajemy wzruszenia. Nepal nazywaja dachem świata i my pod nim jesteśmy. To wspaniałe uczucie. Najwyzsze, najpotezniejsze gory swiata. Sa rzeczywiscie ogromne i nic nie robia sobie z otaczjacych je chmur. Chmury pałętają się niżej a dumne szczyty w swoich bialych czapach wystawiaja swoje buzie do slonca.

Na lotnisku przezywamy scenariusz dokladnie opisany w Lonely Planet. Otacza nas tlum Nepalczykow z taksowkami , krorzy reklamuja swoje hotele. Wybieramy spod duzego palca i docieramy do hotelu Crown. Udaje nam sie, bo jest tu dosc czysto. Dzień spędzamy na szwedaniu się po małej części starego Katmndu.

Jest to niesamowite miasto i niezwykle dla nas egzotyczne. Wszystko tu jest inne: ludzie, architektura, nawet czas plynie inaczej. Swiatynie hinduskie i tybetanskie, kolorowe ubiory, muzyka uliczna, tlum powaduja zamet w glowie. Zwiedzamy Durbar Square. Odpoczywamy na stopniach swiatyni razem z innymi bialymi turystami. Odwiedzamy tez swiatynie zyjacej bogini Kumari, ktora jest 9cio letnia dziewczynka. Nie staramy sie zrozumiec tej inności, wchłaniamy ją ciekawymi oczami i otwartymi głowami. W pewnym momencie zatrzymuje nas młody człowiek i w imieniu swojego kolegi oswiadcza się prosząc o rekę Marty lub Asi. Maja wzięcie te moje córeczki na tym wyjeździe. Odmawiamy jednak bo nie zaofiarowali tym razem nawe pary kóz. Wieczorem wstepujemy do maleńkiej knajpki na momo i hot lemon. O tych dwóch przysmakach wiele w Warszawie opowiadali nam Paszczaki ze swojego pobytu nie chcąc wyjaśnić co to jest. I ja też odsłonię to tajemnicą, może tu przyjedziecie któregoś dnia i sami się przekonacie. Jest 25 stopni.

Rano ruszamy do Pokhary na nasz trek himalajski. Stan dróg jest straszny, ruch odbywa się po lewej stronie i 200km przebywamy w 8 godzin. Co za wyprawa. Na drodze liczy się tylko jedna zasada: kto większy ten ma pierszeństwo. Autobus jest duży więc zazwyczaj pierszeństwo mamy my. No i dobrze.

Na trek ruszamy nastepnego dnia nie zapoznawszy się nawet z Pokharą. Mamy trzech tragarzy. Nie udało nam się ograniczyć do dwóch, bo Żółty zapakowany jest bynajmniej nie trekowo. Na szczescie mieścimy się w trzech koszach i nasza przygoda himalajska naprawdę się zaczyna.

Jesteśmy na treku Annapurna Sanctuary. Codziennie chodzimy 6 do 7-miu godzin i przebywamy około 1000m do góry. Nie znaczy to, że wznosimy się tyle, bo rownież sporo schodzimy do potoków. Wstajemy przed szóstą i wychodzimy przed siódmą. Spać kładziemy się około siódmej wieczór. Sceneria powoli zmienia się w miarę wznoszenia. W punkcie wyjscia jestesmy na wysokosci 1000 metrow. Dojdziemy potem na 4500m. Otacza nas dzungla przez pierwszych parę dni. Parokrotnie spotykamy małpy. W ciągu dnia jest bardzo ciepło. Im wyżej tym jednak zimniejsze robią się noce. Pod Annapurna w nocy bedzie minus 10 stopni. Rano pogoda jest zawsze dobra i rano mozemy obserwowac niektore himalajskie szczyty. Sa fantastyczne. Ich ogrom jednak odsłoni się dopiero na koncu treku. Spotykamy bardzo wielu turystów.

