Dzień był szary i pochmurny, zupełnie pozbawiony tych dekoracyjnych aspektów w jakie wczesne lato ubiera nadmorskie okolice. Łagodny powiew od morza niósł ze sobą chłód wody i morską wilgoć, która rześkością wiosennej przyrody ożywiała zmysły człowieka, pozbawionego wolności. Jednak w tym dniu zjawiska natury nie robiły większego wrażenia na więźniach skomasowanych w obozie Buchty Nachodki. Pozornie spokój zewnętrzbego życia wskazywał na to, że cały układ rzeczy pozostawał w kompletnym zastoju, niczym cisza przed burzą, oczekująca na nagłe i gwałtowne wydarzenie. Wczesny poranek nie różnił się niczym od kilku poprzednich, a w obozie nie działo się nic szczególnego, co ściągałoby na siebie uwagę człowieka.
Odrutowany obóz stał na tym samym miejscu, taki sam jaki był wczoraj i przedwczoraj; te same szare baraki, może bardziej szare na skutek ogólnego tła przyrody; te same druty i parkany, stojące od nieznanych czasów w niezmienionej formie; a streżkowie, jak zawsze, patrzyli z góry na tłum więźniów, krecęcych się po podwórku. Innymi słowy codzienny obrazek obozu, powtarzający się z regularnością zegara przed oczyma "zakluczonych". Jak zawsze wodnista zupa i kawałek chleba, jako dalsza standartowa rutyna obozowego życia. Cisza i spokój tego poranka nie zdradzały żadnej poważniejszej zmiany w trybie łagiernego życia, ustalonego przez więzienny system i obozową tradycje uwięzionych ludzi.
Aktywność pozornie spokojnego dnia zaczęła się na drodze do obozu. Nieoczekiwanie, jak w każdym z poprzednich wydarzeń więziennych przed bramą, odrutowaną kolczastym drutem, ukazał się oddział strażników z bagnetami na karabinach. Dwóch obozowych strażników otworzyło bramę i dwóch urzędników weszło na podwórko. Jeden z nich, z listą w ręce, stanął na podwyższeniu i zaczął wyczytywać nazwiska. Wywołani więźniowie, jeden po drugim, wychodzili za bramę i ustawiali się szeregiem po pięciu według instrukcji konwojentów. Po skompletowaniu dziesięciu piątek grupę odprowadzano w lewo tak, jak wiodła nadmorska piaszczysta dróżka. Za zakrętem grupa znikała z oczu pozostałych w obozie poza zabudowaniami o nieznanej użyteczności.
Nazwiska obu buczackich kolegów znalazły się niemal na końcu listy. W tym samym porządku obaj stanęli w szeregu i maszerowali śladem poprzednich grup. Znowu powtórzył się obrazek z Czortkowa i Starobielska. Nahalni i niecierpliwi konwojenci poganiali swoje ofiary okrzykami "poskarej, poskarej" i przytym ponaglali kolbą tych, którzy wlekli się za wolno. Tym razem marsz nie był długi. Kilkaset metrów za zakrętem, piaszczysty brzeg morza, zapełniony więźniami, był końcowym punktem ich marszruty.
Miejscowość Buchta Nachodka nie była większa od przeciętnej sowieckiej wioski, a jej port nie wyglądał lepiej niż mała przystań rybacka. Kilka drewnianych chat po obu stronach głównej ulicy, małe drewniane molo i ani śladu cywilnej ludności. W pewnej odległości od brzegu, na pełnym morzu, stał duży czarny okręt, którego kontury na tle szarego nieba nie udostępniały widzom wiele szczegółów jego konstrukcji i użyteczności.
Między molem i statkiem kilka motorówek znaczyło swój ślad napowierzchni wody w jedną i drugą stronę. Za każdym przybyciem barki nastepna pięćdziesiątka więźniów znikała z mola i szybko odpływała do czekającego okrętu. Z daleka widać było jak po przybyciu do statku więźniowie pośpiesznie wspinali się po sznurowych drabinach i ginęli z oka za czarną burtą. Po kilkunastu minutach obaj Tadzik i Stanisław też znaleźli się w barce, w takim samym tłoku jak ich poprzednicy. Ledwie kilkunaście minut jazdy barką i oni też się wspinali po sznurowych drabinach na pokład czarnego okrętu. Potem czarna burta i głosy strażników.
Na pokładzie krzyk, gwałt i pośpiech... Bojcy z bagnetami, stojący przed wejsciem do ciemnego otworu luki, wołali nawet głośniej niż podczas konwoju na lądzie: "Padawaj Padawaj!"
Gonitwa nadół po schodach.. W szarej przestrzeni luki ukazał się obraz cierpiących dusz, wzięty z obrazu średniowiecznych mistrzów dantejskiej sztuki. Masa bielejących ciał, sterczące zarysy prycz i niesamowity odór latryn. Wśród tego pojedynczy człowiek szukający w panicznym ruchu za wolnym miejscem dla siebie. Pięcio-piętrowe prycze, podzielone na przedziały i nawpół nadzy ludzie poukładani jak śledzie na ich półkach. Niektórzy w leżącej nieruchomej pozycji przypatrywali się scenie cierpińcych dusz w pozagrobowym piekle; inni wspinali się po pryczach, aby dostać się do latryny; jeszcze inni stąpali po ludzkich ciałach na podłodze, aby znaleść kawałek wolnego kąta dla swego umęczonego ciała.
Obaj buczaccy koledzy, pchani ludzkim prądem, szli do przodu, czasami stąpając po podłodze, czasami po miękkim ciele swego towarzysza niedoli... Przed nimi szarzyzna przestrzeni, przeplatana kolorem ciał, które leżały lub ruszały się jak ludzki rój w czeluściach czyśća. Za każdym ich krokiem ktoś krzyczał, ktoś przeklinał i ktoś wymyślał tym, którzy śmieli w tym tłoku nastąpić na niego. Powolne posuwanie się krok za krokiem - nigdzie ani znaku wolnego miejsca. Wreszcie tuż za rogiem pod pryczą na podłodze kawałek miejsca.
"Tadzik chwytaj!" Stanisław zawołał.
Jego kolega wśliznął się jak ryba w jedną jedyną wolną lukę. Przy niej mały kawałeczek miejsca w przejściu na podłodze. Towarzysz Tadzika natychmiast tam klapnął i objął je w posiadanie.
"Lepiej to nic cuchnące i mokre miejsce pod latryną," Stanisław pomyślał i rozłożył swoje graty na podłodze.
Ludzie jeszcze chodzili i jeszcza błąkali się, szukając za miejscem, przyjmując ostatecznie brudną podłogę przy latrynie jako jedyne osiągalne pomieszczenie dla siebie. Powoli oczy zaczęły przywykać do szarzyzny luku, płuca pogodziły się z ciężkim woniejącym powietrzem, ciała skurczyły się do wymiarów osiągalnego miejsca, a więzień pozbawiony godności nawet przyjął latrynę, brud i woń jako nieuniknione okoliczności życia. Człowiek pogodził się z tym, co warunki mu udostępniły, w myśl zasady, że nawet w piekle życie jest możliwe.
"Tadzik, czy kiedyś przyszło ci na myśl, że będziesz podróżował w takiej norze," Stanisław zwrócił się do swego kolegi.
"Możesz być pewnym, że nigdy nie widziałem siebie w takiej sytuacji. To gorzej niż okręt, wiozący murzyńskich niewolników do Ameryki."
"Ty wiesz co ja myślę?... My napewno popłyniemy na Kołymę," Stanisław wypowiedział jedną ze swoich skrytych myśli.
"Tak wygląda. Widocznie takie jest nasze przeznaczenie. Ludzie tam też żyją i wytrzymują trudy katorgi, my też wytrzymamy. Napewno przejedziemy się tam i z powrotem i jeszcze w tym roku będziemy w polskim wojsku," przez Tadzika przemawiał głos optymizmu, jaki był zawsze jednym z pozytywnych elementów jego natury.
Po chwili Stanisław zwrócił się ponownie do kolegi:
"Czy ty wiesz jak nazywa się ten okręt?"
"Nie, jakoś nie zwróciłem uwagi na to, a ty wiesz?" Tadzik zapytał odwrotnie.
"Tak wiem. Mimowoli przeczytałem jego nazwę na przedniej części."
"Jak on sie nazywa?" zaciekwiony kolega zapytał.
"Dżurma...Dżurma... bardzo dziwna nazwa."
"Rzeczywiście dzika nazwa, bez żadnego znaczenia."
Do rozmowy wmieszał się sąsiad Tadzika z pod pryczy:
"Czy pan powiedział, że ten okręt nosi nazwł Dżurma?"
"Jak to, pan nie widział" Stanisław odpowiedział.
"Nie, nie widziałem. Człowieka tak gonili, że nie było czasu popatrzeć ani w prawo, ani w lewo."
Tadzik w tej chwili zdecydował się zrobić podróż po bokach prycz do "paraszy" stojącej w kącie przy wejściu.
"Tylko wracaj pan szybko, żeby tu jakiś żulik się nie zakradł," sąsiad z pod pryczy zawołal.
"Tu niema żulików, tu sami Polacy," Stanisław szybko sprostował.
"Ta, te cholery są wszędzie... One sią wszędzie wcisną..."
"Pan już musiał spotkać się z nimi..." jego przypadkowy sąsiad odrzekł.
"Nie raz jeden. Przed nimi trudno się uchronić..." człowiek z pod pryczy wyjaśnił.
"Ja tylko o nich słyszałem, ale się z nimi jeszcze nie spotkałem,"
"Nie życzę panu tego, aby pana to spotkało - to straszna cholera. Nie tylko, że człowieka okradną ze wszystkiego, ale jeszcze mogą go zamordować," starszy człowiek klął na rosyjskich złodziejaszków, którymi podobno były przepełnione wszystkie łagry i więzienia.
Rozmowa przygodnych znajomych zakończyła się, kiedy Tadzik powrócil na swoje miejsce pod pryczami. Nikt z tej trójki nie miał większej ochoty do wypowiadania swoich myśli. W gorącej i zadusznej norze człowiek mógł myśleć i budować wewnętrzną emocję, ale wypowiadanie ich nawet wobec najbliższych towarzyszy nie znajdowało głębszej pobudki.
Temperatura, którą obaj przyjaciele zastali w luce, zaczęła podnosić się coraz bardziej. Ludzkie ciała niczym piecyki produkowały ciepło, które nie znajdując ujścia gromadziło się wewnątrz. Ponadto ludzkie wyziewy zmieszane z wonia dwóch latryn, tworzyły zaduch coraz bardziej trudny do zniesienia. Dwaj przyjaciele, będąc na najniższym poziomie pomieszczenia, odczuwali gorąco i zapachy mniej od innych. Im wyższy poziom tym bardziej gorąco i odór dawały się odczuwać lokatorom prycz.
Jedyną aktywną osobą wśród tego marazmu życia był łukowski, brygadier grupy do której należał Stanisław. Człowiek ten przyjął na siebie zadanie utrzymania swojej grupy razem. W tej chwili jego zespół był rozbity po całej luce, ale przed nadejściem wieczora on wiedział dokładnie gdzie jest każda osoba z jego brygady. Dzięki niemu chleb, kwaśna kapusta i woda, które wydawano przez górny otwór w luce trafiały do właściwych więźniów i w należnej im racji.
Dopiero następnego dnia rano lekkie drganie okrętu dało znać więźniom o przygotowaniach do wypłynięcia z zatoki. Dalekim echem odezwały się motory, na pokładzie zwiększył się ruch obsługi, wkrótce potem zwiększyły się obroty śruby okrętowej i wkrótce statek wypłynął na pełne morze. Lekkie kołysanie i chlust małej fali robiły wrażenie spokoju i budowały perspektywę cichej i spokojnej podróży morskiej.
Dla obu przyjaciół było to pierwsze doświadczenie morskiego rodzaju. Każdy z nich był świadomy z książek i opowiadań, że pierwsza podróż na morzu łączy się z nieprzyjemna chorobą morską i obaj byli pewni, że oni też staną się ofiarami zła o demonicznych wymiarach. Reszta dnia minęła spokojnie, co utwierdziło ich w przekonaniu, że oni należą do ludzi odpornych na tę chorobę. W międzyczasie inne sprawy stały się przedmiotem ich zainteresowania.
