
W tamtą stronę jechaliśmy 30 godzin (od wyjazdu z Ensenady, do przybycia do hotelu): przez LA i Seul. To było dość męczące. Z Seulu pamiętam głównie ubikacje damską z komputerem przy wejściu, który informował, która kabina jest pusta, a która zajęta. Do Beppu gdzie zaczynała się konferencja (na południowej wyspie Kyushu) jechaliśmy z Fukuoki pociągiem i miałam przejmujące uczucie że jestem na Sląsku; zabrudzone ściany domów zbudownych czasami przy samych torach i co jakiś czas poletka, tylko nie kartofli, a ryżu. No i inne dachy; bardzo ozdobne, wielopiętrowe. I ci ludzie na stacjach zupełnie europejscy, tylko o trochę innych oczach. I taki przemysłowy zapach Sląska.
W Beppu zakwaterowano nas w hotelu o dumnej nazwie New Hayashi (Bisness Hotel) po 44 dolary za noc. Wydawało się to podejrzanie tanio i przeczucia się sprawdziły. Pokoik był tak mały, że po otworzeniu walizki nie dawało się przechodzić do lazienki. Na ścianie wisiały dwa wieszaki (tam do 100 dolców nie oferują szafy), a ja miałam tony ubrania. Łóżko małe ale z nakrochmaloną (nareszcie!) pościelą i codziennie zmienianym świeżym nakrochmalonym kimonem. Gościnne kapcie. Codziennie świeża szczoteczka do zębów. Niestety cena ukryta była w łazience. Łazienka malutka, taka z plastiku, ale chyba od lat nikt jej porządnie nie wyszorował i ten plastik pokryty był warstwą czegoś szarego i całość bardzo brzydko pachniała. Mieszkali w tym hotelu stypendyści, czyli Meksykanie, Polacy, Rosjanie, Nepalczycy, Pakistańczycy i Indonezyjczycy. Głównym tematem naszych codziennych śniadaniowych rozmów były łazienki w tym hotelu. Niestety organizatorzy odmawiali przeniesienia nas do innego hotelu, bo to oni za nas płacili. Na śniadanie (w cenie hotelu) była kawa, bułeczka, jajecznica z pół jajka i szynka wielkości 2x3 cm. To to nieważne, bo można było wyjść na miasto i coś porządnego zjeść, ale te łazienki! Byliśmy tak przerażeni, że robiąc rezerwację na Tokio (gdzie płaciliśmy sami za siebie) zarezerwowaliśmy hotel po 150 dolców od osoby, żeby mieć pewność że będzie czysto!!
Było to przesadzone, bo następne hotele były już przezwoite. Z Beppu przewieziono nas na weekend 1000 km na północ do górskiego miasteczka Kazuno (Honshu), gdzie spaliśmy w bardzo nowoczenym, ale równocześnie w staroświeckim japońskim stylu hotelu Kazuno. Dostałam tam z drugą Meksykanką mieszkanko z 50 metrów kwadratowych z przedpokojem, salonem- sypialnią, werandą, ubikacją i dwuczęściową łazienką. Na podłogach maty (nie wolno chodzić w butach), ściany i drzwi z drewna z papierem, piękne tradycyjne papierowe lampy, w łazience zestaw: szczotka do zębów, do włosów, grzebień i kosmetyki dla każdego. Oczywiście też kimono i kapcie. W pokoju termos z wrzątkiem, zestaw porcelanowy do herbaty i herbaty. Łazienka ogromna, z miejscem na prysznic obok wanny, bo Japończycy wannę urzywają tylko do moczenia się (po umyciu się mydłem na zewnątrz).
Spanie rozkładała wieczorem pokojówka układając na matach kołdrę, nakrochmaloną pościel z poduszką z jakichś ziaren (cudowne!) i puchową kołdrę. Całość pachnąca i czyściutka. Sniadanie: bufet z jedzeniem japońskim i europejskim; w bród żarcia. Nie wiem ile kosztuje taki hotel, bo cena (115$) pokrywała też transport (samolot, pociąg, 5 przejazdów autobusem, 3 lunche w autobusie), więc ktoś to solidnie dofinansowywał. Na następny tydzień zabrano nas do Morioki (Honshu), gdzie mieszkaliśmy w czystych, chociaż malutkich pokoikach w stylu europejskim. Tam było juzż czysto i duże śniadanie-bufet. Po 80$ od osoby. Oczywiście te 150$ zapłaconych za Tokio, to był skończony luksus; olbrzymi elegancki pokój, gigantyczna łazienka z wodą do mycia z temperaturą regulowanż z dokładnością do jednego stopnia, skomputeryzownym sedesem (miał funkcję grzania i bidetu z różnymi wariantami kierunku i siły strumienia wody) i telefonem w łazience. Oczywiście znowu grzebienie, szczotki, szczoteczki, kimona, kapcie i puchowa kołdra. To tyle o hotelach; polecam hotele japońskie, ale nazwy "biznes hotel" i/lub ceny poniżej 50$ należy unikać.
