Karny łagier w Magadanie
Cztery tygodnie później tranzytka magadańska wciąż służyła jako pomieszczenie dla Polaków, przeznaczonych na wolność, ale którym takie prawo ciągle zaprzeczano. Pięciuset osób czekało cierpliwie w nadzieji, że w końcu nadejdzie ten wielki dzien, gdy okręt czekający w porcie wywiezie ich z ziemi złota i śmierci. Nadzieja niczym ułuda z dnia na dzień odsuwana na dalszy plan możliwość odzyskania wolności i opuszczenia brzegów Kołymy.
Chyba poraz pierwszy od czasu swego istnienia tranzytka magadańska doświadczyła niezwykłą emocję więźnia, która skierowała jego myśli ku radykalnemu pociągnięciu - do buntu przeciwko władzy. Niespodziewana reakcja "zakluczonego", która zaskoczyła komunistycznych władców, aczkolwiek nie należała do większego wydarzenia w historii ówczesnych czasów, w swojej istocie dała im do zrozumienia, że człowiek tylko do pewnego czasu pozostaje biernym wobec przemocy.
Konflikt dwóch pojęć, prawo człowieka i przemoc prześladowczej władzy, jaki wyniknął w odrutowanej przestrzeni tranzytki, stał się podłożem sytuacji jaka zaistniała na podwórku łagru i której konsekwencje poniósł każdy polski więzień, uczestniczący w tym nie do przyjęcia sowietom wypadku.
Oto kilka obrazków z dnia, kiedy polski głos wołał o swoje prawa, oraz z trzy-miesiącznego okresu tragedii więźnia, wołającego o należną mu wolność:
* * *
Szara postać kołymskiego łagiernika, stojąca na uboczu i przypatrująca się niecodziennej akcji na obozowym podwórku, niemal całkowicie zlewała się z tłem szaro-brunatnej ściany drewnianego baraku w szarym świetle kończącego się jesiennego dnia. Jego nieruchoma postać, nadająca mu pozór martwego przedmiotu, tym bardziej robiła go niedostrzegalnym dla oka przypadkowego przechodnia. Może ktoś bliżej mu znany - ktoś kogo przejścia więzienne zbliżyły do człowieka pod ścianą, mógłby dostrzec w tym pejzażu osobę towarzysza niedoli i zwrócić na niego uwagę. Istotnie, kilka minut później inny szary człowiek, przechodzący obok, jakgdyby instynktownie zatrzymał się przy nim na krótką chwilę i zawołał do niego w żartobliwym tonie:
"Pan stoi tutaj niczym bryła lodu, jakby to co się dzieje w obozie Pana wogóle nie obchodziło."
To prowokacyjne odezwanie musiało dotknąć nieruchomo stojącego człowieka, ponieważ natychmiast zwrócił swoją twarz ku przechodniowi i odpowiedział spokojnym głosem zrównoważonego człowieka:
"Przeciwnie kolego, wszystko co się dzieje na tym podwórku bardzo mnie obchodzi... To może mieć duży wpływ na naszą najbliższą przyszłość..."
Po tej krótkiej odpowiedzi człowiek pod ścianą ponownie przyjął postawę biernego obserwatora rozgrywającej się przed nim sceny na podwórku magadańskiej tranzytki.
Skromna, niepokaźna i niewątpliwie zniszczona trudami łagiernej egzystencji postać kapitana Jerzego Czechowicza w niczym nie przypominała młodego i energicznego człowieka, który dla swoich wrodzonych cech obrał służbę wojskową, jako karierę swego życia. Nic w jego zewnętrznym wyglądzie nie dawało świadectwa dawnym zamiłowaniom sportowym, od szanowanej hippiki do mniej poważanej lekkoatletyki. Trudno też było doszukać się w jego powierzchności, postawie i powolnych ruchach czegoś niezwykłego i oryginalnego, co mogłoby ściągnąc na siebie uwagę podnieconych na podwórku współwięźniów. Cokolwiek mogło się rzucić w oczy przypadkowego świadka to obraz zbiedzonego łagiernika dla którego cały świat zamykał się w czworoboku kolczastych drutów i w zapluskawionych ścianach drewnianego baraku.
Osoba szarego człowieka, prawdopodobnie nie do rozpoznania na pierwszy rzut oka nawet dla jego bliskich znajomych, przy bliższym przyjrzeniu się pozwalała na odkrycie kilku istotnych szczegółów jego dawnego wyglądu, które łączyły go z podobieństwem niegdyś przystojnego oficera piechoty.
Niewolnicza praca, nędza i głód wprawdzie zniszczyły go fizycznie i nadały mu wygląd nędzarza, - ale nie zdołaly wymazać całkowicie zasadniczych rysów jego męskiego oblicza z czasów młodości. Może dla tych rysów jego twarz była wciąż rozpoznawalna dla ludzi z jego przeszłości mimo głęboko zapadniętych policzków, wystających kości i głębiej niż zwykle osadzonych oczu... Postać tego człowieka była dobrze znana tym, którzy razem z nim dzielili biedę i niedolę więzień i łagrów. Oni, tak jak on, byli przedmiotem nieustannej fizycznej przemiany, zachowując tym samym ciągłość wzajemnego podobieństwa... Reszta jego fizycznego wyglądu, przyduszona szarzyzną podartego buszłaka i wkopana w zniszczone brudne burki, przypominała postawą i kształtami raczej martwy skamieniały przedmiot niż żywą osobę.
Letargiczny wyraz twarzy i nieruchome oczy, wpatrzone w nieokreślony punkt podwórka, nie zdradzały najmniejszego przejawu życia lub zainteresowania tym, co dla jego współtowarzyszy było wielkim i ważnym wydarzeniem. Jeden szary milczący człowiek, o niemal martwej twarzy, stał na uboczu niczym kontrast wobec spontanicznego dramatu do którego nagły i niespodziewany impuls ludzkiej emocji wprowadził wiele entuzjazmu i ożywienia. Wśród wielu aktorów naturalnej sceny życia, pełnej egzaltowanych uczuć, jeden jedyny statysta nie zdawał się podzielać ogólnego podniecenia. On, mały i niepozorny człowiek niemal niewidoczny na tle baraku, wydawał się reprezentować odrębną myśl szerszych wymiarów. Przy bliższej analizie jego niezwykłego zachowania się ktoś mógł doszukać się w nim głębszej myęli - myśli ukrytej i niedostępnej dla innych, które pod przykrywką zewnętrznego letargu powoli sięgała po własną ocenę otaczającej go sytuacji.
Uparte milczenie kapitana oraz pozorny stan absolutnego spokoju zostały nagle przerwane dźwiękiem silnego młodego głosu przechodzącego obok więźnia... Głos dziwny i nienaturalny w warunkach łagiernych, głos entuzjazmu i radości, głos symbolicznego sprzeciwu i kontrastu do deprymującego widoku kolczastych drutów, wartowniczych wieżyczek oraz zamkniętej bramy zatrząsnął świadomością milczącego człowieka. W dźwiękach jego mowy przebijało jedno silne uczucie - uczucie obudzonej nadzieji. Oczy kapitana, jakby obudzone ze snu, patrzyły ze zdziwieniem na podnieconego współtowarzyrza, jakby świadomość wypowiedzianych słów do nich nie dochodziła.
"Ach, pan Stanisław," kapitan odpowiedział krótkim zdaniem na tyradę słów młodego człowieka. W międzyczasie do jego słuchu doszło powtórnie rzucone pytanie:
"Co pan o tym wszystkim myśli?"
"Co ja o tym myślę?...Co ja o tym myślę?... Chyba to samo co każdy przeciętny człowiek z wrodzoną dozą rozsądku myślałby o tym... Ale, czy to co ja myślę ma istotnie jakiekolwiek znaczenie..." kapitan lakonicznie skandował swoje słowa odpowiedzi.
"Czy to ma znaczyć, że pan nie podziela powszechnego entuzjazmu?" młody człowiek zapytał z rozczarowaniem w głosie.
"Mogę pana zapewnić, że jak najbardziej solidaryzuję się z myślą wysuwania racjonalnych żądań wobec władz sowieckich, ale dla tej przyczyny nie należy zapomnieć o naszej wciąż niepewnej sytuacji."
"Czy mam z tego wnioskować, że pan ma pewne zastrzeżenia do słuszności wczorajszego wystąpienia... czy pan przypadkiem nie patrzy na to zbyt pesymistycznie?" młody człowiek zaniepokojony stanowiskiem kapitana pośpiesznie rzucał nasuwające się jemu pytania.
"Może realnie, może nawet sceptycznie ale nie pesymisycznie," kapitan odrzekł spokojnie.
"Realizm... Realizm w dniu dzisiejszym to odmowa pójścia do pracy, to konfrontacja z oficerami NKWD, to nasz bliski wyjazd do Władywostoku i wstąpienie do Polskiej Armii," młody człowiek, znany kapitanowi jako Stanisław wołał podnieconym głosem.
"W tym wszystkim jest druga strona twardej rzeczywistości, której pan prawdopodobnie nie dostrzega."
"Jaka druga strona?" młody więzień rzucił pytanie z dostrzegalną dozą niepokoju w głosie.
"Bardzo proste... Druga strona to jest sowiecki punkt widzenia. Pan chyba jeszcze nie zapomniał, że w myśl ich przepisów więziennych odmowa pójścia do pracy jest uważana za bunt przeciwko władzy. Te same przepisy przewidują karę śmierci za tego rodzaju przestępstwo," kapitan spokojnie argumentował swoją pozycję.
"To dla ruskich - nie dla nas... My jesteśmy wolni... Do nas stosują się warunki umowy londyńskiej... Sowieci czy chcą czy nie chcą muszą respektować nasze prawa!" młody człowiek wołał w uniesieniu.
Kilka ostrożnych zdań na temat sytuacji w obozie, wypowiedzianych przez kapitana, widocznie nie przypadły do gustu Stanisławowi. Zaniepokojony stanowiskiem swego towarzysza niedoli, zaniechał dyskusji i powlókł się na swoich opuchniętych nogach w inną stronę podwórka. Jego wybujałe nadzieje, zachwiane trzeźwym zdaniem starszego człowieka, wymagały silniejszego zastrzyku pozytywnej myśli celem utrzymania ich na poziomie uprzedniej euforii. Tego nie było trudno dooszukać się w ogólnym podnieceniu. Na podwórku stało wiele grupek i grupeczek dystkutujących zawzięcie wypadki dwóch ostatnich dni. W każdej z nich był conajmniej jeden dominujący głos, który nadawał ton dyskysji poszczególnej grupie. Głośne słowa i okrzyki były dla młodego więźnia najlepszym wskaźnikiem jaki punkt widzenia każdy z nich reprezentował.
Najgłośniejszą wydawała się być grupa więźniów, stojących do wejścia następnego baraku. Jej przywódca, człowiek chudy i wysoki o tyczkowatym wyglądzie od razu rzucał się innym w oczy. Stanisław już z daleka zauważył jego osobę i gestykulujące ręce i słyszał jego silny podniecony głos, zalatujący lwowskim akcentem.
"My się nie mamy czego bać... Oni muszą nas uszanować, bo my nie ich ludzie... My się nie damy prowadzić za ogon tak jak oni chcą... Jak oni nas zaraz do polskiego wojska nie odstawią, to my im pokażemy kim my jesteśmy," wysoki człowiek wołał krzykliwym głosem i wymachiwał rękoma jakgdyby już rozpoczął wojnę z niewidzialnym mu wrogiem.
"Ta ty Tołku, ta siedą cicho... Ta ty stąd jeszcze nie wyjechał... Oni ciebie wciąż mają w swoich cugach," ktoś z obecnych starał się mitygować wojownicze zapały swego kolegi.
"Ta co ty tu mnie będziesz bakał, że mam sobie siedzieć cichu... Jakby my tak cichu siedzieli to my by tu na amen zostali... Jak my im tylko rogi pokazali, tak oni zaraz zmiękli i przyśli pogadać z nami... Co ty sobi myślisz koleżko, czy oni byliby tacy dobrzy dla nas, gdyby my się nie zbuntowali... Tak, my postawili się ostro i oni zaraz powiedzieli, że nas odstawią do Władywoskoka," wysoki człowiek usilnie argumentował swoją pozycję i absolutnie nie pozwalał się zbić swemu koledze z kierunku przyjętej przez niego myśli.
"Tońku, ta ja ci jeszcze raz mówię, ta ty się uspokój... Ta oni ciebie jeszcze z kryminału nie wypuścili. Jak się będziesz tak żołądkował, to oni ciebi znów do kopania złota odkomenderują," ktoś starał się przemówić do rozsądku wysokiemu człowiekowi.
"Tak, tak, nie krzycz tak głośno. Jeszcze stąd nie wyjechałeś. Lepiej trzymaj swój język za zębami," ktoś z wileńskim akcentem poparł koległ Tońka.
Głośne okrzyki wysokiego lwowianina, które widocznie nie wszystkim trafiły do przekonania, Stanisławowi też wydawały się być za daleko posuniętą skrajnością. Buntownicza postawa tego człowieka, przesadna dufność w swoje siły oraz głośny sposób wypowiadania nierealnych myśli zakrawał na parodię oceny rzeczywistości. Nic z dotychczasowych wydarzeń nie uzasadniało tak daleko posuniętej pewności siebie. Nawet luźno sprecyzowane wypowiedzi sowieckiego oficera w czasie rannego spotkania nie dawały podstaw do budowania wygórowanych nadziei.
Słuchając jego mowy, Stanisław mimowoli snuł podejrzenia, że sprawa odmowy pójścia do pracy dnia poprzedniego została zapoczątkowna przez kilku zapaleńców, podobnych jemu. W zapalnej sytuacji, gdzie każdy więzień żył nadzieją szybkiego opuszczenia brzegów Kołymy, gdy ciągłe zwlekanie władz sowieckich z podjęciem oczekiwanej decyzji potęgowały uczucie zawodu i gdzie obawa przed pozostaniem w tym kraju na całą zimę przeradzała się w paniczny strach, każde nieopatrzne słowo mogło doprowadzić do spontanicznej eksplozji. Nie ulegało wątpliwości, że wczorajsze wystąpienie polskich więźniów było wynikiem nagłego odruchu bez uprzedniego przemyślenia przyczyn i możliwych konsekwencji za wykroczenie przeciwko przepisom więziennym.
W miarę rozważania nad buntowniczą mową wysokiego więźnia, wczorajsze okrzyki protestu przy bramie magadańskiej tranzytki coraz częściej przypominał się jemu obraz tego wydarzenia. Pierwsze okrzyki "nie idziemy do pracy" wciąż odbijały się echem w jego pamięci. Te pierwsze głosy nieprzerwanie brzmiały siłą ludzkiego protestu przeciwko bezprawiu systemu, przeciwko zniewoleniu człowieka i przeciwko gwałceniu umów, przyrzeczeń i zobowiązań. Historia świata znała miliony takich głosów. Cała jej rozległa przestrzeń czasu, począwszy od zarania ludzkości, były niekończącym się łańcuchem podobnych sprzeciwów. Biblijny głos Mojżesza, bunt rzymskiego Spatakusa, nowa myśl Reformacji, radykalizm francuskiej Rewolucji, marsze protestu rosyjskiego robotnika i wiele innych znanych i nieznanych przykładów ludzkiej reakcji stało się początkiem większej i wznioślejszej idei w imię dobra człowieka.
Wczorajszy głos Polaka w kołymskim łagrze wprawdzie nie miał takiej siły, aby poruszyć tłumy narodów, ale zdołał podniecić umysły pięciuset więźniów do wyrażenia swego protestu drogą otwartego buntu. Ten bunt, niewątpliwie dla słusznej sprawy i moralnie uzasadniony, z przyczyny swego odosobnienia i ograniczonych możliwości mógł się stać powodem równie odosobnionej i ograniczonej tragedii. Gdyby strażnicy, zmuszający siła polskich więźniów do wyjścia do pracy, uciekli się do tak radykalnych środków jak kula karabinu czy pistoletu, ten spontaniczny głos sprzeciwu utonąłby we własnej krwi. Jeśli nie doszło do krwawej i tragicznej konfrontacji między grupą polskich więźniów i ich nadzorcami to chyba tylko dla tej przyczyny, że zdezorientowani strażnicy nie wiedzieli jak reagować wobe grupowej niesubordynacji obozowej.
W pamięci Stanisława znów przesunął się obraz uciekających więźniów, goniony przez zdezorientowanych strażników, wyciąganie ich siła z baraków i ostateczne wyprowadzenie jednej jedynej brygady poza druty obozu. Potem niespodziewane wycofanie się strażników i przyprowadzenie z powrotem do obozu jedynej grupy, którą wzięto do pracy.
Wtedy powstało pytanie "co dalej". Sama odmowa pójścia do pracy była tylko środkiem, ale jak należało działać dalej, aby osiągnąć zamierzony cel?... Pozorny spokój w obozie, brak jakiejkolwiek decyzji ze strony władz sowieckich i regularne wydawnie potraw można było sobie różnie tłumaczyć. Mentalna rewizja dnia wczorajszego była dla młodego więźnia pobudką do szukania najbardziej trafnej odpowiedzi.
Przed niedawną rozmową z kapitanem Czechowiczem, Stanisław nie poświęciłby sekundy czasu na rozpatrywanie przyczyn i możliwych konsekwencji wczorajszego wydarzenia. Jego przewidywania napewno pokrywałyby się ze zdaniem ogółu, który zdecydowanie przyjął niezbyt jasno sprecyzowane słowa oficera NKWD, gdyby nie zastrzyk niepokojącej myśli, wypowiedzianej przez człowieka bardziej obeznanego z życiem. Bez tego zastrzyku młody więzien sam na pewno nie zdobyłby się na podporządkowanie swego przekonania krytycznym rozważaniom.
Każda dyskusja, której się on przysłuchiwał, prawie bez wyjątku sprowadzała się do tej samej ostatecznej konkluzji - do przewidywanego wyjazdu z Kołymy. Takie terminy jak okręt w porcie, morska podróż, daleki WŁadywostok i wstąpienie do polskich szeregów powtarzały się bez końca. Natomiast myśl o możliwości represji za przekroczenie przepisów nie znajdywała rzeczników i nigdzie nie dochodziła do głosu. Ogólny nastrój wielkich nadziei siła swego uczucia poprostu nie dopuszczał krytycznej myśli do ogólnej dyskusji. Stanisław prawdopodobnie był jedyną osobą, która w swojej duszy nosiła gnębiącą dozę wątpliwości. Może też dlatego on kierował swoje opuchnięte nogi od grupy do grupy, aby w wypowiedziach współtowarzyszy znaleść antidotum przeciwko niepokojącej go myśli.