"Ciekaw jestem ile ludzi jest w tym pomieszczeniu," Tadzik rzucił pytanie w stronę swego przyjaciala.
"Od biedy można obliczyć w przybliżeniu. Weź ilość przedziałów na pryczach pod ścianami i w pośrodku, pomnóż przez pięć w każdym i z kolei pomnóż przez pięć poziomów i dostaniesz przybliżoną cyfrę," Stanisław wyprowadził myśl kalkulacji.
"Nie zapomnij o ludziach w przejściach," Tadzik dodał swoją myśl.
"Licząc z grubsza, tu może być od ośmiuset do tysiąca ludzi."
"W tej małej przestrzeni tysiąc ludzi? To niemożliwe," Tadzik zawołal ze zdziwieniem.
"Spróbuj policzyć, może znajdziesz więcej."
"Nie, nie, to nie dla mnie. Ty jesteś lepszy matematyk. Jak powiedziałeś tysiąc to musi być tysiąc," brzmiało ostateczne zdanie Tadzika.
Po przyjęciu do wiadomości kalkulacji swego przyjaciela Tadzik zwrócił się do niego z następnym pytaniem:
"Ciekaw jestem, gdzie my jesteśmy w tej chwili?"
"Napewno na Morzu Japońskim. Mój obraz mapy tej części świata nie jest na tyle dokładny, aby zdać sobie sprawę z naszego geograficznego położenia," Stanisław odpowiedział.
"Kogo z nas w szkole obchodziła geografia wschodniej Azji. Ten rejon świata był tak odległy w przestrzeni, że nasze umysły nawet tego nie przyjmowały."
"Teraz nauki profesora byłyby ci się przydały, gdybyś był go słuchał," kolega Tadzika odpowiedział żartobliwie.
Jak wyglądało Morze Japońskie wiedzieli tylko ci, którzy doszli do czoła kolejki do zewnętrznej latryny, która odrutowana kolczastym drutem, zwisała z boku okrętu. Lecz tutaj też poza przestrzenią falującej wody niczego godnego swej uwagi nie widzieli. Okręt z ludzkim ładunkiem trzymał się daleko od brzegów Japonii; może dlatego, aby widok lądu nie podszepnął więźniowi desperackiego czynu wskoczenia do wody. Dobry pływak napewno mogłby się zdobyć na przepłynięcie kilku kilometrów. Pradwopodobnie nigdy ku temu nie zdarzyła się okazja. Urządzenia na okręcie i czujność personelu nie pozwoliłyby na ludzki wyczyn tego rodzaju.
Z chwilą wypłynięcia na pełne morze władze okrętowe pozwoliły na pełne otwarcie pokryw luki. Dopływ świeżego powietrza i ulotnienie się zaduchów i wyziewów wpłynęły na ochłodzienie temeratury i oczyszczenia wewnętrznej atmosfery. Mimo to w luce było wciąż gorąco. Dla tej przyczyny wszyscy więźniowie, bez wyjątku, podróżowali w bieliżnie, najczęściej zakrywającą tylko dolną część ciała. Zagęszczenie ludzi produkowało tyle ciepła, że nawet pełne odsłonięcie górnych otworów nie zdołało ochłodzić wnętrza.
Nazwa Kołymy nie schodziła Stanisławowi z myśli. Skromne wiadomości, które doszły do niego w Buchcie Nachodce, nie dawały mu nawet przybliżonego obrazu tego kraju. Wspomnienie o złocie nadawało bogatą treść tej nazwie. Za złotem musiały się kryć znośne warunki życia, ponieważ każdy pracownik, pracujący przy jego wydobyciu, musiał być uważany za cenną maszynę w produkcji tego kruszcu. W logicznym rozumowaniu każdy rozsądny właściciel niewolnika dbałby o jego byt, bo zdrowie i siła podporzadkowanego mu człowieka były podstawą produkcji naturalnego artykułu.
Prawdopodobnie wielu ludzi, których nędzne ciała wypełniały lukę, szukały za bliższym wskaźnikiem, który naświetliłby rolę i warunki życia więźnia-niewolnika, zatrudnionego przy kopaniu złota. Chyba nikt z nich nie znał geograficznego położenia tego kraju, a niektórzy z racji morskiej podrózy uważali go za wyspę na zimnych wodach Oceanu Północnego. Faktycznie kraj ten był tajemnicą dla każdego z nich, ale trudne warunki podróżowania budziły w nich życzenie, aby jak najprędzej tam dopłynąć i użyć świeżego powietrza i ruchu. Każde inne miejsce na świecie, nawet arktyczna tajga, musiało oferować lepsze warunki egzystencji niż ten zgniły okrętowy kąt, woniejący kanałem. Dlatego nieznana Kołyma stała się dla więźniów pożądanym miejscem, gdzie człowiek mógł ponownie poczuć się ludzkim stworzeniem, żyjącym naturalnymi darami natury.
Spokojna pogoda i łagodne morze nie były jednak trwałą okolicznością tej morskiej podróży. W ciągu nocy kołysanie okrętu wybitnie się zwiększyło. Nad ranem ruchy okrętu stawały się coraz bardziej gwałtowne, a podróz stała się coraz bardziej uciążliwą; największą ofiarą kolysania stali się więźniowie, którym los przeznaczył miejsce w pobliżu "paraszy".
Strażnicy podzielili się z więźniami wiadomością, że nadchodzi większa burza, którą oni określali swoim rosyjskim terminem "bolszaja kaczka". W ciągu dnia siła wiatru i kołysanie okrętu zwiększyły się poważnie w swoich rozmiarach. Burza morska nazewnątrz dawała znać o sobie. Gwałtowne fale uderzały całą potęgą swej siły o ściany okrętu, zmuszając do niezwykłych akrobacji na fali lub pod falę. Raz okręt rzucał się w samobójczym ruchu w przepaść morską, to znowu piął się na szczyt ruchomej fali; raz pochylał się na jedną stronę, to znowu zmieniał położenie w przeciwną stronę; czasami kiwał się z boku na bok, tworząc jeszcze trudniejszą sytuację dla swego ludzkiego ładunku. Morze nie miało litości nad statkiem, a tym samym nad jego niewolniczym towarem. Nikt z nich pasażerów wówczas nie myślał o gorącu, woni i jedzeniu; chęć przetrwania bardziej groźnego piekła była ich dominującą myślą.
Ludzki ładunek, jako integralna część statku, stał się w tej przygodzie ofiarą niespodziwanego wybryku morskiej pogody. Każdy ruch okrętu w górę i nadół, w jedną i drugą stronę, odbijał się wielokrotnie wtórnym efektem na więźniach i wewnętrznych urządzeniach luki. Skutki tej okrętowej akrobacji wkrótca dały znać o sobie. Pierwszym objawem tego była ogólna choroba morska. Niemal każdy z przypadkowych pasażerów na tym północnym rejsie był poddany temu nieprzyjemnemu doświadczeniu. Ale podwójną ofiarą tego wydarzenia stali się ci, którzy leżeli w przejściach na podłodze. Wymioty z góry padały na nich kaskadą nieczystości o nieprzyjemnej woni, przed czym nie było żadnej ochrony. Do ogólnego zaduchu w luce dołączył się kwaśny odór wymiotów, tworząc jeszcze bardziej zgniłą mieszaninę powietrza.
Obydwaj przyjaciele, leżąc na twardej żelaznej podłodzie z przewracającymi się żołądkami nie czuli się lepiej od innych. Ból i zawroty głowy połączone z buntującym się wnętrzem, domagały się opróżnienia wszystkiego, co przewracało się w ich wnętrznościach. Choroba morska nie miała zamiaru ominąć tych, którzy o niej wiedzieli, ale której jeszcze nie doświadczyli. Przygoda morska o której czytali w książkach za czasów szkolnych, nie ominęła żadnego z nich.
Nazewnątrz burza szalała ze zdwojoną siłą. Okręt z jeszcze większym rozmachem rzucał się w głębiny morza lub gwałtownie piął się do góry. Czasem wahając się przez chwilę w niewyraźnej pozycji, ponownie wpadał do czekającej na niego morskiej głębiny. Przy każdym z tych gwałtownych ruchów u góry pryczy odzywało się lekkie skrzypienie drzewa, ocierającego się o powierzchnię metalowego materiału. W miarę zwiększania się ruchu dźwięk ten powtarzał się coraz częściej i zwiększał swoją tonację.
Taki dźwięk nie wróżył nic dobrego. Jednak w sytuacji bólów, zawrotów głowy, wymiotów i rzucania ciałem nikt na to nie zwracał uwagi. Uczucie bezwładności i obojętności zdało każdego z więźniów na łaskę i niełaskę morskiej przygody. Nagle z silnym ruchem okrętu ku przodowi, cały świat otaczający Stanisława, zaczął przed nim zmieniać swoje kształty. Cały środkowy rząd prycz zgodnie z gwałtownym ruchem statku runął do przodu.
Przed jego oczami ukazał się wirujący świat ludzi i drzewa. Stanisław poczuł gwałtowne uderzenie belką w okolicy uda i równocześnie zobaczył przed sobą masę ciał zmieszanych z deskami, belkami i lużnymi ludzkimi gratami. Wśród tego splotu budowlanego materiału i nagich ciał odezwały się rozpaczliwe ludzkie krzyki i wołania. W luce powstała panika. W ogólnym zamieszaniu białe postacie zaczęły uciekać w kierunku jedynych schodów, prowadzących nazewnątrz. Oczy młodego Polaka spoczęły mimochodem na belce leżącej u jego nóg. Pod nia zobaczył głowę swego przyjaciela przyduszoną do podłogi. Natychmiast chwycił za koniec belki i całą siłą swoich rąk podniósł ją do gory. Przy jego pomocy Tadzik zdołał się wydostać z pod zwału desek i rupieci, przygniatających jego ciało.
W tej chwili gwałtowna fala ludzka porwała Stanisława ze sobą i wbrew jego woli niosła go w kierunku wyjścia. Ludzie w panice szukali wyjścia z sytuacji. W otworze ukazały się ludzkie ręce sięgające po tych, którzy szukali możliwości wydostamnia się z luki. W pewnej chwili kilka par rąk zaczęło ciągnąć go do góry. W sekundę potem znalazł on się na pokładzie w piekle szalejącej burzy na zewnątrz.
Ubrany tylko w dolną bieliznę, Stanisław natychmiast odczuł uderzenie zimnej wody o swoje ciało, która w szale nieustannego ruchu pieniła się i przewalała się przez pokład okrętu. W obawie przed porwaniem przez pieniące się fale młody człowiek chwycił się obu rękami najbliższej liny okrętowej. Wielu więźniów w jego pobliżu, podobnie jak on, kurczowo trzymało się każdej trwałej części pokładu. Tylko siła ich rąk i nieruchoma część okrętu mogły uchronić ich przed spłynięciem do morza razem ze zburzoną falą. Niektórzy nie wytrzymali ataku fali, spływając razem z nią ku burcie z rozpaczliwym krzykiem człowieka skazanego na zagładę.
Okręt jak oni starał się utrzymać bezpieczna pozycję na powierzchni morza. Za każdym uderzeniem fali statek przeciwstawiał się siłom straszliwego żywiołu natury; czasami rzucał się w morską głębinę, czasami drgał na jej szczycie, jakby dla otrząśnięcia się z wody. Stanisław, jako niemy świadek tej walki, sam stał się ofiarą zimna i szalejącego wiatru. Jego towarzysze, którzy opuścili lukę w bieliźnie, drżeli z zimna za każdym podmuchem wiatru i nieoczekiwanym tuszem zimnej morskiej wody.
Dzięki przytomności umysłu, Stanisław, w chwili gdy fala ludzka niosła go ku wyjsciu, chwycił w ostatnim momencie kurtke i koc, jakgdyby w przewidywaniu ich potrzeby w warunkach zewnętrznego szału pogody. Podczas, gdy jego współtowarzysze dygotali z zimna, jego okrycie zaoszczedziło mu granic tego dodatkowego doświadczenia. Widząc jednego z więźniów, drgającego z zimna użyczył mu swego koca, podczas, gdy sam trzymając się liny starał się znaleść wyjścia z trudnej sytuacji.