Z zazdrością, spod cieknącego potem czoła, patrzymy na tych którzy już wracają. W tym momencie marzymy o tej chwili. Marzymy o łatwym zejściu. Wiemy jednak, że czeka nas nagroda za nasza ciężką pracę i trud i wysiłek i wytrwałość. Jestem zaskoczona ilościa spotkanych Kanadyjczyków. Zazwyczaj ta narodowość mało podróżuje. Woli w czasie urlopów sprzątać swoje domy.

Największa jednak niespodzianka jest spotkanie z koleżanką z pracy, z którą pracowałam 15 lat temu. Ale świat jest mały. Zaskakuje mnie rownież wiek ludzi na trekach. Duża grupa jest typowa czyli młoda, ale rownież ogromną grupę ludzi stanowią ludzie po 60-tce. Nie ma tylko nikogo w wieku średnim czyli naszym, a tym bardziej z dziećmi. W naszym wieku się nie podróżuje. W naszy wieku pieniądze się robi i zbija, a nie wydaje. A my jesteśmy po prostu nietypowi, może głupi, zakładając, że na starość wystarczy nam rzutnik i skrzynka slajdów... Czas pokaże.

Kończy się wreszcie dżungla i wchodzimy do sanktuarim górskiego. Pierwszy oboz jest przy Ogonie Rybim, który ma prawie 7 tys. metrów. Otoczeni jestesmy samymi szczytami pomiedzy 6 a 8 tys metrow. To niesamowite wrazenie. Ostatniego dnia dochodzimy do Annapurna Base Camp, który jest celem naszej wycieczki. Dookoła same Annapurny. Patrzą na nas pobłażliwie jak mozolnie probujemy skraść im trochę ich piękna. Wschód słońca wśród tych olbrzymów jest imponujacy. Zanim jednak wzejdzie słońce oświetlane są gwiazdami i pełnią księżyca. Natura chyli głowę przed ich pięknem i majestatem. Natura chyli głowę przed cudami Bożymi. I tylko jednego mi tu brakuje. Nie udalo nam sie przeżyć mszy wsród szczytów. Zawsze musimy chować się do pokoiku, bo Nepalczycy porterzy nie odstepują nas na krok. Myślę, że jesteśmy w jakiś sposób uprzywilejowani przez los mając okazję być tutaj. I dziękuję za to.

Stojąć pod ośmiotysięczną Annapurną na wysokosci 4 i pół tysiąca metrów, mysle o Was wszystkich czytajach te slowa i myslacych o nas laskawie i posylam Wam to piekno i urok i sile plynaca spod dachu swiata. Pozdrawiamy Was wszystkich z tego spesjalnego miejsca, ktore jest ukoronowaniem naszego rocznego wyjazdu. Mija pół roku od czasu opuszcenia domu i od tej chwili zaczyna się nasza droga powrotna.

Zejscie jest niczym w porownaniu z wejsciem. Jak sarenki skaczemy w dol. Musze przyznać, ze zimno wieczorami wdziera mi sie w kazda czastke ciala i schodzac na dół pochłaniam każdy promień ciepła. Zimno to najtrudniejsza część treku dla mnie, dużo trudniejsza niż wysiłek fizyczny. Tylko Pyszczkom nic nie wydaje się wadzić. Są rewelacyjni. Nie słyszymy słowa narzekania. Po 11-tu dniach jesteśmy na dole.

Na zakończenie chciałam dodać, że rady Eli Lipowskiej i Paszczaków odnośnie przygotowania się do Nepalu bardzo nam się przydały. Zasuwaliśmy niemowlęce kaszki i zupki zalecone przez Ele i gotowaliśmy wodę na maszynce od Paszczaków, co ogromnie ograniczyło koszty.

Kaszek nigdy nie używałam gdy dzieci nasze były niemowlętami, więc po raz drugi w czasie tej podróży mamy okazje cofnąć się jakoś w tamte lata. Nawiasem mowiąc kaszki były pyszne.