Ludzie na podwórku, którzy już uznali siebie za kandydatów na wolność, dla tej przyczyny byli ciągłym przedmiotem jego obserwacji i zainteresowania. Nieszczęśliwy obraz wymizerowanych więźniów, odzianych w różne kombinacje podartych łachów, nie mogł napełnić serce wielką radością, ale ich niekontrolowane uczucie szczęścia porywało go ze sobą. Niewątpliwie ten stan podniecenia był wynikiem przemiany psychicznej, która pozwoliła na przekształcenie się mentalności niewolnika na mentalność człowieka bliskiego odzyskania wolności. On sam, jako uczestnik tej grupy, również doznał przemiany swojej osobowości. Pod wpływem jednego nieprzewidzianego doświadczenia jego dotychczasowe życie nędzarza-łagiernika przybrało inne wymiary i ujrzało przyszłość w lepszych i jaśniejszych kolorach. Chociaż wciąż za drutami, ale poddany nadziei, stał się inną i lepszą indywidualnością w innym i lepszym świecie.
Ten świat, który wyrósł na podłożu ludzkiego nieszczęścia, który niespodziewanie w ciągu jednego dnia stał się nową prawdą życia, niezwłocznie wyłonił z siebie ukryte elementy i za ich przyczyną nadał całej grupie charakter dawnej polskiej społeczności. W jej granicach natychmiast ujawniła się dzielnicowość polskich kresów, tradycyjne tytuły bezdwienie weszły w użycie, nawet grzecznościowe wyrażenia powróciły do słownictwa obozowej mowy. - Młody Polak z przyjemnością chłonął dźwięki gwary lwowskiej i wileńskiej, z uczuciem sympatii przysłuchiwał się niezrozumiałej jemu mowie polskich żydów i uchem Słowianina starał przyswoić sobie znaczenie słów nielicznych Czechów i Słowaków. Kosmos dzielnicowy i narodowościowy wyłonią się z tłumu niewolników, kiedy słowo "wolność" stało się treścią nowo-obudzonej nadziei. Równocześnie wśród tego kosmosu każdy pojedynczy niewolnik stał się w swoim przekonaniu człowiekiem o pełnej godności ludzkiej.
Człowiek ten w zetknięciu się z tym światem instynktownie wyczuwał jego pobudki i rozpoznawał jego założenia i cele. Jednak w genezie jego powstania nie mógł doszukać się odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie: "Czy w tym spontanicznym wybuchu ludzkiej emocji nie było ryzyka, które w rezultacie mogło sprowokować represje ze strony władz obozowych."
Lakoniczna i ostrożna wypowiedź kapitana, przyjęta przez Stanisława jako przejaw pesymizmu starszej od niego osoby, a nierozsądne wołania Tośka też nie trafiały jemu do przekonania - jedno dla swojej przygnębiającej trzeźwości, drugie dla absolutnie nierealnej oceny sytuacji. "Czy istniało jeszcze trzecie, bardziej logiczne i śatwiejsze do przyjęcia rozwiązanie?" Nad tym należało się zastanowić i znaleść odpowiedź drogą własnego rozumowania, albo ostatecznie zapożyczyć cudze zdanie. W poszukiwaniu za tą odpowiedzią młody człowiek kolejno przystawał przy każdej napotkanej grupie i uważnie przysłuchiwał się wywodom poszczególnych mówców. Wszędzie zdecydowanie dominowało przekonanie, że wobec braku zrozumienia dla polskiej grupy u władz sowieckich wczorajsze wystąpienie było jak najbardziej słuszne i uzasadnione.
Stanisław jak najbardziej zgadzał się z tym ogólnie przyjętym zdaniem i może pozostałby przy nim, gdyby w końcowej fazie jego wędrówki nie doszły go głosy spokojnie i rzeczowo prowadzonej dyskusji. Niewątpliwie jej spokojny przebieg wpływał kojąco na niespokojne umysły i dla tej przyczyny ściągał do tej grupy liczniejszą ilość zainteresowanych. Wielu z jej uczestników było znanych młodemu więźniowi z widzenia, aczkolwiek nie zawsze z imienia. Obozowy tryb życia nie stwarzał warunków bliższego czy osobistego zapoznania się z każdym człowiekiem. Najlepsza sposobność do zawierania znajomości nadarzała się przy pracy, ale nawet wtedy nie każdy więzień przyswajał sobie imiona i nazwiska swoich współtowarzyszy. Dlatego młody człowiek, chociaż rozpoznawał wiele znajomych twarzy, tylko kilku z nich mógł nazwać po imieniu.
Pierwszy głos jaki doszedł go po zbliżeniu się do grupy był głos znanego mu z widzenia inżyniera ze Lwowa. Człowiek ten, wyższy wzrostem od innych i wciąż o zadziwiająco dobrej kondycji fizycznej, samą swoją postawą górował nad otaczającą go grupą. Widok inżyniera od razu przypomniał Stanisławowi poranne spotkanie z delegacją sowieckich oficerów. Ich przyjście do obozu i krótka rozmowa z więźniami była pierwszą widoczną reakcją władz NKWD. Jednym z rezultatów tej wizyty było wyłonienie się przewódców polskiej strony, która raczej samorzutnie przyjęła na siebie rolę reprezentacji. Głownym rzecznikiem Polaków był wprawdzie inny inżynier ze Lwowa, nazwiskiem Makowski, ale jego wysoki przyjaciel również brał czynny udział w rozmowie z sowietami. Już z pierwszych słów lwowskiego inżyniera, młody Polak mógł się domyśleć, że tematem dyskusji były wrażenia wyniesione przez polskich przewódców z porannego spotkania.
"Andrzeju, ty jesteś nie tylko zacnym i godnym człowiekiem, ale z tego co słyszałem doszedłem do wniosku, że posiadasz w sobie walory mądrego i rozsądnego polityka," wysoki inżynier mówił kierując swoje słowa do swego przyjaciela Makowskiego.
"Tak, tak, pan bardzo mądrze mówił," ktoś z otaczających przytakiwał mówcy.
"Muszę ci przyznać," wysoki inżynier kontynuował, "że byłem zarówno zdumiony, jak i zbudowany twoją wypowiedzią i godnym zachowaniem się wobec sowieckich oficerów. Oni widocznie też rozpoznali w tobie cechy mądrego przywódcy. Przynajmniej ich stosunek do ciebie na to wskazywał. Twój logiczny i rzeczowy sposób przedstawiania naszej sprawy musiał przemówić im do przekonania."
"Napewno tak było jak pan mówi... Ja też odniosłem takie wrażenie," ktoś z obecnych wtrącił swoje zdanie.
"Wiesz Andrzeju," Lwowianin ciąngnął dalej, "twoje podkreś lenie konieczności współpracy i utrzymania dobrych stosunków między narodami słowiańskimi było silnym argumentem z naszej strony. Takie przedstawienie sprawy nie tylko stworzyło odpowiednie podłoże do naszej rozmowy, ale prawdopodobnie też przyczyni się do pozytywnego rozwaąenia naszych żądań."
"Zbyszku, przecież ja nie byłem sam, tyż mi w tym dzielnie pomagał," inżynier Makowski skromnie odpowiedział.
"Bez twojego przykładu sam na to bym się nie zdobył. W tym było duże ryzyko osobiste. Wystąpiłem do przodu przede wszystkim dla dotrzymania tobie towarzystwa."
"Dlaczego nie zdobyłbyę się na to?" jego przyjaciel zapytał.
"Po prostu dlatego, że przyjęcie na siebie roli przywódcy buntowników mogłoby się zakończyć tragicznie dla mnie. Sam dobrze wiesz, że nie czeka..." wysoki inżynier zakończył żartobliwie.
"Napewno nie, przecież spotkanie z nimi miało bardzo spokojny przebieg," na to ktoś ze słuchających głośno odpowiedział.
"Nie, napewno nie..." ktoś inny dodał.
"Powiedz mi, Andrzeju," wysoki inżynier pytał dalej, "dlaczego ty wystąpiłeś do przodu, kiedy sowieci proponowali rozmowę czy dyskusję z naszą reprezentacją".
"Mój drogi, chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że wczorajsze wystąpienie było nieprzemyślaną i nieplanowaną akcją. Prawdopodobnie zapoczątkowało ją kilku lub kilkunastu ludzi, kierowanych popularnym hasłem wyjazdu z Kołymy. Inicjatorzy na pewno nie zastanawiali się nad tym, jaki mogłby być końcowy efekt tego. Gdyby ktoś z tych zapalczywych umysłow podjął się reprezentowania nas wobec sowietów na swój sposób, to mogłoby doprowadzić do bardzo przykrej sytuacji. W takim wypadku my wszyscy bylibyśmy poszkodowani."
"W tym jest dużo racji," odpowiedział na to jego wysoki przyjaciel.
Rozmowa ta pozwoliła Stanisławowi na wgląd w bardziej intymne szczegóły całej sprawy. Pozornie ona wyglądała łatwą i prostą. Jednak słuchając zdania osób z większym doświadczeniem życiowym i niewątpliwych zdolnych do logicznego myślenia zdał sobie sprawę z tego, że ktoś przeprowadził analizę sytuacji i postanowił działać na swój sposób, aby nie sprowokować sowietów do drastycznej reakcji. Dlatego podświadomie wzbudził w sobie szacunek do ludzi, którzy przyjęli na siebie rolę reprezentantów mimo ryzyka jakie mogło się z tym wiązać. W dalszej analizie ich zachowania się rozpoznał w nich ludzi kompromisu, zdolnych do rozwiązania konfliktu na korzyść swojej strony. W ostatecznej ocenie uznał ich za ludzi wybitnie odważnych i pełnych poświęcenia dla ogólnego dobra.
Szary zmrok wrześniowego wieczoru i chłodny powiew od północy zmusiły Stanisława i jego współ-towarzyszy do szukania schronienia w ścianach słabo oświetlonego baraku. Czas już był najwyższy, aby zająć miejsce na nagich deskach pryczy i pod pokryciem nieodstępnego buszłaka ułożył się do nocnego spoczynku. Kiedy wspinał się na górny poziom mimochodem spojrzał na dolnych lokatorów. Kapitan Czechowicz leżał nieruchomo, przykryty swoim starym wytartym buszłakiem. Obok niego, znana młodemu Polakowi osoba polskiego majora, leżała zwinięta w kłębek, jakby dla zachowania odrobiny ciepła, jakie jego ciało jeszcze było zdolne wydzielić.
Na górze po prawej stronie, dwóch więźniów z Podola, Kubas i Radziszewki, najwidoczniej byli już pogrążeni w głębokim śnie. Zaś z lewej strony dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą wilniuków wciąż prowadziło wieczorną pogawędkę. Z poszczególnych słow, jakie go dochodziły z tamtej strony, domyślał się, że jeden z nich, widocznie weteran zimy kołymskiej, opowiadał przyjacielowi o swoich zimowych przeżyciach na kopalni złota.
"Zimno to straszny żywioł," kołymski weteran mówił do swego towarzysza. "Jeśli cię złapie na otwartym polu to dla ciebie niema ratunku. Mrożące powietrze połączone z silnym wiatrem z północy to morderstwo. Nawet purga, ta przeklęta kołymska zawieja, nie jest tak grożna. Z odrobiną szczęścia możesz się jeszcze od niej uratować, ale na piekielny wiatr z mrozem nie ma żadnej rady. Możesz stać przy ogniu i nie będziesz czuł ciepła - szalony wiatr rwie płomienie w strzępy i poprostu zabiera je ze sobą., Na kopalniach ludzie ginę od tego jak muchy, a kto się zdoła uratować to najczęściej wychodzi z tego jako inwalida bez rąk, bez nóg i bardzo często bez nosa. Dla ruskich więźniów to straszna rzecz, dla nas Polaków to zabójstwo."
"Jak tyś to przetrzymał
"Czy nie widziałeś mojej lewej ręki? Przecież nie mam u niej trzech palców... zimno je zabrało... przeklęte zimno."
"Owszem zauważyłem, ale nie śmiałem pytać," sąsiad ze zniżoną nutą w głosie odpowiedział.
"Wiesz, rzecz ta zdarzyła się w styczniu tego roku," człowiek bez palców zaczął opowiadać. "Byłem wówczas w lagrze przy kopalni złota. W okresie zimy, jak sam najlepiej wiesz, wszystko jest zamarznięte na kamień i przysypane grubą warstwą śniegu. To jednak nie przeszkadzało władzom obozu wyganiać nas do roboty, oczywiście na zimnie i mrozie. Praca polegała na oczyszczaniu śniegu na zaboju i zrywaniu górnej warstwy zamarzniętej ziemi, aby w lecie mieć gotową odkrywkę do kopania ziemi ze złotem. Przy najniższej stawce racji żywnościowej - dwieście gramów chleba i dwie zupy dziennie - nie było mowy, aby podołać tak ciężkiej pracy. Robota prawie nie szła. Więźniowie albo pozorowali pracę, albo garnęli się do ogniska, aby się choć troszeczkę ogrzać."
"Jak to dobrze, że wyjechaliśmy z tych kopalni przed zimą. Ja osobiście nie przeżyłbym takich warunków życia. Już teraz, chociaż zima jeszcze tutaj nie doszła, co nocy marznę, jak pies," jego kolega wtrącił parę słow.
"Jednego dnia było bardzo zimno, weteran kołymski mówił dalej. "Szary zimowy ranek był tak strasznie zimny, że ręce i nogi natychmiast mi zesztywniały, jak tylko wyszedłem z baraku. Po przyjściu na miejsce pracy, od razu rozpaliliśmy ognisko i wszyscy pchaliśmy się do niego, aby doznać przynajmniej odrobinę ciepła. Bojec, jak zwykle skrył się w swojej budce, gdzie rozpalił wlasny piecyk i wogóle na nas nie zwracał uwagi. On też musiał mieć dość zimna, ale on miał możność uchronienia się przed nim.
Nagle ni stąd, ni zowąd zaczął wiać ostry przenikliwy wiatr. Jakiś ruski dał o tym znać bojcowi. Ten natychmiast zorientował się w sytuacji i kazał nam wracać do obozu. Więźniowie, idąc przeciwko wiatrowi, w połowie drogi zacząli padać na śniegu... Zimno było tak okrutne, że dłużej nie mogłem je znieść... W pewnej chwili poczułem, że wszystko we mnie zaczyna zamarzać... Dziwnie w moich zmarzniętych palcach nagle poczułem ciepło... Jakiś Rosjanin, widząc że upadam, chwycił mnie za ramię i razem wspólnymi siłami dotarliśmy do wartowni.
Zaraz wzięto nas do obozowej przychodni. Tam już było kilkunastu jak my. Wielu z nich wiło się z bólu. Niektórzy nawet płakali... Każdego z nas pokolei rozbierano z łachów i zabierano do przyległej klitki. Kiedy zdjęto rękawice z mojej lewej ręki zaraz zauważyłem, że moje palce są zupełnie białe.
"Ja wiem co to znaczy. Kiedyż jako dzieciak też odmroziłem palce, ale skończyło się na bólu," sąsiad powiedział parę słów na temat odmrożenia.
"Wiesz, nawet nie pamiętam, czy mnie to bolało. Kiedy przyszła moja kolejka, zabrano mnie do klitki, gdzie sanitariusz na żywca przeprowadził operację. Kiedy popatrzyłem na jego skrwawiony fartuch odrazu zrobiło mi się niedobrze... Odwróciłem oczy i tylko czułem jak coś odrywa moje nieczułe palce. Ktoś zawinął moją krwawiącą rękę w kawał białej szmaty i zaprowadził mnie do mego baraku... Po kilku dniach, kiedy najgorsze zimno minęło, wszystkich operowanych przewieziono na otwartym traktorze do szpitala na prorabstwie... Mówię ci do tej chwili pamiętam ten obraz nędzy i rozpaczy, jaki ukazał się przede mną, kiedy wszedłem do pomieszczenia zapchanymi ludźmi po same brzegi."
Wyobrażam sobie jak to wyglądało... Napewno do tego miejsca zwieźli całą masę chorych i inwalidów z wszystkich okolicznych kopalni," sąsiad wtrącił swoją uwagę.
"Tak, zwieźli ich więcej niż mały szpitalik mógł pomieścić. Nie tylko tych, którym operowano kończyny, ale także wielu chorych na takie choroby łagierne jak cynga i ponos... Ty na pewno je znasz, bo to się wszędzie spotyka. Szkorbut i biegunka to nagminne choroby więźniów, zima czy lato.
"Byłem tam przez kilka tygodni", człowiek bez palców mówił dalej. "Powoli ręka zaczęła się goić. W czasie tego pobytu widziałem jak wielu nawpół wyleczonych wyrzucano z powrotem na kopalnię, a martwych wynoszono na noszach, aby zrobić miejsce nowo-przybyłym. Szpitalik ten był jak młyn, gdzie jedni przychodzili, drudzy odchodzili, a z pośród nich śmierć codziennie zabierała swoje ofiary.... Całe szczęście, że to przeżyłem i jestem już na wyjezdnym, bo na pewno nie przeżyłbym drugiej takiej zimy."
"W tym musi być cud boży, że Sikorski upomniał się o nas, bo inaczej wszyscy zginęlibyśmy tutaj od zimna, biedy i nędzy," sąsiad odezwał się na zakończenie rozmowy.
Stanisław, który przysłuchiwał się temu opowiadaniu, przyznał w duchu, że tego rodzaju przeżycie byłoby równie tragiczne dla niego, gdyby je miał doświadczyć. Szczęśliwie los tak pokierował, że on i cała grupa w magadańskiej tranzytce byli już na progu wyjazdu z przeklętego kraju Kołymy. Przynajmniej on i wszyscy Polacy w obozie byli tego zdania.
* * *
Porządek dnia następnego ranka rozpoczął się według normalnej rutyny. Na pozór nic nie wskazywało, aby niedawny bunt wpłynął w jakikolwiek sposób na zmianę obozowego programu. Kiedy w ponurych ścianach baraku odezwał się głos dniewalnego "wstawaj, wstawaj", sygnał pobudki brzmiał identycznie tak samo jak w każdym poprzednim dniu. Wydanie porannej racji żywnościowej, kawałka chleba i miski zupy na ośmiu ludzi, w niczym nie różniło się od dni poprzednich. Ceremonialne spożywanie strawy przy wysokim stołku z jednej miski na ośmiu więźniów było jednym z lepszych momentów dnia. Dla wymizerowanego więźnia była to rozkosz wypełnienia żołądka ciepłą strawą.
Dobroczynny efekt porannego posiłku, który na chwilę odsuwał więźnia od otaczającej go łagiernej rzeczywistości, również zakrył przed nim następną scenę życia, zbliżającej się tajemniczo w kierunku tranzytki. Nikt nie słyszał dalekiego szczekania psów i nikt chyba nie dopuszczał do siebie myśli o podstępnej akcji władz sowieckich.
Ten przewidywany przez niewielu, ale jeszcze nie dostrzegalny obraz nastąpnego wydarzenia wciąż był za odległy dla umysłów upojonych powodzeniem dni poprzednich. Głos rozwijającej się akcji był wciąż zbyt nikły, aby dotrzeć drogą słuchu do ludzkiej świadomości. Mur psychozy człowieka, żyjącego wielką nadzieją szczelnie otoczył podwórko i zasłonił przed więźniami obraz zagrożenia dla jego najwyższej myśli - upragnionej wolności.
