Tranzytka magadańska

Następny dzień nosił w kalendarzu znamienną datę 7go grudnia, 1941 roku... Kilaknaście godzin po jego rozpoczęciu się w barakach magadańskiego łagru, w innej części świata zaistniały historyczne wypadki, wielkiej wagi, które stały się zwrotnym punktem w historii Drugiej Wojny Światowej... W dniu tym bomby japońskie spadły na amerykańską zatokę Pearl Harbour... Również w Magadanie ktoś podjął decyzję, która stała się powodem dramatycznej zmiany w życiu polskich więźniów, co z rozpoczęciem się dnia pracy było dla nich jeszcze tajemnicą.
Dla Stanisława i jego współtowarzyszy dzień ten stał się także pamiętnym dla innej, chociaż mniejszej w swoim znaczeniu przyczyny. Po raz pierwszy od rozpoczęcia się zimy temperatura spadła poniżej krytycznego poziomu 65 stopni poniżej zera, co pozwalało więźniom na pozostanie w barakach. Wszystkie brygady pozostały w obozie, poza jedyną grupą do której należał Stanisław. Nikt nie wiedział co było przyczyną tego i nikt nie starał się robić domysłów. Taka była wola jednego z komendantów obozu i do niej należało się dostosować.
Arktyczne zimno, wciągane przez zasłonę na twarzy, drażniło jego nozdrza, lodowaty wiatr przenikał jego łachy, a suchy zamarznięty śnieg dziarstko skrzypiał pod jego szmacianymi burkami. Z chwilą wyjścia na zewnątrz młody Polak odrazu wyczuł, że z wszystkich dotychczasowych dni kołymskiej zimy, ten był najzimniejszy i najtrudniejszy do przetrzymania. W nim zaczęła budzić się myśl przeciwdziałania tym warunkom natury. Walka o życie jest koniecznością - tak mu sugerował zdrowy rozsądek.
Tym razem, ani ulice miast, ani magazyny żywnościowe, ani skład drzewa nie były miejscem pracy dla brygady. Wprawdzie kazano im wstąpić do budki z narzędziami przy magazynie opałowym ale jedynie dlatego, aby pobrać łopaty. Stamtąd, idąc wzdłuż toru kolejowego weszli do szerokiej doliny, gdzie gruba warstwa śniegu na torze jeszcze nie była tknięta łopatą. Przed więźniami leżało ciężkie zadanie dnia - odrzucanie śniegu w mrozie i zimnie na otwartej przestrzeni.
Więźniowie z miejsca zapalili ognisko z gałęzi pobliskich krzaków kosodrzewiny. Sam bojec cofnął się około stu metrów wstecz wzdłuż torów do samotnie stojącej budki, jaka chroniła go od wiatru i mrozu. Jej położenie dawało mu idealny wgląd w rejon pracy oraz całkowitą kontrolę nad pracującymi więźniami. Nikt z nich nie mógł opuścić rejonu bez przejścia obok jego budki z dymiącym kominkiem.
Niedługo po odejściu bojca do schroniska, Stanisław zauważył, że myśl ucieczki z pracy nie była jego wyłączną intencją. Od grupy więźniów oderwała się szara postać człowieka i wolnym krokiem oddalała się w kierunku krzaków kosodrzewiny, rosnącej po zboczach doliny. Przez pewien czas tylko część jego szarego ubrania ukazywała się tu i ówdzie z pośród śniegiem przysypanych krzaków. Chociał ta ekapada odbyła się na oczach całej brygady, strażnik ulokowany w budce tego nie zauważył. On pewny tego, że nikt nie może uciec z pracy musiał skierować swoją uwagę ku rzeczom lub sprawom bardziej istotnym dla niego.
Widok tej ucieczki pobudził Stanisława do podjęcia podobnej próby. Idąc śladami swego poprzednika, dotarł do tej samej linii krzewów i pod ich osłoną skierował swoje kroki w kierunku domów na horyzoncie. Tuż przed dojściem do miasta obaj uciekinierzy zeszli się razem. Młody człowiek rozpoznał w osobie swego towarzysza polskiego więźnia znanego mu pod imieniem Henryka. Odtąd ucieczka stała się wspólną wyprawą, aczkolwiek każdy z nich miał inny plan odnośnie ogrzania się i zdobycia żywności.
Rejon miasta w którym obaj się znaleźli był z grubsza znany Stanisławowi jeszcze z czasów jego pracy w magazynie opałowym. Już od chwili wyjścia z kosodrzewiny widział domek staruszki, która raz uraczyła go pamiętnym kawałkiem białego chleba. Tam postanowił skierować swoje pierwsze kroki w nadzieji, że conajmniej ogryzki chleba będą jego zdobyczą tego dnia.
Henryk natomiast znał rejon miasta bliżej jego centrum. Tam przy jakiejś okazji zrobił znajomości wśród pracowników jadłodajni dla streżków, gdzie za zmywanie naczyń otrzymywał ogryzki z chleba. Za jego namową Stanisław przyjął plan towarzysza za bardziej opłacalny, ale nie zamierzał rezygnować z wizyty u staruszki. Na jego pukanie drzwi lekko się uchyliły i ręka kobieca podała mu kawałek chleba. Jego współtowarzysz wyrwał mu chleb z ręki i zaczął pożerać pełnymi kęsami. Głodny człowiek usprawiedliwial się z tego uczynku i przyrzekł zwrócić równowartość po pracy w jadłodajni.
Do następnego źródła możliwego zdobycia żywności trzeba było przejść szereg ulic, którymi strażnicy wracali do koszar z nocnej służby. Dwukrotnie udało się im ujść uwagi powracających bojców, lecz za trzecią razą stali się ofiarami własnej nieuwagi. Kryjąc się za węgłem jednego z domów, nagle usłyszeli potężny ludzki głos tuż nad nimi:
"Pastoj!... Pastoj!... bo budu strelać!"
Ponad sobą, na wysokości strażniczej wieżyczki, ujrzeli bojca z karabinem wymierzonym w ich stronę. Natychmiast potem odezwał się przenikliwy sygnał gwizdka celem zaalarmowania wartowni w obozie. Teraz obaj zrozumieli, że znaleźli się w okolicy żeńskiego obozu i przez własną nieuwagę zostali wykryci przez strażnika. Niedługo potem obozowy patrol zabrał ich na wartownię, gdzie przez godzinę lub dłużej kazano im czekać w pomieszczeniu, przypominającym poczekalnię.
Załatwienie sprawy uciekinierów widocznie wymagało dłuższego czasu. To samo w sobie było dobroczynne w skutkach dla obu Polakóww. W ciepłym pomieszczeniu mogli odtajać z zimna. Władze więzienne nie zapomniały o z biegłych pracownikach. Po pewnym czasie w poczekalni zjawił się uzbrojony strażnik, który kazał dwójce uciekinierów iść razem z nim.
Droga, którą ich prowadzono, wiodła do centrum miasta, gdzie mieściły się urzędy władców Kołymy. Po dojściu do jednego z budynków musieli poczekać chwilę na dworze, zanim jakiś urzędnik otworzył wejściowe drzwi i wpuścił ich do wnętrza. Znowu długie czekanie w jakiejś sali, przeciwko czemu uciekinierzy wcale nie oponowali. Wewnętrzne ciepło było lepszą alternatywą niż borykanie się z zimnem i śniegiem nazewnątrz.
Po kilkunastu minutach drzwi przyległej kancelarii otworzyły się i przed nimi ukazał się umundurowany urzędnik o wyższej randze oficera NKWD. Człowiek ten ostrym głosem kazał im wejść do jego kancelarii i usiąść na dwóch krzesłach przed jego biurkiem. Na głównej ścianie wisiał portret Stalina, na dalszym planie widniała podobizna Lenina, czerwona gwiazda i wizerunki pomniejszych dygnitarzy sowieckich.
Na bocznej ścianie wisiała duża mapa Kołymy, poznaczona setkami czerwonych szpilek z napisami, które w zrozumieniu Stanisława oznaczały położenia łagrów przy kopalniach złota. Wszystkie szpilki były ugrupowane wzdłuż pewnych tras, z których najbardziej widoczną była linia prowadząca na północ od Magadanu do Oceanu Lodowatego. Gdzieś wśród tych napisów była kopalnia złota "Pionier", gdzie polski więzień spędził lato, pracując dla dobra swoich prześladowców. Jednak krótki rzut oka nie pozwolił mu na rozpoznanie szczegułów olbrzymich terenów zimnego kraju Kołymy.
Po usadowieniu się na wygodnym fotelu urzędnik z miejsca podniósł głos do więźniów. Co chwila padały przycinki pod adresem takich pasożytów jak oni, którzy sabotują wysiłek narodu prowadzącego wojnę z faszystami. Później jego mowa przyjęła formę propagandową na temat aliansu między narodami w którym Polska była też stroną w wojnie. W pewnym momencie oficer podjął gazetę z biurka, rozłożył ją przed więźniami i wskazał na krótki paragraf w lewym dolnym rogu rozłożonej gazety.