Pozdrawiamy Was serdecznie i jutro moźe uda się znów z Wami połączyć.

Nepal część 2


30-ty listopad, 2000r.
Nasz każdy dzień na treku wygląda podobnie. Wstajemy o 5:30 lub 6-tej, myjemy zęby, filtrujemy wodę i wychodzimy przed 7-mą rano. Porterzy niosą większość naszych rzeczy, więc plecaki są bardzo lekkie.

Pierwszych pare dni chodzimy okolo 7-miu godzin, potem wyzej w gorach nawet tylko dwie. Sniadanie jemy godzine po wyjsciu. Okolo 11ej koncza sie wspaniale widoki i naplywaja chmury. Po przyjsciu do chatki nie pozostaje nic innego jak siedziec we wspolnej izbie i gadac z innymi, grac w karty lub czytac co wpadnie w rece, czyli zabijac czas jak wszyscy na treku. Okolo 6ej lub 7mej chodzimy spac. Niektorzy noc przesypiaja a inni po paru godzinach sa wyspani za wszystkie czasy i przez reszte nocy rozmyslaja o problemach tego swiata. Najwieksza trudnoscia dla mnie jest zimno. Powyżej 2500m jest zimno nawet w ciągu dnia chociaż niżej jest około 25 do 30 stopni.

W czasie drogi podziwiam nieskończoną ilość tarasów ryżowych. Te pólka pokrywaja całe, ogromne wzgórza. Praca w polu odbywa się bez żadnej mechanizacji. Wszystko robi się ręcznie. Mamy wrażenie, że cofnęliśmy się o tysiąc lat do tyłu. To co widzimy przekracza wszelkie nasze wyobrażenia. Na pólkach pracują zazwyczaj tylko kobiety. Pola bronowane są za pomocą brony i jaków. Brony są drewniane. Mamy okazję prześledzić wszystkie stadia zbierania ryżu. Nepalczycy rzną go sierpami. Młócą natomiast nogami lub parą jaków zaprzężoną razem i chodzącą wokół kółka. Oddzielanie plew od ziarna odbywa się za pomocą wachlarzy. Mnóstwo ziarna rozsypuje się przy okazji dookoła. Wszystko jest brudne i ziarna niejednokrotnie wymieszane są z kupami zwierząt. Półnagie dzieci siusiaja tam gdzie stoją. Wszędzie jest potwornie brudno. Nikt nie dba o higienę, chociaż widzieliśmy wielu Nepalczyków myjących zęby. Z przykrością zauważamy, że Nepalczycy są nieuczciwi i nieprzyjaźni.

Wszędzie próbują oszukać i wyciągnąć pieniądze. Nawet nasi porterzy, z którymi przez 2 tygodnie mieliśmy świetne układy, oszukują nas na końcu. Oprócz tego są bardzo zamknięci w sobie, zdystansowani i prymitywni. Nie tak jakoś wyobrażałam sobie ludzi gór. Trudno ich polubić. Oprócz tego mają paskudny zwyczaj charkania. Charczą i spluwają wszyscy bez przerwy. Staram sie tego nie słyszeć, ale żołądek przekręca mi się na lewą stronę. Dobrą zabawą naszych trzech młodych porterów było strzelanie z procy do małych, kolorowych ptaszków.

Od czasu do czasu zabijali któregoś tylko po to, żeby go zostawić na przydrożnym kamieniu. Miłą rzeczą natomiast jest to, że porterzy nigdy nas nie opuszczają. Nawet gdy Żólty zostaje z tyłu, jeden porter jest zawsze z nim jak dobry duszek. Duża część treku prowadzi przez dzunglę. Wszędzie dochodzi głos cykad niejednokrotnie wymieszany z szumem potoków. Wszystko razem tworzy wspaniałą orkiestrę, która nam towarzyszy przez cały dzień.