W przerwach między falami i szałem wiatru, ludzie biegali tam i z powrotem, jakby nawpół obłąkani ze strachu. Niektórzy krzyczeli dla wyładowania emocji, inni płakali, a jeszcze inni błagali strażnika, aby ich wpuścił do wnętrza luki. Dwaj streżkowie, stojący przy wejściu w osłoniętym miejscu, odpychali kolbami każdego kto się do nich zbliżył. Ludzie, trzęsący się z zimna i co chwila oblewani następną falą wody, coraz bardziej pchali się ku wejściu. Nagle powstało szamotanie między nimi i strażnikami.
W tym zamieszaniu kilku z nich skoczyło do środka - Stanisław poszedł za ich przykładem. W swojej kurtce stoczył się nadół po schodach i znalazł się na śliskiej cuchnącej podłodze. W tych morskich okolicznościach brud, świństwo i zaduch stały się jego zbawieniem - one stały się dla niego ochroną przed zimnem i szalejącą wodą.
Kiedy podniosł się z brudnej podłogi młody Polak zauważył, że prycze stały już w swojej pionowej pozycji; natychmiast rozpoczął poszukiwania za swoim przyjacielem. Chodząc po przejściach, nagle usłyszał z górnej pryczy znajomy głos Tadeusza. W odpowiedzi na wołanie popatrzył w tamtym kierunku i niemal pod samym otworem luki zobaczył twarz swego przyjaciela, wskazującego ruchem ręki, aby do niego dołączył. Ten przedsiębiorczy człowiek, będąc wewnątrz, zajął jedno z najlepszych miejsc w luce dla siebie i Stanisława. W górnej działce pryczy siedziało już kilku ludzi, ale jeden mały kącik był już zarezerwowany do jego użytku.
Przemarznięty młody człowiek bez namysłu wdrapał się na górę pryczy i wsunął się do wolnego miejsca na twardej desce, niemal natychmiast oceniając lepsze strony swego nowego locum. Pobliski otwór w suficie zapewniał stały dostęp świeżego powietrza, dodatkowa przestrzeń poniżej otworu pozwalała na większą swobodę ruchów, a ponadto tą drogą podawano do środka racje żywnościowe i wodę. W tej analizie pomieszczenia jego nowe miejsce zasługiwało na miano raju - za co był niezmiernie wdzięczny swojemu przyjacielowi.
Statek wciąż kołysał się na burzliwej fali, która od czasu do czasu rzucała nim w górę lub nadół, ale w nowym wygodnym miejscu efekt burzy morskiej dawał się jemu mniej odczuwać. Luksus miejsca miał dodatni wpływ na samopoczucie obu przyjaciół - każda inna negatywna strona podróży stała się sprawą drugorzędną. Jednym z pierwszych jego spostrzeżeń był fakt, że przestrzeń w luce stała się luźniejsza. W tym doszukał się jednego uzasadnionego wytłumaczenia - pewna ilość ludzi musiała ubyć z jej wnętrza. Niewątpliwie, ofiary wypadku zostały usunięte nazewnątrz w czasie, gdy Stanisław borykał się z zimnem i szalejącą wodą na otwartym pokładzie. Teraz siedząc w wygodnym miejscu, jakgdyby w orlim gnieździe, czuł się niczym patrycjusz wśród ludzkiej biedoty. Jakby dla potwierdzenia swojej wdzięczności odezwał się do przyjaciela głosem, pełnym uznaniem dla przytomności jego umysłu i za zajęcie się jego sprawą:
"Tadzik, jak ci się udało dostać tak wspaniałe miejsce?"
Jego przyjaciel uśmiechał się tajemniczo, jakby chciał dać do zrozumienia, że takie osiągnięcie było rezultatem jego pomysłowości i sprytu. Ten młody człowiek, napewno odziedziczył tę zdolności po swoim ojcu, bogatym człowieku w Buczaczu. W tym uśmiechu też mogła się kryć duma gracza piłki nożnej, który z podobnym wyrazem na twarzy schodził z boiska po zwycięskiej grze. Za zdobycie takiego miejsca w norze nędzy i biedy jemu należało się uznanie w takim samym stopniu jak zdobywanie bramek dla lokalnej drużyny piłki nożnej.
Nawet w tym wygodnym miejscu człowiek musiał podporządkować się pewnym niezbyt ludzkim przepisom władz okrętowych czy więziennych, które wiązały się z przepływaniem statku obok brzegów obcych państw. Bliskość obcego terytorium wymagała zachowania pewnych środków ostrożności, aby przypadkiem ktoś z więźniów nie pokusił się o ucieczkę, albo oko japońskiego obserwatora nie rozpoznało istotę ładunku transportowanego na północ.
Z chwilą wejścia na obce wody otwory okrętowych luk zostały szczelnie zamknięte a wyjście do zewnątrznego ustępu było absolutnie zabronione. Znowu dwie wewnętrzne "parasze" stały się jedyną wygódka dla tysiąca ludzi, powodując długie kolejki w przejściach między pryczami. Znowu gorąco, ludzkie wyziewy i wonie latryny zamieniły lukę w norę o ubliżających warunkach życia.
Reszta podróży, a szczególnie przez Morze Ochockie, uważane przez Rosjan za swoje prywatne jezioro, była raczej znośna. Przez otwór w luce Stanisław miał na widoku kawałek błękitnego nieba, strumień słonca czasami wpadał do środka, a świeże morskie powietrze docierało do wszytkich kątów pomieszczenia.
Również z tego punktu obserwacji miał wgląd w dolną część urządzeń pokładowych, co pozwoliło mu na zapoznanie się z pewnymi tajemnicami statku. Niezrozumiałą dla niego nazwą okrętu "Dżurma" poznał już wcześniej i domyślał się, że ten oryginalnie towarowy statek został przerobiony przez sowietów na transportowiec dla ludzkiego ładunku. Jego pojemnośc w towarze musiała wynosić pewną ilość tysiecy ton, ale w jego nowej użyteczności należało ją liczyć na tysiące ludzi. Takie informacje nie były jemu udostępnione i napewno nikt z władz więziennych nie wydałby tej tajemnicy.
Ale pewne detale, dotyczące statku, mieściły się na tabliczce umocowanej w dolnej częci masztu, która była dostępna Stanisławowi przez otwór luki. Na tej tabliczce były wytłoczone nazwy "Schiedam" i "Antwerp". Te informacje wskazywały, że okręt został zbudowany w stoczni belgijskiej i że jego pierwszym właścicielem była kompania żeglugi morskiej, urzędująca w Antwerpii. W jakimś czasie statek zmienił właścicieli, którzy użyli go na swoich wschodnich liniach idących daleko na północ. Jego obecna użyteczność napewno była tajemnicą dla świata, ale nie dla Stanisława i towarzyszących mu więźniów.
Po ośmio-dniowej podróży okręt niewolników zawinął do północnego portu Nagajewo na wybrzeżu Morza Ochockiego. Nazwa portu była całkowicie niezna dla nowo przybyłej grupy. Jedynie jego powiązanie z Magadanem, stolicą Kołymy, nadawało mu nieco treści. Jednak żadna z tych lokalnych nazw nie budziła wśród więźniów wielkiego zaufania. Kołymę można było zaliczyć do karnej kolonii, gdzie obowiązkiem i przywilejem więźnia była ciężka fizyczna praca w kopalni złota, gdzie nie można było liczyć na względne traktowanie przez władców systemu i skąd, jak krążyły pogłoski nikt nie wracał do "matiernika". Tego rodzaju widoki nie budziły większych nadzieji spełnienia się skrytych planów więźnia-niewolnika.
Statek zatrzymał się w zatoce w pewnej odległości od brzegu. W luce, do której dochodziły zewnętrzne odgłosy, słychać było jak ruch motoru powoli się zmniejszył, a wkrótce odezwał się twardy głos kotwicy spuszczanej na dno zatoki. Przez otwarty otwór w luce przebijało dzienne światło, a na poziomie zewnętrznego pokładu promienie słońca dawały znać, że dzień jest pogodny i słoneczny. Do wnętrza luki powiew świeżego zdrowego powietrza chłodził wewnętrzną temperaturę. W tym musiał być powiew arktycznego lata, który witał nowo-przybyłych niewolników na złotym lądzie arktycznego terytorium Sybiru.
Na pokładzie odezwały siż podniesione głosy i twarde kroki butów, uderzających o jego powierzchnię. Kilkanaście minut póżniej do tych odgłosów dołączył się ruch ludzki i głośniejsze wołanie strażników. Pierwsze grupy więźniów musiały już przechodzić procedurę wyładowywania. Po dłuższym czekaniu przyszła też kolejka na lukę w której podrózowali obaj buczaccy przyjaciele. Kolejka do wyjścia wynikła naturalnie, gdy ich poprzednicy opuścili przejścia przed nimi.
Kiedy obaj wyszli po schodach z zadusznej luki okrętowej na słońcem oświetlony pokład dzienne światło raziło ich oczy, płuca odetchnęły z ulgą i po raz pierwszy od wielu dni mogli rozprostować swoje mięśnie. Stanisław czuł się jak polarny niedźwiadek, który po długich miesiącach hibernacji wyszedł na świat z swojej ciemnej nory. Trzeba było przeczekać parę chwil nim oczy przywykły do jasnego światła. W kilka następnych chwilach jego zmysły zaczęły reagować na naturalne zjawiska tej części świata. Falujące morze i górski krajobraz wybrzeża otworzyły przed nim dziewicze widoki kraju jeszcze nie zepsutego osiągnięciami zachodniej cywilizacji. Nawet w tym kraju, znanym z biedy i nędzy, panorama dziewiczego krajobrazu mogła udzielić się ludziom skazanym na ciężkie warunki życia w północnych kopalniach cennych minerałów.
Stojąc na pokładzie czekał na swoją kolejkę zejścia z okrętu.
Przed nim łagodne fale biegły jedna za drugą w kierunku lądu. Patrząc na nie, widział jak w pewnych miejscach błyskały bielą białej piany i jak srebro słońca odbijało się w nich tysiącami najczyściejszych brylantów. Ten porządek morza bywał czasem zakłócony grzbietami czarnych wielorybów, które ukazywały się na powierzchni i znikały, jakby urządzając sobie igraszki z ruchliwą morską falą. Wolne stworzenia były wciąż pod opieką natury, która uznawała swobodę żyjących rodzajów, jako podstawę ich istnienia, na co nie mógł zdobyć się człowiek, przyznający sobie wyższość natury i kultury.
Wzrok Stanisława powędrował do krajobrazu wybrzeża i wolno wznosił się ku majestatycznym górom, wiszącym nad morzem, i w dalszej kolejce do lazurowego nieba o idealnej czystości błękitu. Przez chwilę oczy jego zatrzymały się na białych płatach śniegu, które razem ze spadającym lodowcem zdobiły strome górskie wybrzeża niczym wzory naturalnych koronek. Idąc po linii lodowca wzrok jego powrócił na płaszczyznę brzegu.
Niedaleko od zatoki uwagę jego ściągnął na siebie zestaw baraków, który swoją szarzyzną i wyglądem psuł piękno nadbrzeżnych okolic. Na zboczu wznoszącego się wzgórza ukazał się widok brudnych drewnianych zabudowań, których narożne wieżyczki z miejsca przypominały miejsca sowieckiej kaźni. Pierwszy obraz kołymskiego obozu pracy dawał znać nowo-przybyłym, że łagry i praca będą treścią ich niewolniczego życia. Dla nowo-przybyłych zasadniczą kwestią było to które baraki i w jakiej części kraju położone. Terminy arktyk, zimno, tajga i północ już były treścią nowego łagiernego języka, jakie każdy z nowo-przybyłych zdołał sobie przyswoić. Te niedawno nabyte terminy nie wróżyły dla żadnego z nich nic dobrego.
W tym momencie głos bojca, nadzorującego więźniów zawołał:
"Padawaj! Padawaj!"
Więźniowie, jeden po drugim, weszli na pochylnię wiodącą do żwirowanej powierzchni portowego podwórka. Tam znowu odezwały się dzikie głosy streżków:
"Poskorej! Poskorej!"