"Smatri!" oficer wołał w podnieceniu, "wasz generał Sikorski jest w Moskwie i rozmawia z towarzyszem Stalinem na temat stworzenia Polskiej Armii na terenie Związku Sowieckiego."
Po pokazaniu tej wiadomości oficer krzyczał w dalszym ciągu i nazywał dwóch uciekinierów wrogami sowieckiego systemu, ale te słowa już nie docierały do Stanisława. Wizyta polskiego przewódcy w Moskwie całkowicie pochłonęła jego uwagę. Nawet przy słabej znajomości języka rosyjskiego on mógł doczytać się reszty z poszczególnych słówek i powiedzeń.
"Jeśli Gen. Sikorski rozmawia ze Stalinem, to sprawa zwolnienia polskich więźniów musi być na ich agendzie rozmowy. Logicznie w ramach tego samego tematu mieści się ewentualne zwolnienie więźniów z 10go OŁPu," młody Polak rozumował pozytywnie na swoją korzyść.
Ta elektryzująca wiadomość z miejsca nim wstrząsnęła i zmieniła jego pogląd na sytuację jego i całej polskiej grupy w obozie. W końcowej fazie swojej mowy oficer sowiecki wydawał się być bardziej przyjaznym, eskortujący strażnik stwarzał pozory większej wyrozumiałości i nawet zimno nie było tak dokuczliwe jak we wcześniejszych godzinach porannych.
Jednak twarda i przykra rzeczywistość nie znikła z horyzontu życia dwóch uciekinierów. Kiedy po powrocie do pracy pierwszy z nich, Stanisław, doszedł na wysokość strażnika jego brygady, ciężar jego kolby wylądował na jego plecach. Nie czekając na następne uderzenie młody Polak skoczył w śnieg i obszedł dookoła krzyczącego bojca. Henryk, natomiast, otrzymał całą porcję przekleństw, krzyku i bicia.
Mimo wyraźnego zakazu strażnika, Stanisław podszedł do grupy Polaków przy ognisku i wymamrotał do pierwszego z nich:
"Generał Sikorski był dwa dni temu w Moskwie i omawial sprawę Polskiej Armii w Rosji."
"Skąd ty to wiesz?" padło pytanie.
"Czytałem w gazecie," młody więzień odpowiedział.
"Czy na pewno...?"
"Na pewno... na pewno," pytany powtórzył głośniej.
Niezwłocznie nastąpiło ożywienie w całej grupie. Szmatami okręcone twarze odwracały się jedna do drugiej, aby podzielić się wiadomością. W każdym z nich obudziła się nadzieja opuszczenia łagru i wyjazdu do Polskiej Armii organizującej się na terenie sowieckiego imperium.
Jednak, gdy wszyscy delektowali się niespodziewaną informacją, nad Henrykiem i Stanisławem wciąż wisiała groźba karceru za ucieczkę z pracy. Chyba, że bojec okazałby wyrozumiałość i uznałby bicie kolbą za wystarczającą karę. Może też w tym zimnym dniu on byłby skłonny do przeoczenia całego incydentu.
Bojec jednak był innego zdania. Jeszcze przed wejściem do bramy obozowej odstawił obu uciekinierów na bok i wprowadził ich do przejścia pod dachem wartowni. Zostawiwszy tam więźniów, sam wszedł do środka dla rozliczenia się z powierzonej mu brygady. W tej sytuacji Stanisławowi nadarzała się idealna okazja do ucieczki z wartowni, a tym samym z rąk strażnika.
Bez namysłu pchnął drzwi i wskoczył między więźniów wchodzących do obozu przez bramę. Obecność więźniów na podwórku i ciemność wieczora były jak najbardziej sprzyjącymi elementami w ucieczce. Bojec zauważył zniknięcie więźnia i natychmiast puścił się w pogoń, wołając głośno:
"Zatrzymać go! Zatrzymać go!"
Tę przysługę zrobił mu brygadier grupy Stanisława.
Uciekinier, zmuszony do powrotu, stanął ponownie w przejściu pod dachem wartowni. Stamtąd razem z Henrykiem został odprowadzony do naczelnika łagru. Krótka odprawa, trochę krzyku i po pięć dni karceru dla każdego. Strażnik odprowadził ich do wartowni do tego samego przejścia i pozostawił ich pod opieką innego urzędnika. Niespodziewanie drzwi od strony podwórka lekko się uchyliły i w nich ukazała się twarz Słuckiego, wołająca podnieconym głosem do Stanisława:
"Ciebie wyczytano na wolność... Oddaj mi moje rękawice, które pożyczyłem ci dziś rano..."
"Co tyś powiedział?"
"Mówiżem ci... ciebie wyczytali na wolność. Oddaj mi moje rękawice," Słupski powtórzył.
Magiczne słowo "wolność" podziałało na młodego więźnia niczym prąd elektryczny. Nie zważając na Słuckiego, Henryka i strażnika, młody człowiek skoczył z całym impetem do drzwi, pchnął je i znikł za rogiem najbliższego baraku. Za chwilę był już w jadłodajni, wmieszał się w tłum więźniów i zajął kolejkę po wieczorną zupę. W takich okolicznościach nie było mowy, aby strażnik lub funkcyjny mógł odnaleść uciekiniera. Chyba, że wydałby go Henryk, lub ktoś z brygady. Taka ewentualność była mało prawdopodobna.
W czasie wieczormej perewierki ukrył się w zewnętrznej ubikacji, na wszelki wypadek. W czasie tej obozowej rutyny nikt za nim nie szukał i nikt o niego nie pytał. Widocznie sprawa utknęła na Henryku, który na pewno wyrzekł się znajomości ze wspólnikiem rannej wyprawy. Może też dla jakiejś innej przyczyny, młodemu Polakowi nieznanej, sprawa ucieczki z wartowni poszła w zapomnienie.
Słowa Słuckiego okazały się świętą prawdą. Następnego dnia rano cała grupa polskiech więźniów przewidziana na wyjście z łagru została wezwana do kancelarii. Nazwisko Stanisława i sześćdziesięciu innych Polaków zostało wyczytane imiennie jako kandydatów na wolność.
Po zweryfikowaniu nazwisk byłych więźniów jeden z urzędników wręczył każdemu z nich dokumenty, dające im uprawnienia wolnego człowieka. W pół godziny później grupa Polaków z uśmiechem na twarzy wyszła nazewnątrz przez furtkę wartowni karnego łagru w Magadanie.
W pierwszym spacerze na wolności towarzyszył im inny urzędnik, który ostentacyjnie traktował ich jak ludzi jemu równych. Człowiek ten zaprowadził ich do bramy tranzytki, gdzie na nich czekał kocioł gorącej zupy z owsa i ryby oraz solidna porcja 600 gramów chleba. Wolność, chleb i zupa - wszystko co człowiek wypuszczony z łagru mógł sobie życzyć w pierwszy dzień po wyzwoleniu.
Przechodząc przez furtkę łagierną Stanisław nie wierzył sam sobie, że 10ty OŁP - obóz karny z tą chwilą odchodził z jego życia niczym nocny koszmar, niczym zjawa z okropnego snu. Jego myśl nie mogła się pogodzić z tym, że potworny świat niewoli, głodu i nędzy pozostawał za nim jako przykre i bolesne wspomnienie. Jego świadomość nie mogła uzmysłowić sobie faktu, że baraki, praca, strażnicy i wszelkie łagierne szykany już sż po zanim, a on jest poza ich zasięgiem.
Kiedy był już za bramą, spojrzał raz jeszcze do tyłu, aby się upewnić, że druty, wieżyczki i portret Stalina ze złośliwym uśmiechem są tż przeszłą zmorą, do której on już nigdy nie powróci. W jego nowej sytuacji nie było ułudy... Przed nim stał wolny świat, o innych warunkach życia i pełen nadzieji lepszego jutra.
Podczas tego krótkiego spojrzenia, przemówiła do niego myśl inna - myśl wolnego człowieka. Ale w jej pojęciu błąkała się obawa o tych, którzy pozostali w świecie kaźni. Z tym wiązało się życzenie, aby oni też wyszli z poza drutów w jak najbliższym czasie.
Po spożyciu zupy i chleba, Stanisław wyszedł na podwórko tranzytki. Przed nim stała otwarta naoścież brama bez strażników na wartowni i bez bojców, czekających na wyjście więźniów. Czy to sen czy prawda? Jak trudno jest pogodzić się z rzeczywistością nawet w jej pozytywnym sensie? Jak wolno przestawia się mentalność człowieka, kiedy los przyniesie mu upragnioną wolność?... Dla sprawdzenia swego statutu wolnego człowieka przeszedł się tam i z powrotem przez otwartą bramę... Nikt go nie zatrzymał i nikt go nie sprawdzał... Co za dziwne uczucie swobody ruchów...
Dla sprawdzenia nowo-nabytych przywilejów wolnego człowieka, wybrał się na pierwszą wycieczkę do miasta. Znowu nikt go nie zatrzymał i nikt nie kontrolował... Brama i droga stały przed nim otworem... Stały wolne i otwarte dla niego i dla wszystkim, którzy razem z nim przybyli na tranzytkę... Pozostawało tylko jedno pytanie - czy droga do portu i do świata nazewnątrz też była przed nimi wolna i otwarta?