Przechodzimy przez wiele wiszacych mostków, ktore buja sie na prawo i lewo kiedy sie po nich idzie. Przechodzimy przez bambusowe i rodondrenowe gaje, rozmawiamy z napotkanymi ludzmi. Cudownie jest tu byc. Któregoś dnia wchodzimy schodami do nieba. Ida wysoko, sa niesamowicie strome i konca ich nie widac. Dobrze sie mi nimi jednak idzie choc powoli, bo kazdy krok przybliza do celu.

Dzieci podzielily sie towarzyskimi obowiazkami w sposob naturalny. Marta nawiazuje kontakty francuskie i jest naszym nadwornym tlumaczem. Kosiek natomiast zaprzyjaznia sie z poterami , a wlasciwie ze wszystkimi na treku i w miejscach gdzie moglyby byc klopoty z noclegiem, zapycha do przodu i rezerwuje nam chatki. Slonka rola to swiecic i fotografowac. A jest co.

W czasie schodzenia, kiedy nie trzeba juz myslec o konserwacji energii i jest duzo cieplej, prowadzimy kapitalne rozmowy z Pyszczkami na temat Ich przyszlosci. Marza o tym kim chcieliby byc i jak wyobrazaja sobie swoje rodziny. Cudownie jest tego sluchac i gdy tak gadamy o studiach, doktoratach, mozliwosciach, to zdaje mi sie, ze trzymam w reku gline, ktora wspaniale da sie modelowac. Widze, jak nasze slowa wpadaja na zyzna glebe i ze sluchacze staraja sie nie uronic ani jednego slowa. To wspolne bycie razem, ten kontakt i integracja, ktora sie miedzy nami dokonuje, to ogromne skarby, z ktorych czerpac bedziemy do konca zycia i my starzy, i Oni wchodzacy w zycie.

Można powiedzieć, że nie mieliśmy dolegliwości zdrowotnych na treku. Pogoniło nas może raz. Większy problem był raczej z ciężkim żołądkiem. Mieliśmy to odczucie prawie po każdym nepalskim posilku. Całe szczęście, że były kaszki niemowlęce i zupki z Polski. To ratowało sytuację.

Przedmiot jedzenia przypomina mi scenkę, którą widzieliśmy w Katmandu. Był to sklepik mięsny umieszczony w małym pomieszczeniu. Na podłodze kucała brudna, rozkraczona kobieta i kroiła mięso bezpośrednio tam gdzie się chodziło. Widok tej "masarki" przyprawiał o mdłości i wszystko podchodziło do gardła. Nie przeszkadzało mi to jednak jeść później mięsne momo. Staram się nie pozwolić wyobraźni wiązać tych dwóch zdarzeń razem i to jest chyba jedyny sposób na przeżycie w Trzecim Świecie. Obserwujemy tu bardzo dużo komunistycznej propagandy. Po ulicach jezdżą samochody z nagłośnieniem i rozsypuja ulotki. Jest też wiele plakatów z sierpem i młotem. Kto jeszcze może wierzyć w taki system.
Zdumiewające.

Pare dni odpoczywamy po treku w Pokharze i po pożegnalnym obiedzie rozstajemy sie z Żoltym. On jedzie do Kathmandu a my do Chitwan National Park. Droga jest w okropnym stanie i czesto brakuje nawierzchni. Do tego kierowcy jezdza jak wariaci. Chtwan lezy na poludniu kraju i temperatury w ciagu dnia wynosza okolo 30 stopni. Znow wracaja na tapete szorty. Trafiamy do bardzo ciekawego hoteliku zlozonego z glinianych chatek. Jest on prowadzony przez …Niemke. Czujemy sie tu jak w niebie, bo pomimo prymitywnego stylu gliniane domki sa nieskazitelnie czyste a w łazienkach jest papier toaletowy i mydło!!!

