Nocą transport polskich więżniów przejechał przedwojenną polsko-sowiecka granicę. Ciemności nocy nie pozwoliły nikomu z nich zauważyć granicznej stacji Kopyczyńce, ani znanej im rzeki Zbrucz, dzielącej kiedyś oba kraje. Kiedy widok krajobrazu ukazał się w porannym świetle wszystko wskazywało na to, że byli już po sowieckiej stronie. Dobrze utrzymane domy, czyste wioski i miasta polskich okolic ustąpiły miejsca widokom biedy, nędzy i zaniedbania. Tutaj był już inny świat - świat zniszczony przez człowieka, jego ideologię i zapomniany przez Boga. Jeden z więźniów górnej pryczy ustąpił Stanisławowi trochę miejsca przy oknie. Z tego punktu miał możność obserwowania kraju do którego niosły go losy i sznur czerwonych wagonów.
Z górnego położenia on starał się odcyfrować wszystko co jego oczy zdołały uchwycić. Najgorzej było z nazwami miejscowości, bo cyrylica nie była mu dostatecznie znana. Jednak w danej chwili on odkrywał nędzę sowieckiego życia, która otwierała się przed nim niczym księga o zakazanym świecie. Niski poziom życia i zaniedbanie własności ziemskiej otwierały jego oczy na obraz nieznanej mu dotychczas biedy. Domki wiejskie, pojedynczo i grupowo, wyglądały szaro brudno i nędznie, jakgdyby ręka gospodarza nie tknęła je od wieków. Miasta i miasteczka nie przedstawiały się lepiej; cokolwiek jeszcze tam istniało, to były pozostałości z lepszych przedrewolucyjnych czasów. Nic nowego, nic imponującego, nic nadzwyczajnego - ani sklepów, ani fabryk, tylko bieda i nędza powtórzone tysięckrotnie. Najwiącej współczucia budziły w nim ludzkie postacie ubrane w łachmany. Wśród tej biedy najczęściej widziało się kobiety z głowami owiniętymi w chustki, które borykały się z pracą przy zagrodach, co w nowym sowieckim określeniu nosiło miano kołchozów. Mężczyźni byli rzadkością, co można było tłumaczyć na rozmaity sposób.
Widoki tego rodzaju powtarzały się każdego dnia. Skrajna monotonia ludzkiego nieszczęścia szła razem z pociągiem. Brak jakiegokolwiek urozmaicenia, które mogły budzić podziw i zainteresowanie wśród ludzi innej narodowości. Kraj, kiedyż żyzny i bogaty, leżał w ruinie, niezdolny do utrzymania własnej ludności i zapewnienia bytu obecnym i przyszłym pokoleniom. Myśl narzucona przez marzycieli, pozbawiła obywatela kraju wolności i inicjatywy, a tym samym zabiła w nim chęć poprawy bytu dla siebie i jego najbliższych. Historycznie był to ten sam kraj za który polscy rycerze przelewali krew, aby zachować go przed zniszczeniem od najeźdzców i dać mu możliwości bezpiecznej i spokojnej egzystencji. Całą historię tych czasów przykrył całun zapomnienia, pozostawiając jedynie w polskiej pamięci nazwy miejscowości oraz mit bohaterskich obrońców. Patrząc na ten kraj z punktu widzenia historii trudno pogodzić jego bogatą przeszłość z biedną sowiecką teraźniejszościa.
Współżycie jakie ułożyło się na więziennej celi przeniosło się do wagonu. Ludzie z którymi Stanisław zżył się w czerwonych ścianach czortkowskiego więzienia, z małymi wyjątkami podróżowali z nim w tym samym wagonie. Wśród nich był dyr. Bałandiuk, Makowski, Snarski i Dziubiński, z którymi ponownie dzielił twardą pryczę pociągu, pajką chleba i skromną dawkę wody. Dziubiński, który wykazywał najwięcej inicjatywy przejął przewodnictwo nad czterdziestką więźniów i reprezentował ich wobec strażników. Dzięki jego staraniom szereg razy do wagonu trafiało dodatkowe wiaderko wody, będące zbawieniem dla tych, którym dokuczało pragnienie.