W czasie pierwszego wolnego spaceru, Stanisław przypomniał sobie datę tak ważnego dla niego wydarzenia. Dzień 8go grudnia był świętem patronki jego rodzinnej miejscowości, Matki Boskiej Jazłowieckiej. Wtedy przypomniał sobie słowa matki, która modląc się przed Jej figurą, w dniu wybuchu wojny powierzyła trzech swoich synów pod Jej opiekę... Może dla innych był to zbieg okoliczności, ale dla niego był to cud, który spełnił się w czasie, kiedy znalazł się na dnie ludzkiej nędzy. Tylko prawdziwy cud mogł sprawić, że w dniu święta patronki jego miasta wyszedł z obozu śmierci, który dla wielu stał się miejscem wiecznego przeznaczenia.

* * *

Dwa tygodnie później bramy 10go OŁPu otworzyły się ponownie.
Znowu grupa Polaków opuściła jego druty. Koszmar karnego łagru pozostał za nimi na zawsze, a droga do wolnego świata zdawała się stać przed nimi otworem. Ich też skierowano na tranzytkę. Im też dano gorącą zupę z owsa i ryby oraz wymarzoną porcję 600 gramów chleba. Dla nich dzień wyzwolenia był także dniem pięknym i cudownym, dniem największego cudu w ich życiu.
W czasie ich przybycia, Stanisława nie było na tranzytce. Od chwili wyjścia z łagru młody człowiek nawiązywał kontakty wśród wolnych Rosjan, aby za żywność zaoferował im pracę swoich rąk. Każdego rana szedł ulicą i szukał takigo rodzaju pracy jak rąbanie drzewa i noszenie wody. Takich prac nie brakowało w tym zamarzęym mieście. Zapłata nie zawsze była w proporcji do włożonego wysiłku, ale każdy rodzaj uzyskanej żywności był dla niego cennym nabytkiem.
W tym dniu, po powrocie z miasta, od razu zauważył niezwykłe ożywienie wewnętrz baraku. Niespodziewanie ukazały się przed nim nowe twarze - zniszczone i wychudzone, ale promieniujące radością wolnego człowieka. Przy palącym się piecu spostrzegł uśmiechniętego Rysia Łopackiego, poważnego Jana Lisicę, modlącego się Wojciecha Makowskiego, dwóch braci z Grodna i wielu innych, których znał i widywał, ale których nazwiska nie zawsze utrwaliły się w jego pamięci.
Mimo woli jego wzrok powędrował na drugą stronę przejścia w baraku. Na niższym poziomie pryczy, siedział jego dawny znajomy, kapitan Czechowicz. Jego twarz jak zwykle spokojna, jego postać jak zwykle nieruchoma, a jego nogi tym razem oparte na podłodze. Jedyny jego ruch widoczny to ruch prawej ręki, która co chwila sięgała do kieszeni, wyciągała z niej kruszyny chleba i wkładała do ust. W spokoju tego człowieka widać było powagę i godność człowieka prawdziwie wolnego. W nim szybko zdążyły się odrodzić walory, który w lepszych jego czasach cechowały oficera polskiej piechoty. Stanisław natychmiast do niego podbiegł, wołając:
"Panie kapitanie, bardzo się cieszę, że pan do nas dołączył."
Nieruchomy człowiek podniósł oczy do góry i z właściwym sobie spokojem odpowiedział:
"Ach pan Stanisław ... ja też się cieszę, że jestem tutaj."
"Ilu Polaków dzisiaj przybyło?" młody Polak szybko zapytał.
"Sześćdziesięciu kilku..." brzmiała spokojna odpowiedź człowieka, rozkoszującego się ciepłem piecyka i kawałkiem chleba.
"Tylko sześćdziesięciu... Czy to są wszyscy?" zaniepokojony Stanisław zapytał.
"Tak, to chyba wszyscy. Jeśli ktoś pozostał, to tylko pojedyncze osoby, zatrzymane dla specjalnych przyczyn," kapitan odpowiedział.
"Tylko tyle? To znaczy, że z początkowej grupy 500 Polaków tylko około 130 pozostało przy życiu..." młody Polak powiedział z niedowierzaniem w głosie.
"Jak pan widzi, tak wynika z obliczenia" - potwierdził kapitan.
"Procentowo i liczbowo to wygląda na straszną stratę życia..." młody człowiek wyrzekł z niepokojem.
"Panie Stanisławie, to nie tylko jest wielka strata, to jest także wielki koszt jednego źle pomyślanego, czy nieprzemyślanego pociągnięcia" - kapitan odrzekł.
Jego wymizerowana i szczerniała twarz znowu zamarła w stoickim spokoju, patrząc w jakiś nieokreślony punkt na podłodze. Widać było, że jego myśli koncentrowały się nad jakąś ideą, jakgdyby chciały rozwiązać ludzką życiową zagadkę. Po chwili jego oczy podniosły się w górę i znowu spotkały się ze wzrokiem Stanisława. W nim musiała dojrzeć jakaś myśl, którą chciał się podzielić ze swoim towarzyszem.
"Wiem, że pan nie zawsze zgadzał się ze mną, ale może tym razen pan mi przyzna rację" - kapitan zaczął.
"Panie kapitanie dla pana zawsze żywiłem wiele szacunku i uznania. Jeśli kiedykolwiek nie zgadzałem się z panem, to wynikało z różnicy poglądów. Po ostatnim doświadczeniu przyznaję jednak, że pan miał częściej rację niż byłem skłonny panu to przyznać" - Stanisław odpowiedział.
"Tak, nasze ostatnie przeżycie było dla nas wszystkich wielką szkołą życia. Chyba każdy z tych, którzy ocaleli wyniósł z tego doświadczenia jakąś wielką naukę życiową."
"Na pewno tak jest... Myśmy wszyscy nauczyli się czegoś. Ale jak wygląda mądrość, którą pan wyniósł z tej szkoły?" - jego towarzysz zapytał.
"Dobrze, powiem panu" - kapitan odrzekł. "Mnie się wydaje, że gdybyśmy my Polacy częściej kierowali się zdrowym rozsądkiem, a nie emocją, prawdopodobnie inne narody nie rządziłyby nami, jak to miało miejsce w przeszłości i jak to ma miejsce dzisiaj."
Jego wzrok znowu przesunął się w kierunku jakiegoś punktu na podłodze, jego twarz ponownie przybrała wyraz stoickiego spokoju, a ciało jak dawniej przyjęło nieruchomą pozę. Stanisławowi wydawało się, że wszystkie elementy osobowości jego współ-towarzysza odsunęły się od otaczającego go świata i przeniosły się tam, gdzie człowiekiem rządzi myśl zdrowa i rozsadna...
Magadan, stolica zimnej Kołymy, zakopany w lodowatej okowie i przysypany grubą warstwą śniegu, żył życiem pod-arktycznego miasta, przygniecionego do ziemi masą zimnego powietrza i bombardowanego nieustannymi wiatrami z północy. Zwały czystej bieli, tunele przekopane w zwartej masie śniegu, zamarznięte tafle lodu w oknach domów i budynków oraz wiotkie dymy, strzelające biało-szarą smugą do nieba, nadawały miastu obraz zaczarowanej krainy zimowego imperium północy. Tu i ówdzie na tle jednostajnej bieli przebijały promyki światełek z poza białych okien a z łagiernych wież strażniczych silne reflektory dawały znać o sobie nawet wśród nawałów śnieżycy. Stolica kraju przybrała na siebie zimowe szaty, aby pod każdym względem upodobnić się do północnej cześci sybiryjskiego kontynentu, gdzie królowa Północy wzięła pod swoje panowanie olbrzymie połacie tajgi i tundry, od brzegów Morza Ochockiego do zamarzniętych wód Oceanu Północnego.
Wielkie i potężne Morze Ochockie, objęte arktycznym zimem, nie mogąc oprzeć się elementom arktycznego klimatu, cofnęło się wstecz, jakby dla ukrycia się przed ludzkim wzrokiem i jakby w obawie, aby nie stać się ofiarą zimowego szału. Niegdyś łagodnie falująca woda, z cichym pluskiem odbijająca się o przybrzeżne głazy, znikła pod naporem mrozu, który z uporem maniaka siegał dalej i ządał coraz więcej morskiej przestrzeni. Czasami na dalekim horyzoncie ukazywały się kontury statków, które swoim niecodziennym widokiem ożywiały monotonię zimowego krajobrazu, jakgdyby dla nadania pozorów ludzkiego życia na powierzchni morza. Czasami cieżki traktor z trzytonową przyczepą wdzierał się z hukiem i rykiem do krainy lodowatego spokoju i ciężarem gąsienic darł dwa równoległe pasy aż do miejsca swego spotkania z dalekim okrętem. Nad tym wszystkim panował północny wiatr - silny, mrożący i przenikający - wiatr od lodowatego lądu, przed którym nie było ochrony i który z radością się piekieł używał sobie na każdej napotkanej ludzkiej ofierze.