Niczym czarna chmura, wciąż ukryta za horyzontem, niczym zbliżająca się burza, jeszcze niewidoczna dla oka, niczym mrożący wiatr z północy jeszcze nie groźny dla swej odległości, tajemnica nieoczekiwanego wydarzenia zblizała się ku drutom tranzytki. Miarowe uderzenia żołnierskich butów o żwir nawierzchni odezwały się w pobliżu obozu dźwiękiem odległego grzmotu. Dalekie echo szczekania psów odbiło się wśród baraków gwizdem zbliżającego się wiatru... Czarna nawałnica łagiernej służby bezpieczeństwa toczyła się siłą parowego walca drogą do bramy tranzytki... Mrożący wiatr nadchodzłcej rzeczywistości znowu powiał chłodem cierpieniem, biedy i zawiedzionych nadziei... Równocześnie zegar arktycznej zimy systematycznie wybijał sekundy i minuty zbliżającej się pory przeklętego zimna.
Młody Stanisław, utartym łagiernym zwyczajem, szmatą wytarł drewnianą łyżkę, jako ostatni akt rytuału jedzenia. Pierwszą jego myąlą po spożyciu porannego posiłku była chęć powrotu do baraku, aby położyć się na pryczy i dać ulgę swoim obolałym i spuchniętym nogom. Tuż przy wejściu spotkał się twarz w twarz z kapitanem Czechowiczem. Człowiek ten, jak dnia poprzedniego, stał nieruchomo pod ścianą i ze stoickim spokojem obserwował życie na podwórku.
Idąc za jego przykładem, młody Polak mimowoli odwrócił głowę, aby zobaczyć przedmiot zainteresowania jego współ-towarzysza. Pierwszy rzut oka wstrząsnął go więzienną świadomością. Jakby nie wierząc temu co się przed nim ukazało przetarł swoje oczy i popatrzył ponownie.
"Kapitanie, czy pan widzi?" młody człowiek zawołał z niepokojem w głosie.
"Owszem, widzę panie Stanisławie... Nie tylko widzę ale obserwuję już od dłuższego czasu..." zapytany człowiek odpowiedział z właściwym jemu spokojem.
"To nie może być!" Młody Polak zakrzyknął.
"Prawdopodobnie tak jest... Moje wczorajsze przewidywania, pesymistyczne jak pan je nazwał, staną się wkrótce naszym następnym doświadczeniem," kapitan odpowiedział.
"A może nie..." młody człowiek szepnął z niedowierzaniem.
W miarę zbiżania się maszerujących strażników i szczekania psów coraz większy niepokój zaczął go ogarniać. Domysły i pytania zacząły coraz szybciej krążyć w jego umyśle... "Co strażnicy zrobią w pierwszej chwili?" - "Jaka będzie reakcja więźniów?" - odezwały się w nim pierwsze pytania. Po tym w szybkim tempie zaczęły budzić się inne: "Czy młody zapalczywy Tośko rzuci się gołymi rękami na sowieckie bagnety?... Czy rozsądny inżynier rozpocznie z nimi dialog... Czy wszyscy razem i zgodnie i bez sprzeciwu podporządkują się woli silniejszego przeciwnika?"
Stanisław spojrzał na twarze innych więźniów. Wczorajszy wyraz entuzjazmu i radości znikł całkowicie z ich oblicza. W miejsce tego oniemiałe twarze zdradzały niepokój, a na niektórych widziało się obawę i przerażenie. Przed nimi znowu ukazało się widmo terroru, widmo północnych łagrów, widmo zimna, głodu i nędzy oraz widmo nieuniknionej śmierci. Sam widok szarych mundurów, osadzonych bagnetów, psów na smyczy był sam w sobie terrorem, który zniewala człowieka do rewizji uczuć i myśli i który podświadomie narzuca poczucie jego bezsilności.
Brama tranzytki z rozmachem otworzyła się na ościeź. Przez nią jak lawina runęła masa szarych mundurów, rozlewając się w mgnieniu oka po całym podwórku.
"Wychadi! Wychadi!" rozległy się okrzyki bojców.
"Poskorej! Poskorej!" jak echo odezwali się inni, spychając równocześnie zdezorientowanych więźniów w kierunku bramy.
"Stawać po pięciu!" głośno wołali strażnicy przy bramie.
Ze strony Polakow nie było żadnej reakcji. Bierne poddanie się woli silniejszego było ich jedynym odruchem. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że tylko podporządkowanie się strażnikom pozwało mu na zachowanie swego życia, ukrytego w łachmanach ludzkiej nędzy. Każdy rozumiał, że w napiętej sytuacji niepoczytalny krok mógł skończyć się tragicznie dla wszystkich. Każdy też wyczuwał, że drastyczne pociągnięcie sowieckich władz nie wróży nic dobrego, chociaż w danej chwili nie zagraża jego życiu... Samozachowaczy instynkt człowieka ążdał od więźnia zachowania spokoju i rozsądku.
Każdą skompletowaną pięćdziesiątkę więźniow przejmowali strażnicy za bramą. Po bokach każdej z nich ustawiało się dwóch bojców a dwóch z psem przyjmowało pozycję tylnej straży. Grupa za grupą opuszcała bramę tranzytki, formując się na żwirowanej drodze w długi orszak nędzarzy. Znowu wspólny mianownik łagiernika wchłonął ich w zakres tego terminu, jako niewolniczą siłę roboczą, a może nawet jako zbyteczny ludzki element skazany na zniszczenie... W urojeniu marzycieli mogła być jeszcze jedna możliwość - wymarsz w strzeżonym konwoju do czekającego okrętu w porcie.
Taką ewentualność tylko idiosynkrazja człowieka mogła stworzyć w świecie urojenia i chimery... Twarda rzeczywistość sugerowała jedną z dwóch pierwszych możliwości.
Na rozkaz oficera-dowódcy kolumna ruszyła do przodu przy wtórze krzyków i nawoływań bojców oraz szczekaniu psów. Przeszło pięciuset Polaków rozpoczęło marsz w nieznanym kierunku dla niewiadomego celu. Przed nimi w najlepszym wypadku mogły być otwarte dwie drogi - inny obóz w Magadanie, albo ponowna podróż do kopalni złota - do kaźni zimna, głodu i śmierci.
Na skrzyżowaniu drogi tranzytowej i głównej szosy, bojec prowadzący kolumnę skręcił w prawo. Za nim skręcił szary wąż buszłaków, ciągnący się jak koszmarny korowód istot innego świata w kierunku zdala widocznego zgrupowania miejskich łagrów.
Na wzgórzu, po przeciwnej stronie doliny rzeczki Kołymianki, przed oczyma więźniów ukazała się czworoboczna budowla, przypominająca wyglądem grodzisko pierwotnych ludów. Dla obywateli sowieckiego imperium był to układ typowego łagru z narożnymi wieżyczkami, wysokim parkanem z kolczastych drutów oraz szeroką bramą z wartownią przy wejściu. Dla maszerujących więźniów było to nowe widmo przeklętego miejsca, gdzie sowieckie duchy i wampiry czekały na żer ludzkiego wysiłku i ludzkiej krwi.
Natura też nie szczędziła swego decorum dla przerażającego obrazu łagiernej budowli. Ona też swoim skomplikowanym systemem starała się nadać ścenie jak najbardziej przygnębiającego nastroju. Szara, zamarznięta ziemia z lekka przyprószona śniegiem, konary drzew pozbawione liści i ciemne niemal czarne głazy rozrzucone wśród suchych badyli jeszcze bardziej potęgowały obraz zamierającego życia. Na tle tego dramatycznego pejzażu długa kolumna ludzkich szkieletów, maszerująca do miejsca zagłady, była ostatnim elementem, który nadawał tej scenie widok koszmaru świata.
Stanisław, maszerujący w jednej z ostatnich pięćdziesiątek, w niektórych momentach miał całą kolumnę na widoku. Z wyższego poziomu kończącej się miejskiej ulicy widział, jak czołowy trzon korowodu przesunął się po powierzchni oszronionego mostu i jak po drugiej stronie kotliny wspinał się wolno ku szarym zarysom łagru. Od czasu do czasu jakaś nędzna postać odrywała się od głównego trzonu i pozostawała w tyle. Każdy ruch tego rodzaju natychmiast spotykał się z reakcją tresowanego psa i strażnika. W odpowiedzi na to nędzarz przyśpieszał kroku, albo spotykał się z krzykiem i popychaniem.
Z chwilą dojścia pierwszej grupy na wysokość zamkniętej bramy obozu, po linii poszedł rozkaz zatrzymania się kolumny. Niezwłocznie odezwały się okrzyki bojców:
"Sadiś! Sadiś!"
Grupy więźniów zaczęły obniżać się ku ziemi w podobieństwie do ruchu padającego domina. W siedzącej pozie wierni niewolnicy, niczym wierni Allaha, zdawały się składać hołd swemu władcy i panu na widok jego obrazu. Na nich z wysokości szczytu bramy obozowej patrzyły fałszywe oczy Stalina, zapraszające swoje ofiary ironicznym uśmiechem do królestwa zagłady życia.
Podobizna sowieckiego satrapy wisiała wysoko nad nimi w miejscu jak najbardziej widocznym. W tym obrazie mieścił się symbol niewolniczego systemu dla przypomnienia poddanym, że tylko on i tylko on jest absolutnym władcą rozległego systemu łagiernego.
"Proszę wejść..." jego chytre oczy kusiły zapraszająco. "Proszę wejdźcie do teatru cierpien i niewoli, jako aktorzy nieludzkiej komedii."
"Wstawać! Wstawać!" odezwały się wołania bojców.
"Pięć... Pięć...Pięć..." mruczał szczotnik, licząc każdą piątkę przekraczającą bramę.
Wszystkie sowieckie łagry miały pewne cechy podobieństwa, ale nie wszystkie były jednakowe i nie wszystkie służyły tym samym zadaniom. Specjalny obóz więźniów w Magadanie miał urządzenia podobne do innych - strażnice, wartownia, kancelaryjny barak, kuchnia z jadłodajnię, rzędy baraków dla więźniów i gdzieś w jakimś niewidocznym kącie budka karceru dla niepoprawnych. Jego celem było zapewnienie koniecznych usług dla stolicy Kołymy. Sama nazwa obozu 10 OŁP, czyli 10ty Oddzielny Łagierny Punkt, wskazywała na to, że jego zadanie łączyło się ze specjalną kategorią więźniów i pracy dla niech przewidzianej.
W pierwszych dniach specjalne przeznaczenie obozu nie stwarzało niezwykłych trudności dla jego nowych mieszkańców. W porównaniu z tranzytką nowy łagier pod względem urządzeń oferował nawet wygodniejsze warunki życia. Do niespotykanych dotychczas wygód obozowych należały oddzielne piętrowe prycze, sienniki wypełnione mokrymi i cuchnącymi wiórami oraz umywalki w których woda ciepła czy zimna należała do rzadkości.
Jednak największą niespodzianką, jaka spotkała nowych więźniów, było wydanie im nowego zestawu łagiernej odzieży. Ten przejaw dobrej woli ze strony władz musiał mieć swoją przyczynę. Prawdopodobnie władze przewidywały pozostanie polskiej grupy na okres całej zimy. Cokolwiek się za tym kryło miało mniejsze znaczenie wobec dobrej strony tego wydarzenia. Nowe i czyste kufajki, buszłaki i bawełniane buty były błogosławieństwem dla wszystkich, a najbardziej dla tych, których stare łachy były w stanie komplnego rozkładu.
Następnym objawem dobrej woli władz obozowych było przyznanie więźniom najwyższych racji żywnościowych. Podczas gdy z przyjściem zimy racje były z reguły obniżane do minimum, w tym wypadku rzecz miała się odwrotnie. W tym też mogła się kryć nadzieja lepszego traktowania, może w przewidywaniu rychłego zwolnienia. Początkowe obowiązki więźniów były minimalne - tylko sporadyczna wyprawa na okoliczne wzgórza celem przyniesienia drzewa na opał.
Podczas jednej z takich wypraw Stanisław spotkał się z niezwykłą niespodzianką. Wracając ze zboczą z wiązanką drzewa na plecach jego oczy przypadkowo spoczęły na osobie innego więźnia. Kształty i ruchy tej osoby przypominały mu znajomą postać z lat gimnazjalnych. Kiedy obaj zeszli się przy bramie Stanisław zawołał na cały głos:
"Pawełku, czy to jesteś ty?"
Rozpoznanł przez niego osobą był istotnie jego kolega gimnazjalny, Pawełek Januszewski. Jego zjawienie się w obozie było zagadką dla Stanisława. Jego kolega nie był na tranzytce, a tym samym nie brał udziału w buncie. Wobec tego on musiał przyjść inną drogą. Jednym pytaniem było skąd on przyszedł, a drugim jaka była przyczyna przysłania do tego obozu. Wyjaśnieniem pierwszego było jego przyjęcie ze szpitala, a na drugie nikt z więźniów nie miał odpowiedzi.
Niespodziewane spotkanie się z Pawełkiem dało początek bliskiej i szczerej przyjaźni między dawnymi szkolnymi kolegami. Jeszcze tego samego wieczoru on otrzymał zezwolenie na przeniesienie się do baraku w którym mieszkał jego kolega. Sprawa ulokowania się przyjaciół jeden obok drugiego została rozwiązana bez żadnych trudności, gdy jeden ze sąsiadów zgodził się na zajęcie miejsca na dolnym poziomie.
Ich pierwszy wspólny wieczór był jedną długą serią wzajemnych pytań, odpowiedzi i wynurzeń.
"Pawełku, czy ty wiesz dlaczego nas osadzono w tym lagrze?" Stanisław zapytał.
"Nie, nie wiem," kolega krótko odpowiedział.
"Kilka dni temu odmówiliśmy pójścia do pracy. W przekonaniu wielu obóz ten jest niejako karą za wystąpienie przeciwko łagiernym przepisom. Nikt z nas nie wie co się za tym kryje. Ich dotychczasowe zachowanie się wobec nas wydaje się być tajemnicą. Być może, że sowieci mają jakieś specjalne zamiary wobec nas," uczestnik buntu pokrótce wyjaśnił sytuację.
"Czy ty się obawiasz, że oni coś po cicho knują?" Pawełek zapytał z niepokojem w głosie.
"Spodziewam się, że nie... Jak dotychczas obchodzą się z nami zupełnie po ludzku... Musiałeś sam to zauważyć."
"Ja jestem przekonany, że oni nas tutaj zebrali, aby przy nadarzającej okazji odesłać do Władywostoku." Pawełek wypowiedział swoje zdanie w ich wspólnej sprawie.
"Oby tylko tak było," brzmiała odpowiedź Stanisława.
Dalsza część ich wieczornej rozmowy dotyczyła tematów bardziej osobistej natury. Pawełek oddawna miał popuchnięte nogi, co oznaczło, że był ofiarą szkorbutu. Jego bardziej rozwinięte stadjum choroby było przyczyną jego niedawnego pobytu w szpitalu. Niestety, ogólnie stosowany lek z wywaru kory drzewnej nie bardzo mu pomógł. W chwili zwolnienia ze szpitala jego opuchnięte nogi i ropiejące rany nie wykazywały żadnej poprawy. Jego przyjaciel już miał jej początki, ale jego stan zdrowia jeszcze nie wymagał leczenia według obozowych przepisów sanitarnych.
Rozmowa trwała długo aż do wieczornej kontroli, zwanej "perwierką", która z reguły miała miejsce około jedenastej godziny. Ten stosunkowo długi okres czasu pozwolił im sięgnąć głęboko wspomnieniami do ich szkolnych i buczackich czasów. Wiele razy na tle ruin zamku, murów gimnazjalnych, zabytków miasta, rzeki Strypy i pięknych podolskich okolic znane im osoby odżyły w ich wyobrażni, aby w ścianach zimnego baraku odtworzyć obraz szczęśliwej przeszłości. Dopiero kontrola przerwała ich miłe wspomnienia, a wkrótce potem sen upomniał się o swoje prawo.
* * *
Pierwszy dzień spotkania przyjaciół był ostatnim dniem względnej tolerancji władz obozowych wobec polskich więźniów.
Zmiana nastąpiła nagle i bez uprzedzenia z chwilą, gdy następnego ranka barakowi ogłosili nowe zarządzenia "naczalstwa". Najbardziej przykrym zarządzeniem było radykalne zmniejszenie racji żywnościowej do najniższej. Następnie w myśl sowieckiego hasła "chto nie robotajet, etoj nie kuszaje" więźniowie musieli podporządkowć się obowiązkowi pracy. Dla niedawnych kandydatów na wolność dwunasto-godzinny dzień pracy stał się ponownie podstawą ich łagiernej rutyny.
Wprowadzenie głodowych racji musiało miełć swoją przyczynę, której wytłumaczeniem mogły być ukryte zamiary władz sowieckich. Zmniejszone racje i narzucenie więźniom ciężkiej fizycznej pracy w surowych warunkach klimatycznych można było tłumaczyć intencją władz skazania buntowników na powolną śmierć głodową. Tym samym łagier magadński stał się dla Polaków karnym obozem.
Obóz karny nie zasługiwałby na takie miano, gdyby w jego rutynie nie ujęto szereg pomniejszych szykan, jakich celem było utrudnienie życia więźniowi. Jednym z nich był zakaz posiadania przedmiotów metalowych, nawet takich jak łyżki; więźniowi nie wolno było posiadać innej żywności niż tę wydaną przez obóz; co pewien czas robiono nocne kontrole idywidualnie i grupowo; ponadto z chwilą powrotu z pracy wygaszano piecyki, ponieważ ludzkie ciała miały służyć za źródło ciepła.
Radykalna zmiana ustosunkowania się sowieckich władz do polskich więźniów wskazywała na to, że ich pobyt w karnym lagrze był przewidywany na dłuższy okres czasu. A celem tego mogło być zlikwidowanie ludzi, którzy otwarcie wyrazili swoje niezadowolenie z pozbawienie ich prawa wolności. W związku z tym nadzieje opuszczenia Kołymy były nikłe lub żadne.
Tylko jakieś niespodziewane wydarzenie polityczne o międzynarodowym znaczeniu mogło wpłynąć na zmianę sytuacji. Takim możliwym wydarzeniem mogła być interwencja polskich władz u najwyższych czynników rządowych Związku Sowieckiego. Tego rodzaju interwencja w sprawie nieznanej niekomu grupki Polaków w Magadanie była mało prawdopodobna. Chyba, że ich sprawa byłaby ujęta w szerszym zakresie zwolnienia wszystkich więźniów polskiej narodowości z więzień i łagrów.
Wprowadzenie nowych przepisów w życie rozpoczęto od podzielenia więźniów na brygady pracy, każda po pięćdziesieciu ludzi. Na kierownika każdej wyznaczono jednego z więźniów, przyznając im oficjalną funkcję brygadiera. Przeprowadzenie tego podziału odbyło się na podwórku przed bramą obozową w obecności czekających już strażników.