Sympozjum odbywało się więc w trzech miejscach oddalonych o 1000 kilometrów. Centra konferencyjne bardzo ładne i nowoczesne, ale jak wszędzie nie udało się uniknąć problemów z rzutnikami. Niestety w budynkach sympozjum organizatorzy powyłączali te skomputeryzowane sedesy z prądu, bo bali się tumanów z Europy i Ameryki; włączenie programu na bidet, powoduje że woda leci do góry i uczestnik konferencji może zostać ochlapany - a napisy na komputerach są po japońsku! W czasie 9-ciu dni sympozjum mieliśmy trzy powitalne przyjęcia, dwa pożegnalne i kilka innych obiadów (z nieprzytomną ilością pysznego i ślicznie podanego jedzenia) oraz przedstawienia tradycyjnej sztuki japońskiej (muzyką na różnych dziwnych instrumentach, tańcami w różnych przebraniach, opowiadania itp) w dwóch teatrach. Kosztowało to pewnie majątek, ale to dobrze świadczy o japońskiej geotermii.
Gorzej było z wolnym czasem, którego nie było. W każdym z odwiedzanych przez nas miast były gorące źródła; w Beppu było ich "tylko" 750!!! Najluskusowsze zźródełko było w górskim hotelu Kazuno; zajmowało całe piętro hotelu, oddzielnie oczywiście dla pań i panów (po co ja tachałam kostium kąpielowy?). Składało się z przepięknej wykończonej bambusem przebieralni, ogromnej całej w lustrach i luksusowych bateriach "myjni" i sali z basenami (z gorącą i zimną wodą), jacuzzi, sauny i basenem z gorącą wodą wśród kamieni i drzew na dworzu. W "myjni" siedziały nagie kobiety i myły się przed lustrami (wyglądło to jak u fryzjera, tylko bez ubrania). Podobno w dawnej Japonii ludzie nie mieli w domu łazienek tylko chodzili do takich wspólnych laźni; bardzo to ładne urządzenie. W środku panuje nastruj ciszy i skupienia.
Odwiedziłam kilkanaście różnych świątyń, cmentarzy, muzeów, parków i ogrodów w kilku miastach i mam z tego dokładne pomiesznie z popląteniam. Przyznaję, że ich świątynie są dużo piękniejsze (i czyściejsze) niż w Indii czy Nepalu (ale w Tajlandii są większe i bardziej imponujące), a sztuka dech zapiera. Zresztą zawsze lubiłam japońską sztukę i tylko teraz się zachwycałam że to nie ginie pod naporem McDonalda i nowoczesnej muzyki. Zdziwiło mnie tylko, że bardzo trudno jest kupić gdzieś kopię ich obrazów czy papirosów. A to takie, cholera, ładne, że chciałoby się mieć w domu. No i te ogrody; te duże i stare bardzo ładne, ale to co ludzie robią sobie na 2 metrach kwadratowych przed domem też bardzo ładne, chociaż skromne. Mają gust i niesłychane poczucie prostoty. Kupiłam sobie książki (albumy) po angielsku o planowaniu tamtejszych domów i ogrodów.