W środku tej krainie zimna i mrozu staża magadańska tranzytka, oddalona śnieżnymi tunelami od miasta i jakby dla ukrycia swego istnienia, przykryta grubą powłoką śniegu. Nawet jej szare drewniane ściany, atakowane ciągle przez północne zawieje, schowały się głęboko pod białym puchem, niczym niedźwiedź, szukający za zimowiskiem w cichym i niedostępnym miejscu. Tylko przekopany tunel, wiodący od drzwi wejściowych do kuchni i bramy obozu, oraz dymiący blaszany kominek na dachu dawały znać, że w tej śnieżnej górze istnieje ludzkie życie. W tej zamkniętej przestrzeni, wciąż za kolczastymi drutami, istniało życie wolne, prawie nieznane w kołymskim kraju, niczym wyjątek w łagiernej regule. W tych zasypanych barakach żyła grupa Polaków, których los szczęścia wyprowadził z niewoli i łudził ich nadzieją szybkiego wyjazdu w daleki a wolny świat.
Wolność wkradła się przypadkiem do tego przybytku niewoli i stała się pojęciem życia poza drutami łagrów, wokół którego nadal istniał świat niewolniczego systemu i który nadal terroryzował wolnych ludzi groźbą ewentualności ponownej niewoli.
Każdy mieszkaniec niestrzeżonego baraku na tranzytce, chociał zamknięty w ograniczonej przestrzeni elementami północnego klimatu, czuł się wolnym, bo był nieskrępowany drutami, streżkiem i jego karabinem, ale w nim wciąż kryła się obawa, że niedawno przyznany mu przywilej może być cofnięty przez ludzi złej woli. W takim stanie psychicznym on zawisł mentalnie miedzy skrajnościami wolności i niewoli. Obawa przed utratą odzyskanego szczęścia stworzyła w nim psychozę niepewności jutra, która niczym zmora gnębiła jego myśli i uczucia, ciągle i nieustannie. Obawa przed utratą największej wartości człowieka to silne i niepokojące uczucie, które wlokło się za nim i podświadomie gnębiło jego duszę.
Zgodnie z wolą sowieckich władców i w myśl wydanego mu papierku Stanisław był wolnym człowiekiem. Wolność ta wyrażała się prawem poruszania się po mieście i szukania pracy i chleba wśród rosyjskich "wolniaszków", ale ukryty w nim chochlik obawy przed utratą odzyskanego przywileju był jego stałym towarzyszem. Tego uczucia nie można było się pozbyć, nie można było się z niego otrząsnąć, albo je zignorować i o nim zapomnieć. W głębi serca, ukryta nadzieja szeptała mu, że może jutro, pojutrze albo w następnym tygodniu zjawi się statek na zamarzniętym morzu i zabierze go ze sobą z kraju niewoli i uwolni go od nekającego uczucia obawy.
Uzbrojony w cierpliwość, Stanisław czekał i żył nadzieją opuszczenia brzegów Kołymy. W tym samym czasie szukał za możliwością odrestaurowania wymizerowanego organizmu, aby był fizycznie i mentalnie zdolnym do podołania następnym trudnościom, jakie życie mogło przed nim stworzyć. W zimowych warunkach praca nazewnątrz wymagała dużo samozaparcia i silnej woli człowieka. Młody człowiek był przygotowany do tego od chwili wyjścia z łagru i dlatego praca dla żywności stała się jego zasadniczym celem małego magadańskiego istnienia.
Każdego ranka, po spożyciu obozowej owsianki, biegł do części miasta, zamieszkałej przez uprzywilejowanych "wolniaszków" i tam szukał za byle zajęciem, które zapewniłoby mu zdobycie cennej żywności. Rąbanie drzewa, noszenie wody ze studni i mycie podłogi były godną dla niego pracą, jeśli w nagrodę otrzymał kawałek chleba, czasem ryby, czasem trochę cukru i okazyjnie pieniądze. Ponadto zawierał znajomości, które otwierały mu drogę do prywatnych domów, gdzie często spotykał się z przyjaznym i gościnnym przyjęciem.
Jeden z domów w którym spotkał się z niezwykle serdecznym przyjęciem należał do rodziny aptekarki z córką i jej przyjaciela lekarza. Znajomość zaczęła się od stosu drzewa opałowego, zrzuconego przed drzwiami budynku w którym mieściło się ich mieszkanie. Na widok drzewa Stanisław zapukał do drzwi. Po kilku minutach czekania przed nim ukazała się kobieta w średnim wieku, raczej niskiego wzrostu i nieco pulchna, której twarz wyrażała zdziwienie na widok obcego człowieka. Młody człowiek swoim łamanym językiem rosyjskim z miejsca zaoferował Rosjance porąbanie drzewa i wniesienia do mieszkania
"Grażdanka, czy chcecie, aby wam porąbać drzewo?"
"Charaszo, charaszo," kobieta odpowiedziała z uśmiechem i łagodnym głosem dodała: "Ale musicie ponosić drzewo na górę."
"Dajcie mi tylko siekierę, a zrobie wszystko jeszcze nim się ściemni," Stanisław z zapałem odpowiedział.
Praca zajęła mu dobre pół dnia. Na dworze zaczęło się już ściemniać, kiedy z ostanim naręczem drzewa drapał się po schodach na górny poziom budynku. W czasie pracy, Rosjanka co pewien czas zaglądała przez drzwi i za każdą razą uśmiechała się do niego jak poczciwa i dobra "mamasza". Przy ostatnim takim spotkaniu Rosjanka odezwała się do młodego Polaka uprzejmym głosem: "Grażdanin, jak skończycie to przyjdzcie do mieszkania."
Wprawdzie zmęczony, ale uśmiechnięty Stanisław zapukał do jej mieszkania. Drzwi otworzyła młoda panienka o uderzająco czarnych oczach i włosach, witając go ciepłym i miłym uśmiechem. Wciąż uśmiechając się poprosiła Polaka, aby usiadł na krześle przy stole. Po chwili z bocznego pokoju wyłoniła się znana już jemu starsza pani, a wkrótce z innego pokoju wyszedł mężczyzna mniej więcej w jej wieku. Każde z nich niosło coś w ręce, jakgdyby dar dla osoby, która sobie na to zasłużyła. Oboje byli hojni, nawet bardziej hojnie, niż Stanisław mógł od nich oczekiwać. Na stole przed nim pojawiła się torebka cukru, kawał suszonej ryby, słoiczek konfitur "warenie", pół bochenka chleba i pewna ilość rubli. Wynagrodzenie pod każdym względem było sowite.
Gospodarze już zdawali sobie sprawę z tego, że ich gość był Polakiem, niedawno zwolnionym z łagru. Dlatego, poczawszy od pierwszego zdania, tematem rozmowy była Polska i przedwojenne życie w tym kraju. W tym czasie "mamasza", jak ją nazywała młoda panna, przyniosła z kuchni talerz gorącej zupy i na deser poczęstowała gościa szklanką "czaju" oraz słodkimi sucharami. Przed jego wyjściem, gospodyni domu żegnając go powiedziała:
"Grażdanin, jak tylko będziecie mieli czas, przyjdźcie do nas znowu. Nasze drzwi są zawsze dla was otwarte."
Młoda dziewczyna, która w czasie pobytu Polaka w jej domu wpatrywała się w niego swoimi czarnymi oczami, pobiegła do bocznego pokoju i za chwilę wróciła, wpychając mu do kieszeni całą garść cukierków.
"Doświdania, doświdania," dziewczyna powtórzyła kilka razy, odprowadzając gościa do drzwi. "Mamasza" stała za nia i uśmiechała się, jak osoba która doznała prawdziwego zadowolenia ze spotkania się z człowiekiem z obcego kraju.
Stanisław powrócił do obozu tuż przed wydaniem wieczornej owsianki. O tej porze dnia barak był pełen ludzi, kręconcych się koło pieca, lub czekających na hasło udania się do kuchni po należną rację zupy. Przechodząc obok pieca spotkał się twarz w twarz z Makowskim, dyrektorem szkoły, chudym jak tyczka i z zapadniętymi policzkami, ale wciąż energiczny i ruchliwy, jak kiedyś na celi czortkowskiej. Niedaleko na dolnej pryczy siedział kapitan Czechowicz, również wychudzony, ale jeszcze trzymający się przy zdrowiu. Inni, jak Janek Lisica, Rysiek Łopacki, Jezierski i dwaj bracia z Grodna stali prosto na nogach i wyglądali na ludzi, których łagierna nędza nie potrafiła przełamać.
Byli też tacy, którzy wyszli z łagru z poważnie nadszarpniętym zdrowiem. Sąsiad Stanisława, z dolnej pryczy, Siedlecki, ledwie poruszał się na swoich chwiejnych nogach. Jego szara i zapadnięta twarz ledwie wskazywała na to, że życie w nim jeszcze istnieje. Za szary i za obszerny na niego buszłak robił wrażenie, że w jego wnętrzu zabrakło ludzkiego ciała. Byli też tacy, których los potraktował jeszcze gorzej. Oni z reguły leżeli na pryczy, podnosząc się z barłoga jedynie po zupę, chleb i dla osobistej potrzeby. Oni mimo krańcowego wycięczenia i złego stanu zdrowia także czekali na wyjazd, aby przypadkiem nie pozostać na zawsze w kraju białej śmierci. Młody Polak, patrząc na nich, dziękował Bogu, że pozwolił mu wyjść z ciężkich łagiernych doświadczeń tylko z opuchniętymi nogami i ropiejącymi na nich ranami. Takich jak on było wielu - cynga, przekleństwo głodnych i zbiedzonych, prześladowała ich w obozach i nie chciała opuścić po zwolnieniu. Jednak z cyngą można było żyć, chociaż jej bez należytego pożywienia wyleczyć nie było można.