Płaski krajobraz Ukrainy, poprzeżynany jarami rzek, przypominał podrózującym widoki ich rodzinnych stron. W porze zimowej, kiedy warstwa śniegu przykryła ziemię jednostajnym całunem, widok kraju wydawał się być pusty i monotonny. Ta monotonność w dalekiej przeszłości musiała pobudzać ludzką duszę do tworzenia smutnych dumek, które za jego szkolnych czasów też docierały do polskiego Podola. Letnia roślinność napewno ubrałaby kraj w piękno koloru i zieleni, nadając tym samym panoramie urozmaicony widok, a głębokie jary stworzyłyby obraz godny widzenia. W zimie piękno pięknej ziemi całkowicie się gubiło. Przed ich oczyma ciągnęła się jednostajna płaszczyzna terenu pokrytego zamarzniętą płachtą świeżego śniegu.
Podróż w ścisku na drewnianych pryczach nie miała w sobie wygód krajoznawczej wycieczki, ale w porównaniu z więzienną celą miała kilka dobrych stron. Cztery okienka, małe i zakratowane, dawały więcej świeżego powietrza niż okna zabite deskami na poprzednim miejscu, pondto możliwość oglądania zewnętrznego świata była wybitnym urozmaiceniem życia. Pozatym zwiększona porcja chleba do 800 gramów była radykalną zmianą na lepsze. Prawdopodobnie w obliczeniu zarządców systemu dodatkowa porcja chleba miała zastąpić ciepłą strawę, o której w czasie transportu nie było mowy.
Pociąg biegł ku wschodwi ze zmienną szybkością. Czasami gnał jak szalony, czasami znów stał godzinami na małych przystankach lub na otwartym polu. Dla tej przyczyny podróż się przedłużała i pochłaniała więcej czasu niż wymagałaby to w normalnych warunkach. Dopiero po długim tygodniu trasport dotarł do przedmieści Kijowa. Tam też nie było nic godnego do oglądania. Samo miasto, stolica dawnej Rusi, nie było widoczne dla więźniów. Przejazd przez most na Dnieprze też nie zrobił na nich większego wrażenia. Poza świadomością, że pociag przejechał przez stare słowiańskie miasto i jego wielka rzeką nic specjalnego nie pozostało w pamięci Stanisława.
Za Dnieprem znowu bezbrzeżne równiny, ciągnące się wnieskończoność, rownież pokryte warstwą świażego śniegu. Znowu te same widoki biednych miejscowości i wynędzniałych ludzi. Nieszczśliwie pomyślana i jeszcze gorzej wprowadzona w życie gospodarka sowiecka stworzyła obraz godny pożałowania. Widok tej biedoty był najlepszym dowodem, że teorje bez praktycznych założeń nie uszczęśliwiają człowieka. Wielkorządcy komunizmu albo nie wiedzieli o tym , albo nie chcieli tego przyjąć.
W miarę posuwania się ku wschodowi temperatura zewnętrzna stopniowo podnośiła się do góry. Tutaj wpływ klimatu czarnomorskiego dawał znać o sobie. Miejscami śniegi już topniały i łaty czarnej ziemi ukazały się na wyższych poziomach. Zima w tej części kraju miała się już ku końcowi.
Po dwunastu dniach podróży pociąg wreszcie wtoczył się na peron docelowej stacji. Nazwa jej, znana tylko niewielu Polakom, ujawniła się przed więźniami na kolejowej tablicy. Na widok napisu "Starobielsk" Stanisławowi przypomniał się stempel pocztowy na kartce, którą jego ciotka otrzymała od swego brata Jana Kuliczkowskiego, wojennego więźnia w Sowietach. Z tym w młodym człowieku wiązała się nadzieja, że w tym obozie, tak odległym od jego rodzinnej miejscowości, znajdzie swego dalekiego krewnego.