Natychmiast po skompletowaniu brygady wyprowadzano ją poza bramę obozu i oddawno pod opiekę zewnętrznego strażnika. Wszystkie z nowo-utworzonych brygad, poza jedną zostały wyznaczone do ogólnych prac w mieście. Jedyna grupa wychodząca poza ten zakres była brygada stolarzy, których odkomenderowano do pracy nad wewnętrznym wykańczaniem mieszkalnych budynków, ropoczętych jeszcze w okresie krótkiego kołymskiego lata.
Równocześnie z pogorszeniem się warunków życia polskich więźniów, pogoda też zmieniła się na gorsze. W początkach października zaczęły się pierwsze większe opady śniegu, które stały się przekleństwem dla brygad pracujących nazewnątrz. Temperatura również spadła wiele stopni poniżej zera. Tym samym pogoda stała się czynnikiem, który decydował o warunkach pracy więźnia. Każdy z nich był poddany jej równomiernie, ale nie wszyscy znosili ją jednakowo.
Podział grupy polskiej na pracujące brygady rozdzielił obu przyjaciół, którzy przez przypadek zeszli się w karnym obozie. Stanisław zgłosił się na ochotnika do brygady stolarzy, uważając że specjalność zatrudnienia wiąże się z lepszymi warunkami pracy. Jego przyjaciel, Pawełek, podporządkował się rozkazom funkcjonarjuszy obozowych, którzy pchnęli go do prac ziemnych i porządkowych w mieście. Tak więc na okres dnia przyjaciele byli rozdzieleni, ale wieczorami przebywali razem.
Rejon pracy do którego skierowano brygadę Stanisława, mieścił się blisko centrum miasta i nosił szumną nazwę projektu budowy prywatnych mieszkań. Słowo "prywatne" w kraju, gdzie własność prywatna wychodziła poza zakres prawa, brzmiało dość dziwnie. Mieszkania w tym nowym projekcie chyba dlatego określano prywatnymi, ponieważ były przeznaczone na użytek uprzywilejowanej klasy rządowych urzędników. Cały projekt składał się z szeregu cztero-mieszkaniowych budynków o drewnianej konstrukcji. Sam fakt, że budynki były już zamknięte zewnętrznie miał duże znaczenie dla pracujących tam więźniów, ponieważ zewnętrzne zimno i śnieg w ich wypadku nie wchodziło w rachubę.
Zadaniem brygady było zakładanie podłóg i wykonywanie pomniejszych prac stolarskich. Sama praca nie była skomplikowana, ale dla ludzi nie mających żadnego doświadczenia zawodowego na samych początkach sprawiała wiele trudności. Nawet brygadier, Polak i policjant z zawodu, miał nikłe pojęcie o używaniu narzędzi i organizacji pracy. Dla tych przyczyn praca postępowała powoli i rzadko ku zadowoleniu ludzi nadzorujących budowę.
Brygada do której przydzielono Pawełka była w dużo gorszej sytuacji. Jej zadaniem było kopanie rowów w rejonie magazynów żywnościowych, dla planowanych przewodów naftowych. W ich wypadku element pogody odgrywał dużą rolę. Pozatym sama praca przy rozbijaniu kilofem zamarzniętej na kamień ziemi wymagała więcej wysiłku niż niedożywiony człowiek mógł nim dysponować.
W tym rygorze życia obozowego, wieczory wspólnie spędzone przez obu przyjaciół były jedynym urozmaiceniem i jedyną ucieczką od rzeczywistości. Ilekroć weszli w świat wspomnień ich uczucia głodu i zimna schodziły na drugi plan. W tych warunkach życia wspomnienia o beztroskiej przeszłości były niczym cudowne lekarstwo, które radykalnie koiło ich bóle i cierpienia.
Jednym z wynurzeń Pawełka było jego pierwsze, głębokie i czyste uczucie miłości, które musiało należeć do jednego z największych jego przeżyć. Na wspomnienie swojej bogdanki jego twarz ożywała, oczy nabierały bystrego wyrazu, a obolałe ciało stawało się nieczułe na nurtujące je dolegliwości... Również dokuczliwy głód nie gnębił jego wnętrzności, ból ropiejących nóg jakgdyby zanikał, a zimny przeciąg w baraku nie robił na nim wrażenia, kiedy tematem jego wspomnień była piękna Hela.
"Pawełku," Stanisław raz zauważył, "ty musisz być jedynym człowiekiem w baraku, który w tym miejscu ludzkiej nędzy opowiada o sprawach zupełnie oderwanych od takich przeciwności życia jak głód, zimno i praca".
"Naprawdę?... Tobie się chyba wydaje..." Pawełek odpowiedział ze zdziwieniem w głosie.
Mimo tej uwagi młody człowiek powracał do swego ulubionego tematu. Stanisław wsłuchiwał sił w swego przyjaciela niezapomniane chwile, które spędził w towarzystwie swojej wybranki. Podczas tych rozmów on wiernie towarzyszył kochankom w ich potajemnych miłosnych poczynaniach. Wieczorne spotkania na Czarnym Moście, spacery wzdłuż brzegów rzeki i ciche szeptania pod parasolem płaczącej wierzby były tym silnym przeżyciem, które nawet udzielało się słuchającemu.
Pogoda i ciepło wspomnień Pawełka również usuwały ze świadomości jego przyjaciela trudności łagiernego życia i porywały go ze sobą w świat nieosiągalnej ułudy. Jednak te miłosne zwierzenia, przemawiające swoją treścią do młodego człowieka, nigdy nie wzbudziły w nim żądnych odczuć ciała. Jego organizm, wymizerowany do skóry i kości oraz pozbawiony fizycznej energii, kierował się tylko jedną żądzą - pragnieniem gliniastego chleba i twardego liścia morskiego wodorostu w misce ciepłej zupy. W stanie kompletnego wyczerpania on bezwiednie stał się wyrazem więziennej mądrości - "w łagrze żyć będziesz, ale kobiety tobie się nie zechce."
W jednym z zimnych dni października wydarzyła się w obozie rzecz zupełnie nieoczekiwana. Naskutek tego wydarzenia dwaj przyjaciele niespodziewanie się rozeszli. W dniu tym wyczytano nazwiska około trzydziestu Polaków i zabrano ich z obozu. Podziemna poczta zaraz wykryła, że grupa ta wyszła na wolność. W grupie tej znajdował się Pawełek. Po kilku dniach do obozu dotarła wiadomość, że transport złożony z około 125 Polaków opuścił brzegi Kołymy. Dlaczego tylko ci a nie wszyscy, dla pozostałych było to retoryczne pytanie.
W tym niespodziewanym wydarzeniu był jeden pocieszający objaw dla pozostałych Polaków. Jeśli władze sowieckie pozwoliły jednej grupie opuścić łagierny świat w Magadanie to na tym można było budować nadzieję, że w przyszłości inne grupy spotkają się z podobną niespodzianką. W dalszym rozwaąaniu tej sprawy mołna było też doszukać się jej negatywnej strony. Jeśli uwolnienie więźniów dotyczyło tylko tych, którzy jak Pawełek nie brali udziału w buncie, wówczas dalsze nadzieje pozostałych mogły okazać się płonne.
* * *
Wyjazd nielicznej grupy polskiej oraz ubytek ludzi naskutek szkorbutu i biegunki, czyli "cyngi i ponosu" przyczyniły się do reaorganizacji siły roboczej w obozie. Kilka brygad zostało rozwiązanych a ich pracowników przeniesiono do innych. Zmiany nie dotyczyły brygady stolarskiej. Zawodowa specjalność jej ludzi oraz chęć kierownictwa jak najszybszego wykończenia budynków zadecydowały o pozostawieniu jej w niezmienionym stanie.
Dobra strona tej pracy dawała się bardziej odczuwać w miarę obniżania się zewnętrznej temperatury. Względne ciepło wewnątrz budynków było istotnym dobrodziejstwem dla ludzi tam pracujących. Innym czynnikiem pozytywnej natury był raczej luźny nadzór nad więźniami. Dlatego każdy z nich mógł wykonywać powierzone mu czynności w miarę swoich sił i korzystać z przerw i odpoczynków.
Podczas jednego z takich odpoczynków do Stanisława podszedł młody człowiek, niezwykle szczupły, o bladej niemal papierkowej twarzy. Polak wiedział już, że ten człowiek był żydowskiego pochodzenia, co było wyraźnie widoczne w jego semickich rysach twarzy. Dotychczasowy kontakt był luźny - widywanie jeden drugiego w ramach pracy. Tym razem ten szczupły człowiek usiadł przy młodym Polaku na kupie desek i zaczął z nim rozmowę.
"Dzisiaj jest bardzo zimno na dworze," młody żyd zaczął.
"Dobrze, że my pracujemy wewnątrz, nieprawdaż?" Stanisław lakonicznie odpowiedział.
"Dla mnie praca na mrozie byłaby zabójstwem," młody żyd kontynuował.
"Napewno wytrzymałbyś, gdyby ci kazano pracować nazewnątrz."
"Absolutnie nie... Ja nie jestem wytrzymały na zimno," przygodny towarzysz odpowiedział.
Z dalszej rozmowy Polak dowiedział się, że ten młody polski żyd pochodził z jubilerskiej rodziny, zamieszkałej w Borysławiu i że przyczyną jego aresztowania była niefortunna tranzakcja zegarkowa z jakimś sowieckim urzędnikiem. Zegarek, bardzo poszukiwany artykuł przez sowietów, w tym wypadku okazał się przedmiotem wątpliwej jakości. To stało się przyczyną oskarżenia młodego Abrahama Baumgartena o spekulację i ostateczne osadzenie w więzieniu. W dalszej kolejności przygód życia więziennego młody żyd dostał się do kołymskich łagrów i ostatnio, jako polski obywatel, znalazł się na zbuntowanej tranzytce. Obecnie, jako jedna z ofiar tego wydarzenia, dzielił wspólny los z Polakami w karnym obozie.
W trakcie dalszej rozmowy okazało się, że ich spotkanie wcale nie było przypadkowe. Młody żyd przyszedł do Polaka z wiadością bardzo wielkiej wagi. Zasadnicza przyczyna jego przyjęcia do miejsca pracy Stanisława wyszła na jaw kiedy po krótkiej i raczej ostrożnej rozmowie on nabrał nieco zaufania do polskiego więźnia.
"Czy ty wiesz, co znajduje się w piwnicy po drugiej stronie budynku?" Baumgarten ostrożnie zapytał.
"Nie nie wiem..." Polak krótko odpowiedział.
"Na dole za przegródką są zmagazynowane zamarznięte kartofle," młody żyd szeptem podał tę wiadomość swemu towarzyszowi.
"Naprawdę? Skąd ty wiesz?" Stanisław zawołał ze zdziwieniem w głosie.
"Widziałem jak rosyjscy więźniowie wynosili je w kieszeniach."
Tego rodzaju informacja dla głodnych ludzi miała wielkie znaczenie. Po krótkim rozważeniu tej sprawy i ustaleniu pewnego planu działania, obaj konspiratorzy udali się wolnym krokiem w kierunku ukrytego skarbu. Posuwając się ostrożnie od pomieszczenia do pomieszczenia, dotarli do drugiej strony budynku i do schodów wiodących do piwnicy. Zawartość tego prowizorycznego magazynu nie byla jeszcze znana większej ilości więźniów, bo ślady wykorzystania tych skarbów były bardzo nieznaczne.
Mimo półmoroku przez szpary w deskach można było dostrzec, że za ścianką leżał stos kartofli. Mimo ich stanu zamrożenia one wciąż były cenną i poszukiwaną żywnością dla głodnych ludzi. Przeprowadzenie dalszej akcji nie przedstawiało większej trudności. Uchylona przez kogoś deska pozwoliła im na dostęp do zawartości piwnicy. Pierwsza wyprawa oraz kilka następnych zakończyły się całkowitym powodzeniem. Obaj konspiratorzy co pewien czas robili wycieczki do piwnicy, wynosili kartofle w kieszeniach i na podwórku zagrzebywali w piasku. Następnie korzystając z niepisanego przywileju więźniów palenia ogniska na zewnątrz i grzania wody, w tajemnicy gotowali kartofle. Potem w tajemnicy spożywali je w jakimś kąciku.
Niestety, ten stan rzeczy trwał tylko kilka dni. Pewnego dnia Baumgarten stwierdził, że ich zapas żywności w piasku znikł. Widocznie ktoś odkrył ich tajemnicę i wykorzystał ten zapas dla siebie. Magazyn natomiast już wcześniej został opróżniony ze swojej zawartości przez ludzi upoważnionych do tego. Razem z tym znikła okazja do zdobycia dodatkowej żywności.
Po kilkudniowej uczcie nastąpił nieco dłuższy okres głodnych dni. Przy stale obniżającej się temperaturze głód był coraz trudniejszy do zniesienia. Podczas, gdy Stanisław znosił brak żywności w milczeniu, młody Baumgarten nie mogł z tym się pogodzić. Jego narzekania stawały się coraz bardziej częste i czasami zakrawało na depresję.
"Powiadam ci towarzyszu, zimno i głód to absolutnie za dużo na moje fizyczne możliwości," młody żyd szkarżył się przed swoim towarzyszem.
"Słuchaj Baumgarten, tylko się nie poddawaj... Przy twoim obecnym nastawieniu szybko zamienisz się w dochodiagę... Twoje negatywne nastawienie może być początkiem końca... Trzymaj się i nie poddawaj się" Polak próbował tłumaczyć młodemu człowiekowi konsekwencje psychicznego załamania się.
W czasie tej rozmowy Stanisław spostrzegł rosyjskiego więźnia z workiem na plecach, przebiegającego przez podwórko i wchodzącego do drzwi niedalekiego zamieszkałego budynku. Za chwilę ten sam człowiek przebiegał z powrotem tą samą drogą z odstającym przodem buszłaka. Rosjanin musiał sprzedawać drzewo "wolniaszkom" i za to dostawał wynagrodzenie w postaci chleba.
"Czy tyś to widział?" Polak zapytał Baumgartena.
"Widziałem to kilkakrotnie, ale to nie dla mnie i nie dla ciebie. Do tego trzeba urodzić się Rosjaninem," Baumgarten podpowiedział.
"Jeśli udało się jemu, dlaczego nie może udać się nam," Polak szybko podsunął myśl.
Taka myśl natychmiast zelektryzowała młodego żyda. Zaraz powstał ze swego miejsca i poszedł szukać za workiem. Po kilku minutach niósł go w ręku. Obaj szybko zaczęli się krzątać po budynku i zbierać leżące odrzynki desek. Worek był wkrótce pełny i gotowy do wyniesienia. Wyprawa do zamieszkanego budynku miała być zadaniem Stanisława. Śladem swego rosyjskiego poprzednika młody Polak z workiem na plecach zniką za budą na podwórku, przeskoczył drogę i wpadł do głównych drzwi najbliższego budynku.
W parterwym mieszkaniu nikt nie odpowiedział na jego pukanie. Na pierwszym piętrze od lewych drzwi też nie dostał odpowiedzi. Pozostały jeszcze jedne drzwi - czwarte i ostatnie. Po dłuższym pukaniu od wewnątrz odezwał się słaby głos kobiecy:
"Kto tam?"
"Czy wam potrzeba drzewa?" polski więzień zawołał przez drzwi.
W odpowiedzi na to starsza osoba otworzyła drzwi i ruchem ręki zaprosiła go do środka.
W czasie wyrzucania drzewa z worka we wskazanym miejscu staruszka musiała przyglądać się Stanisławowi, podejrzewając w nim osobę innej narodwości niż rosyjska.
"Czy ty jesteś Rosjaninem?" ona zapytała.
"Nie, ja jestem Polakiem," padła szybka odpowiedź.
"Domyśliłam się tego... Ty nie wyglądasz na ruskiego zakluczonego," Rosjanka powiedziała krótko. Potem po krotkim namyśle dodała: "Ja już nie mam chleba, ale mogę ci dac trochę gotowanej kaszy owsianej."
"Charaszo...charaszo..." Polak natychmiast odpowiedział.
Wkrótce polski więzień wyszedł z mieszkania z litrowym słoikiem kaszy oraz z zapewnieniem staruszki, że gotowa jest przyjąć drzewa, jeśli się ku temu nadarzy okazja.
"Jak przyjdziesz do mnie następnym razem, będę miała dla ciebie kawałek chleba," brzmiały jej ostatnie słowa.
Pierwsza udana wyprawa była bodźcem do następnych. Materiał, czyli odżynki szybko się wyczerpały. Jedynym wyjściem z tego było cięcie na kawałki dobrych desek i w oparciu o to kontynuować zaczęte już tranzakcje. Stosunek staruszki do polskiego więźnia stawał się bardziej serdeczny i przyjazny, co dawało mu do zrozumienia, że Rosjanka w tym handlu kierowała się głębszymi pobudkami niż nabycie opałowego drzewa. W czasie jednej z wizyt ona zwierzyła się Polakowi, że za czasów carskich, jej mąż i ona przebywali w Grodnie, które to czasy pozostawiły w niej miłe wspomnienia.
Między Stanisławem i starszą Rosjanką nawiązała się bliższa znajomość. Jego przebywanie w jej apartmencie oraz rozmowy trwały coraz dłużej. Dla Polaka poza żywnością i romową była też kwestia przebywania w ciepłej temperaturze mieszkania. Interesującej dla niej tematem były przedwojenne sprawy polskie, a przedewszystkim sposób życia ludzi. Polak również opowiadał jej o zajęciu polskich terenów przez sowietów, o zsyłce jego rodziny do Kazakstanu oraz o swoim aresztowaniu.
Ona z kolei zwierzyła się jemu, że mieszka z córką i jej mężem. O swojej córce, lekarce w magadańskim szpitalu wyrażała się jak najlepiej i nawet wspomniała, że gdyby zastał ją w domu z tego nie wynikłaby żadna przykrość dla niego. Natomiast jej zdanie o zięciu, oficerze NKWD, było całkiem odmienne.
"Gdyby on ciebie tutaj zastał to napewno odkomenderowałby ciebie natychmiast do pracy. Może nawet zostałbyś ukarany," staruszka ostrzegła Polaka.
Szczęśliwie taka okoliczność nigdy się nie zdarzyła.
Jego wycieczki do przyjaznej Rosjanki z przyczyn niezależnych od Polaka dobiegły do końca. Pewnego zimnego poranka polska brygada stolarska została rozwiązana. Wobec tego nastąpił ponowny przydział do innych brygad na uzupełnienie stanów w związku z ubytkiem ludzi. Niedawny jego wspólnik, Baumgarten, który panicznie bał się zimna i pracy nazewnątrz został przydzielony do pracy przy kopaniu rowów w rejonie magazynów żywnościowych. Natomiast miejscem pracy Stanisława stał się skład drzewa opałowego.
W tym czasie śnieg i mróz już na dobre zadomowiły się w Magadanie. Praca nowej brygady młodego Polaka polegała na wyciąganiu kłód drzewa z pod śniegu i układanie w stosy, które uwięzione Rosjanki cięły na mniejsze kawałki do palenia. W ciagu krótkiego lata specjalne brygady więźniów ścinały drzewa w lesie, następnie kolejką drzewo było transportowane do składu, gdzie leżało do zimy w czasie której brydagy obsługi miasta kończyły ten proces przez przygotownie kłód do cięcia przez kobiety.