Stanisława łagierny przyjaciel, Rysiek Łopacki, siedział na brzegu pryczy zajęty rozmową z jego sąsiadem, kiedy po całodziennej pracy jego towarzysz powrócił na swoje górne miejsce na pryczy. Jak człowiek po udanej wyprawie otworzył woreczek z cenna zawartością chleba, aby do swoich nikłych zapasów żywności dołożyć skarby, uzyskane od aptekarki. Wyciągając je z kieszeni buszłaka, dotknął znacząco swego przyjaciela i zawołał:
"Popatrz Rysiek co dzisiaj zdobyłem."
Młodemu Ryskowi aż się oczy zaświeciły na widok przyniesionych cudowności. Kilka razy przypatrywał się słoiczkowi "warenie", torebce cukru i cukierkom, dotykając każde palcami, jakby dla sprawdzenia, że nie są ułudą. Życie w głodzie i nędzy zmieniło jego pojęcie wartości i każda rzecz codziennego użytku w dalekiej przeszłości stała się w jego obecnych warunkach najcenniejszym artykułem. Janek Lisica, stojący po drugiej stronie, też zachwycajłc się zdobyczą jego towarzysza, zawołał w końcu:
"Staszku, gdzieś ty znalazł to cudowne źrodło?"
"U cudownych ludzi," Stanisław odpowiedział.
Owsianka, którą wkrótce wydano, wprawdzie nie miała smaku "warenie", ale kawałek przyniesionego chleba nadał zupie smak całkowicie możliwy do jedzenia. Chleb dla byłych łagierników był wciąż zasadniczym artykułem żywnościowym, ale różne drobne dodatki do obozowej racji zaczęły się ukazywać na dziennym menu ludzi bardziej przedsiębiorczych. Ktoś nawet zdobył butelkę wódki i chodząc po baraku chwalił się swoją niezwykłą zdobyczą.
Śnieg, zimno i mróz, mimo swego ciągłego działania, nie mogły zatrzymać czasu. On w miarowym tempie zegara stale posuwał się do przodu. W jego zaprogramowanym pochodzie znalazła się też pozycja religijna i tradycyjna, która dla Polaków w Magadanie zawierała w sobie głęboki aspekt narodowy. Tą pozycją były Święta Bożego Narodzenia, tym większe i tym więcej znaczące, bo dla niedawnych więźniów były to pierwsze święta na wolności.
Oczekiwany i upragniony dzień wreszcie przyszedł, poprzedzony nocą wigilijną i przyniósł z sobą głębokie wspomnienia z rodzinnej przeszłości. Dzień wigilijny, krótki i zimny, ubrany w zwały sybiryjskiego śniegu z którym przybyła noc wigilijna, ubrana tysiącami gwiazd, zwiatującymi przyjście Syna Bożego. Migające gwiazdy były tym jedynym symbolem, który wciąż pozostał z nimi i który przypominał im tradycyjną wieczerzę, choinkę stojącą w kącie i rodzinne grono ludzi przy wigilijnym stole.
Jednak w zimnym baraku ani choinka, ani bogata zastawa stołu nie znalazły odbicia nawet w najuboższej i naprostszej formie. Świąteczny nastrój też nie znalazł miejsca w zamkniętej przestrzeni zawodu i przygnębienia. Na twarzach wymizerowanych ludzi nie było znać świątecznej radości, a obawa przed pozostaniem przez zimowe miesiące na kołymskiej ziemi, też wywarły swoje piętno na duszy człowieka, który czekał i łudził się nadzieją.
W tę noc radości na świecie barak na magadańskiej tranzytce był martwy i bezduszny, jakgdyby zawieszony w czasie i przestrzeni wielkiej niewiadomej. Ledwie kilka zmarzniętych osób grzało się przy piecyku i po cichu zwierzało się ze swoich myśli między sobą. Większość "wolnych ludzi" leżała na pryczach pod przykryciem szarych buszłaków, jakgdyby szukając ukojenia w nocnym odpoczynku. Tu i ówdzie odzywały się ściszone głosy, niewątpliwie wspominające dawne czasy, kiedy tradycja i ciepło rodzinne były treścią tej pamiętnej i historycznej nocy.
Wśród panującej ciszy późnego wieczora przymarznięte drzwi wejściowe nagle się otworzyły z hałasem kruszącego się lodu. Mroźne podbiegunowe powietrze powiało lodowatym zimnem po wnętrzu baraku. W otwartych drzwiach ukazały się dwie ludzkie postacie, ubrane w baranie kożuszki i czapy futrzane. W nikłym świetle barakowej żarówki można było rozpoznać ich oficerskie stopnie oraz czerwoną gwiazdę odbijającą się wyraźnie od oszronionej czapy.
"Dlaczego oni o tym czasie i w jakim celu?" mimowoli nasuwało się pytanie każdemu z obecnych w baraku.
Niespodziewani goście stali przez chwilę nieruchomo przy drzwiach, jakgdyby w oczekiwaniu na zaproszenie od kogoś z domowników. Jednak nikt z Polaków nie zdobył się na natychmiastowy odruch tradycyjnej grzeczności. W baraku panowała grobowa cisza. Nikt z byłych niewolników nie mógł doszukać się przyczyny tej niespodziewnej wizyty sowieckich oficerów... Po chwili obydwaj podeszli do osób grzejących się przy piecyku. Z wyrazu ich twarzy można było wnioskować, że przyszli w dobrej wierze, chociaż cel ich wizyty wciąż był tajemnicą.
"Zdrastwujtie" - jeden z nich odezwał się, wyciągając dłoń ku najbliższemu Polakowi.
"Dzisiaj są wasze święta, nieprawdaż?" zapytał drugi.
"Da... da..." kilka nieśmiałych głosów odpowiedziało.
"Dzisiaj jest nasza wigilia," ktoś inny pośpieszył z wyjaśnieniem.
Po wstępnych słowach, wypowiedzianych w przyciszonym tonie, języki zaczęły się rozwiązywać. Powoli rozmowa potoczyła się po linii wspomnień religijno-tradycyjnych, w czasie której coraz więcej osób zebrało się przy piecyku. Głosy gospodarzy brzmiały coraz pewniej, a ton rozmowy przybierał coraz bardziej towarzyski charakter. W pewnym momencie jeden z przybyszy rzucił najmniej spodziewane pytanie:
"Dlaczego nie śpiewacie te swoje... swoje...?
"Kolendy..." ktoś mu podpowiedział.
"Da... da... kolęndy..." oficer powtórzył z zadowoleniem w głosie.
Słowo "kolenda" brzmiało dziwnie w ustach urzędnika ateistycznego kraju, ale jeszcze dziwniej brzmiały słowa zachęty do śpiewania religijnej pieśni, która mogłaby ubliżyć ich komunistycznym przekonaniom. Niezwykłe okoliczności najczęściej stawiają człowieka w obliczu paradoksów, które albo utrudniają życie, albo tworzą cuda. Tylko cud mógł sprawić, że w duszach niewierzących ludzi odezwało się echo polskiej przeszłości i poddało im myśl zapoznania się z religijną tradycją ojców.
Niepewny, ale odważny głos przy piecyku zaintonował pierwsze słowa kolendy, "Wśród Nocnej Ciszy". Kilka następnych głosów pochwyciło melodię i wkrótce potężny chór stu trzydziestu osób otworzył swoje serca, aby dać wyraz polskim uczuciom i chrystusowej wierze. Wychudzone i wynędzniałe ciała niedawnych niewolników przybrały pozę kolendników, piersi nabrały głębokiego oddechu, głowy podniosły się do góry, a oczy zabłysły radością. Jedna melodia z rodzinnego kraju podniosła ich z nizin zwątpienia i depresji do poziomu uczuć człowieka wolnego i godnego. Każde słowo i każda zwrotka głosiła dobitnie o odrodzeniu się człowieczeństwa w prostej ale znaczącej myśli:
"Kiedy moja dusza wolna, wolnym jestem ja."
Melodią boskiego słowa i pieśnią wypełniły się ściany baraku, a jej echo odezwało się echem na łagiernym podwórku i mocą wigilijnego cudu rozpłynęło po łagrach, pryiskach i uczastkach i może sięgnęły "sopków" wysokich gór, gdzie dusze zmarłych więźniów zasnęły snem wiecznym w oczekiwaniu na ostateczne zbawienie. W najdalszym zakątku stalinowskiego imperium, gdzie wiara w Boga była przestępstwem, gdzie modlitwa była gwałceniem przyjętych zasad systemu i gdzie ateizm był przewodnią myślą, wiara w człowieka odżyła w słowach i melodii polskiej kolendy.