Krótkie minuty zapomnienia, kiedy oczy jego ujrzały piękno podarktycznej natury, znikły na widok łagiernych baraków i na okrzyki jego nastawników. Przed nim ujawniła się rzeczywistość czarna i niewolnicza - szare baraki i rozkazy nastawników, były pierwszym zwiastunem łagiernego życia.
Idąc za swoim przyjacielem, jego noga stanęła na twardej ziemi, gdzie złoto miało być jego bogactwem, a praca i życie niewolnika cegiełką na której sowiecki system budował swoją potęgę. Pod nogą wyczuł twardy żwir, luźny i niezamarznięty. Widocznie ciepłe letnie słońce już usunęło z wybrzeża morza ślady niedawnej zimy. Szereg drewnianych zabudowań portu nie różniło się wiele od pierwszego brzydkiego widoku, który przed kilku minutami zepsuł jego pierwsze wrażenie. Kolczaste druty i wieżyczki dookoła zabudowań portowych to deprymujący znak niewoli, znak ciężkiej i twardej pracy przy dźwiganiu ciężarów, lub przy łopacie i kilofie.
Następny widok nie przedstawiał się lepiej. Znowu nieprzyjemny widok baraków po lewej stronie drogi, wiodącej do miasta. Stanisław popatrzył na swego przyjaciela - jego twarz nie zdradzała zachwytu. Nikt z maszerujących więźniów nie wypowiadał swego zdania, ale ich wzrok i wyraz twarzy jawnie zdradzały ich uczucia i myśli. Żaden z tych widoków nie wróżył "szczęśliwego życia" o którym komunistyczna propaganda głosiła peany wewnątrz i zewnątrz kraju. Propaganda w zasadniczej treści zawiera element zakłamania. Tutaj ten element był jak najbardziej ujawniony.
Długa kolumna więźniów wiła się żwirowaną drogą, biegnącą wzdłuż wybrzeża - kolumna, która wydawała się nie mieł początku ni końca. Rzeka ludzka płynęła nieustannym ruchem - dla dziwnej przyczyny nawet nie nadzorowana przez bojców i psów. W tym miejscu, odizolowanym od świata, nadzór nad niewolnikami nie wydawał się być konieczny. Płynący strumień zniewolonych ludzi miał tylko jedną drogę przed sobą, która prowadziła tylko do celu jakim był inny zestaw baraków.
Władze łagiernego systemu doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że ucieczka z Kołymy jest niemożliwą i dlatego pozwolili podporzadkowanej sobie ludzkiej sile maszerować na własną rękę za kilkoma strażnikami wiodących kolumnę. Z tego zakazanego miejsca nikt nie był w stanie uciec poza jego granice, ponieważ wolność i warunki utrzymania były odległe o kilka tysięcy kilometrów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zdobyłby się na takie ryzyko, chyba że jego intencją było popełnienie samobójstwa. W tym wypadku natura ludzka nie pozwalała niewolnikowi na radykalne rozwiązanie sytuacji człowieka.
Tempo marszu zaczęło się zmniejszać. Czoło kolumny doszło do jednego z pośrednich celów. Przed maszerującymi więżniami ukazał się czworoboczny budynek z dymiącym kominem. Łaźnia, "bania" i "weszobojka" pod jednym dachem, były tym niezwykłym udogodnieniem życia więziennego, którym przywitano przyszłych kołymiaków w murach miasta Magadanu. Zdejmowanie ubrań, wchodzenie z osobistym bagażem do jednych drzwi i wyjście drugimi po procedurze sanitarno-mundurowej nadały każdemu z pancjentów wygląd typowego "zakluczonego' ubranego w szary kazionny strój.
Po dłuższym czekaniu kolejka też przyszła na obu buczackich przyjaciół. Silny głos nadzorcy zawołał do grupy czekających więźniów:
"Zdejmijcie własne ubrania i pozostawcie je na miejscu!"
Nieco później ten sam głos skierował do nich nieco dłuższa instruckje w nieco łagodniejszym tonie:
"Możecie wziść ze sobą bieliznę, ręczniki i drobne osobiste rzeczy jak skarpetki i chusteczki!"
"Wydaje mi się, że oni chcą pozbawić nas ubrań, płaszczy i innych większych części garderoby," Stanisław szepnął do swego przyjaciela.
"Tak wygląda... Trzeba jednak coś zrobić, aby zachować najlepsze rzeczy z naszego dobytku..."
Wielu więźniów przed nimi było tego samego zdania. Niektórzy darli i niszczyli swoje ubrania i buty, inni starali się przemycić część swego majątku więziennego w zawiniętych ręcznikach. Obaj przyjaciele po zdjęciu ubrań zdecydowali się na przemycenie ich przez łaźnię. Zawinęli je w ręczniki i bez trudu przeszli przez kontrolę u drzwi budynku.
Wewnątrz przemiana z więźnia na łagiernika odbywała się według już ustalonej procedury, w której higiena człowieka była jej pierwszą częścią. Do tego procesu należało strzyżenie wszystkich owłosionych części ciała przejście przez prysznice z ledwie cieplą wodą. Następna część ograniczała się do wydania więźniom nowego więziennego umundurowania. Po wyjściu na drugą stronę budynku wszyscy więźniowie wyglądali jednakowo i wszyscy zrównali się w jednej klasie łagiernika-niewolnika. Każdy z nowo-przybyłych otrzymał kufajkę, watowane spodnie, buszłak i granatowe nakrycie na głowę. Z tą chwilą zewnętrzne przeobrażenie "zakluczonego" na "łagiernika" stało się dokonanym faktem.
Dziwnym zbiegiem okoliczności na tym podwórku Tadeusz i Stanisław spotkali się z całą grupą buczaczan. Widocznie losy tak zarządziły, że ludzie pokrewni sobie przeszłością nieświadomie ciążyli ku sobie, dzięki ukrytym cechom ludzkiej naturze. Do tej niespodziewanie spotkanej się grupy należeli: Romek Wójcicki, Pawełek Januszewski, Kazimierz Vidak, jego rówieśnik Urbański i Siwak z Podzameczka. Trzymając się razem pięciu ludzi o wspólnym pochodzeniu maszerowali w jednej grupie w tym samym kierunku, jak wszyscy inni więźniowie przed nimi. Widocznie w tamtej stronie był jakiś obóz, gdzie na nowo-przybyłych łagierników czekały barakowe prycze i więzienna zupa i może kawałek chleba.
Magadan, okrzyczana stolica Kołymy, absolutnie nie zasługiwał na tak wielkie miano. Miejscowość była niewielka i niewiele w niej było do oglądania, a jeszcze mniej do podziwiania. Chyba sto do dwieście domów mieszkalnych, kilka budynków administracyjnych i niewątpliwie kilka łagrów o różnej kategorii. Jednak cywilizacji białego człowieka już zrobił tu pewne postępy. W ciągu niewielu lat mała rybacka wioska lokalnych Tunguzów przyjęła pozory miejscowości, godnej uznania na mapach świata.
Po drodze buczaczanie przeszli obok boiska sportowego na którym grupa komsomolców grała w siatkówkę. Widok ten przypomniał czterem z nich między-gimnazjalne zawody we Lwowie na rok przed wojną w której drużyna buczacka brała udział. Wśród maszerujących czterech należało do tej drużyny - Tadzik, Romek, Pawełek i Stanisław. Okazyjny ułamek przeszłości, który pod wpływem zewnętrznego impulsu powrócił do ich pamięci.
Na końcu żwirowanej drogi ukazała się brama tranzytki magadańskiej. Niewątpliwie ten obóz był przewidziany jako tymczasowego pobytu więźniów do czasu rozparcelowania ich po kopalniach złota w kołymskiej tajdze. Gdzieś daleko na północy znajdował się arktyczny rejon, który w zamarznięj ziemi ukrywał pokłady bogatego kruszcu. Ostateczne miejsce pracy nie było nikomu znane i dlatego tym bardziej przerażające dla Polaków.
Przy bramie każdego z przybyłych powitano kuponem, upoważniającym go do otrzymania dziennej racji żywnościowej. Jeden z funkcyjnych obozu wskazal drogę do kuchni, gdzie na każde osiem osób wydano miskę wodnistej zupy na rybie i owsie. Na podwórku były wmontowane stoliki, sięgające wysokością do piersi człowieka, na których ustawiano miski z zupą. Ósemka ludzi stawała dookoła i każdy do nich kolejno czerpał łyżką swoją należność aż do ujrzenia dna.
Wokół podworka stały drewniane baraki z zapluskawionymi i zawszonymi pryczami. Miejsca tutaj było pod dostatkiem. Każdy mógł wygodnie rozciągnąc się na dolnym czy górnym poziomie i nie czuć się sciśniętym jak w czasie podrózy na okręcie. Tutaj też buczaczanie trzymali się razem i spali w tym samym baraku, jakgdyby do podkreślenia wspólnoty swego pochodzenia. Trzech z nich, Vidak, Urbański i Siwak cierpieli na t.zw. kurzą ślepotę i dlatego w czasie wieczoru musieli korzystać z czyjejś pomocy, aby poruszać się po obozie. Takich nieszczęśliwców było więcej. Z chwilą nastania zmroku widziało się pary lub grupy spacerujące razem przy pomocy swoich kolegów.
W opinii Stanisława obóz tej fazie swego istnienia był zamieszkały wyłącznie przez polskich więźniów. Język polski definitynie dominował na podwórku. Później okazało się, że władze łagierne, świadomie czy nieświadomie, wsadzili do obozu trochę rosyjskiego elementu kryminalnego, który nie omieszkał wykorzystać brak świadomości Polaków w tej strony sowieckiego więziennictwa.
W kilka dni później, wśród wielu innych, Stanisław też stał się ich ofiarą. Kiedy w porze porannej usiadł pod wewnętrzną ścianką baraku, przechodzący więzien rosyjski potrącił jego nogę. Młody Polak pochylił się lekko. Gdy ponownie oparł się o sciankę, już nie wyczuł plecami tobołka ze swoim dobytkiem. Natychmiast skoczył za barierę, aby odebrać złodziejom swój majątek. Po drugiej stronie ścianki znalazł swoje drobne rzeczy rozrzucone, ale najcenniejszy artykuł, chleb, znikł razem z torebką.
Już od wczesnych godzin dnia, tuż po wydaniu zupy i chleba, ropoczął się proces rozparcelowywania więźniów po dalekich obozach w tajdze. Wszystkim kazano przyjść do bramy, gdzie urzędnik z listą w ręku wyczytywał nazwiska. Normą było pięćdziesiąt ludzi na wywołaną grupę. Po skompletowaniu grupy więźniom kazano wsiadać na czekające ciężarówki, które pod konwojem streżków opuszczały obóz i znikały z oczu na skrzyżowaniu przy głownej drodze. Proces ten powtórzył się wielokrotnie w miarę przybywania pustych wozów ciężarowych.
Przez dłuzszy czas nie wywoływano nikogo z grupy buczackiej. Pierwszym, który opuścił obóz był Pawełek Januszewski. Jego owrzodzone nogi wymagały leczenia i dla tej zdrowotnej potrzeby zabrano go do szpitala. Vidak i Urbański, cierpiący na kurzą ślepotę chcieli też skorzystać z opieki lekarskiej, ale ich niedomaganie nie kwalifikowało się do szpitalnego leczenia. Potem nastąpiła kilkudniowa przerwa w procesie wysyłania więźniów do łagrów w tajdze.. W czasie czego buczaczanom pozostałym Polakom na tranzytce znaleziono inne zajęcie w Magadanie.
Czekających polskich więźniów przeniesiono do 4go obozu, położonego za rzeczką Kołymianką, gdzie używano ich do robot przy budowie nowych baraków i kopaniu rowów. Przez kilka dni pobytu w tym obozie Tadzik i Stanisław pracowali w tej samej brygadzie roboczej i razem dzielili trudy życia łagiernego. Tutaj znaleźli nabywców na swoje cywilne ubrania, które sprzedali za ruble, czyli za mało wartościowe papierki. W wyniku tej tranzakcji zdobyli gotówkę za którą zakupili po bochenku chleba w sklepiku obozowym. Taka była ich jedyna korzyść z ubraniowej tranzakcji, wprawdzie nie korzystna dla nich, ale przy niewłaściwym układzie rzeczy mogli utracić ubrania za nic. Później już w całej swojej łagiernej historii więcej nie spotkali się ze sklepikami w obozach i nie mieli okazji do wykorzystania posiadanej sowieckiej papierków.