Stanisław wiedział już wcześniej, że na terenie Magadnu był obóz żeński, ale dotychczas z więźniarkami jeszcze się nie spotkał i nie wiedział jaką pracę one wykonywały. Nie przypuszczał jednak, że "dla równości płci" one będą wykonywały męską pracę. Praca kobiet polegała na przenoszeniu kłód drzewa do wnętrza zamkniętego pomieszczenia, rzucanie ich na warsztat i cięcie na drobne kawałki na eletrycznej pile.
Okazyjnie, kryjąc się przed zimnem, Stanisław przyglądał się ich pracy i patrzył ze zdziwieniem na ich żywe ruchy i niezrozumiały dla niego zapał do pracy. Zdrowe, silne i dobrze odżywione dziewczęta podnosiły kłody niczym piórka, niosły je kilkadziesiąt metrów i energicznym ruchem zarzucały na warsztat. Życie, zdrowie i energia poprostu tryskały z ich zarumienionych twarzy. Ich warunki więzienne widocznie były inne i lepsze niż te jakie dotyczyły mężczyzn.
Przewódcą brygady Stanisława, czyli brygadierem, był Polak z Wileńszczyzny. Przyjaciele nazywali go lotnikiem, co insynuowało, że w przedwojennych czasach był zawodowym wojskowym. Jego zawód lotnika można też było rozpoznać po skórzanej lotniczej kurtce z którą nigdy się nie rozstawał. Jego wileńskie pochodzenie było niewątpliwie przyczyną tego, że w jego brygadzie głownie skupiali się więźniowie z tamtejszych rejonów. Stanisław, pochodzący z Podola, rozpoznawał ich po śpiewnym północnym akcencie mowy i po rosyjskich w niej naleciałościach. Prawie każdy z nich płynnie mówił ruskim językiem i bez trudności porozumiewał się ze strażnikami oraz rosyjskimi więźniami.
Znajomość tego języka pozwoliła jednemu z wilniuków wejśc w bliższy kontakt z jedną z pracujących dziewcząt. Wiadomość ta dotarła do Polaka z Podola od dwóch więźniów, kiedy podczas przerwy w pracy przysłuchiwał się ich rozmowie. Jeden zwierzał się drugiemu z małej tajemnicy życia, która tylko w niezwykłych okolicznościach obozowych mogła się komuś przydarzyć.
Rosyjska dziewczyna widocznie zainteresowana Polakiem zrobiła mu pewną intymną propozycję. W nagrodę za to dziewczyna przyrzekła mu miskę gęstej owsiane kaszy. Kiedy opowiadający doszedł do najbardziej ciekawego momentu, przyjaciel zapytał podnieconym głosem:
"Powiedz... powiedz... jak ci to wyszło?"
"Jak najlepiej... Zjadłem kaszę i uciekłem," zapytany na to mu odpowiedział.
"No i co zrezygnowałeś z lepszych rzeczy?"
"Mój drogi, czy ja wyglądam na osobę, która w naszych warunkach mogłaby sobie pozwolić na miłość z kobietą?
"No... nie bardzo... ale ostatecznie mógłbyś spróbować," przyjaciel odpowiedział.
"Słuchaj drogi przyjacielu," niedoszły kochanek rosyjskiej więźniarki odpowiedział, "pomijając to że niemam żadnej inklinacji ku temu, w grę wchodzi moralna strona człowieka i moje osobiste poglądy. Napewno wiesz, że przyczyną tej propozycji była chęć urodzenia dziecka. To dałoby jej sześć wolnych miesięcy przed i sześć po urodzeniu dziecka. Dla niej taka sytuacja, przynajmniej czasowo, stworzyłaby znośniejsze warunki życia."
"Mój pogląd na tą sprawę jest nieco inny - poprostu niemam zamiaru rozrzucać swoich potomków po sowieckich łagrach. Czy nie sądzisz, że w tym jest dużo racji?" zakończył młody wilniuk.
Taki przypadek zdobycia dodatkowej żywności mógł zdarzyć się raz jeden i tylko jemu jednemu. Stanisław też należał do tych nielicznych, którzy szukali za dodatkowym jedzeniem. Dla innych więźniów taka gratka nie mieściła się nawet w ich marzeniach. Pozatym praca przy drzewie w odrutowanym czworoboku nie stwarzała sytuacji, która pozwoliłaby na uboczne uzupełnienie racji obozowej jakimś specjalnym dodatkiem. Jednak dla młodego Polaka z Podola nawet w tym odizolowanym miejscu znalazła się otwarta furtka.
Pewnego dnia, borykając się z ciężką kłodą drzewa, młody więzień zauważył ślady ludzkich stóp, prowadzące w kierunku drutów. śledząc je wzrokiem, dostrzegł kilka dolnych drutów odstających od słupa. Po drugiej stronie ślady prowadziły do małej dróżki, która dochodziła do zgrupowania kilku małych mieszkalnych domów. W tym mieściła się tylko jedna odpowiedź. Na pewno jeden z więźniów zdobył się na zdjęcie drutów, aby uciec z pracy i zdobyć trochę żywności od pobliskich cywilów. Głodny Polak nie mógł pominąć nadarzającej się okazji.
W chwili, kiedy strażnik zniką wewnątrz zabudowań, młody Polak podkradł się pod osłoną drzewa do otworu w ogrodzewniu. Otwór był dostatecznie wielki, aby pozwolić człowiekowi jego rozmiarów wydostać się nazewnątrz. Nawet nie patrząc do tyłu, skoczył na drogę i pobiegł dróżką do mieszkalnych domów. Dziwnym trafem nikt z brygady nie zauważył jego zniknięcia i nie zauważył osoby poza drutami.
Po kilku minutach szybkiego marszu uciekinier z pracy znalazł się przy pierwszym domku. Podszedł do drzwi i delikatnie zapukał. Po kilku sekundach czekania starsza kobieta z chustą na ramionach lekko uchyliła drzwi. Nie czekając na jej pytanie Stanisław szybko przedstawił swoją sprawę:
"Grażdanka, czy wy macie coś do zrobienia w domu. Ja wam chętnie zrobię za kawałek chleba lub trochę jedzenia..."
Kobieta zawahała się przez chwilę i po krótkim namyśle uchyliła drzwi nieco szerzej wpuszczając więźnia do środka. W milczeniu zacząła się krzątać w przyległej kuchni i za chwilę powróciła z kilku gotowanymi kartoflami w misce."
"Słuchaj mołodiec, dzisiaj nie mam już chleba, ale może weźmiesz trochę kartoszki..." staruszka powiedziała podając miskę Stanisławowi.
"Spasibo... spasibo, grażdanka," młody więzień podziękował starszej osobie za okazanie jemu serca.
Wizyta w tym mieszkaniu trwała bardzo krótko - tylko tyle czasu ile wymagało spożycie kartofli. W czasie tego Rosjanka rzuciła kilka krótkich pytań na temat jego pochodzenia i przyczyny jego aresztowania. Staruszka niewątpliwie jemu współczuła. Przed jego wyjściem usprawiedliwiała się, że nie może dać mu niczego innego do jedzenie, ale dla pocieszenia gościa powiedziała:
"Słuszaj mołodiec, przyjdź do mnie znowu. Może wtedy będę miała chleb dla ciebie... Moja córka pracuje w jadłodajni dla urzędników... Ona codziennie przynosi okrawki z chleba, które rozdajemy więźniom, jak do nas przyjdą... Pamiętaj, przyjdź znowu, na pewno będę miała coś dla ciebie."
Stanisław widząc przed sobą zmarszczoną i wymizerowaną twarz staruszki, w tych ludzkich zbiedzonych rysach nagle dostrzegł dobrotliwą twarz anioła i wyczuł dobrotliwą duszę ludzkiej osoby. Jej zrozumienia dla ludzi potrzebujących i jej dobrogo serca musiały być szczere i głębokie, skoro razem z córką, mimo specjalnych zakazów, podjęły się udzielania pomocy "zakluczonym".
W dwa lub trzy dni potem okoliczności znowu tak się ułożyły, że Polak mógł wymknąć się poza druty. Idąc tą samą trasą znowu znalazł się przy znajomych mu drzwiach i znowu starsza osoba ukazała się w lekko uchylonych drzwiach. Ona widocznie rozpoznała jego twarz, bo cofnęła się do mieszkania i wróciła z kawałkiem pszennego chleba, który bez powiedzenia słowa wcisnęła mu do ręki.
Chleb, ten cenny artykuł i do tego z białej pszennej mąki, niemal zmuszał go do natychmiastowego spożycia. Ale rozsądek życia powtrzymywał go od tego kroku. W drodze powrotnej robił plany co do sposobu zużytkowania tego cennego daru. Część postanowił zjeść pokryjomo natychmiast, a drugą część zachować do ciepłej zupy w obozie.
Po powrocie do obozu udał się, jak każdy więzień, wprost do jadłodajni. Długa kolejka szarych buszłaków wiła się zygzakiem po sali, poruszając się powoli w kierunku dymiących się kotłów, parujących zapachem gotowanych wodorostów morskich. Za okazaniem kuponu kucharze wydawali miskę zupy i ćwierć solonego łledzia.
Większość więźniów brała miski z zupą w trzęsące się ręce i natychmiast wypijała całą jej zwartość, pomagając sobie palcem w oczyszczeniu naczynia do dna. Wielu zgłodniałych ludzi wkładało do ust kawałek śledzia i pochłaniało go razem z ościami. Straszne uczucie głodu nie pozwalało im nawet na chwilę powstrzymaniać się od zachłannego spożycia żywności. Ich potrzeba pożywienia żądała natychmiastowego wprowadzenia zupy i śledzia do żołądka. Niektórzy natomiast podchodzili do spożywanej żywności bardziej realnie, jedząc ją powoli, aby pozwolić na powolniejsze trawienie a tym samym z większć korzyścią dla ciała.
Stanisław, siedząc z dymiącą się przed nim miską i z łyżką gotową do użycia, drugą ręka sięgnął do buszłaka po porcję białego chleba. W momencie, kiedy był gotów ugryść pierwszy kęs chleba, jakaś niewidzialna siła wyrwała mu ten rarytas z ręki. W tej samej chwili na stół spadł dzieisięcio-rublowy baknot, a jakiś więzień, krzycząc głośno "bułka, bułka, bułka" zaczął uciekać w drugą stronę jadłodajni.
Młody Polak porwał się z ławki, aby ratować swoją cenną zdobycz, ale złoczyńca wmieszał się w tłum i jego postać po czasie wyłoniła się po drugiej stronie sali. Inny Rosjanin, ktory musiał być świadkiem tej sceny, zaczął przedzierać się przez tłoczących się więźniów, jakgdyby w pogoni za złodziejem. Stanisław w obawie przed utratą swojej zupy wrócił na swoje miejsce i tylko od czasu do czasu spoglądał na koniec jadłodajni, poprostu dla ciekawości, aby zobaczyć jaki będzie ostateczny wynik konfrontacji między dwoma Rosjaninami.
Drugi Rosjanin przystąpił później do Polaka i żałował, że nie mógł uratować jego chleba. Między nim i Polakiem zawiązała się krotkotrwała znajomość. Ruski więzien nazywał się Kolka, był lotnikiem na froncie fińskim, gdzie dostał się do niewoli. Po wojnie, gdy nastąpiła wymiana jeńców, Kolka razem z innymi powędrował do więzienia i ostatecznie znalazł się na Kołymie. Jego największym życzeniem był powrót do lotnictwa, aby bronić swojej ojczyzny.
Życzeniu Kolki stało się zadość w tydzień czy dwa później. O powołaniu Rosjanina do czynnej służby Stanisław dowiedział się od jego przyjaciela barakowego. Ten człowiek szorstki i gburowaty wobec więźniów, a zwłaszcza wobec tych, którzy ociągali się z wyjściem do pracy z baraku, od czasu zapoznania się Kolki z Polakiem patrzył bardziej łaskawym okiem na młodego więźnia. Wieczorem tego dnia, kiedy rosyjski lotnik opuścił łagier, barakowy podszedł do niego i powiedział:
"Kolka wyszedł dzisiaj z łagru...
"Czy wiesz dokąd poszedł" Polak zapytał.
"Zaczym, dokąd odszedł? Jako lotczyk poszedł bronić ojczyzny," barakowy odpowiedział z dumą rosyjskiego patrioty.
Odpowiedź więźnia o obronie ojczyzny wyraźnie wskazywała na to, że Kolka z chwilą opuszczenia drutów obozowych stał się dla niego narodowym bohaterem. Widocznie wojna i Kolki służba krajowi pobudziła w nim patriotyczne uczucia, mimo że w danej chwili był niewolnikiem prześladującego go systemu. Może też nosił się z nadzieją, że władcy jego ojczyzny wkrótce też znajdą dla niego bardziej godne zadanie niż pilnowanie zawszonego baraku w magadańskim obozie pracy.
* * *
Widmo głodu i zimna, niczym koszmar tortur i cierpień, zawisło nad drutami obozu, niszcząc swoim nieustannym działaniem tych, którzy zdobyli się na żądanie dla siebie wolności. Elementy szykan, stworzone przez człowieka i naturę, zostały z całą bezwględnością użyte dla przeprowadzenia ostatecznej akcji wobec więźniów skazanych na zagładę. Przeciwko działaniu tych elementów nie było odwołania. One stale żądały ofiar życia i niesutannie zbierały swój obfity plon.
Przeciętny człowiek świata nie jest w stanie zrozumieć istoty cierpienia głodu, jeśli sam nie został poddany jego nurtującego działania; syty człowiek nie potrafi zrozumieć głodu, wołającego stale o zaspokojenie potrzeby ciała; on nie pojmie skutków jego działania, które nie tylko niszczy człowieka fizycznie, ale też zmienia jego sposób myślenia. Głód jest okropnym uczuciem i tym gorszym w swoi działaniu, jeśli jest użyty jako narzędzie wymiaru ostatecznej kary.
Kiedy brak chleba staje się dominującą potrzebą człowieka, w nim zanika wszystko co jest wzniosłe i szlachetne, w nim zamiera przeszłość i myśl o przyszłości; w nim nawet gubi się myśl i wspomnienie o jego najbliższych. Głód, niczym satrapa, przejmuje duszę i ciało i staje się nadrzędną koniecznością człowieka. Wszystko poza tą potrzebą schodzi na drugi, trzeci i ostatni plan, nawet nadzieja lepszego jutra. Myśl o chlebie stanowi jedyny temat rozmyślania głodnego więźnia.
Cierpieniom głodu może tylko dorównać cierpienie zimna. Ktokolwiek stworzył obraz piekła, jako miejsce ognia i wiecznej kary, ten na napewno nigdy nie doświadczył cierpienia wiecznego zimna. Gdyby je doznał, jego symbolem wiecznej otchłani byłoby miejsce nieustającego zimna, gdzie grzeszne dusze byłyby poddane torturom arktycznej teperatury, gdzie głównymi elementami dantejskiej sceny byłby mróz, śnieg i szał północnego wiatru.
Na świecie nie może być większej kary niż arktyczne zimno, które przenika ubranie i mrozi ciało, które niczym narzędzie tortur skazuje człowieka na powolną śmierć.
W 10tym OŁPie głód i zimno były podstawowymi narzędziami szykan, za którymi kryło się wiele pomniejszych, lecz nie mniej dokuczliwych i nie mniej skutecznych w rozprawieniu się z buntownikami. W perfidii swego myślenia władze systemu łagiernego przewidziały wszystko, co mogłoby uzupełnić działanie zasadniczych elementów. Wszystkie z nich znalazły swoje miejsce w rutynie obozowego programu. Wiele z nich rozpoczynało swoje dzialanie z chwilą ogłoszenia pobudki.
Już o piątej rano dniewalny biegał z pałką w ręku po baraku i stukał każdego, kto nie reagował natychmiast na jego głos pobudki. Ktokolwiek nie nałożył w pośpiechu przemoczonych, bawełnianych butów i nie narzucił w pośpiechu łachów, ten mógł ponownie spotkać się z jego narzędziem władzy. Dopiero kiedy wszyscy stanęli w ogonku przed wejściem on łaskawie przystępował do wydawania kawałeczka gliniastego chleba oraz kuponu na ranną i wieczorną zupę. Bezpośrednio po wydaniu tego, każdy więzień musiał opuścić barak i pod żadnym warunkiem nie wolno mu było wejść z powrotem do wnętrza.
Następną i zawsze pilnie przestrzeganą czynnością było udanie się do jadłodajni. O tej porze drzwi były jeszcze zamknięte i na mrozie trzeba było czekać aż do ich otwarcia. Po długim czekaniu znowu następował moment pośpiechu. Ranny posiłek musiał być wydany i spożyty szybko, aby pomieszczenie opróżniło się jeszcze przed otwarciem bramy obozowej. Pośpiech w niektórych przypadkach mógł mieć jeszcze inną przyczynę.
Jeśli czas pozwolił i jeśli kocioł nie był jeszcze pusty, niewielu z więźniów mogło otrzymać dawkę gorącej wody, wydawanej na podwórku przez jednego z funkcyjnych obozu. Najczęściej wody starczało na kilkudziesięciu pierwszych w kolejce. Reszta odchodziła od kotła z pustymi blaszankami i wyrazem zawodu na twarzy. Wielu rezygnowało z gorącej wody, udając się z jadłodajni wprost do bramy.
Następną i absolutnie obowiązkową czynnością więźnia było stawienie się przy obozowej bramie, conajmniej na pół godziny przed jej otwarciem. Dopilnowanie tego obowiązku należało do dniewalnych. Przeprowadzenie tej czynności często odbywało się przy użyciu pałki i pięści wobec tych, którzy ociągali się z opóźnieniem opuszczenia baraku czy jadłodajnu. W barakach mogli pozostać jedyni ci, którzy otrzymali zwolnienie od lekarza.
Liczba chorych nie mogła jednak przekraczać pięciu osób na obóz. Prawdopodobnie cyfra ta nie obejmowała tych, którzy doszli do granic ludzkiej wytrzymałości i powoli dogorywali na barłogu w baraku. Dla nich nawet podniesienie się z pryczy przekraczało ich fizyczne możliwości. Oni, jako największy problem dla barakowego, ostatecznie znikali z baraku. Jakie było ich następne przeznaczenie, na ten temat Stanisław mógł tylko snuć domysły. Te same domysły można było przyjąć jako wytłumaczenie ciągłego ubytku ludzi w brygadach.
Stanie przez pół godziny na mrozie i wietrze przed bramą lub pod ścianą baraku było początkiem powolnego zamarzania, jeszcze przed pójściem do pracy. Ból sztywniejących kończyn i przemarzanie ciała doprowadzało człowieka niemal do obłędu. Tupanie nogami, zacieranie rąk i zasłanianie twarzy szmatami tylko częściowo przynosiło ulgę. Jedyną skuteczną metodą byłoby pozostanie w baraku. Taka możliwość mogła zaistnieć tylko wtedy, kiedy zewnętrzna temperatura spadła poniżej 65 stopni Celsiusza.