Kolenda za kolendą płynęły serią nieskończonych pieśni, jak gdyby w intencji nasycenia spragnionych dusz tradycją i wiarą. Kolenda "W Dzień Bożego Narodzenia" stała się zachętą do - "Lulajże Jezuniu," i "Gdy się Chrystus rodzi," ale siła głosów sięgnęła zenitu, kiedy w baraku zabrzmiały słowa "Bóg się rodzi moc truchleje"... Może już wtedy zatruchlały siły niewiary i przemocy przed siłą wiary człowieka o najgłębszych uczuciach.
Lecz wigilijna uczta pieśni wiary jeszcze nie sięgnęła szczytu duchowego odrodzenia. Dusza Polaka w chwili emocji żądała więcej. Człowiek w którym odrodziło się uczucie wolności nie mógł pominąć narodowej strony swoich przekonań. Bez uprzedniej zapowiedzi kilka niepewnych głosów odezwało się melodią legionowej piosenki "My Pierwsza Brygada". Rozpromienione twarze pozostałych chórzystów z miejsca podchwyciły słowa piosenki i znowu dusza polska odezwała się głębią swoich uczuć. Za pierwszą jak strumień popłynęły inne. Piosenki o ułanach, maszerującej piechocie, o rozwijającym się rozmarynie i o dziewczynie jak malina połączyły się w jedną bogatą wiązankę patriotycznych pieśni. Polskie serca odgrzebujłc w sobie najpiękniejsze, najwyższe i najdroższe wartości odżyły nowym życiem jak liść rozmarynu i kwiat czerwonej róży.
Obcy świadkowie tego przeżycia, stojąc przy piecyku w futrzanych kurtkach i czapach, przysłuchiwali się z podziwem temu wylewowi ludzkich uczuć. Może nie wszystko było zrozumiałe dla nich, ale to co dotarło do ich świadomości musiało zrobić na nich duże wrażenie. Może w każdym z nich odezwała się krew polskiego zesłańca i może ten moment niekontrolowanych uczuć obudził w nich wielką i głębię wywrażonych pojęciem wolności:
"Kiedy twoja dusza wolną będzie, wolnym będziesz ty..."
Od tego momentu nawet w zamarzniętym Magadanie święta miały swój świąty i narodowy urok. Każdy z Polaków przesiedział dwa następne dnie w baraku, ucztując na obozowej racji i biorąc udział w modlitwach prowadzonych przez nauczyciela Makowskiego. Cztery ściany baraku były dla nich ludzkim mieszkaniem i kościołem wiernych, jak nigdy poprzednio z ich dawnych mieszkańców. W dniu Bożego Narodzenia przyszedł tam Bog, miłosierny i dobrotliwy, aby pocieszyć tych, których On niedawno wybawił z dna ludzkiej niedoli.
Stanisław też ucztował z Ryśkiem Łopackim i Jankiem Lisicą, oraz dzielił się chlebem z kapitanem Czechowiczem, nauczycielem Makowskim, schorzałym Siedleckim i z każdym innym, kto dzielił z nim trudy karnego łagru. Pierwsze święto na wolności było wielką uroczystością dla każdego z nich, bo w tym mieściła się rodzinna, narodowa i religijna przeszłość oraz te drogie wspomnienia, które przez więzienne czasy utrzymywały ich przy życiu.
W poszukiwaniu za pracą, Stanisław niejednokrotnie przechodził przez rejony w których pracował jako więzień. Po drodze poznawał domy i mieszkania, gdzie spotykał się z sercem i zrozumieniem od obcej osoby i gdzie poza kawałkiem chleba doznał trochę ciepła. Za każdym razem budziło się w nim uczucie wdzięczności, które pragnął wyrazić przez złożenie wizyty i osobistych słów podziękowania. Pewnego dnia znalazł się koło mieszkania staruszki, gdzie jej córka przyjęła go zupą grochowa i palsterkiem salami.
Jakaś cicha myśl pchnęła go po schodach do góry i jak wiele tygodni wstecz zapukał do znajomych mu drzwi. Od wnętrza nie było odpowiedzi. Zapukał raz jeszcze i drugi, ale wewnętrz panowała cisza. Młody Polak tłumaczył to sobie w dwojaki sposób, albo staruszce zakazano otwierać drzwi, albo tam już jej nie było. Po tym niepowodzeniu wstrzymał się od dalszych odwiedzin, nawet od odwiedzenia staruszki, którą raz nazwał "aniołem Magadanu". Tam też były inne względy. Obok jej domku mieścił się żeński obóz z wieżyczką wiszącą niemal nad wejściem do domu. Pamięć tego miejsca i bojca, który go przetrzymał, odstręczała go od tego rejonu.
Natomiast mieszkanie aptekarki i jej córki stało się specjalnym celem jego wizyt. Jak sugerowała gospodyni domu, każda wizyta miała miejsce w południowej porze, kiedy obiad był gotów do podania. Przed Swiętami młody Polak odwiedził to miejsce dwukrotnie, za każdym razem będąc uraczony gorącym obiadem, herbatą, sucharkami i długą, miłą rozmową. Ale z wszystkich wizyt w tym domu ostatnia najgłębiej wryła się w jego pamięci.
Był to jeden z tych dni, kiedy nocą spadł obfity śnieg, a rano mróz jak zwykle dawał znać o sobie. W takich warunkach znalezienie pracy było absolutnie wykluczone. Taki dzień natomiast jak najbardziej nadawał się na złożenie wizyty w przyjaznym domu. W południowej porze Stanisław zapukał do drzwi na górnym piętrze. Przez zamknięte drzwi słyszał, że rodzina była w domu.
W otwartych drzwiach ukazała się twarz młodej panny z dużymi czarnymi oczami, które na jego widok zabłysnęły ciepłym i miłym uśmiechem. "Mamasza" stała nieco w tyle, w głębi małego frontowego pokoju. Jej twarz też rozjaśniała na widok polskiego gościa. Podchodząc do niego poprosiła aby zdjął kurtkę i usiadł z nimi przy stole. Polski gość zajął wskazane mu miejsce i znowu znalazł się w obliczu dwóch czarnych oczu, uporczywie śledzących jego każdy ruch i słowo. Rozmowa, jak przy każdej innej z poprzednich okazji, zaczęła się od pogody i powoli przeszła na bardziej aktualne tematy.
"Grażdanin, czy wy wiecie, że w porcie stoi Sowieckaja łdka?" starsza pani zapytała.
"Tak, wiemy. Od nas codziennie ktoś zagląda do portu i przynosi wiadomości o stojących tam okrętach."
"Czy wy wiecie, że to może być ostatni statek, jaki odejdzie z Magadanu w tym roku?" starsza pani zadała Stanisławowi następne pytanie.
"Władze na pewno zawiadomią was o tym wcześniej," wtrąciła się Natasha.
"Na to nie można liczyć," jej matka dodała.
Po tych wstępnych uwagach "mamasza" skierowała rozmowę na temat polskich tradycji religijnych, związanych z Bożem Narodzeniem, niedawno obchodzonym w obozie przez Polaków. Ona sama musiała pamiętać ze swego dzieciństwa rosyjską stronę tradycji. Wspomnienie o niej musiało się u niej odezwać na wzmiankę o świątecznym sezonie. Tradycje te, aczkolwiek tępione przed nowe władze wśród rosyjskiego społeczeństwa, nie łatwo dały się wymazać z pamięci starszych i niewątpliwie przenikały do świadomości nowego pokolenia. Natasza należała do tego młodego pokolenia, które słyszało o dawnych zwyczajach, ale nigdy ich nie doświadczyło. Prawdopodobnie jej wyobraźnia łaknęła informacji na ten temat tak, jak Stanisław pragnął domowego ciepła, które było mu dostępne w tym przyjaznym domu.
"Wy Polacy niedawno obchodziliście święta, nieprawdaż?" starsza pani zacząła.
"Tak, obchodziliśmy bardzo skromnie w baraku."
"Święta Bożego Narodzenia to wspaniała tradycja. Moja Natasza jeszcze nigdy tego nie doświadczyła. Niech pan jej powie coś na ten temat... To jej może się przydać," matka zachęcała Polaka do kontynuowania rozmowy na ten temat.
Kiedy "mamasza" odeszła do kuchni młody Polak zaczął doszukiwać się w swoim łamanym rosyjsko-ukraińskim słowniku jak najtrafniejsze wyrażenia, aby tej tradycji nadać jak najciekawszą formę. Kiedy opowiadał o wigilii, drzewku, obrzędach kościelnych i kolędach młoda dziewczyna całkowicie zamieniła się w słuch. Jej szeroko otwarte oczy świeciły się tysiącem świateł na drzewku, jej uszy słyszały każdą melodię kościelną, a jej policzki płonęły żarem ognia od wrażeń jakie przeżywała. Dla niej opowiadanie młodego Polaka musiało być cudowną bajką z odległego świata baśni i czaru, tym piękniejsza, że wiadomości o niej dochodziły do niej drogą człowieka, który osobiście je przeżywał. Opowiadania o Bożym Narodzeniu ciągnęły się przez cały czas spożywania obiadu, picia herbaty z sucharkami i przez resztę pobytu polskiego gościa w tym gościnnym domu.