Otoczeni jesteśmy dżunglą, z której dochodzą ryki słoni co jest bardzo egzotyczne. Dowiadujemy się też ciekawej rzeczy na tamat drzew bananowych. Okazuje się, że rodzą owoce tylko raz a potem trzeba je ściąć. Rozrastają się jednak błyskawicznie przez klącza więc gdy jedno drzewo owocuje, drugie obok już rośnie. Od początku do końca cyklu mija około 1,5 roku. Zielone banany są podobno świetnym środkiem na rozwolnienie i skurcze jelit.

Na przejażdżkę słoniami ruszamy z samego rana. Słonie to ogromne i przepiekne zwierzęta robiace bardzo mile wrazenie. Przy wejsciu do parku zbudowany jest wysoki pomost, z ktorego szczytu turysci wchodza na słonia. Znacznie łatwiejszy sposob maja mhooci. Wchodza po prosu na trabe i slon podnosi ich jak dzwig, na wysokosc swojej szyji. Mahoot wchodzi po głowie słonia trzymając się za jego uszy. Wygląda to świetnie. Na słoniu zbudowane jest rusztowanie, na którym siedzą 4 osoby. Mahoot siedzi z przodu i kieruje słoniem uderzając go swoimi stopami po uszach, popychajac kijem po głowie lub wydajac mu ustne, bardzo śpiewne komęndy. Ruszamy gdy jest jeszcze dość mglisto, co nadaje podróży specjalnego uroku.

Siedząc na szczycie słonia mam nagle wrażenie, ze to tylko sen, ze to niemozliwe, ze jestem w nepalskiej dzungli. Boje sie, ze zaraz sen minie i obudze sie i trzeba bedzie isc do pracy lub wyprawic Dzieci do szkoly. Na szczescie nic sie nie dzieje i sen trwa. Calgary wydaje sie tak dalekie i tak nierealne jakby było na innej planecie. Słoń stąpa bezszelestnie, ostrożnie i świetnie amortyzuje wstrząsy na wysokości swojej kostki. Przedzieramy sie przez krzaki i chaszcze. Aż słonica czasem protestuje.

Jestemy tu w sezonie mandarynkowym. Najadamy sie na zapas tymi wspaniałymi owocami. Życie jest cudowne i intensywnie myślimy o tym co by tu zrobić, zeby znów wkrótce wyskoczyć gdzieś w świat. I tym pozytywnym akcentem kończę na dziś, serdecznie wszystkich pozdrawiajac od całej naszej grupki.

Nepal część 3


3-ci grudnia, 2000r.
Trzecią część o Nepalu chciałabym poświęcić Kathmandu. Jest to nasza ostatnia partia nepalskiego podróżowania i muszę przyznać, że dla mnie osobiście najciekawsza.

Kathmandu jest największym miastem w Nepalu i ma około miliona ludzi. Jest to niesamowite miasto i z jednej strony człowiek czuje się tu jakby się cofał do Średniowiecza, z drugiej zaś widać przebijanie się Trzeciego Świata do naszej nowoczesnej ery. Wyobraźcie sobie, że nagle cofacie się w czasie i znajdujecie się w środku haosu maleńkich i wąskich uliczek, nad którymi zawieszone są stare drewniane balkoniki. Stanowią one ochronę dla malusieńkich sklepiczków poniżej, w których można i wszystko kupić i wszystko załatwić. Oprócz tego są place przeładowane niesamowitymi świątyniami i targami, kolorowymi od owoców i warzyw, wypełnionymi nie mniej kolorowo ubranymi ludźmi. Do tego dodajcie duszący kurz i dławiące spaliny, śmierdzące i rozkładające się śmieci, pałętające się butelki po coca-coli, żebraków, riksze, motocykle, bez ustanku trąbiące samochody i tłum ludzi i będziecie mieć namiastkę prawdziwego obrazu Kathmandu. Namiastkę, bo ani zapachów ani kolorów nie mogę Wam w tym liście przesłać a ubogość pióra nie pozwala oddać wrażeń, którymi jestem przepełniona w tym kolorowym bałaganie. W Kathmandu spędzamy sześć dni, które mnie przelatują błyskawicznie, natomiast dla Pyszczków są wiecznością. Im zupełnie wystarczyłyby dwa dni i to co odbierają teraz, to chyba same minusy nawet nie Kathmandu, co raczej przebywania w brudnym Trzecim Świecie. Idziemy obejrzeć Durbar Square, serce starego miasta i Patan. Na obu placach są stare królewskie pałace i hinduskie świątynie. Nie rozumiemy wielu szczegółów z symboliki artystycznej, nie przeszkadza nam to jednak zachwycać się innością tej kultury. Wszystko jest tu takie różne od tego co znamy.