Inne szykany obozowej rutyny odnosiły się do wieczornej i nocnej pory, które miały być porą odpoczynku dla więźnia. Pierwszą z nich było wygaszanie pieców w barakach z chwilą powrotu więźniów z pracy. W tym wypadku władze wychodziły z założenia, że ciało człowieka jest źródłem ciepła, wobec czego nocne opalanie baraków nie miało uzasadnienia. Może taka możliwość mogłaby zaistnieć, gdyby barak był po brzegi wypełniony ludźmi, ale w barakach na wpół pustych ta zasada nie miała zastosowania.
Sprawy sanitarne człowieka trudno byłoby zaliczyć do rzędu szykan, ale zastosowanie ich w magadańskim obozie było raczej utrudnieniem niż ułatwieniem życia. Co dziesięć dni i tylko w porze nocnej więzień miał prawo do kąpieli, do oczyszczenia jego odzieży z pasorzytów oraz do strzyżenia wszystkich owłosionych części ciała. Budynek, mieszczący miejską łaźnię był odległy conajmniej trzy kilometry od obozu. Łaźnia nie mogła pomieścić więcej niż pięćdziesiąt osób równoczesnie. Dlatego kąpiel trwała całą noc.
Więźniowie, którzy poszli w pierwszj turze wracali dopiero o pólnocy; ci którym wypadła ostatnia wracali na ranną pobudkę. W rezultacie odpoczynek nocny więźnia był skrócony do kilu godzin, albo całkowicie wyeleminowany w ciągu takiej nocy.
Najmniej uzasadnioną i najmniej logiczną z wszystkich szykan była niespodziewana kontrola nocna przeprowadzana co kilka dni przez specjalne zepoły służby obozowej. Strażnicy wpadali z krzykiem do baraku, świecili światło i kazali więźniom ustawiać się w szeregu przed pryczami. Podczas gdy jedni przewracali sienniki i rozrzucali osobiste rzeczy po podłodze inni przeprowadzali osobistą kontrolę człowieka. Po ich wyjściu trzeba było conajmniej pół godziny czasu, aby ten bałagan uporządkować.
Oficjalnym tłumaczeniem władz obozowych do stosowania tej procedury była konieczność sprawdzenia czy więźniowie stosują się do więziennych przepisów, zabraniających posiadanie niedozwolonych artykułow, jak noży i innych metalowych przedmiotów oraz nieobozowej żywności. Nieoficjalnie, ten punkt rutyny obozowej był częścią ogólnie stosowanego teroru wobec więźniów, uznawanych za wyrzutków sowieckiego społeczeństwa. Polacy wprawdzie nie byli częścią sowieckiej ludności, ale z racji swego pochodzenia i swoich przekonań byli niewygodni dla swoich prześladowców.
W połowie listopada zdarzył się incydent, który wstrząsnął całą grupą polskich więźniów. Ofiarą wydarzenia był dawny współpracownik Stanisława, Abraham Baumgarten. Według relacji świadków młody żyd próbował uciec z miejsca pracy. W czasie przechodzenia przez druty został zastrzelony przez strażnika. W rejonie magazynów żywnościowych, gdzie śnieg sięgał powyżej drutów, przejście przez nie nie sprawiało większej trudności. Ale ucieczka z tego rejonu nie miała najmniejszego uzasadnienia. W pobliżu magazynów nie było żadnych domów mieszkalnych, gdzie więzień mógł szukać żywności. Jego jedynym motywem musiało być popełnienie samobójstwa przez sprowokowanie streżka do użycia broni.
Smierć jednego człowieka wobec wielu znanych, chociaż nie zawsze widzianych, nie powinna była zrobić większego wrażenia wobec więźniów. Jednak jej okoliczności wywołały pewien niepokój wśród polskiej grupy. Śmierć powolna od głodu, zimna czy choroby była normalnym porządkiem rzeczy. Nagła i gwałtowna śmierc od kuli strażnika na kolczastych drutach parkanu była czymś bardziej tragicznym i dlatego wiadomość o tym szybko rozeszła się po obozie.
Zniknięcie tej czy innej osoby z barakowego barłogu było przyjęte jako normalne zjawisko łagiernego życia. Ludzie chorzy i nieudolni odchodzili, a ludzie zdolni do pracy kontynuowali narzucone im obowiązki niewolnika. Taki był porządek rzeczy i nikt się nad tym nie zastaniawiał i tego nie kwestionował. Kiedy Stanisław patrzał na wnętrze baraku z wysokości pryczy, wcale nie zastanawiał się nad tym, że wokół niego tworzą się pustki. Również nie dochodził przyczyny co się mogło stać z jego towarzyszami. Nawet nie przychodziło mu na myśl co stało się z Kubasem, Radziszewskim, inżynierem Makowskim ze Lwowa, chudym i wysokim policjantem i wielu innymi, których widywał wcześniej, a którzy znikli z jego widoku.
W baraku czy stołówce od czasu do czasu przesuwały się przed nim twarze, które niczym widma przechodziły przez szarą przestrzeń i znikały jak cień w masie szarych buszłaków. Czasami przwinęła się przed nim twarz Czechowicza, Makowskiego nauczyciela, młodego Bojki, małego Łopackiego, wilniuka Jezierskiego, Asłanowicza i Słuckiego, każda wciąż przez niego rozpoznawana, ale nie wywołująca w nim reakcji z racji swego nędznego wyglądu.
Czasami widział w łaźni ich wychudzone i zmarniałe ciała z opuchniętymi nogami i ropiejącymi ranami, upodobniających się coraz bardziej do ludzkich szkieletów. Czasami szedł z nimi śnieżną drogą do pracy i stał obok nich z łopatą w ręku, czekając jak oni na zakończenie cierpień tego dnia. On dla nich i oni dla niego byli cieniem ludzkiej istoty, trzymającej się życia wysiłkiem ostatniej woli w świecie koszmaru, nędzy i biedy.
Wciąż żyjąc życiem człowieka na ziemi, oni żyli i ciepieli na zapomnianej "planecie" Kołymie, której większość świata nie znała i chyba znać nie chciała. Tam oni żyli w świecie koszmarnej nędzy, w fazie swojej końcowej egzystencji, dla których ostatecznym przeznaczeniem były białe sopki - szczyty zaśniezonych gór - jako wieczne miejsce spoczynku dla dusz umęczonych łagierników. Dla nich życiem było istnienie z dnia na dzień w nadziei, że dzień następny nie wymaże ich z listy żyjących i cierpiących.
* * *
W początkach listopada duże opady śnieżne zasypały całe miasto i tym samym zamknęły jego ulice przelotowe oraz jedyną drogą do portu. Wszystkie polskie brygady zostały przerzucone do pracy nad oczyszczaniem miasta. Grupa Stanisława też dostała łopaty do ręki i została wysłana do rejonu lodowiska dla lokalnych komsomolców.
Praca na ulicach, mimo ciągłego przynaglania przez bojców, szła wolno i opornie. Ludzie głodni i zmarznięci nie byli w stanie podołać tak ciężkiej pracy, jak całodzienne odrzucanie śniegu. Najczęściej więźniowie stali w bezruchu oparci o łopatę, pozorując pracę tylko wtedy, kiedy strażnik znalazł się w ich pobliżu. Zimno, które było dla nich przekleństwem, również dokuczało ich dozorcom. To zmuszało ich do szukania za zacisznym i osłoniętym miejscem w wejściu do jakiegoś budynku czy w jakiejś bramie.
Takie znikanie bojow było czasami dobroczynne w swoich skutkach dla Stanisława. Młody Polak wykorzystując sytuację wymykał się z rejonu pracy, niewdziany przez nikogo, nawet przez jego polskiego brygadiera.
W tym okresie zdarzył się dzień najbardziej zimny w jego dotychczasowym łagiernym doświadczeniu. Ciało kompletnie zesztywniało i ból marznących kończyn wykręcał palce u rąk i nóg. Pod taką presją młody człowiek rzucił łopatę i kierując się w stronę miejskiej ubikacji, ominąl ją i wszedł na znaną mu drogę do staruszki Rosjanki, której kiedyś sprzedawał odrzynki desek za jedzenie. Zziębniety do kości dotarł do wejściowych drzwi budynku, wdrapał się na drugie piętro i zapukał do znajomych mu drzwi. W duchu modlią się tylko, aby staruszka było w domu i żeby przypadkiem nie zastać tam jej zięcia, oficera NKWD. Szczęście tym razem mu sprzyjało. Od wnętrza doszedł go głos staruszki wołający:
"Kto tam?"
Na jego odpowiedź drzwi się otworzyły i przed nim ukazała się znajoma twarz. Zaraz przy drzwiach staruszka pomogła mu zdjąć buszłak i czapkę i posadziła go przy palącym się ogniu w kuchennym piecyku. Podczas, gdy grzał ręce i nogi, kobieta nalała kubek herbaty i wraz z kawałkiem chleba wsadziła mu do rąk. Siedząc na krześle, młody człowiek powoli tajał i przychodził do siebie. Jego ciało i umysł zaczęły funkcjonować normalnie. W tym mieszkaniu czuł się dobrze i gdyby przyzwoitość na to pozwalała byłby przesiedział tam cały dzień. Kiedy podniósł się z krzesła, aby narzucić swoje łagierne łachy kobieta zapytała niepewnym głosem:
"Czy mógłbyś pozostać tu jeszcze kilka minut dłużej? Moja córka powinna być tu lada chwila. Kiedyś mówiłam jej o tobie. Ona chciałaby ciebie poznać."
Niedługo potem klucz zazgrzytał w drzwiach i w wejściu ukazała się postać kobiety, ubranej w futro z baranka i lisią czapkę na głowie. Po otrząśnięciu się z pyłu śnieżnego i po zdjęciu futra, osoba w średnim wieku, o nieco pulchnych kształtach i typowo owalnej słowiańskiej twarzy przystąpiła do Polaka. Witając go z uśmiechem uścisnęła jego dłoń i śpiewnym rosyjskim głosem zapytała:
"Ty musisz być Polakiem, który handlował drzewem z moją matką."
"Tak, ja jestem tą osobą, ale dzisiaj przyszedłem bez drzewa," Młody więzień odpowiedział.
"Nie szkodzi... nie szkodzi. Proszę, siadaj przy kuchennym stole, zaraz przygotuję coś do zjedzenia."
Potem, krzątając się koło kuchennego pieca, co chwila rzucała jakieś pytanie o Polsce, o przedwojennym życiu w kraju, o rodzinie i o jego osobistych przeżyciach. W końcu zeszła na temat, który mógł być zasadniczą przyczyną dla której ona chciała spotkać się z młodym Polakiem.
"Co ty myślisz o Niemcach? Czy oni są tak silni, że mogą podołać naszej Czerwonej Armii?"
"Nie wiem." Stanisław odrzekł z niepewnością w głosie. "Wszystko zależy od okoliczności, a przedewszystkim od pomocy zachodnich aliantów."
"Czy w Niemczech jest lepiej niż u nas?" Rosjanka rzuciła następne pytanie.
Polak zdawał sobie sprawę, że każda odpowiedź - twierdząca czy przecząca - mogła być niewłaściwie zrozumiana. Dlatego rosądnym wyjściem z sytuacji było danie wymijającej odpowiedzi.
"Grażdanka, na to nie mogę dać odpowiedzi. Ja nigdy w ich kraju nie byłem. To, co słyszałem w Polsce, napewno pochodzi ze źródeł propagandowych. Propaganda nie jest źródłem na którym można polegać."
Rosjanka musiała zrozumieć jego odpowiedź, bo uśmiechnąła się nieznacznie i więcej nie wróciła do tego tematu. Podczas tej rozmowy doszedł do niego przyjemny zapach grochówki, którego woń coraz bardziej drażniła jego nozdrza. Młody Polak życzył sobie, aby ta potrawa była przeznaczona dla niego. Jego życzeniu stało się zadość. Wkrótce na stole ukazał się głęboki talerz po brzegi wypełniony zupą. Do tego na mniejszym talerzyku kobieta podaża kilka kromek chleba i kilka plasterków cudownego salami. Rosjanka ta, jako lekarka, doskonale wiedziała jakie "lekarstwo" należy podać zgłodniałemu i wymizerowanemu uciekinierowi z pracy.
Kilka godzin w ciepłym mieszkaniu oraz gorąca i pożywna strawa były dla niego cudownym i niezwykłym wydarzeniem, które tylko cud mógł stworzyć. Domowe ciepło zupa i chleb w normalnych warunkach nie byłoby niczym nadzwyczajnym, ale w jego obecnych warukach każde z nich mogło być elementem, który decydował o jego dalszej egzystencji.
Dla tych dwóch kobiet o ludzkiej duszy Stanisław czuł głęboką wdzięczność za okazanie mu w tej ciężkiej dla niego chwili tyle dobroci i serca. To uczucie i zrozumienie dla obcego a potrzebującego człowieka zasługiwało na więcej niż wdzięczność, pamięć i uznanie. Stanisław widział w nich prawdziwą słowiańską duszę - tak wielką i hojną, jak ta o której mówili wieszcze i pisali poeci. Tylko ta dusza mogła przyjść mu z pomocą, gdy on był w potrzebie.
Ucieczka młodego więźnia przeszła bez uwagi strażnika. Stanisław wrócił do pracy tą samą drogą, niedostrzeżony przez nikogo. Niedługo po jego powrocie brygada została przesunięta na inną ulicę. Gdyby powrócił kilka minut później sprawa jego ucieczki z pracy byłaby się zakończyła w kancelarii obozowej i karą karceru. Dzień miał się już ku końcowi. Pozostała godzina czy dwie po kilku-godzinnej przerwie i pożywieniu w domu znajomych Rosjanek były łatwiejsze do zniesienia mimo okrutnego zimna.
Po zakończeniu prac czyszczenia ulic miasta, brygada Stanisława już nigdy nie powróciła do swojej poprzedniej pracy w składzie drzewa opałowego. Tym samym zakończyła się dla niego okazja uzyskania zasuszonych odłamków chleba od staruszki o sercu anioła. Dla niego była to olbrzymia strata, bo stracił możność zyskania dodatkowej żywności, która pozwalała mu na utrzymaniu się przy życiu. Jego jedyną nadzieją było to, że w przyszłości trafi do pracy w magazynie drzewnym i będzie znowu korzystał z dobroci rosyjskiej staruszki.
Tym razem brygada została przerzucona do najdalej położonego i najmniej pożądanego miejsca pracy - do magazynów żywnościowych w pobliżu portu. Był to ten sam rejon, gdzie został zastrzelony młody żyd, Baumgarten. Jedynym pocieszeniem Polaka były słowa "magazyn żywnościowy", które przy sprzyjających warunkach mogły mu też udzielić dobrodziejstw ich wnętrza.
Uciążliwą stroną tej pracy była duża odległość od obozu. Pięciokilometrowa odległość wymagała długiego marszu. Sam marsz, zawsze na mrozie, a czasami podczas śnieżycy, pochłaniał więcej energii niż dzienna racja żywnościowa mogła przyspożyć. Dlatego sama praca była wykonywana kosztem wymizerowanego organizmu. Taki proces ostatecznie prowadził do ostatecznego wyczerpania się sił człowieka, powodując jego załamanie się fizyczne i psychiczne. Taki stan więźnia określano w obozie mianem "dochodiaga".
Rowy, które należało pogłębiać biegły między rzędami drewnianych baraków. Po obu stronach były wysokie nasypy śnieżne, powstałe naskutek wyrzucania śniegu z rowów. Same rowy i śnieg z punktu widzenia więźniów były negatywnymi terminami, ale w nich również kryła się pewna pozytywna strona. Głębokość rowu i wysokość nasypu stanowiły doskonałą ochronę przed zimnymi, przejmującymi wiatrami. W pewnych wypadkach strażnicy pozwalali więźniom szukać ochrony pod ścianami baraków. Takie wypadki były rzadkością, prawdopodobnie dlatego, aby nie eksponować zawartości baraków przed głodnymi ludźmi.
Zawartość magazynów nie mogła pozostać na długo tajemnicą dla wygłodniałych więźniów. Wiele baraków, wprawdzie pod dachem jeszcze nie miało ścian. Dlatego worki były niemal na publicznym widoku dla tych, którzy byli zainteresowani ich zawartością. Cokolwiek kryło się w tych workach po pewnym czasie stało się ogólną wiadomością wśród więźniów po części dodatkowym pożywieniem dla niektórych.
Ci, którzy zdobyli się na odwagę wkrótce doszukali się w barakach takich cennych artykułów, jak wytłoki z soi, ziarno owsa oraz bardzo cenną makę. Wprawdzie dostanie się do wnętrza nie było proste, bo rejon był pod ciągłą kontrolą strażnikow, ale zimno tworzyło z nich mniej efektywny aparat niż tego przepisy wymagały.
Przy zachowaniu pewnych środków ostrożności i przy należytym planowaniu wypad do baraku był realną możliwością. W każdej pracującej grupie znalazła się conajmniej jedna osoba, która zdobyła się na odwagę i w odpowiednich okolicznościach robiła wyprawę do wnętrza i powracała z pożądanym łupem. Dla Stanisława podejmowanie ryzyka nie było nowością. W momencie, gdy strażnik nie strzegł jego części pracującej grupy, młody ryzykant zdobył się na pierwszą wyprawę. Jego zdobyczą był woreczek wytłoków z soji.
Następne wypady były już prostszym i łatwiejszym przedsięwzięciem. Z czasem jego wycieczki zwiększyły się co do częstotliwości i ich wydajności. Kiedykolwiek zaszła potrzeba takiej wyprawy, Stanisław zabierał ze sobą kilka dodatkowych woreczków swoich współpracowników. W ten sposób z jego przedsiębiorczoąci i wysiłku korzystało conajmniej kilku z pracujących głodnych więźniów.
Taki sposób nabywania żywności przez jego grupę musiał przenikaą do innych pracujących grup. To przyczyniło się do nadania rozgłosu brygadzie. Z tym zwiększała się ilość próźb o zabranie woreczków, o danie wskazówek oraz o zabranie dodatkowej osoby ze sobą. W pierwszych dwóch wypadkach sprawa nie przedstawiała większych trudności. Natomiast w wypadku trzeciej przeprowadzenie wyprawy było bardziej niebezpieczne.
Pwenego zimnego poranka do Stanisława podszedł młody więzień, prawie o chłopięcych rysach, który pragnął towarzyszyć doświadczonemu koledze w wyprawie do baraku. Chłopak ten nazywał się Ryszard Łopacki, który jak każdy z więźniów był głodny, ale nie miał na tyle zaufania do siebie, aby zdobyć się na samodzielny wyskok do baraku.
Celem ich wyprawy był barak w drugim rzędzie od kopanego rowu, w którym mieściły się worki białej mąki. W momencie nieuwagi bojca partnerzy w tym nielegalnym przedsięwzięciu skoczyli do przekopu w śniegu, przebiegli szerokość jednego rzędu baraków i po chwili znaleźli się wewnątrz upatrzonego magazynu. Pośpiesznie napełnili woreczki i tą samą drogą i jeszcze w większym pośpiechu powrócili do rowu.