Po obiedzie matka musiała pójść na dyżur w szpitalu, wobec czego młody Polak musiał zakończyć swoją wizytę. Przed jego wyjściem starsza pani dała mu adres jej domu na kawałku papieru i prosiła, aby do nich pisał jak opuści Kołymę.
"Grażdanin, chcielibyśmy, abyście o nas nie zapomnieli," kobieta dodała na zankończenie.
W tej chwili Stanisławowi przypomniała się podobna proźba skierowana do niego przez kucharza Iwana na kopalni złota. Dla młodego Polaka, ten człowiek niestety stał się już przeszłością. Ciężkie miesiące w karnym łagrze wymazały z pamięci Polaka adres rodziny poczciwego kucharza. Zobowiązanie jakie Polak podjął się wobec Iwana przestało być wykonalne a tym samym aktualne.
W międzyczasie młoda dziewczyna skoczyła do przyległego pokoju i po chwili wróciła z talerzem słodkich sucharków w ręce, które wsypała młodemu Polakowi do kieszeni buszłaka. Kiedy podał jej rękę na pożegnanie ona trzymała ją długo w swojej dłoni i patrzyła w jego oczy, jakby chciała zapamiętać jego twarz.
"Skażi jemu czto on eto charoszyj paryń," matka z uśmiechem na twarzy podpowiedziała jej z tyłu.
"Doświdania... doświdania..." obie wołaly za nim, kiedy on po schodach schodził na dół.
Wracając ulicą do obozu, po drodze coraz bardziej przyśpieszał kroku, jakby wiedziony przeczuciem, że jego obecnośc jest tam jak najbardziej wskazana. Coś mu podpowiadało "śpiesz się, śpiesz się".
Stanisław otworzył drzwi baraku i wpadł do środka... Barak był prawie pusty. Tylko kilku Polaków kręciło się koło piecyka z miną zawiedzionych i pominiętych ludzi.
"Gdzie jest reszta?" Stanisław z miejsca zapytał jednego z nich.
"Pojechali do portu."
"Do portu?... Kiedy?... Dlaczego nikt nas o tym nie uprzedził?" zdenerwowany młody Polak zadawał pytania na które z nich obecnych w baraku nie miał odpowiedzi.
"A dlaczego was nie zabrano?" zapytał jednego z nich.
"My jeszcze nie mamy kart okrętowych," brzmiała odpowiedź.
Stanisławowi już wcześniej wydano kartę okrętową i dlatego w jego przekonaniu na okręcie musiało być miejsce dla niego. Zaraz udał się do swego miejsca na pryczy, chwycił za woreczek z żywnością i osobistymi rzeczami i wybiegł z baraku, aby dojść do portu nim się ściemni. Stamtąd wybiegł na główną szosę i puścił się w drogę do portu.
Kiedy znalazł się na wysokości magazynów żywnościowych przed nim ukazały się budynki portowe i daleko za nimi ciemne kontury okrętu, odbijające się wyraźnie na tle bieli śniegu i błękitu nieba. Ten daleki punkt, niemal na horyzoncie jego widoku, stał się jego celem do którego musiał się dostać za wszelką cenę. W innym wypadku mógł ugrzęść w Magadanie aż do maja, kiedy z reguły pierwszy okręt następnego sezonu zjawiał się w porcie. Snieg był po kolana głęboki, jego nogi zapadały się w zaspach śnieżnych, a nawet w koleinach jakie ukazywały się co pewien czas trudno było utrzymać kroku. Co pewien czas przystawał na chwilę, aby złapać tchu.
W pewnej chwili usłyszał za sobą daleki dzwonek san, dochodzący go od tyłu. Z tamtej strony zbliżała się do niego jednokonka. Zjawienie się tego środka transportu w takich okolicznościach było dla niego cudem, wychodzącym poza pojęcie przeciętnego człowieka. Na sankach było dwóch oficerów NKWD, ktorzy widocznie zmierzali do portu. Stanisław nawet nie prosił ich o podwózkę. Oni przystanęli sami i zawołali do niego:
"Ty Polak, da?"
"Kanieczno..." Stanisław odpowiedział.
"Tak sadiś..." jeden z nich powiedział.
Widok oficerów NKWD napajał go wprawdzie obawą, ale skoro oni wiedzieli o odchodzącym transporcie Polaków, on miał wszelkie dane ku temu, aby im zaufać. Biedny, owłosiony konik uporczywie targał za sobą sanki przez śnieg i zasypy, jak gdyby one nie były dla niego przeszkodą. Przed bramą portu zatrzymali ich strażnicy, ale nie legitymowali nikogo z pasażerów, nawet młodego Polaka. Widocznie duch tolerancji wobec Polakow dotarł nawet do urzędnikow niższej kategorii.
Zabudowania portowe były tylko pośrednim punktem w jego drodze do okrętu. Przed nim leżało osiem kilometrów zamarzniętego morza, po którym trzeba było maszerować aż do osiągnięcia upatrzonego punktu. Po wysokich i stromych schodach Stanisław zszedł na poziom morza i ropoczął wędrówkę po nierównym lodzie, zamarzniętym na kształt małych i krótkich fal. Szczęśliwie wiatr od lądu wiał w jego plecy, co wybitnie ułatwiało jego poruszanie się do przodu. Osiem kilometrów było długą i męcząca droga, która wydawała się nie mieć końca.
Powoli kontury statku zaczęły znikać z jego widoku. Wczesny zimowy wieczór zaczął szybko zapadać. Było już całkowicie ciemno, kiedy on dotarł do czarnej ściany okrętowego kadłuba. W szarzyźnie kończącego się dnia bez trudu zauważył, że on nie był jedyną osobą, która nie wyjechała z tranzytki z zasadniczą grupą Polakow. Kilkunastu z jego współtowarzyszy chodziło po lodzie tam i z powrotem, wołając do marynarzy, aby ich wzięli na pokład. Co pewien czas ktoś z góry odpowiadał:
"Niet... nie lzia..."
Przecząca odpowiedź jeszcze bardziej prowokowała czekających Polaków do ponawiania ich próźb i żądań. Jedni błagali, inni krzyczeli, starając się wytłumaczyć marynarzom swoją tragiczną sytuację. Jedyny polski żyd między nimi wołał trzema znanymi mu językami w nadzieji, że ktoś go usłyszy i zrozumie. Członkowie załogi okrętowej albo milczeli, albo odpowiadali jak gramofon:
"Niet...nie lzia..."
Wiatr od lądu, zimny, mrożący i zabójczy coraz bradziej nabierał na sile. Stanisław słyszał już o tym wietrze i w pewnym stopniu już go doświadczył na sobie. Był to okrutny wiatr, który zamrażał ludzi, uśmiercąc ich, albo zniekształcał ich ciała na całe życie. Z jego rejonu działania tego wiatru należało się usunąć jak najszybciej.
W grupie spóźnionych znalazło się trzech bliskich współtowarzyszy Stanisława. Spóźnienie się na transport Janka Lisicy i Ryśka Łopackiego mogło być usprawiedliwione, bo ci młodzi i stosunkowo zdrowi ludzie mogąi znaleść się poza obozem. Ale dlaczego Siedlecki, który nigdy nie opuszczał baraku?... W jego wypadku musiały mieć miejsce jakieś specjalne okoliczności.
Jak ten człowiek, ledwie trzymający się na nogach, mógł o własnych siłach dotrzeć do portu było dla Stanisława zagadką. Tylko obsolutna determinacja wydostania się z zamarzniętego lądu mogła mu dodać siły, aby przezwyciężyć warunki zimowe i niedomagania fizyczne.
Stanisław zdecydował się na powrót do miasta. Przez szmaty okręcone dokoła twarzy zawołał do stojącego w pobliżu niego Janka Lisicy:
"Janek trzeba stąd uciekać, jeśli nie chcemy zamarznąć."
"Tak uciekajmy..." omatulany Janek odpowiedział.
"Panowie, zabierzcie mnie z sobą..." z poza szmaty na twarzy wydobył się słaby głos Siedleckiego.
W trójkę rozpoczęli swój powrotny marsz do lądu przeciwko coraz bardziej wzmagającemu się wiatrowi. Zimno przenikało ubrania, mroziło ciała i nawet przez szmatę zatykało oddech. Kiedyś w czasie pracy przy odrzucaniu śniegu paliło się ognisko, które do pewnego stopnia przeciwdziałało wiatrowi. Na zamarzniętej powłoce morza, na jego otwartej przestrzeni o ogniu nie mogło być mowy. W tych warunkach należało jak najszybciej dostać się do zabudowań portowych.