Dużą część dnia spędzamy jak wszyscy turyści, na szwędaniu się po uliczkach, wzdłóż których ciągnie się nieskończony targ wyrobów nepalskich. Można tu kupić miliony drobiazgów i sporo frajdy sprawia wybieranie ich na upominki, które zabierzemy ze sobą do dalekich krajów. Zatłoczony labirynt ulic, podwórek i alejek, co chwila odkrywa naszym oczom małe świątynie, posągi i rzeźby ukryte w najbardziej nieoczekiwanych miejscach przed tymi, którzy nie lubią łazikować. Ciekawie też jest podpatrywać życie uliczne Nepalczyków. Przeraża brak higieny i brud, ale wtedy wraca miła świadomość, że ten film się kiedyś skończy i można będzie wrócić do swojego ciepłego i wygodnego domku.

Odwiedzamy też Świątynię małp czyli Swayambhunath. Jest to najstarsza, buddyjska stupa przyciągające najwięcej pielgrzymów z całego Nepalu. Jest to też centrum tybetańskiego, religijnego życia. Z tyłu rozciąga się pasmo wysokich Himalajów z Everestem na czele. Na terenie świątyni żyje spora grupa małp, które są nawet bardziej agresywne niż żebrające dzieci. Do świątyni wchodzi się po wysokich, stromych schodach u podnóża których stoją ogromne posągi Buddy.

Najmocniejszym jednak przeżyciem była dla mnie inna wycieczka. Muszę tu wspomnież, że po okolicach Kathmandu poruszamy się dziwnymi pojazdami zwanymi tempo. Jest to elektryczny wechikuł na trzech kołach i mieści się w nim na duś około 12 ludzi. Piszę około, bo jechaliśmy już i większym tłumie. Nie potrzebny jest lunapark.

Taka przejażdżka załatwia wszystko. Wracając do wycieczki do Paspatinath. Jest to miejsce, w którym nie tylko znajduje się zespół ważnych hinduskich świątyń, ale w którym dokonuje się kremacji zwłok. Wszystko położone jest nad świętą rzeką Bagmati.

Jest to mała rzeczka wyglądająca jak ściek, ale i tak ludzie zanurzają się w tym rynsztoku. Najbardziej fascynujące było kremowanie zwłok nad tym samym świętym ściekiem. Ku naszemu zdziwieniu nie śmierdziało. Zwłoki palą się około 3-4 godzin. Potem resztki palących się głowni i ludzkich prochów zwalane są do świętej rzeki tuż obok kudzi dokonujących rytuału obmywania. Makabryczna kombinacja.

Tuż obok rzeki i świątyń znajduje się ogromny targ z kwiatami i jedzeniem składanymi jako ofiary dla boga Shivy. Są też niezwykle kolorowe stragany z farbami używanymi do barwienia tkanin i jak zwykle wszędzie mnóstwo ludzi. Ta ogromna ilość ludzi wciąż uderza mnie po naszej mało zaludnionej Canadzie. Podobno przyrost naturalny w Nepalu wynosi 3% pomimo dużej umieralności noworodków.