Po kilku dniach grupa polska wróciła z powrotem do tranzytki. Tam byli używani do prac w rejonie miasta, z wyjątkiem tych dni, kiedy przewidywano odejście transportów do północnych łagrów. Pewnego dnia nazwiska Romka Wójcickiego i Tadzia Warszylewicza zostały wyczytane z tej samej listy. Nazwisko Stanisława też zostało wymienione, ale ktos inny na nie odpowiedział. Dopiero po odjeździe ciężarówki on doszedł do wniosku, że w jego wypadku musiała nastąpić pomyłka i że ktoś o tym samym nazwisku pojechał na miejsce przeznaczenia z jego przyjacielem zamiast niego.
Nazwisko Stanisława zostało wyczytane ponownie dopiero w następnej serii transportów, kiedy w obozie pozostały tylko niedobitki z ostatnio przybyłych więźniów. Grupę pięćdziesięciu ludzi, złożoną z różnych narodowości, załadowano na wóz i pod strażą dwóch konwojentów wysłano w teren. Młody buczaczanin, jako jeden z pięciu Polaków, znalazł się w zestawie ludzi, gdzie przeważał kryminalny element rosyjski. Mając na uwadze dawne uwagi o "żulikach i urkach" oraz mając w pamięci niedawną kradzież chleba, młody polski więzień starał się trzymać od nich z daleka. Wśród tych ludzi jedyną ochroną i obroną dla niego i czterech innych Polaków byli dwaj uzbrojeni streżkowie.
Skurczeni w pozycji siedzącej, w rzędach po pięciu ludzi w każdym, ich ciała przechylały się na każdym zakręcie, naskutek tego ich ciała ich nawzajem się ściskały. Nieco z tyłu za Stanisławem siedział młody chłopak o ciemnej twarzy, wyglądający na Gruzina. Przy nim siedział jeden z Polaków, który z konieczności opierał się o niego na zakrętach. W pewnej chwili chłopak o ciemnej twarzy skoczył sąsiadowi do gardła z otwartymi zębami, niczym dzikie zwierze. Szczęśliwie dla Polaka bojec natychmiast interwenjował i dla jego bezpieczeństwa przesadził go na inne miejsce.
Dwu-dniowa podróż z krótkimi przystankami w obozach, uczastkach i prorabstwach była pod każdym względem jedną wielką męczarnią. Podróżowanie w skurczowej pozycji było nietylko niewygodne, ale powodowało kurcze i odrętwienia nóg. Okolice, jakie spotykali po drodze, też nie przedstawiały większego piękna krajobrazu i natury do oglądania. Nagie, brunatne pagórki, przechodzące powoli w górzysty teren i żwirowe drogi, wijące się nad przepaściami nie były ani miłym, ani bezpiecznym widokiem dla więźniów. Ponadto wiszące nad drogami szare głazy, płaty śniegu wciąż bielejące w górskich zaułkach, częściowo zamarznięte strumyki i całe lasy wyschniętych drzew w dolinach, były jakby prologiem tego, co czekało Stanisława i jego towarzyszy na końcu długiej i męczącej podrózy.
Gdzieś przed nimi w bezludnym pustkowiu przy kopalni złota był zestaw szarych baraków, gdzie z kilofem i łopatą w ręku, mieli kopać ziemię zawierającą złoto. Jedynym urozmaiceniem rozległego pustkowia były okazyjne łagry, rozłożone w dolinach rzek i rzeczek na przestrzeni tysiąca kilometrów od Magadanu do Ambartczyk na wybrzeżu Oceanu Północnego. Tak przynajmniej opowiadali między sobą więźniowie na tranzytce w Magadanie.
Według obliczeń Stanisława grupa więźniów musiała ujechać 400 do 500 kilometrów w kierunku północno-zachodnim od Magadanu zanim dotarli do końca drogi przy jakiejś szybko-płynącej górskiej rzeczce. Przez rzeczę prowadził prowizoryczny mostek na jej drugą bagnistą stronę. Od tego punktu zaczął się marsz zieloną a mokrą tajgą, wciąż pod nadzorem jednego bojca. Trasa po drugiej stronie mostku była naznaczona odciskami gąsienic traktoru i biegła wzdłuż tej samej rzeczki w głąb tajgi. Tajga nie była nowo-nabytym terminem dla Stanisława, a obcowanie z nią było dla niego nowym dożwiadczeniem.
Jedyny strażnik, jaki ich dozorował, okazał się wyrozumiałym człowiekiem. Po drodze pozwolił przystawać na zbieranie jagód, w porze południowej dał im dłuższy odpoczynek i nawet pozwolił chętnym na kąpie w wodzie czystej jak kryształ, ale zimnej jak lód. Stanisław spróbował tej rozkoszy, ale po zanurzeniu się do kuszącej wody, natychmiast z niej wyskoczył. Jej temperatura była za niska, aby zachwycać się przypadkową kąpielą w pod-arktycznej rzeczce.
Pod koniec dnia okazało się, że bojec pomylił trasę słabo znaczoną trasę w tajdze. Naskutek tego nadzorca i przewodnik poprowadził grupę w niewłaściwym kierunku. Tylko przez przypadek w pustkowiu tajgi znalazła się jakaś "komandirówka", gdzie przebywajacy w niej człowiek-więzień wskazał im właściwą drogę. Trzeba było cofnąć się kilka kilometrów wstecz po linii strumyka i skręcić w prawo do kopalni złota, jako do celowego punktu, gdzie po całodziennej wędrówce i głodówcw mieli doznać odpoczynku i otrzymać jedzenie.
Po długim marszu przez szpilkowy las przed nimi ukazał się widok kopalni i odrutowanego obozu na dalszym planie. Dzień już dobiegał końca - na dworze robiło się szaro. Zmęczeni całodziennym marszem i głodni więźniowie dotarli do pierwszego małego baraku, gdzie poczęstowano ich kwasem zrobionym z chleba, podobno uchodzącym za rosyjską specjalność. Po całodziennym marszu bez posiłku kwaśny płyn i kawaleczki pływającego w nim chleba miał wartośc cudownej manny, która na pustkowiu pozwoliła im na częściowe zaspokojenie głodu.
Po dojściu do łagru, raczej małego w porównaniu z tymi jakie mijali po drodze, wydano im rację chleba i miskę wodnistej owsianki na rybie. Na mieszkanie wyznaczono im nawpół wykończony barak stołówki obozowej, którego ściany już stały, ale jeszcze nie było pokrycia dachu. Noc była pogodna i gwieździsta. Migające gwiazdy na niebie miały swój urok, ale zimno nocy nie tworzyło atmosfery do ich podziwiania. Szczęśliwie deszcze w tym okresie lata były rzadkością, wobec czego mieszkanie na podłodze w budynku bez dachu poza zimnem nie sprawiało większego problemu.
Podczas długiej drogi do kopalni Stanisław zaprzyjaźnił się z młodym Polakiem, Jankiem Kubasem, zawodowym kapralem w wojsku polskim. Jako nowi przyjaciele, idąc śladem innych, dzielili wspólne łagierne łoże, układając jeden buszłak na podłodze i przykrywając się drugim, śpiąc plecami do siebie. Noc wprawdzie była chłodna, ale przy takiej kombinacji chłód nie bardzo dawał się odczuwać.
Pierwszy dzień pobytu dla nowo-przybyłych więźniów był dniem wolnym od pracy. Stanisław wykorzystał wolny czas na oglądnięcie rejonu i na rozpoznanie się z rozkładem samego obozu. Pierwsza uzyskaną informacją była nazwa obozu. Oficjalnie obóz nazywał się "Pryisk Pionier", w ktorym słowo "pryisk" było skrótem terminów, oznaczających kopalnię złota. Sam obóz był wprawdzie mały , ale zasieg ogrodzenia wskazywał na to, że "naczalstwo" planowało dalszą jego rozbudowę.
Na przestrzeni, otoczonej drutami, stały tylko trzy drewniane baraki i dwa pomniejsze baraki, które służyły za kancelarię i lekarską przechodnię. Żaden z trzech zasadniczych baraków nie posiadał jeszcze trwałego dachu, a dwa z nich były prowizorycznie pokryte korą drzewną. Tego rodzaju pokrycie mogło chronić ludzi przed śniegiem, ale nie mogły być wielką ochroną przed deszczem. Braki te tłumaczono tym, że obóz został założony ledwie dwa lata temu i jeszcze nie zdołano go kompletnie zagospodarować. Wewnętrz dwóch zamieszkałych baraków stały po dwa rzędy dwupiętrowych prycz, a w pośrodku żelazny piecyk, jako jedyne urządzenie do ogrzewania w czasie zimy. Wprawdzie w tym nie było luksusu, ale wygody były większe niż na podłodze w jadalni.
Zewnętrznie obóz był otoczony wysokimi drutami i jak każdy widziany poprzednio na rogach miał wysokie wieżyczki wartownicze. W najdalszym rogu przestrzeni obozowej znajdował się karcer dla niepoprawnych, a obok niego składnica trupów, zasadniczo używana tylko w ciągu zimy. Z obozu wychodziło się nazewnątrz przez szeroką bramę ponad którą wisiał napis "Ojczyzna Potrzebuje Metalu". Za drutami na lekkim wzniesieniu mieścił się bardziej okazały barak, zasłonięty drzewami, który służył jako mieszkanie dla strażników. Na niższym poziomie przy drodze do kopalni istniało kilka szałasów-ziemianek, przysypanych ziemią, będacych mieszkaniem dla t.zw. "wolniaszków", czyli dla ludzi wolnych bez prawa powrotu do rodzinnych miejscowości. Upominanie się o prawo wolnego człowieka, nawet po odsiedzeniu kary, było raczej ryzykowną sprawą. W takich wypadkach zawsze znalazł się odpowiedni paragraf w kodeksie karnym, który odsyłał pacjenta z powrotem za druty łagierne.
Cel dla którego istniał łagier, kopalnia złota, był widoczny na dalszym planie. Ta złotodajna dolina, po dnie ktorej rozlewał się górski strumień, nazywał się "zabojem", gdzie pracowało przeszło stu ludzi na zmianę, aby metodą odkrywkową przyspożyć sowieckiemu skarbowi cenne zasoby kruszcu. Cantralnym urządzeniem w rejonie kopalni była t.z.w. "butara", czyli płóczkarka. Konstrukcja jej była prymitywna i składała się z drewnianego podwyższenia z rynna na górze, łęczącą się ze strumykiem spływającym z lodowca. Nieco dalej i na wyższym poziomie był jeszcze jeden mały drewniany budynek, gdzie mieściła się prądnica, dostarczająca elektryczną energię do kopalni i łagru. Z drugiej strony obozu, idąc w gorę strumyka, był mały tartak, który dostarczał budulca na wewnętrzne potrzeby kopalni.
Wszystko to mieściło się w dolinie strumyka, chyba stworzonej przez topiące się śniegi lodowca i który pośrednio dostarczał wody do głownej rzeki, zwanej Kołymą. Po obu stronach doliny wznosiły się dwa górskie pasma ze szczytami sięgającymi samego nieba. Szczyty te znane były w jezyku więźniów pod nazwą "sopki". Z nimi łączyła się lokalna legenda, że dusze zmarłych łagierników spoczywały na szczytach gór i ubierały je bielą swojej niewinności, gdzie czekały na odejście do nieba.
Poniżej tej bieli ciągnął się szeroki pas szarych skał, a poniżej nich pasmo zielonej kosodrzewiny, przenikającej miejscami w górę i niemal sięgającej po biel śniegu. Na zboczach zwróconych do słońca zieleń była obfitsza i bogatsza. Po stronie zwróconej ku północy zieleni tej było niewiele. Natomiast dół doliny był calkowicie zielony. Niezbyt szeroki jej dolny poziom był pokryty ciemnym szpilkowym lasem i naziemną roślinnością, jak trawa i nawet kwiaty. Wsród tej zieleni sterczało wiele suchych drzew, które prawdopodobnie zginęły, gdy ich korzenie doszły do t.z.w. "wiecznej mierzłoty". Dla Stanisława był to deprymujący widok natury zniszczonej przez klimatyczne warunki północnej strefy Sybiru.