Ryszard nie posiadał się z radości, że jemu udało się zdobyć mąkę i do tego białą. Najwpierw uraczył się nią w surowej postaci, wpychając ją łyżką po łyżce do ust. Następnoe wpadł na pomysł upiecznia placków na łopacie. W najbliższej okolicy rowu znalazł kilka kawałków drzewa i w dole rozpalił małe ognisko. Kiedy mąkę zmieszanł ze śniegiem miał na łopacie, nad nim niespodziewanie zjawił się bojec, zaintrygowany dymem unoszącym się z rowu. Młody człowiek został przeszukany, jego placki i mąka skonfiskowane, a on dostał karę leżenia na śniegu przez dwie godziny. Kara była stosunkowo lekka, bo mogło skończyć się na na pięciu dniach karceru z którego nie wychodziło się żywym.
Coraz częstsze doszukiwanie się soji czy mąki w czasie rewizji przy bramie wpłynęło na zwiększenie się czujności bojców. Dlatego wypady do baraków stawały się coraz bardziej ryzykowne. Zwieno Stanisława postanowiło zmniejszyć ilość wypadów, ale zwiększyć rozmiar jednorazowych kradzieży. Do takiego przedsięwzięcia trzeba było conajmniej dwóch odważnych ludzi. Do pomocy Stanisławowi zglosił się Słucki. Kiedy gęsty śnieg posypał się z obłoków, dwaj konspiratorzy wyskoczyli z rowu do najbliższego baraku, chwycili za worek z soją i szybko wciągnęli go do rowu i zakopali w śniegu.
Przez kilka następnych dni grupa Stanisława i jej okoliczni sąsiedzi czerpali po trochę soji z tego zapasu. Niektórzy nawet napychali nią rękawy i nogawki, aby przenieść zdobytą żywność do obozu. Pewnego dnia, podczas rewizji przy bramie u Stanisława wykryto ukrytą soję i odstawiono go na wartownię przy magazynie żywnościowym. Młody więzień znalazl się w małym pomnieszczeniu, wyglądającym na poczekalnię. Tam zastał już kilku innych pacjentów czekając na osobistą rewizję do naga.
Młody Polak, jako ostatni w kolejce starał się utrzymać najbliżej drzwi wyjściowych. Co pewien czas z lekka uchylał drzwi i obserwował sytuację nazewnątrz. W pewnej chwili drzwi się otworzyły i nagle do pomieszczenia wpadł następny więzień, ofiara kontroli. W tym momencie Stanisław zauważył rosyjską brygadę przechodzącą obok drzwi. Korzystając z ruchu w tej okolicy, Polak uchylił drzwi szerzej, wysunął się nazewnątrz i wskoczył w rząd maszerujących Rosjan. Po wyjścu na otwartą przestrzeń, już poza bramą, dołączył do swojej brygady z nietkniętym ładunkiem soji.
Worek soji miał swoją ograniczoną pojemność i w niedługim czasie jego zawartość uległa wyczerpaniu. Znowu nastały głodne dni w grupie Stanisława. Zrobienie wypadu do braku było coraz trudniejsze ze względu na obostrzony nadzór. W tej trudnej sytuacji pogoda znowu przyszła im z pomocą. Znowu zdarzył się śnieżny dzień, co niejako odizolowało strażnika od bezpośredniego wglądu w rejon jego kontroli. Dwaj wspólnicy nowej wyprawy wskoczyli do magazynu i za chwilę powrócili z workiem o nieznanej zawartości. Tym razem przywlekli ze sobą worek mąki. Ta cenna zdobycz została natychmiast zakopana w śniegu. Każdy w grupie miał prawo do korzystnia z niej, ale każdy dla własnego dobra miał utrzymywać miejsce zapasu w aboslutnej tajemnicy.
Tym razem więźniowie, pamiętając doświadczenie małego Lopackiego, nawet nie próbowali robienia placków. Mąka była spożywana na surowo i w miarę możliwości wynoszona w rękawach lub nogawkach do obozu i tam najczęściej też spożywana w surowym stanie. Mimo zachowania należytych środków ostrożności, strażnik zauważył na jednym z buszłaków ślady mąki. Nastąpiła rewizja w rejonie rowu przy użyciu bagnetu w sprawdzaniu śniegu. Przy wychodzeniu z rowu bojec nastąpił na zakopany worek. Mając corpus delicti w ręce strażnik zawołał na cały głos:
"Kto ukradł mąkę?... Czy to ty?" strażnik zwrócił się do najbliższego więźnia.
"Nie, to nie ja... nie, to nie ja..." odpowiadał każdy z pytanych ludzi.
Zdenerwowany strażnik zaczął grozić biciem kolbą i karcerem. W końcu zdając sobie sprawę, że nie dowie się prawdy, wskazał palcem na Stanisława i krzyknął:
"Weź worek na plecy i idź ze mną."
Młody Polak musiał zastosować się do rozkazu władzy. Zarzucił worek z resztkami mąki na plecy i wolnym krokiem zaczął iść w kierunku wartowni. Powolne ruchy więźnia zdenerwowały konwojenta. Po kilkudziesięciu krokach wpadł w szał i zaczął krzyczeć:
"Poskorej!...Poskorej!"
"Ja bolnoj... nie mogę iść szybciej," Polak odpowiedział.
Strażnik zdjął karabin z ramienia i zaczął okładać więźnia kolbą po plecach. Stanisław popatrzył do tyłu i widząc azjatycką twarz strażnika zawołal:
"Tatar! Tatar!" i zaczął uciekać.
Ta nazwa, uważana przez Rosjan za obraźliwą, doprowadziła strażnika do wściekłości. Zaczął biec za więźniem i ile razy go dogonił kolba spadała na plecy więźnia. Po takiej gonitwie, obydwaj zdyszani wpadli do wnętrza wartowni. W środku strażnik wciąż klął i krzyczał i od czasu do czasu używał kolbę. Widać, nie mógł przebaczyć młodemu Polakowi przezwisko "Tatar".
W kancelarii zastali urzędnika, siedzącego za biurkiem, który zaraz wmieszał się do sprawy. Po zapoznaniu się z relacją strażnika, urzędnik, trzymając w ręku porcelanową gałkę na drucie, podniósł głos to mniemanego przestępcy:
"Jeśli nie powiesz zaraz kto ukradł mąkę, to tą kulą rozbiję tobie głowę."
"Nie wiem, nie wiem... nie wiem..." Polak ciągle dawał tę samą odpowiedź.
W międzyczasie strażnik opuścił kancelarię, pozostwiając sprawę kradzieży w ręku kancelisty. Zanim on zakończył przepytywanie Stanisława do kancelarii wrzucono następnego więźnia.
Młody, wysoki chłopak musiał czymś doprowadzić strażnika do wściekłości, bo ten nie szczędził mu dosadnych i najniższych przeklęństw w języku rosyjskim. Biedny więzień po każdym takim wybuchu zwracał się do strażnika i przepraszał za ukradzenie woreczka soji. Rozgniewany strażnik, trzymając woreczek z zawartością w ręce, potrząsał nim przed urzędnikiem, jako dowód winy delikwenta. W końcu rzucając woreczek na stół raz jeszcze zawołał:
"Za to pójdziesz do karceru... na całe pięć dni... to oduczy ciebie kradzieży."
"Grażdanin," przestraszony chłopak odpowiadał. "To był mój pierwszy raz.. To się już nigdy nie zdarzy."
"Da, da... na pewno tego już nie zrobisz, wpierw zdechniesz jak sobaka w zimnym karcerze". Potem zwracajłc się do urzędnika wołał do niego podniesionym głosem:
"Smatri... smatri... ten żulik ukradł soję."
Kiedy drzwi zamknęły się za rozgniewanym bojcem, urzędnik powrócił do sprawy Stanisława, żądając ponownie, aby on wydał nazwisko złodzieja mąki. Na przeczącą odpowiedż więźnia znowu podniósł głos i wywijał porcelanową gałką nad jego głową.
"Ubiję ciebie jak psa, tu, na tym miejscu, jeśli nie powiesz całej prawdy... Jeśli skłamiesz, to wiesz co ciebie czeka... Dlatego namyśl się..."
Podczas tych gróźb i wykrzykiwania inny strażnik ukazał się w drzwiach kancelarii i wywołał kancelistę nazewnątrz. Dwaj więźniowie pozostali sami w pomieszczeniu. Młody Polak spojrzał na swego towarzysza. Jego twarz zdawała się jemu być znajomą. Była to twarz młodego Słowaka ze Starobielska, którą niejednokrotnie spotykał w czasie spacerów po górnej celi w cerkwi. Młody człowiek stał z przerażoną miną na twarzy i ocierał łzy spływające po policzkach.
Jednak bardziej ważnym obiektem, na który Polak zwrócał uwagę był woreczek soji na stole. Powoli podszedł do biurka, rozwiązał woreczek i zaczął wkładać tłuczone ziarna do ust. Po kilku sekundach Słowak zrozumiał sytuację i poszedł za przykładem współ-towarzysza.
"Trzeba zjeść zanim nas rozstrzelają," Polski więzien mruknął.
Młody współtowarzysz, pakując soję do ust odrzekł z ulgą w głosie:
"Da... da... eto nada kuszat."
Po chwili urzędnik powrócił do kancelarii. Widok dwóch więźniów, pożerających surową soję musiał wydać się jemu zabawny i komiczny. Zamiast zająć miejsce za biurkiem, zatrzymał się przez moment na środku kancelarii i nagle zaczął się śmiać i wołać głośno.
"A wy takie i takie syny," poczem usiadł na krześle i na przemian śmiał się i przeklinal.
Podczas tej jego zabawy inny urzednik wszedł do środka. Strażnik ten, widocznie należący do służby magazynowej, musiał przyjść z zewnątrz, bo jego futro barankowe wciąż było ośnieżone. Urzędnik za biurkiem, wciąż śmiejąc się i przeklinając, zwrócił się do dwóch młodych przestępców:
"Wy pójdziecie z tym bojcem. On się wami zajmie."
Poganiani przez bojca, młodzi więźniowie znaleźli się poza drutami magazynu. Przed nimi była biała otwarta przestrzeń z rzadka porośnięta krzewami, zasypanymi śniegiem. Daleko na horyzoncie widoczna była grupa wysokich drzew, wyglądająca na śniegu jak biały pagórek, gwałtownie wznoszący się na jednostajnej równinie. Widok pustkowia zaczął oddziaływać na wyobraźnię młodego Polaka. W tej chwili przywołał w swoje pamięci niedawne groźby i wcześniejsze opowiadania o ustroniach, gdzie kończyło się ludzkie życie. W tej chwili on i jego towarzysz mogli zdążać do takiego ustronia.
Stanisław odetchnął z ulgą, kiedy po przejściu pierwszej linii drzew, przed nimi ukazał się jednopiętrowy budynek, dość pokaźnych wymiarów. Sam budynek mieścił się w kwadracie kolczastych drutów i jak się rychło okazało służył jako koszary dla strażników. Po podwórku kręciło się kilka psów, których wygląd przypominał zwierzęta eskortujące Polaków do 10go OŁPu. Psy te jednak nie zdradzały intencji atakowania nowo-przybyłych więźniów pod eskortą strażnika.
Przed wejściem do budynku stał wysoki szczupły bojec i jak każdy z nich ubrany w baranie futerko i futrzaną czapą. Jego wyczekująca postawa wyraźnie wskazywała na to, że był już uprzedzony o przyjściu więźniów. Natychmiast po spotkaniu się dwaj strażnicy zamienili ze sobą kilka słów, poczym konwojent znikł wewnątrz budynku.
Czekający strażnik już z samego wyglądu wydawał się być ludzkim człowiekiem. Jego uśmiechnięta twarz i łagodnie wypowiedziane słowa miały natychmiastowy wpływ na uspokojenie obaw przyprowadzonych więźniów. Ich uwaga skierowała się ku nowym okolicznościom, jakie się przed nimi wyłoniły. Z pierwszych słów Rosjanina wynikało, że dwaj młodzi ludzie zostali przyprowadzeni do tego odludzia w specjalnym celu.
"Ot rebiata, widzicie te kawałki drzewa, trzeba je pociąć piłą na mniejsze kawałki i pokłóć siekierą. Róbcie powoli... Jak skończycie dostaniecie po kawałku chleba."
Jeszcze nie wszystkie kłody drzewa były pocięte i pokłóte, kiedy ten sam strażnik ponownie ukazał się w drzwiach budynku z dwoma porcjami chleba w ręku. Widocznie w jego ocenie narąbanego drzewa było już dość. Kazał więźniom odnieść piłę i siekiery do schowka i dał im po kawałku przyżeczonego chleba. Człowiek ten na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego jak wdzięczni byli mu dwaj młodzi więźniowie za wyrządzoną im przysługę.
Coraz częstsze przyłapywanie więźniów na kradzieży artykułów żywnościowych stały się przyczyną jeszcze większego zwiększenia czujności strażników. Spacery bojców wzdłuż rowów i przynaglanie do pracy były częste i ciągłe. Wyprawy do magazynów stały się prawie niemożliwe. Ponadto częsta groźba użycia broni była też efektywnym hamulcem w zapędach więźniów.
W grupie Stanisława dwaj dawni wspólnicy powzięli inny plan działania, aby zabezpieczyć sobie i ich kolegom dodatkową żywność. Ich plan polegał na tym, że przy schodzeniu brygady z pracy obaj mieli pozostać w rowie i w chwili, gdy nie będzie nikogo ze strażników w rejonie wskoczyć do magazynu, zabrać jeden worek i wrzucić go do rowu. Następnego dnia rano worek byłby zakopany w śniegu i stałby się ponownym zapasem żywności dla zmarzniętych i głodnych więźniów.
Po zejściu brygady i po zapanowaniu ciszy obaj spiskowcy wskoczyli do baraku. Chwycili pierwszy worek do ręk i dla łatwiejszego przeniesienia worka Stanisław wziął go na swoje barki. Kiedy znaleźli się w odległości kilkunastu metrow od rowu, nagle usłyszeli głośne wołanie strażnika:
"Czto ty diełajesz?"
Słucki, nie obarczony ciężarem, znikł natychmiast w szarzyźnie nocy za rogiem baraku. Jego towarzysz natomiast, przytłoczony workiem, nim zorientował się o co chodzi, zobaczył przed sobą kontury osoby, przypominającej z ubrania jednego z magazynowych strażników. Po wyładowaniu swoich pierwszych uczuć, strażnik kazał Stanisławowi iść z nim w kierunku wartowni. W tym czasie tłok w tym rejonie był w fazie największego natężenia. Strażnik pozostawił go przy drzwiach i kazał mu czekać aż do jego powrotu.
Tuż po odejściu strażnika ukazała się brygada rosyjskich więźniów, idących rzędem. Jednym skokiem Polak znalazł się wśród maszerujących Rosjan i razem z nimi przeszedł przez kontrolę przy bramie. Kiedy znalazł się nazewnątrz rejonu magazynu słyszał dalekie wołania strażnika, szukającego za zbiegiem. Odnalezienie człowieka w mrowiu więźniów , niemal jednako ubranych i do tego w szarzyźnie wieczoru było fizyczną niemożliwością.
Planowana wyprawa Stanisława po żywność, nawet gdyby była udaną, nie przyniosłaby żadnych korzyści więźniom jego grupy. W dniu następnym brygada została przesunięta na inne miejsce pracy. Tym razem ich zadaniem było oczyszczanie dróg i ulic ze śniegu. Znowu ciężki wysiłek na mrozie i wietrze oraz na następnym etapie łagiernego głodu.
W drugiej połowie listopada kołymska zima była już w całej pełni. Temperatura utrzymywała się w granicach 50 stopni Celsiusza poniżej zera, a więc według więziennych w granicach ludzkiej wytrzymałości. Dotychczas termometr magadański nie zarejestrował przyjęte minimum 65 stopni, które pozwoliłoby więźniom na pozostanie w barakach. Sybiryjskie warunki atmosferyczne jeszcze nie uruchomiły "arktycznego pociągu prądów", które stworzyłby piekło zimna na ziemi.
Czasami zdarzały się "ciepłe dnie", których temperatura różnie wyglądała w interpretacjach ludzi obcujących z klimatem kołymskim. Czasami ciepło stawało się żartem, który w słowach konwojenta zakrawał na ironię pojęcia zimna. Wprawdzie żart bojca nie wywoływał śmiechu wśród więźniów, ale jego humor mógł wpłynąć na ich lepszy nastrój. W taki dzien strażnik odzywał się żartobliwie do swoich podopiecznych:
"Dzisiaj pogoda się ociepliła... Temperatura podniosła się do 45 stopni poniżej zera."
Taki dzień ciepła należał do wyjątków. Podczas "normalnych" nawet strażnik nie otwierał ust, tylko ręką wskazywał co należy robić. "Normalna temperatura", którą on znosił lepiej niż polski więzień nie pozwalała mu na wciągnięcie mrożącego powietrza do płuc. Podobne doświczenie dla organów oddechowych on musaiał uważać za niebezpieczne dla jego zdrowia.
Na nowym miejscu pracy cechą każdego dnia było przenikliwe zimno. Temperatura musiała utrzymywać się na bardzo niskiej skali. Ostry wiatr od lądu przenikał opaski na twarzy, zatykał oddech i przez ubrania przenikał do skóry. Nawet strażnik ubrany w barankowe futro, czapę i wojłokowe buty odczuwał działanie kombinacji mrozu i wiatru. Tym razem wyprowadzono brygadę na otwartą przestrzeń za miasto z zadaniem oczyszacznia drogi, prowadzącej do przetwórni ryb nad morzem. Na tym wydmuchowisku nie było schronienia przed zimnem ani dla więźnia, ani dla strażnika. Na tym lodowisku marzło się od rana do wieczora niczym w chłodni, najczęściej stojąc nieruchomo w stanie kompletnego zziębnięcia.
Na tym odludziu, gdzie wiatr hulał dowolnie w każdą stronę i przerzucał pył śnieżny gdzie wypadło, koszmar arktycznej zimy objawiał się więźniom w pełni swojej siły. Natura nadała mu kształty i kolory martwego pejzażu, a system sowiecki wprowadził postać marznącego człowieka. Kontury szarych postaci ludzkich stały jak kamienne głazy, które śnieg dla zabaway stale przypruszał swoją bielą. Mróz ze swojej strony dodawał efektu, ubierając jego szmaty w biel szronu i sopli lodu. Obraz arktycznego życia, zamarzłego i przysypanego śniegiem był przykładem martwoty, jaką zima w swoim skrajnym działaniu mogła przysporzyć człowiekowi i naturze.