Początkowo trójka trzymała się razem. Po kilkunastu krokach Siedlecki zaczął pozostawać z tyłu. Stanisław odwrócił się do tyłu. Nieco dalej za nimi ciągnął się rząd szarych cieni, idących za jego przykładem. Grupa czekających Polaków musiała zrozumieć, że dalsze czekanie pod okrętem na współczucie władz okrętowych było beznadziejnym wysiłkiem... Lisica też się zatrzymał. Widząc swego przyjaciela pomagającego schorzałemu człowiekowi, wziął Siedleckiego pod drugie ramię. Razem podtrzymując go prowadzili niedomagającego towarzysza w kierunku jasnego punktu, który przyświecał z rejonu portu. Marsz ten był jednak ponad siły chorego człowieka. W czasie drogi jego ciało ciążyło coraz bardziej na ramionach towarzyszy. Stanisław, mając w kieszeni sucharki Nataszy, wyciągał co chwila po jednym i wpychał je do ust Siedleckiego.
Do portu było już niedaleko. W jasnym świetle gwieździstego nieba można było rozpoznać ciemniejszy pas wzniesienia ponad poziomem lodu. Stad prowadziły wysokie schody na wysokość portowych zabudowań. Chory człowiek był już u kresu swoich sił. Lisica i Stanisław ciągnęli go z progu na próg aż razem z nim dostali się na poziom portowego podwórka. Do zabudowań było tylko kilkadziesiąt metrów. Jeszcze pięć kroków, jeszcze dwa, jeszcze jeden i wreszcie drzwi do oświetlonej kancelarii portowego baraku.
Dwóch urzędników podniosło się z krzeseł i wzięło słaniającego się Siedleckiego pod swoją opiekę. Posadzono go na krzesełku i zaczeto ściągać z niego ubranie. Stanisław i jego kolega, zziębnieci i wyczerpani z sił usiedli w przejściu, aby przyjść do siebie. Z Siedleckiego po kolei ściągano części jego garderoby. W końcu zaczęto szamotać się z jego watowanymi butami. Kiedy zdjąto buty i różne łachy u nóg zabrakło palców. Jego koledzy słyszeli jak Rosjanie o tym mówili, ale sam nie miał odwagi popatrzeć na to.
"Janek, może pokusimy się o powrót do obozu," Stanisław zapronował koledze.
"Dobrze, chodżmy. Może damy sobie radę," Lisica zgodził się z jego przyjacielem.
Kiedy wychodzili z głownych drzwi pojedyncze osoby zaczęły dowlekać się do portowego baraku. Każdy z nich kierował swe kroki w kierunku oświetlonego baraku, wlokąc się powoli w sztywnej, pochylonej pozycji ludzkich koszmarów. Jak szare upiory kołymskiego świata jeden po drugim znikał w otwartych drzwiach baraku. Lecz dalej za nimi byli inni, którzy wciąż walczyli z zimnem i wiatrem.
Stanisław i jego kolega szybkim krokiem udali się w kierunku bramy. Po udeptanym śniegu szło się łatwo. Również w zasłoniętym przez budynki miejscu wiatr był mniej dokuczliwy. Zdala od bramy dał się słyszeć jakiś ruch przy drodze. Tam stał woz ciężarowy i obok niego grupa rosyjskich więźniów ładowała się na wóz. Obaj Polacy podeszli do kabiny kierowcy i z miejsca go zapytali
"Dokąd ty jedziesz?"
"Do przetwórni rybnej po drugiej stronie zatoki."
"Czy zabrałbyś nas do miasta?" Lisica zapytał.
"Dlaczego nie, ale dla pewności zapytam się streżka przy bramie," kierowca odpowiedział.
Strażnik był wyjątkowo zgodliwy. Bez żadnej kwestii przyjął obu Polaków na ciężarówkę. Dla Stanisława i Janka była to niezwykła gratka, która mogła się im przydarzyć tylko przy wyjątkowym zbiegu okoliczności. Wóz, napędzany "czurkami", czyli drzewnym gazem, z pelnym ładunkiem ludzi ruszył do miasta. Droga powrotna trwała ledwie kilkanaście minut. Na głownej ulicy kierowca zwolnił, aby dać możność dodatkowym pasażerom skoczyć w śnieg.
"To musi być cud, że dostaliśmy się tutaj w taki łatwy sposób," Janek przez szmatę powiedział do swego towarzysza.
Wewnętrz baraku na tranzytce zastali tych samych kilku Polaków, którzy nie mieli jeszcze gotowych papierów do wyjazdu. Wszyscy siedzieli przy piecyku i narzekali na niewdzięczny los, który nie pozwolił im dostać się na okręt. Jednak ich los nie był taki zły, jak im się mogło wydawać. W porównaniu z dwoma towarzyszami, którzy powrócili z portu czyjeś niedopatrzenie zaoszczędziło im wiele wysiłku i zawodu. Prawdopodobnie ten los wyglądał w ich ocenie jeszcze lepiej, gdy następnego dnia zaczęli ściągać się inni, którzy przez noc przesiedzieli w porcie. Wśród tych, którzy powrócili zabrakło Siedleckiego.
Towarzysz Stanisława i Lisicy, Siedlecki, nie był jedyną ofiarą nocnego wiatru od lądu. Nie wszyscy z maszerującej grupy mogli podołać zimnu i wiatrowi. Jeden po drugim padali na lodzie, czekając na chwilę zamarznięcia, która zakończyłaby ich cierpienia. Ktoś z Polaków, który dotarł do portu dał znać załodze portowej o niebezpiecznej sytuacji ich towarzyszy. Niezwłocznie zorganizowano akcję ratunkową. Na lód posłano jedno-konne sanie i po drodze zbierano tych, którym zabrakło sił, aby dostać się do portu. Stanisław nigdy nie dowiedział się czy zebrano wszystkich i czy wszyscy przeżyli cało i zdrowo niespodziewaną konfrontację z arktycznym wiatrem.
Nastroje wśród kilkunstu Polaków, pozostałych na tranzytce, nie były wesołe. Perspektywa pozostania w Magadanie przez długą zimę miała sama w sobie przygnębiający efekt na nich. Pozatym obawa, że eratyczne zarządzenia sowieckich władz może cofnąć im przywilej wolności, była tą zmorą, która prześladowała ich dniem i nocą. Tak długo, jak długo "Sowieckaja Łodka" stała w porcie, można było liczyć na to, że niespodziewane zarządzenie władz wezwie pozostałych ludzi na statek. Codziennie ktoś wychodził za miasto w kierunku portu i sprawdzał, czy okręt ruszył z miejsca.
Po trzech dniach czekania sprawa ułożyła się wprost odwrotnie. Władze obozowe podały do wiadomości, że wszyscy Polacy z okrętu powrócą na tranzytkę. Nikt nie był pewnien jak takż sytuację nalełało tłumaczyć. Czy transport został odwołany aż do wiosny, kiedy spodziewano się przybycia następnego statku, czy była w tym inna przyczyna na temat której można tylko było robić domysły.
W czwartym dniu trzy ciężarówki zatrzymały się przed bramą obozu i cała grupa Polaków, zmniejszona o czterech ludzi, powróciła do baraku. Czterech brakujących nie przeżyło okrętowego zimna i głodowej racji, złożonej z chleba i wody. Na sali było znowu rojno i gwarno, znowu przed Stanisławem ukazały się twarze Makowskiego, Czechowicza, Jezierskiego, dwóch braci z Grodna i wielu innych znajomych mu ludzi. Jednak w ogólnym trybie życia nastąpiła jedna zasadnicza zmiana - każdy siedział w baraku, aby przypadkiem nie ominąć okazji następnego wyjazdu na okręt.
Po powrocie polskiej grupy z okrętu władze sowieckie wydawały się okazywać więcej zrozumienia dla tych ludzi. Jednym z przejawów ich dobrej woli było wydanie nowych zestawów odzieżowych, co zewnętrznie nadało im wygląd wolnego, dobrze ubranego człowieka. W miejsce dawnej łagiernej szarzyzny dano im kolory, bradzo licujące z wyglądem polskich "wolniaszków". Granatowe watowane spodnie, jasno szara kuyfajka, buszłak o nieco innym odcieniu szarzyzny i nowe watowane buty odrazu stworzyło z nich oddzielną klasę ludzi w magadańskiej społeczności. W tym nowym ubraniu Stanisław nosił się z zamiarem odwiedzenia rodziny aptekarki, ale ostatnie doświadczenie z okrętem wstrzymywało go od tej myśli.
Innym przejawem dobrej woli magadańskich władców było bardziej efektywne komunikowanie się z polską grupą. Na trzy dni przed Nowym Rokiem zawiadomiono ich oficjalnie, że w porcie czeka na nich okręt "Dalstroj", który w najbliższym czasie zabierze ich z sobą do Władywostoka. Również dopatrzono tego, aby wszyscy czekający Polacy mieli okrętowe papiery w porządku. Polacy ze swojej strony cierpliwie czekali na moment, kiedy ciężarówki zabiorą ich do portu. Następnego dnia do obozu przyszło dwóch oficerów, którzy poprowadzili całą kolumnę do miejsca, gdzie na nich czekały traktory z przyczepkami. Tym razem trasa do okrętu prowadziła od strony lądu a nie od portu. Czarny zarys okrętu ukazał się z daleka przed nimi, a wkrótce nawet napis "Dalstroj" ujawnił się przed ich oczyma.


Karny łagier w Magadanie Od Magadanu do Pahlevi