Obóz ten nie miałby racji istnienia, gdyby w tej dolinie nie znalazł się człowiek geolog, inżynier, adminstrator i ten najniższej kategorii - zniewolony łagiernik. Podczas gdy poprzednie kategorie ludzi, biorący udział w tworzeniu tego miejsca pracy należeli już do przeszłości, łagiernik był wciąż na miejscu i dzięki jego fizycznemu wysiłkowi złoto płynęło do Moskwy, aby gospodarczo podnieść kraj, zaniedbany i zrujnowany przez "złote" myśli komunizmu. Złoto kolymskie było szukaniem za cudem, który mógłby kraj wydobyć z dna biedy i nędzy drogą swojej wartości na światowym rynku..
Kontrastem kruszcu była wartość ludzkiego życia, która liczyła się wyłacznie siłą jego mięśni i konsekwentnej wydajności. Celem utrzymania tych mięśni w odpowiedniej kondycji, przynajmniej w czasie letniego okresu, przepisy łagierne przewidywały racje żywnościowe w zależności od wydajności więźnia. Ten, który dawał z siebie maksymalną ilość wysiłku był upoważniony do 800 gramów chleba dziennie, co nie byłoby mało, gdyby dieta zawierała inne odżywcze artykuły; człowiek o mniejszej wydajności musiał zadowalić się racją 600 gramów; a najniższy gatunek pracownika otrzymywał 400 gramów. W czasie zimy standartową racją chleba obniłano do 200 gramów, co w zasadzie było głodową racją. W ramach dziennego wyżywienia więzień otrzymywał trzy gorące posiłki w postaci trzech misek wodnistej zupy na rybie i owsie. Zimą ten przydział redukowano do dwóch zup dziennie, co razem ze mniejszoną porcją chleba tworzyło warunki do głodowej likwidacji człowieka.
Klimat i żywność pozornie nie majły nic wspólnego ze sobą, na Kołymie te dwa elementy, albo utrzymywały człowieka przy życiu albo były przyczyną jego liwidacji. Głodowe racje i zimowe warunki klimatyczne robiły okropne spustoszenie wśród niewolników łagru. Pierwsza zima pobytu więźniów pochłaniała conajmniej połowę ich stanu; po drugim sezonie pozostawali przy życiu tylko nieliczni, głównie ci którzy byli na funkcyjnych pozycjach w obozie. Zimowa temperature, kiedy mrozy dochodziły do 70 stopni Celsiusza poniżej zera była poprostu zabójczą. W czasie nasilenia mrozów niedożywieni ludzie ginęli masowo. Nawet człowiek siedzący przy ognisku zamarzał, gdy zimny wiatr północy zamieniał go w skostniałą ludzką postać. Wielu odmrażało palce, uszy, nosy i nawet całe kończyny. Takie zamrożenia wymagały radykalnej operacji odcinania odmrożonych części ciała. Według późniejszych wiadomości, jakie doszły do Stanisława, conajmniej tysiąc inwalidów tego rodzaju odsyłano do cieplejszych części Syberii do odbycia reszty kary.
Pierwszą pracą do jakiej wyznaczono nowo-przybyłych więźniów było gaszenie pożaru lasu... "Tajga się pali!" tak im powiedziano. Z łopatami na ramieniu posłano ich w las, aby powstrzymać rozszerzanie się ognia w kierunku obozu. Pożar niewątpliwie powstał naskutek nieostrożności więźniów, odkomederowanych do samodzielnej pracy na komandirówce. Nieugaszone ognisko przy wietrze, zapalajłc torf i krzaki rozprzestrzeniło się po tajdze. Zadaniem roboczej brygady było kopanie rowów od strony obozu oraz gaszenie trawy, krzewów i drzew. Rozszerzanie się ognia w innym kierunku nie było brane pod uwagę. Podobno on miał wygasnąć po dojściu do rzeki i mokradeł. Po stworzeniu zapory ogniowej na szerokości metra lub dwóch, wieczorem brygada wróciła do obozu.
Następny dzien był pierwszym właściwym dniem pracy na uboju, która miała zadecydować o wielkości dziennej racji chleba. Każdy z nowo-przybyłych został przydzielony do istniejącej już brygady pracy oraz podrządnej jednostki zwanej "zwienem", składającej się z pięciu ludzi. Dzienna norma zwiena było wykopanie 10 metrów kubicznych ziemi i przewiezienie jej po długiej pochylni do płóczkarki złota. Dla Stanisława była to absolutnie za ciężka praca. Tylko ktoś fizycznie silny mógł tej pracy podołać. Takich nie widziało się wśród pracujących niewolników - może kilku rosyjskich więźniów. Niektórzy, starając się wyrobić normę przepłacali życiem. Jeden z nich już w pierwszych dniach pracy młodego Polaka na zaboju, wieczorem zmarł na skutek ataku serca.
Pierwszą czynnością, jaką powierzono Stanisławowi, było wożenie ciężkiej mokrej ziemi drewnianymi taczkami na wysokość rynny którą płynęła woda do butary. Dla młodego, wymizerowanego i niemającego doświadczenia w takiej pracy Polaka, wysiłek ten przechodził jego fizyczne możliwości. Ledwie dowiózł pierwszy ładunek do początku pochylni, taczki wysunęły się jemu z ręki i cała ich zawartość znalazła się w błocie. Niezadowolony "zwienowoj" dał mu wobec tego łopatę i kilof do ręki. To też nie szło mu składnie. Widząc to jego bezpośredni zwierzchnik powiedział, że on pracując cały dzień nie zarobi nawet na ćwierć normy. Dla młodego łagiernika widoki na najwyższą normę żywności były żadne.
Po całodziennym borykaniu się z kilofem i łopatą Stanisław skorzystał z pierwszej okazji, aby zmienić rodzaj pracy. Następnego dnia, kiedy kierownik "zaboju" szukał za człowiekiem do odrzucania kamieni z pod butary on na ochotnika zgłosił się do tej pracy. Praca tego rodzaju też była ponad jego siły. Przy następnej nadarzającej się okazji zgłosił się do czerpania wody do rynny. Tym razem zajęcie poszło mu lepiej. Dobrą jego stroną było to, że mógł odpoczywać, kiedy strażnik patrzył w inną stronę.
Przy tej pracy zapoznał się z produkcją złota. Sposób płókania był bardzo prosty w zasadzie. Złotodajną ziemię dowoziło się taczkami do rynny z wodą, spływającą z lodowca, w ktorej szybki strumień oddzielał złoto od brudu. Złoto mając większy ciężar gatunkowy spadało bliżej, a ziemia i woda spływały dalej. Dziennie tym spsobem wydobywano około czterech kilogramów kruszcu, na co składała się praca dwóch zmian - dziennej i nocnej.
Również praktykowano płukanie samorodków w piasku nad strumykiem. Praca ta była zarezerwowana wyłącznie dla wolniaszków. Znalezione samorodki sięgały wielkości 25 gramów, za które pracownik otrzymywał 25 rubli od grama. Jeden z najbardziej surowych zakazów odnosił się do chowania złota dla siebie. Za takie przewinienie groziła kara śmierci. Prawo do wykonania takiego wyroku miał każdy bojec dozurujący miejsce pracy.
Wkrótce po przyjściu nowej grupy więżniów do kopalni złota "Pionier" władze sowieckie podały oficjalnie do wiadomości, że między Sowietami i Polskim Rządem w Londynie została zawarta umowa na mocy której wszyscy Polacy zostaną zwolnieni z łagrów i więzień. Wkrótce potem większość Polaków została przesunięta do lżejszej kategorii pracy. Przesunięcie to było poprzedzone badaniem lekarskim, przeprowadzonym przez wizytującą młodą doktorkę. Lekarka po zbadaniu Stanisława wyciągnęła ze szafki butelkę i poczęstowała go jedną dawką tranu. Ten rybi tłuszcz, którego za nic w świecie nie chciał wziąść do ust w czasie swego dzieciństwa, w tym wypadku posiadał dla niego najlepszy smak w świecie i cudowna wartość leczniczą.
Praca przy drzewie była istotnie lżejsza od kopania ziemi na zaboju. Jedną dobrą stroną tej pracy była możliwość przyjęcia swego tempa pracy, ponieważ strażnik nie mogł sprawować stałego nadzoru nad więźniami. Wymagana norma drzewa też przechodziła możliwości Stanisława - ścinanie i pocięcie drzewa i ułożenie 15 metrów kubiczny na trzech ludzi wymagało silnych i doświadczonych pracowników, czego nie można było przypisać młodemu Polakowi i jego dwóm współpracownikom. Dwaj inni Polacy, którzy pracowali w tym "zwienie" nazywali sie Siwak z Buczacza i Miller ze Lwowa. Stanisław, chociaż młodszy wiekiem od nich został wyznaczony przez brygadiera na starszego grupy dla przyczyny tylko jemu znanej.
Jego grupa wprawdzie nigdy nie wyrobiła normy, ale jej wydajność była wyższa od innych grup, co wyrobiło im markę u zwierzchnika. Za tą wydajnością kryło się małe oszustwo, które polegało na zaliczaniu do dziennej wydajności kilku stogów z poprzedniego dnia.
Na tej pracy młody Polak zapoznał się z jednym ze starych łagierników, który stracił palce u jednej ręki w ciągu ostatniej zimy i który pełnił funkcję specjalisty do ostrzenia siekier i pił. Więzień ten miał swój szałas w lesie, który mieścił się na otwartej przestrzeni i gdzie stale utrzymywał ognisko, na którym grzał t.zw. "kipiatok." Dla niego gorąca woda była namiastką czaju, czyli herbaty, która była tradycyjnym napojem w carskiej Rosji. Pierwsze pojawienie się Stanisława w jego zakątku zostało przyjęte przez starego Rosjanina z pewnym zdziwieniem..
"A kto ty takoj?" starszy człowiek zapytał.
"Polak," Stanisław odpowiedział.
"A za co ciebie zamknęli?"
"Nie wiem..." brzmiała odpowiedź.
"A ty może oficir?"
"Nie zupełnie, byłem w szkole oficerskiej, ale jeszcze nie promowano mnie na oficera," Stanisław wyjaśnił.
"Ta ty moj czałowiek..." Rosjanin zakrzyknął i z miejsca zasalutował przed nim swoim kikutem.
Od tego czasu młody Polak był przyjaźnie przyjmowany przez Rosjanina. W czasie okazyjnych spotkań człowiek ten zwierzał się przed Polakiem ze swojej przeszłości. Według swoich opowiadań więzień ten był oficerem w carskiej armii w osławionym pułku huzarów; za Rewolucji dosłużył się wysokiego stopnia pułkownika. "Pułkownik" Kuźniecow, jak się nazywał Stanisława nowy znajomy, przy każdej wizycie Polaka zwierzał się przed nim z różnych epizodów swego życia, kiedy siedzieli na pieńku i popijali kipiatok. Takie zwierzenia zdarzały się tylko wtedy, kiedy w okolicy nie było ani brygadiera ani streżka. Z chwilą pojawienia się któregokolwiek z nich starszy Rosjanin natychmiast zabierał się do ostrzenia piły albo siekiery.
Kuźniecow poprostu wyżywał się w opowiadaniach z jego lepszych żołnierskich czasów. Jednym z wielkich tematow był carski pułk husarów w którym spędził swoje młode lata w stopniu młodszego oficera. Z tego okresu życia wyniósł szereg anegdot, którymi chętnie dzielił się ze Stanisławem. Jedną z takich była historyjka związana z hasłem husarskiego pułku, "czornyj huzar biełoji wotki nie piot." Pewnego razu, gdy oficerskie bractwo popijało w kasynie, jakiś dostawca przyszedł do dowóodcy z prośbą o zapłacenie mu należności za dostarczone artykuły żywnościowe. Zamiast pieniędzy dano mu do ręki kieliszek z wódką, zabarwioną atramentem dla braku innej zaprawy. Człowiek wzbraniał się przed wypiciem tej trucizny, ale gdy przystawiono mu pistolet do głowy musiał dostosować się do ogólnego żądania oficerów. Po wypiciu tego napoju przewrócił się na podłogę, pijany albo zatruty.