Ktoś ze skamieniałych postaci przystąpił do strażnika z prośbą o pozwolenie na zapalenie ognia. Pozwolenie łaskawie zostało udzielone. Kilka martwych postaci nagle ożyło i powlokło swoje sztywne nogi w kierunku krzaków kosodrzewiny. Tam pod warstwą śniegu można było doszukać się luźnych gałęzi, czasami nawet suchych i łatwiejszych do rozpalenia ogniska. Wkrótce ogień podsycany wiatrem, strzelał w górę językami czerwonych płomieni. Te, rwąc się gwałtownie ku niebu, znikały bez śladu w masie mroźnego powietrza.
Razem z płomieniami, ledwie odczuwalne ciepło ulatniało się z szybkością wiatru, udzielając więźniom tylko małą odrobinę swego dobroczynnego efektu. Zmarznięte ręce, wyciągnięte do przodu, niemal dotykały czerwonych płomieni, jednak ich ciepło było odczuwalne raczej wyobraźnią niż zmysłem dotyku. Reszta zmarzniętego ciała doznawała tylko pozornej ulgi przez obserwowanie palącego się ognia. Na tym miejscu ciepło było iluzją, łudzącą człowieka imitacją istoty rzeczy.
Niektórzy z więźniów wychodzili co pewien czas do krzaków kosodrzewiny i przynosili gałęzie dla podtrzymania ognia. Stanisław też wyszedł kilka razy i tym samym dawał swój wkład do ogólnego dobra. W czasie zbierania drzewa wzrok jego rozpoznał kontury górnej części zabudowań, wystających z poza pagórka. Tam z poza wyraźniej linii horyzontu strzelały ku górze dachy szpitalnego budynku, a za nimi dymiące się kominy mieszkalnych domów. Ten kuszący widok coraz bardziej podniecał jego wyobraźnie do ogrzania się i zdobycia żywności.
Zbierając gałęzie młody więzień powoli oddalił się od miejsca pracy, by w końcu zniknąć z oczu strażnika za krzakami ośnieżonej kosodrzewiny. W tej chwili rzucił na śnieg gałęzie i szybkim krokiem podążył w kierunku dymiących się kominów. Niedługo potem pukał do najbliższych drzwi. Kobieta, w średnim wieku, lekko je uchyliła i zapytała co on chce. Stanisław zaproponował jej swoje usługi za kawałek chleba. Kobieta przyniosła dwa wiadra i wskazała miejsce, skąd mógł przynieść jej wodę. Wiadra z wodą swoim ciężarem niemal przygniatały go do śniegu, ale myśl o chlebie dodawała mu siły. Cenny chleb stał się nagrodą za podjęte ryzyko i fizyczny wysiłek.
Po powrocie na miejsce pracy zajął swoje miejsce wśród ośnieżonych postaci, stojących z łopatami na drodze. Od czasu do czasu przez szczeliny zasłony na twarzy rzucał na swoich towarzyszy i po kształtach oraz ubraniu rozpoznawał jemu znajome osoby. Wśród nich bez trudności rozpoznawał Lisicę, Lopackiego, Słuckiego, dwóch wysokich braci z Grodna i przedewszystkim kapitana Czechowicza. Byli też tacy, których widok i nazwiska nie łączyły się w jego pamięci, ale spodziewał się, że wcześniej czy później one utrwalą się w jego mentalnej kartotece... Chyba, że on albo oni znikną z pracowników brygady, jak dogorywający major, wysoki i szczupły polski policjant, młody polski żyd oraz wielu innych należących już do łagiernej przeszłości. Pogrzebowy obraz, wyłaniający się w tej chwili z poza zakrętu uosabniał jego myśl, błąkającą się po widoku arktycznego krajobrazu.
Na drodze ukazały się sanie, ciągnięte przez jednego konia, obok którego szła zaśnieżona postać człowieka, trzymającego lejce w szmacianych rękawicach. W zimowej aurze, koń z oszronioną głową, skulona postać woźnicy i sanie przykryte plandeką wydawały się płynąć wolno w kierunku grupy pracujących więźniów w oparach śnieżnego pyłu niczym zjawa zimowego dnia. Niedaleko za nią ukazały się następne sanie, niemal identyczne w widoku, również z ładunkiem przykrytym plandeką. Ten niezwykły korowód, zjeźdźający powoli z pagórka stawał się coraz wyraźniejszy w miarę zbliżania się do grupy polskich więźniów.
Ani szaro-brunatne konie o długiej wołochatej sierści, ani woźnicy o twarzach nie rozpoznowalnych z poza szmat, nie zdradzały nic nadzwyczajnego, co wychodziłoby poza normalne cechy ich wyglądu. Kiedy korowód sań znalazł się na wysokości pracujących przerażający obraz ich ładunku ujawnił się przed okiem człowieka na drodze. Spod zasłony szarej, brudnej i podartej plandeki ukazał się koszmar nagich, sztywnych ciał, splątanych razem w makabrycznym uścisku ostatecznego pożegnania przed wiecznym rozstaniem się na ziemi. Ich zamarzłe ręce, kiwały się przy każdej nierówności drogi, jakgdyby żegnały tych, z którymi niedawno kopali rowy, układali drzewo i czyścili ulice... Ich wyciągnięte dłonie zdawały się prosić o ostatnią modlitwę, o uczucie litości i o wstawiennictwo u Boga, zanim ich nagie ciała spoczną na zawsze w lodowatej ziemi. Korowód przeszedł jak nocna zjawa, pozostawiając po sobie skromne pojęcie o ludzkiej nicości wobec wiecznego przeznaczenia.
Dnie okrutnego zimna następowały w ciągłej serii jeden po drugim, jak dnie jesiennej słoty, jak długi ciąg nieszczść przeklętego człowieka. Arktyczne wiatry wiały nieustannie, niosąc masy mroźnego powietrza, albo białą, oślepiającą zasłonę purgi śnieżnej, która, jakby dla przekory, zamykała kołymski świat przed okiem niewolnika.
Purga - śnieżyca, zjawisko arktycznego klimatu, była nieodzowną czścią wiecznego zimna w koszmarnym świecie północy. Ale, purga, szalejąca purga, która kończył kres ludzkiej widoczności, która znosiła człowieka z drogi niczym piórko, w regulaminie łagrów na tym krańcu świata nie była przeszkodą w codziennej pracy więźnia.
Bez względu na szalejącą śnieżycę, bez względu na arktyczną wichurę i mrożące zimno, brygady jedna za drugą wychodziły nazewnątrz przez bramę obozu, aby zniknąć w białej masie, niczym duchy w cmentarnej mgle. Między jednym a drugim podmuchem wiatru, między jedną a drugą nawałą śniegu ukazywały się zaśnieżone widma ludzkie, aby za chwilę znowu zniknąć poza białą zasłoną. Białe, ośnieżone postacie szły jak duchy, jak upiory w kierunku miasta, borykając się z potęgą zimowego zjawiska. One szły do przodu, jakgdyby opętane obłędem pracy, bo za nimi szedł strażnik, a za nim kroczył złowrogi cień łagru i widmo zimnej i głodowej śmierci.
Purga - arktyczna śnieżyca - była tylko przemijającym zjawiskiem; zimno - okrutne zimno było ciągłą i dominującą siłą. Przed nim nie było ochrony, nawet wśród zabudowań miasta. Dla niego poza zamkniętnym ogrzewanym pomieszczeniem nie było kąta, do którego on by nie dotarł. Ono było wszędzie w każdym zaułku, na każdej ulicy i jeszcze bardziej na otwartej przestrzeni.
Przez okna domów każdego rana i wieczoru przebijały jasne światła; z kominów mieszkalnych domów ciepły dym strzelał ku niebu; w budynkach publicznych cienie lekko ubranych ludzi ukazywały się na ekranie zamarzniętej szyby; wszystko dając świadectwo temu, że ciepło jest przywilejem wybranych. Więźniowie nie należeli do kasty wybranych, dla nich ciepło było nieznane i zakazane.
Zima zdawała się dochodzić do zenitu swego nasilenia... Tak przynajmniej oceniali sytuację magadańscy łagiernicy... Grudzień zjawił się w całej potędze północnych wichur, brutalnie niskiej temperatury i rażącej bieli śniegu. Razem z opadami śniegu coraz więcej pracy przybywało dla niewolników systemu. Niczym cenne złoto w kopalniach, śnieg biały i cudowny stał się przekleństwem człowieka, skazanego na wymazanie z kartoteki żywywch.
* * *
Zimny poranek pierwszego dnia grudnia zaczął się brakiem gorącej wody w kotle na łagiernym podwórku.
"Kipiatku nieto... kipiatku nieto," rosyjski funkcjonariusz wołał na cały głos do tłumu pchających się więźniów.
"Daj niemnoszko... daj niemnoszko," wołały głosy, nie dowierzające słowom Rosjanina.
"Jeśli ktoś niema szczęścia, to nawet gorącej wody dla niego zabraknie," mruczał Makowski, nauczyciel, odchodząc od kotła z pustą blaszanką.
Nikt z czekających obok nie okazywał najmniejszej chęci wdawania się w rozmowę na temat braku gorącej wody. Krzyk, wołanie i narzekanie były tym nieproduktywnym wysiłkiem, który pozbawiał więźnia energi nie dając mu nic w zamian za to. Ranek był za zimny, aby się jej pozbywać dla kłótni z funkcyjnym obozu. Mrożne powietrze z miejsca zamykało oddech przy otwieraniu ust i drażniło przewody odechowe przy wciąganiu go do płuc.
Stanisław, jak zwykle, owinął twarz kawałkiem szmaty i po nieudanej próbie dostania gorącej wody, podażył w kierunku bramy. Znów, jak każego innego poranka, stanął przed bramą w oczekiwaniu na przybycie bojca. Jak każdy inny więzień tupał nogami i bił rękami dla ogrzania sztywniejących kończyn. Na platformie ukazała się postać urzędnika, zwiedujuszczego, wołającego więźniów:
"Ustawiać się w brygady!"
Bojec, znany swoim więźniom z poprzednik prac, wyszedł z wartowni i zawołał do brygady stojącej już pod nadzorem brygadiera:
"Padawaj w pierod!"
Reszta słów zamarzła mu w gardle. Na skinienie ręki brygada ruszyła z miejsca tą samą drogą i w tym samym kierunku jak każdego poranka. Strażnik, idący z tyłu, co chwila poganiał tych, którzy dla braku sił nie mogli nadążyć za innymi. Tym razem słowa przeklęństwa z bogatego słownika łagiernego w obawie przed zimnem nie wychodziły z jego ust. Celem brygady było miejskie lodowisko, służące wybranej kaście komsomolców z zadaniem oczyszczenia go ze śniegu.
Park mieścił się w pośrodku miasta i korzystał z zasłony drzew, ale zimno dnia ulokowało się tam w takim samym stopniu jak na otwartej przestrzeni. Jakaś brygada więźniów musiała już tam pracować poprzednio, bo głębokie śnieżne tunele przecinały przestrzeń parku wzdłuż głównych arterii. Dzięki temu bez trudu można było dotrzeć do lodowiska - miejsca pracy brygady na cały dzień.
Jedynym miejscem w parku, które służyło za ochronę przed zimnem, była mała budka z narzędziami z zainstalowanym piecykiem wewnątrz. Wygoda ta była jednak wyłącznym przywilejem strażnika. Więźniowie mogli tylko przypatrywać się dymiącemu kominkowi i w wyobraźni delektować się ciepłem uciekającym w zimną przestrzeń. Widok tego również działał na wyobraźnię młodego Polaka. Jego myśl pracowała nad możliwością ucieczki z pracy.
Na skraju lodowiska istniało też inne urządzenie, które jako wygódka było dostępne dla więźniów. Po uprzednim uzyskaniu pozwolenia od strażnika Stanisław też skorzystał z tego udogodnienia. Zdając sobie sprawę z tego, że parkan lodowiska przylegał do grupy domów mieszkalnych, gdzie w jednym z nich mieszkańa przyjaźnie do niego ustosunkowana staruszka, młody więzień zdecydował się wykorzystać tę okazję dla swoich ukrytych zamiarów.
Bez dłuższego zastanawiania się młody więzień przeszedł przez linię parkanu i szybkim krokiem podążył do pobliskich domów mieszkalnych. Już z daleka dostrzegł znajome mu drzwi zewnętrzne i już liczył na to, że kilka następnych kroków zaprowadzi go do ciepłego wnętrza i może przy tej okazji znowu zyska kawałek chleba lub miskę strawy. Jednak nim doszedł do tego upatrzonego punktu usłyszał za sobą ostrzegawczy głos strażnika
"Pastoj!... Pastoj!... bo budu strelać!"
Po kilku głośnych przekleństwach i po kilku uderzeniach kolby po plecach Stanisław pod strażą nieznanego jemu bojca odbył powrotną drogę na miejsce pracy. Strażnik jego brygady, widząc swego więźnia konwojowanego przez innego streżka w wybuchu gniewu wepchnął młodegu Polaka do budki i tam z pomocą swego wspóltowarzysza okładali go kolbami aż im przeszło uczucie złości. Po przeprowadzeniu tej operacji wyrzucili więźnia z budki i kazali mu powrócić się do pracy na lodowisku. Znowu stanie na zimnym powietrzu z łopaką w ręku i powolne zamarzanie dla niczyjego dobra.
Jak zawsze głód i zimno nie były łatwe do zniesienia dla zgłodniałego i fizycznie wyczerpanego więźnia. Jedynym wyjściem z tej sytuacji była ponowna ucieczka z pracy. Jego wymizerowany organizm nie był w stanie tolerować tortur wiatru i mrozu... Pod przymusem tego skrajnego uczucia młody Polak ponownie skoczył w kierunku parkanu. Tym razem idąc szybkim krokiem śnieżnym tunelem do w kierunku ogrodzenia parku. Zanim dobiegł do tego punktu znowu usłyszał to samo ostrzegawcze wołanie strażnika:
"Pastoj... Pastoj!... bo budu strelać!"
Młody więzień, chcąc nie chcąc, musiał zastosować się do ostrzeżenia streżka. Podobnie jak porzednią razą strażnik zamknął się z nim w budce i okładał go kolbą karabinu, gdzie tylko popadło. Uderzenia padały jedno po drugim na obolałe części ciała, jakie już wcześniej były poddane biciu. W pewnej chwili Stanisław poczuł silne uderzenie w głowę. Natychmiast pociemniało mu w oczach i cały świat przed nim się zakręcił. Jeszcze przez ułamek sekundy widział ośnieżony koniec buta strażnika, a potem wszystko wokół niego pokryło się ciemnością.
Z tej niespodziewanej ciemności wyłonił się przed nim inny a przytym niewymownie piękny świat; świat definitywnie o innych kształtach i o przyjemniejszej skali kolorów. Niedawne zwały śniegu, mróz i przenikliwy wiatr nagle znikły z jego bezpośredniego otoczenia. Cudowne ciepło, niczym wiosenny powiew głaskało go po twarzy i rękach i resztę ciała błogosławieństwem delikatnego podmuchu. Jasne słońce ukazało się na nieboskłonie i złotem radości ubrało świat nowego piękna.
Przed nim ukazały się znane mu okolice. Na górze zamkowej, z poza bramy klasztoru, wyłoniła się siostra zakonna w białym habicie. W ręku swym niosła łakocie i czerwone jabłka. W ułamku sekundy znalazł się przy niej i przyjmował cudowne podarki z jej rąki. Jak kiedyż za dzieciństwa z radością dziecka wkładał je do swoich ust, ale o dziwo one były pozbawione ich naturalnego smaku.
Najbliższa jemu scena znowu się zmieniła. Przed nim ukazała się furtka do sadku przy rodzinnym domu. Bez uchylenia jej wszedł na środkową ścieżkę i idąc spacerkiem przyglądał się każdemu drzewku z osobna. W końcu doszedł do drzewka śliwy hojnie obsypanego owocami. Jeden z nich spadł mu do ręki. Wziął je do ust, lecz ono jak klasztorne ciastka przypominało mu smak wody.
Jego pobyt w zaczarowanym świecie został raptownie przerwany. Na udach odczuł kopanie buta - twardego zamarzniętego buta. Równoczeście do jego uszu doszedł dźwięk ludzkiej mocy:
"Szcze żywiot?" ktoś zapytał.
"Da... szcze żywiot," ktoś inny odpowiedział.
Świadomy obecności innych ludzi w swoim pobliżu, Stanisław starał się podnieść rękę. Obolałe ciało i dziwny zgrzyt w głowie nie pozwolił mu wykonać tego ruchu. Po nieudanym wysiłku zdał sobie sprawę, że on nie jest zdolny do kontrolowania swego ciała. Lecz w tej sytuacji wszystko było mu obojętne. Najważniejszą sprawą było to, że mógł korzystać z ciepła palącego się piecyka wewnątrz budki.
Resztę dnia pobity i obolały więzień przeleżał na udeptanym śniegu w ciepłej budce widocznie za cichą zgodą swego niedawnego prześladowcy. Co pewien czas ktoś podchodził do niego, dotykał go butem i pytał jak się czuje. Stanisław słyszał pytania, ale nie starał się nawet odpowiadać, twierdząco lub przecząco. Kompletna bierność i obojętność nie pozwalały mu na reagowanie wobec ludzi mówiących do niego. Leżł na śniegu w budce, przyjął ten stan rzeczy jako jedyny możliwy sposób zachowania swojej egzystencji.
Przed zejściem z pracy dwóch więźniów, wyznaczonych przez bojca, wzięło Stanisława pod ramiona i postawiło na nogi. Ci sami dwaj ludzie, trzymając go pod ręce, prowadzili drogą do łagru. Przy ich pomocy dotarł do jadłodajni, gdzie jeden z nich przyniósł należną mu mise zupy i kawałek śledzia.
Gorąca zupa i krótki odpoczynek w ciepłym baraku pozwoliły na ożywienie się jego zmysłów. Siły zdawały się powoli powracać, potłuczone części ciała były mniej bolesne, a szum w głowie zmniejszył się wybitnie. Wciąż chwiejąc się na nogach, o własnych siłach doszedł do swego baraku i położył się na pryczy.
Leżąc z zamkniętymi oczami czuł jak go ogarnia jakieś zniechęcenie do życia, jakas bierność ciała i umysłu i obojętność do dalszej egzystencji. Rezygnacja z życia było jedynym uczuciem jakie w nim istniało. Zastygła i zamarznięta myśł nie potrafiła niczego skojarzyć a zesztywniałe ciało nie mogło zdobyć się na żaden ruch. Nawet głos dniewalnego zapowiadającego ranną perewierkę nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Dopiero ostre szarpnięcie za stopę obudziło go z odrętwienia.
"Wstawaj wsiej czas!" głos dniewalniego wołał.
"Ja bolnoj..." Stanisław odpowiedział.
"Czy masz zwolnienie lekarskie?"
"Nie, nie mam," młody Polak odpowiedział.
"Tak ty nie bolnoj... wsiej czas schadi!" Rosjanin wołał niecierpliwie.
Obolały młody człowiek udał się do izby przyjęć w nadzieji uzyskania zwolnienia. Tuż przy wejściu zatrzymał go sanitariusz i odpowiedział z miejsca, że na ten dzień zwolnienia od pracy zostały już wydane. On wydał już pięć zwolnien i więcej już nie wyda. W t