Cała oddzielna historia to pociągi; rzeczywiście niektóre są szybkie i wcale się tego nie czuje gdy się jedzie. Ale najlepsze są stacje; trzeba skończyć jakiś kurs żeby się tego nauczyć. Rzeczywiście drzwi otwierają ci się przed nosem i wchodzisz prawie na swoje miejsce, ale odczytać najpierw bilet i odszukać peron i miejsce na peronie to sztuka. Teraz (po jeździe trzema dalekobieżnymi pociągami) wydaje mi się to łatwe i oczywiśte. Zachwyciło mnie jedzenie; zawsze lubiłam japońską kuchnię, ale okropnie bałam się ich cen. Okazało się, że lunch, albo kolację można zjeść wszędzie w małych restauracyjkach za 4-8 dolców i to będzie jedzenie z kilku dań! Zachwycił mnie pomysł z plastikowym jedzeniem w witrynach restauracji; wie człowiek co je i za ile! Zajadałam się więc ich pełnymi różnych smakowitości zupami i moim ulubionym curry. Najbardziej pasuje mi curry ze schaboszczakiem!!! Gorzej jest z herbatą. Ja muszę wypić czarną herbatę ze dwa razy dziennie, a nie zawsze było gdzie (bo oni piją zieloną i do tego słabą), więc po nocy szukałam ichniejszych kawiarenek żeby zamówić herbatę. Robili ją cudowną (każdą filiżankę przygotowując oddzielnie), ale kosztowała około 3$ za filigranową filiżankę!!! Musiałam zamawiać po dwie! Najwięcej pieniędzy wydałam na herbatę i pyszne ciasteczka. Najdroższa herbata jaką wypiłam kosztowała 4.5 dolara od filiżanki i wypiłam też dwie. Nałóg to droga rzecz.
Tokio jedzeniowo było droższe, ale dało się wyrzymać. Zaszokowała mnie ilość rowerów na ulicach; jak w Chinach?! Przed fabrykami ogromne parkingi tylko na rowery i motorowery. A na motorowerach jeżdżą nawet stuletnie babcie! Samochody oczywiście też są; jakieś nieznane mi modele Toyot i innych, często przypominające zabawki. Żeby meksykanie chcieli bardziej dbać o środowisko i cholera jeździli na rowerach a nie tymi gratami gigantycznymi i rozpadającymi się Fordami sprzed 30 lat!!! Prawie cały pobyt trochę (dwa razy bardzo) padało. Ja miałam prasolkę, ale moi koledzy meksykanie tego nie przewidzieli. Na szczęście okazało się, że każdy hotel czy restauracja wypożycza parasole, które oddaje się gdzieś w innym hotelu i restauracji i tak wszyscy mają po parasolu. Cieszył mnie ten deszcz, bo brakuje mi tutaj zapachu mokrej zieleni.
Klimatów mieliśmy kilka: od prawie tropiku w nadmorskim Beppu, po śnieg w górskim Kazuno i tajfun w Tokio.
Konferencja bardzo bogata; prezentacje od politycznych i ekonomicznych, poprzez technologię otworów, separatorów, turbin i generatorów, do geofizyki, sejsmologii i ekologii! Na szczęście były po cztery sesje na raz, więc nie musiałam chodzić na te ekonomiczne. Swiat prezentuje mnóstwo różnych technologii wykorzystania ciepła Ziemi; nawet Polacy mają fajne pomysły, chociaż tego ciepła jak na lekarstwo (temperatury w polskich złożach nie przekraczają chyba 30 stopni). Tylko Meksykanie jeśli nie mają wody o temperaturze 300C to już nie widzą potrzeby zajmowania się takim złożem! Zero myśli technicznej.
Bardzo podobają mi się ludzie; uśmiechnięci i uprzejmi. I wszyscy szczupli! To chyba od tego, że jedzą 3 razy dziennie gorące jedzenie; dużo zupy i ryżu. Zamiast napychać się kaloriami z tłuszczu jedzą kalorie z ciepła.
Przeżyłam szok wysiadając z samolotu w Los Angeles; brud, brzydko i niesymapycznie. Ja przygotowałam papiery na granicę w samolocie, ale moi meksykańscy koledzy nie. Więc po odprawieniu się czekałam na nich przy bagażach. Podeszło do mnie przez 10 minut z trzech oficerów legitymując od nowa, podejrzliwie wypytując skąd i dokąd jadę i gdzie i po co byłam w tej Japonii. Zupełnie jakbym była jakimś terrorystą!
Spytał się mnie ktoś co mi się najbardziej spodobało w Japonii. Więc chyba najbardziej podoba mi się fakt, że żyją tam na małym obszarze miliony ludzi i nikt nikomu nie przeszkadza. Nie ma śmieci, hałasu, śmrodu, dzikich psów i szalejących po małych uliczkach samochodów. I da się połączyć nowoczesność z tradycją. To takie wrażenia "meksykanki".
No i muszę popszukać gdzieś takiej japońskiej poduszki: wypełniona jakimś ziarnem, i z jednej strony trochę zmiękczonej jakimś puchem. Rewelacja! I dojrzewam do kupna puchowej kołdry; tylko tutaj sprzedają same białe, a takowa zrobi się brudna po pierwszym przespaniu się na niej Mauej!