"Ha...ha...ha..." zaśmiał się pułkownik po skończeniu swego opowiadania.
Innym razem przypomniały się jemu czasy murmańskie, kiedy na rosyjskim wybrzeżu wylądowały brytyjskie oddziały ekspedycyjne, a sowieckie władze wydelegowały jego pułk dla ewentualnego przeciwdziałania akcji Anglików. Wielkim wydarzniem dla niego było zapoznanie się z niezbyt cenionym przez niego alkoholem "wiski". Wprawdzie Brytyjczycy i Rosjanie trzymali się z daleka od siebie, ale pewne małe kontakty były nieuniknione.
Na stronę sowiecką często zaglądał Brytyjczyk "Brej" (Bray?), który pod połą swego płaszcza przynosił dla swoich klientów butelki whisky. Jednym z jego odbiorców był prawosławny pop, który za butelki marnego trunku wyzbywał się wartościowych złotych rubli carskich. Za pośrednictwem popa angielski trunek przenikał do oficerów sowieckiej jednostki, którzy delektowali się nim z racji jego zagranicznej produkcji. Sam alkohol był tylko pośrednią przyczyną wydarzeń natury osobistej, które według jego zdania zaważyły na jego całej przyszłości.
W tym czasie oficer Kuźniecow mieszkał u wdowy z córką na wydaniu. Pewnego wieczora po wypiciu kilku kieliszków matka zostawiła dwoje młodych ludzi siedzących w pokoju na kanapie. Kiedy mamasza powróciła z kuchni zastała córkę w objęciach młodego majora Czerwonej Armii, a fałdy jej sukni zarzucone na kolanach gościa. Matka zaraz podniosła głos i oskarzyża Kuźniecowa o zniesławienie imienia rodziny i ubliżenie jej panieńskiej godności co wcale nie licowało z honorem oficera. Kilka dni potem major i panna złożyli sobie dożywotnie śluby w najbliższym urzędzie stanu cywilnego. W opinii byłego oficera Czerwonej Armii był to planowany przez poźniejszą teściową zamach na jego kawalerstwo, czego on jej nigdy nie przebaczył.
Nieco później przydarzył się jemu drugi zamach, ale tym razem na jego wolność. Kiedy czystki Stalina były w pełnym toku, kiedy Tuchaczewskiego i innych wyższych oficerów zamknięto w tiurmie za rzekome bratanie się z Niemcami, Kuźniecow, jako ówczesny dowódca sowieckiej jednostki też dostał się do kryminału. Ostatecznym zakończeniem jego sprawy było zesłanie na Kołymę, w czym on też podejrzewał podstępną rękę swojej teściowej.
"A czy ty masz panne?" pułkownik zwrócił się do Stanisława.
Młody człowiek wzruszył ramionami, dając mu do zrozumienia, że w Polsce nie zostawił nikogo z kim wiązałyby go bliższe uczucia.
"Jak ciebie zwolnią, to ty sobie pannę znajdziesz, ale jak znajdziesz to popatrz jednym okiem na panne a drugim na matkę. Jeśli dojdziesz do przekonania, że matka to jędza, to zapomnij o wszystkim," Kuźniecow dał mu jedną życiową radę, jako myśl do przestrzegania.
Od niego młody Polak też dowiedział się, że dwa lata wstecz do tej doliny przyszło około dwustu więźniów z których już tylko kilku pozostało przy życiu. W czasie tego wspomnienia pułkownik podniósł kikut do góry, jakby chciał policzyć jeszcze żyjących towarzyszy, ale na widok zniekształconej ręki zaniechał tego zamiaru. Ręka bez palcow musiała być dla niego bolesnym wspomnieniem.
Obowiązki Stanisława i jego współpracowników czasami ulegały zmianie w zależności od zapotrzebowania. Kilka dni ścinali drzewo na deski i budulec; deski te póżniej na własnych plecach nosili do obozu na pokrycie dachu nad jadalnię; często żądano od nich nadliczbowej pracy noszenia drzewa opałowego do kuchni, co zawsze odbywało się wieczorem po normalnych godzinach pracy.
Podczas jednej z takich prac młody Polak zawarł nową znajomość w obozie, dzięki której miał okazję zdobycia dodatkowej żywności. Osobą tą był kucharz Iwan, człowiek w średnim wieku, którego już znał z widzenia od pierwszego dnia pobytu w obozie. Pewnego dnia po zrzuceniu drzewa opałowego w obozie Iwan zwrócił się do Stanisława z propozycją o narąbanie drzewa dla kuchni. Za tą pracę przyrzekł mu dodatkową porcję owsianki. Razem ze swoim towarzyszem, Jankiem Kubasem narąbali kucharzowi tyle drzewa ile on potrzebował następnego dnia. Nagrodą była miska gęstej zupy z samego dna kotła dla każdego z nich.
To samo powtórzyło się kilka dni z rzędu, co dla głodnych więźniów było prawdziwą gratką. Po kilku dniach Iwan wciągnął młodego Polaka do kuchni jako wieczornego pracownika do zmywania naczynia i solonych śledzi. Praca przy żywności dawała mu możność napełnienia żołądka gęstą owsianka i na dodatek zawsze wynosił kilka śledzi, którymi dzielił się z Millerem i Siwakiem na pracy. W tym odizolowanym od świata miejscu, gdzie żywność liczyła się na wagę złota dodatkowe jedzenie miało wielkie znacznie dla niego i z nim współpracujących polskich towarzyszy.
Między Stanisławem i Iwanem nawiązała się bliższa znajomość, czego wyrazem były ich wieczorne rozmowy. Przy takich okazjach siadali na progu kuchni i prowadzili pogawędki na różne tematy. Iwana najbardziej interesowały wiadomości o życiu w Polsce przed niemiecką inwazją. O tej sprawie rozmawiali tylko wtedy, kiedy nie było trzecich osób w pobliżu. Kucharz najwyraźniej nie darzył nikogo zaufaniem, nawet więźniów z najbliższego jemu otoczeniu. Informacje o życiu w innym, nie sowieckim, kraju musiały budzić w nim duże zainteresowanie, bo przy każdej pogawędce wracał do tego tematu. Prawdopodobnie ten stary łagiernik pragnął zorientować się jakie mogłoby być życie jego żony i dwojga dzieci w rodzinnej wiosce na Ukrainie, która była wówczas pod okupacją niemiecką. Iwan też zwierzył się jemu ze swojej kułackiej przeszłości, która stała się przyczyną jego uwięzienia i kołymskiego łagiernictwa.
Ciche podciąganie śledzi w kuchni nie uszło uwagi innych pracowników. Ktoś doniósł o tym głównemu kucharzowi. Zwierzchnik Iwana żądał natychmiastowego usuniecia Stanisława z kuchennej pracy. Iwan ostro zaprotestował przeciwko temu, co zadecydowało o pozostaniu Polaka na dodatkowej funkcji kuchennej. Na boku kucharz ostrzegł go, aby był ostrożny w kradzeniu śledzi. Od tego czasu kilka śledzi na dnie wanny z brudną wodą lądowały za rogiem kuchni, gdzie jeden z jego towarzyszy odbierał je od Stanisława.
W połowie sierpnia zaczęła się pora deszczowa, przykra, mokra i dokuczliwa. Nieustanny deszcz padał przez cały dzień i noc nie pozostawiając ani jednej suchej nitki na więźniach pracujących pod gołym niebem. Dla Stanisława był to najtrudniejszy okres za czasów jego pobytu w tym obozie. Przed mżącym deszczem nie można było się ukryć i nie było miejsca, gdzie można byłoby wysuszyć odzież. W nocy mokry buszłak na mokrej podłodze i mokry buszłak jako okrycie było kontynuowaniem mokrego dnia nazewnętrz. Jego marzeniem wówcza było ognisko w lesie przy którym mógłby się ogrzać i częściowo osuszyć.
Rano zmoknięty jak kura na deszczu wychodził do lasu, gdzie pod rozłożystym drzewem rozpalał ognisko razem z kolegami. Raz siedząc plecami do ognia nawet nie czuł jak buszłak zaczął się na nim palić. W rezultacie tego wypalił dziurę w podstawowym swoim odzieniu, o naprawieniu którego w łagiernych warunkach nie było mowy. Innego dnia, stojąc niemal w ogniu, również wypalił dziurę w jego solidnych wojskowych polskich butach - jedynej pozostałości z jego dobrych polskich czasów.
Następne dwie doby były podobne do pierwszej - mżyca cały dzień i moknięcie całą noc w baraku bez dachu. Dopiero na czwartą noc, drogą specjalnej łaski, ktoś z obozowych władz pozwolił im przenieść się do baraków pokrytych korą i spać na miejscach tych, którzy pracowali na nocnej zmianie. Tam deszcz też przenikał do środka, ale w mniejszym stopniu. Stanisław, spiąc na dolnej pryczy obok Kubasa, po raz pierwszy od wielu dni zdołał się nieco ogrzać, przespał i odpoczął. W tym baraku, w względnie możliwych warunkach, przetrwał resztę okresu deszczowego i nawet zdołał częściowo osuszyć swoją odzież.
Po długiej ośmio-dniowej słocie władze obozu wreszcie zdecydowały się na pokrycie deskami barakowych dachow. Z tą decyzją przybyła dodatkowa praca dla Stanisława i innych więźniów, pracujących na kopalni i wyrębie lasu. Wieczorami, po pracy, każdy z nich musiał odbyć kilometrowy marsz do tartaku i stamtąd na barkach nieosąc deski na dach. Deski były ciężkie, a praca męcząca, ale w tym była nadzieja, że w wypadku następnej słoty znajdzie się miejsce do ukrywania się przed deszczem.
Tajga miała jeszcze jedną niemiła niespodziankę dla Stanisława, nieco inną w skutkach, ale nie mniej przykrą i dokuczliwą. Kiedy po deszczu ukazało się słońce z mokrej ziemi wyroiły się miliony muszek, które natychmiast stały się przekleństwem życia. Przed nimi jak przed deszczem nie było schronienia - one pchały się masami do oczu i uszu, powodując opuchnięcie powiek, co czasowo oślepiało ludzi. Dla ochrony przed nimi więźniom wydano siatki, które pomagały w pewnym stopniu. Wielu starych łagierników pogubiło siatki wydane im w poprzednim roku i dlatego artykuł ten stał się przedmiotem ogólnego handlu i kradzieży.
Mrozy, które zaczęły się w ostatnim tygodniu sierpnia radykalnie rozprawiły się z muszkami. Po pierwszym mroźnym dniu one przestały być zmorą człowieka. Znowu można było pracować bez masek, a po kilku dniach opuchlizny zeszły z oczu. Równocześnie z przyjściem mrozów rozpoczęto ogrzewanie baraków. Po pracy można było stanąć przy piecyku i doznać kojącego uczucia ciepła, a w nocy rozkoszować się temperaturą ogrzanego powietrza.
Zimny i mrożny dzień trzeciego września, przyniósł Stanisławowi i innym Polakom w obozie najprzyjemniejszą niespodziankę, jaka kiedykolwie w życiu ich spotkała. Po porannym chłodzie nikłe słońce ociepliło dolinę i nadało trochę radosnej treści dla życia odseparowanego od świata. Nawet "pałkownik" Kuźniecow odtajał przy "kipiatku" i swoim zwyczajem zaśpiewał kołymską piosenkę "Ja żywu koło Ochotskoho Moria", której rzewna melodia rozległa się po całym lesie. Streżok i brydadier musieli znaleść sobie jakieś ciepłe i słoneczne zacisze i nie bardzo zwracali uwagę na podległych im ludzi. Stanisław i jego koledzy, utartym zwyczajem, gotowali kipiatok oraz w sekrecie skradzione śledzie. Wszystko robiło wrażenie pięknej sielanki w miejscu pracy, niewygód i głodu. W taki cudowny dzień w godzinach popołudniowych przy "zwienie" drwali zjawił się brygadier, jako zwiastun niezwykłej wiadomości.