I tak powoli nasza przygoda nepalska dobiega końca. Nic nie trwa wiecznie. Slajdy i wspomnienia zostaną jednak między nami przez długie lata. I już teraz wiem, że wielokrotnie w długie, zimowe wieczory będziemy wracać do Nepalu rzucając na ścianę momenty zatrzymane na klatkach slajdów.

10-ty grudzień, 2000r.
Witamy wszystkich, tym razem z ziemi ojczystej. Pożegnanie z Katmandu było smutne. Odjeżdżaliśmy z mocnym postanowieniem, że tu kiedyś wrócimy. Jaka szkoda, że tak szybko minął ten pobyt tutaj. To wspaniały kraj.

Staje mi przed oczyma katmandyjska ulica, wąska, zatłoczona, pełna handlarzy narkotyków. Co parę kroków proponują Kośkowi haszysz lub maryśkę, mnie zaś tylko maść tygrysią. Czy to nie jest niepokojące? Próbujemy jeszcze na ostatnią chwilę nagromadzić jak najwięcej obrazów w pamięci, zapachów, kolorów, żeby starczyły na długie, zimowe wieczory kalgaryjskie. Żal wyjeżdżać. Nepalskie linie spóźniły się, jak zwykle, co nikogo z nas nie zaskoczyło.

Zaskoczeniem natomist była odprawa celna, do której stały dwie kolejki: jedna dla kobiet a druga dla mężczyzn. Pojedynczo wchodziło się do małych kabinek, w których celniczka dość dokładnie obmacywała sprawnymi rękami po wszystkich częściach ciała. Gdy doszła do moich boków to zaczęłam się nerwowo śmiać. Najdziwniej czułam się jednak gdy dotykała mi piersi. Na szczęście nie zaglądali do pupy! W Dephi rozłożyliśmy się wygodnie na siedzeniach i wtuliliśmy się w swoje śpiworki.

Do Londynu odlecieliśmy o trzeciej nad ranem. Nie mogłam spać, byłam wykończona. Jeszcze parę godzin w Londynie i wreszcie samolot do Warszawy. Półprzytomni wpadliśmy w objęcia Żółtego, Beaty i pani Bożeny. Stolica zasnuta była gęstą mgłą.

Wreszcie łóżko i możliwość przespania się po 37 godzinach podróży. Obie Mamy oddychają z ulgą. Nikt nas nie zabił I nic się nie stało. Od tej pory to już tylko kaszka z mleczkiem. Przez dwa dni walczymy aby zgrać terminy przesłania Smoka z terminem przylotu do Toronto. Wreszcie sprawa się wykluwa i Smoka odwozimy do Gdyni pojutrze a rezerwacje robimy na 14 stycznia. Zaczynają się spotkania ze znajomymi, które dla nas są zawsze bardzo miłe.

Specjalnym spotkaniem było spotkanie z Kasią Czyż na Starówce. To tak jakby powiało kagaryjskim wiatrem, a sama Kasia była kanadyjskim listkiem, bliskim, znanym, ciepłym... Pyszczkom zachciało się od razu wrócić do domu. Zatęskniliśmy. Nie mogę pominąć w Polsce tematu jedzenia. Jest wyśmienite i poraża na miejscu wszelkie postanowienia niejedzenia. Straszne. Ciastkarnie są genialne, a każdy serek woła "zjedz mnie". Trudno się nie ulitować. Do tego pieczywo najlepsze na świecie. Wreszcie gdy doszłam do zadowalającej formy wszystko bierze w łeb. Tym smutnym akcentem kończę i pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Mariola (ta bez silnej woli w sidłach polskiego obżarstwa).

17-ty grudzień, 2000r.
Czas leci w Polsce bardzo szybko, chociaż Dzieci, wytrącone zarówno z normaln