"Wy, Polacy zostaliście dzisiaj rano wyczytani na wolność," zwierzchnik powiedział do nich z uśmiechem na twarzy.
"Naprawdę?" Stanisław zapytał niedowierzająco.
"Jak słyszałem w kancelarii, jutro macie wyjechać do Magadanu."
Przez resztę dnia nikt z grupy Stanisława nie tknął ani piły ani siekiery. Brygadier i bojec nie mieli nic przeciwko temu. Dla nich Polacy byli już wolnymi ludźmi, wyższymi w świecie niewolników od więźnia-łagiernika. Od tej chwili szczęśliwcom przysługiwał tytuł "grażdanin" i nad którymi ich władza się kończyła. Nawet stary pułkownik Kuźniecow, prawie nigdy nie opuszczający swój szałas, pojawił się przy zwienie, aby pogratulować polskiemu "oficirowi" wyjścia na wolność. Ich gratulacje były jednak przedwczesne, ponieważ nikt z Polaków nie miał papierka w ręku, które nadawałby jemu taki przywilej, ale wiadomość o ich wyjeździe z łagru pobudzała ich myśli do uprzedzania przyszlych faktów.
Wieczorem "dobra wiadomość" brygadiera została oficjalnie potwierdzona. Na liście szczęśliwych ludzi znalazło się pięć nazwisk, które odczytano w ich obecności przez samego naczelnika obozu. Poza Stanisławem na liście wolnych znalazły się również nazwiska Kubasa, Radziszewskiego, Siwaka i Millera. Naczelnik wygłosił przy tej okazji małą mowę o wojennym przymierzu obu narodów i kazał im przygotować się do wyjazdu w dniu jutrzejszym. Przed Polakami nagle otworzyła się brama wolności do lepszego i polskiego życia. Po przejściu tej bramy przed nimi zaczynała się droga szczęścia i radości. Tak myślał i czuł każdy z nich - dla wszystkich był to dzień wielki i pamiętny, może największy w ich życiu.
Wiadomość o wyjeździe Polaków szybko rozeszła się po całym obozie. Jedną z osob najbardziej zainteresowaną tą sprawą był kucharz Iwan. Podczas najbliższego spotkania ze Stanisławem przy kotle zupy, Rosjanin powiedział Polakowi, że chciałby się z nim zobaczyć w kuchni, jak się tylko ściemni. Kiedy rejon podwórka opróżnił się z więźniów młody Polak, zgodnie z zaproszeniem, zjawił się w tym ważnym budynku obozu. Iwan kazał mu usiąść na ławce i znowu zaczął z nim rozmowć na temat swojej rodziny i o jej obecnych losach na ziemi pod okupacją niemiecką.
W międzyczasie co chwila podchodził do pieca, jakgdyby pitrasił na nim coś niezwykle specjalnego. Wkrótce Stanisław poczuł przyjemną woń gotującej się potrawy, której istoty nie potrafił rozpoznać. W jego ocenie Iwan musiał przygotowywać coś dla niego do jedzenia - coś w rodzaju pożegnalnej uczty. Niedługo potem na stole ukazała się blaszana miska z makaranonem, który dla dodania smaku kucharz polał roślinnym olejem z małej flaszeczki, wyciągniętej ze specjalnego schowka. Makaron w miejscu, gdzie poza owsianką innego pożywienia nie znano, był tym cudem, o którym więzień mógł śnić i marzyć, ale nigdy próbować jego smaku.
W intencji Iwana pożegnania młodego Polaka kryła się jedna bardzo ważna dla niego myśl. Celem jej było przekazanie wiadomości o nim do jego rodziny, kiedykolwiek warunki na to pozwolą. Stanisław, czując się zobowiązany wobec tego człowieka, chętnie zgodził się na zrobienie Iwanowi tej uprzejmości. Wiadomości tej, ani adresu jego rodziny nie mógł w żadnym wypadku wziąć ze sobą na kawałku papieru. W wypadku osobistej rewizji, której mógł być wiele razy poddany, każdy zapisek mogł stać się przyczyną nowych represji i ponownej kary. Dlatego w czasie rozmowy i rozkoszowania się makaronem powtarzał bez końca adres rodziny Iwana, aby go dobrze utrwalić w pamięci.
Następnego dnia rano śnieg padał dużymi płatami. Cała okolica obozu wyglądała czysto i biało, jakdgyby przybrała się w odświętne szaty z okazji wyjazdu Polaków. Przed bramą stał wóz ciężarowy, ktory miał odstawić wolnych ludzi do najbliższego prorabstwa. Przed opuszczeniem obozu kandydatów na wolność wezwano jeszcze raz do kancelarii, gdzie wysłuchali następną mowę naczelnika i zostali pożegnani prze niego uściskiem dłoni. Dla okazania swojej dobrej woli najwyższy władca obozu kazał ich zaopatrzyć w dodatkową rację chleba na drogę.
Po oficjalnym pożegnaniu polscy "wolniaszkowie" wskoczyli jak najszybciej na czekającą ciężarówke, jakby w obawie, aby przypadkiem ktoś nie zmienił zdania i nie wepchął ich z powrotem do obozu. Przed kuchnią stał kucharz Iwan i kiwał do nich ręką, napewno w przekonaniu, że kiedyś w przyszłości wiadomość o nim trafi do jego żony lub dzieci. Przejeżdżając obok kopalni, Stanisław ze współczuciem w sercu dla łagierników popatrzył po raz ostatni na niewolników systemu, pracujących przy kilofie, łopacie i taczkach, bez żadnych widoków opuszczenia tego miejsca zapomnianego przez świat i ludzi. Dla nich dolina złota, według ich wiary i przekonań, była doliną śmierci. Stanisław i jego towarzysze dzięki politycznemu układowi rzeczy byli na drodze do uniknięcia tej ostateczności.
Wóz ciężarowy z pięciu Polakami wiózł ich teraz w odwrotną stronę, tę samą, ale zamarzniętą drogą i przez nowo-zbudowany mostek na zimnej rzece, którą oni kilka miesiecy temu szli pieszo przez tajgę. W ciagu tego dnia kierowca dowiózł ich do "uczastka" czyli dowództwa okręgu, gdzie mieli przejść ponowną weryfikację nazwisk oraz osobistych danych. Tutaj Stanisława spotkała jedna nieprzyjemna przeprawa z rosyjskim urzędnikiem.
Przy sprawdzaniu dokumentów okazało się, że jego papiery odnoszą się do innej osoby o tym samym nazwisku.
Po wyczytaniu nazwiska przez bojca przy bramie Stanisław odpowiedział według ustalonego zwyczaju:
"Stanisław Władysławowicz!" Na co otrzymał niespodziewaną odpowiedź:
"Niet".
Po długich ceregielach, proźbach i naradach jeden z urzędników wystawił mu nowe papiery i na ich podstawie pozwolił mu na kontynuowanie podróży do Magadanu. Z tej racji młody Polak musiał składać specjalne zeznania, podpisywać oświadczenia i odbijał palce w kilku egzemplarzach. Ostatecznie wszystko ułożyło się dobrze i jego osoba znalazła się w gronie swoich towarzyszy na ciężarówce idacej do Magadanu. W czasie tej procedury Stanisławowi przypomniał się moment wyczytywania jego nazwiska w magadańskiej tranzytce, na które odpowiedziała inna osoba. Prawdopodobnie przy tej okazji zaistniała pomyłka, na skutek której on zamiast wyjechać razem zprzyjacielem Tadzikiem pojechał z rosyjską grupą na daleką kopalnią.
Dalsza droga była powolna, zimna i uciążliwa. W czasie podróży upadł duży śnieg, co jeszcze bardziej utrudniło ich powrót do stolicy Kołymy. Piątka Polaków ścisnęła się razem na wozie, aby nawzajem się ogrzewać i chronić się przed zimnym wiatrem. Kierowca dał im kawałek worka do przykrycia, co nie wiele chroniło ich przed zimnem. Tłukąc się przez następny dzień w cięzarówce po nierównych drogach, wprawdzie narzekali na swój kołymski los, ale w duszy czuli się szczęśliwymi, że pozostawiali poza sobą przeklęty kraj złota i zimna. Po dwóch dniach podróży ujrzeli pierwsze łagry w Magadanie i wkrótce dotarli do już znanej im tranzytki.
Kiedy wóz dojechał do znanego Polakom obozu, jego brama była, jak dawniej, zamknięta. Jak dawniej strażnik w budce otworzył wrota i sprawdzał tożsamość przybyłych. Na pierwszy rzut oka Stanisławowi wydawało się, że nic nie zmieniło się w ich położeniu. "Czyżby nadal uważano ich za więźniów?"
W obozie było już kilkaset Polaków, czekających na rozwiązanie się ich sprawy. Ich pozycja niewiele różniła się od ich niedawnego statutu więźnia-niewolnika. Wciąż siedzieli w obozie i chodzili do pracy w mieście pod nadzorem streżków. Jedynym ulepszeniem ich życia były wyższe racje żywnościowe, najwyższe jakie według przepisów przysługowały więźniom. To było małym pocieszeniem dla nich. Jednak sam fakt, że znaleźli się w Magadanie, kołymskim oknie na świat, utrzymywał ich w przekonaniu, że wcześniej czy później znajdą się na okręcie, który odstawi ich do Władywostoku.
Jakby dla potwierdzenia tych nadzieji pewnego dnia wywołano 125 ludzi, zabrano ich do portu, gdzie czekał na nich okręt. Kilka dni później okręt ten opuścił brzegi Kołymy. Teraz nikt nie miał już wątpliwości, że na każdego z nich przyjdzie kolejka i w odpowiednim czasie wyjedzie z tego kraju jeszcze przed nastaniem zimy. Każdy żył nadzieją, że za tydzień, za dwa czy za miesiąc, ale jeszcze przed nadejściem zimy, jego nazwisko zostanie wyczytane przez urzędnika i on rozpocznie powrotną drpgę do wolności.
Nadmorski Magadan był jeszcze pogodny i słoneczny. Mrozy i śniegi z pólnocy jeszcze nie dotarły do jego okolic. Nawet zieleń wciąż utrzymywała swój kolor i nadal zdobiła wzgórza i pagórki dookoła miasta. Tylko na dalekich górach wieczne płaty śniegu ubierały je swoimi białymi koronkami. Tak długo, jak długo falujące morze nie pokryło się warstwą twardego lodu i mróz arktyczny nie zamknął dostępu do portu, w miejscu tym można było czekać aż do ostatecznego rozwiązania sprawy Polakow.
Pewnego pięknego słonecznego dnia roboczą brygadę, do której należał Stanisław, zaprowadzono do rejonu portu, gdzie wysoko nad morzem kazano im kopać rowy pod przyszłe instalacje naftowe. Widok, jaki stamtąd przedstawił się więźniom, mógł oczarować każdego człowieka. Wysokie szczyty gór po drugiej stronie zatoki kąpały się w słońcu, u dołu łagodnie falowało morze, wśród fal leniwe przewalające się wieloryby i jeden statek czekający w zatoce, tworzyły wspaniałą panoramę północnego krajobrazu, który prosił się o uwiecznienie go na płótnie. Widok był wspaniały i czarujący i może byłby piękniejszy, gdyby nie świadomość tego, że nad nimi wciąż stał strażnik z karabinem i bagnetem i że w danej chwili wolność była dla polskich więźniów złudnym pojęciem. Ich uczucia zmieniłyby się natychmiast, gdyby czekający statek zabrał ich na pokład i wypłynął z nimi na otwarte morze.
Otwarte morze było dla nich nadzieją, którą należało żyć tak długo aż ich życzeniom stanie się zadość... Gdzieś daleko za morzem był inny świat, z którym łączyły się nadzieje wstąpienia do polskiego wojska, noszenie polskiego munduru, walka na froncie i ostateczny powrót do kraju. Jednak ten świat wciąż mieścił się w granicach Związku Sowieckiego, gdzie małe słowo komisarzy, politruków i innych naczelników mogło przekreślić skryte nadzieje Polaków i gdzie "tiurma" mogła ponownie stać się sposobem życia i kaźni. W tej niepewmej sytuacji mentalność człowieka była podporządkowana obawie, że w świecie obłudy żadna z jego szlachetniejszych myśli sięgnie zenitu.