Polski transport dotarł do małej i więźniom nieznanej miejscowości, Starobielsk, w pierwszych dniach marca. Ziemia była rozmokła, a ulice wprost płynęły mazią błota. Mała miejscowość w środku czarno-morskich stepów, znana za carskich czasów z religijnego zakonu prawosławnej cerkwi, za Stalina zyskiwała uznanie wśród kierowników karnego systemy jako jeden z największych kompleksów obozów i więzień, będący jednmy z narzędzi panującego teroru.
W ciagu dnia nowo-przybyłych więźniów wyładowano na stacji i po krótkiej zwłoce kazano im maszerować w kolumnie pod strażą do nieznanego im wówczas miejsca następnej kaźni. Ostatecznym ich celem nie mogła być żadna inna instytucja karna niż inne więzienie, albo obóz pracy przy jakimś ośrodku o charakterze produkcyjnego centrum.
Wkrótce przed nimi ukazały się budynki starego klasztoru, otoczonego wysokim murem, do wnętrza którego prowadziła szeroka żelazna brama.
W czasię marszu Stanisław uważnie przyglądał się pierwszej rosyjskiej miejscowości, jaką miał okazję widzieć naocznie. Miasteczko, jak wszystkie inne widziane z okna pociągu, było biedne, szare i zaniedbane. Jego mieszkalna część składała się z kilu uliczek z rzędami małych domków po obu bokach, większość z nich zbudowana z drzewa i pokryta słomą. Główna ulica była imponująco szeroka, ale nie posiadała nawierzchni, nawet żwirowanej. Ludzie wybiedzeni i ubrani w łachmany snuli się jak cienie po nawpół wymarłej miejscowości. Ogólny widok był przygnębiający, niczym nie przypominajłcy bogactwa Wielko-Rusi, o których opowiadał jego stryj Ignacy, były jeniec austryjacki w rosyjskiej niewoli. Dzisięjsza Rosja była inna, niczym nie podobna do dawnego kraju "mlekiem i miodem płynącym".
Z chwila przejścia przez szeroką bramę polscy więźniowie stali się częścią olbrzymiego kompleksu więziennego, większego niż ich wyobraźnia mogła w przeszłości przewidzieć. Mała cerkiewka do której ich na początku zaprowadzono była tylko niewielką cząstką budynków wchodzących w sklad obozu czy więzienia. Następnym objektem, rzucającym się w oczy, była stara cerkiew z dobrze zachowaną kopułą i szerokim głównym wejściem. Na dalszym planie była seria innych budynków, starej i nowej konstrukcji, których oko więźnia nie mogło ominąć. Cokolwiek było widoczne z małej cerkiewki było częścią wielkiego zespołu więziennych budynków, które podobno mogły pomieścić około 20,000 ludzi.
W każdym ludzkim tworze jest myśl przewodnia. Taka myśl musiała kryć się w murach, cerkwiach i barakach. Jej niewątpliwym celem było skomasowanie olbrzymiej ilości ludzi dla odizolowania ich od świata. Utrzymanie ich w kompletnej bezczynności mogło znaleść uzasadnienie tylko w totalitarnym państwie, kierującym się polityką odseparowania od społeczeństwa elementu niewygodnego władcom kraju. Innymi słowa karna instytucja dla faktycznych i domniemanych wrogów systemu. Ale czy to był jedyny ich cel?"
W organizacji tego więziennego systemu była też inna przyczyna, z którą Stanisław zapoznał się później. Druga stroną komasowania ludzi w jednym miejscu były ekonomiczne sprawy państwa, które wymagały roboczej siły dla ośrodków produkcji w różnych częściach sowieckiego imperium. W tym pojęciu obóz starobielski był olbrzymim magazynem siły roboczej, skąd dysponowano niewolnikiem w zależności od potrzeb różnych ośrodków produkcji. W innym znaczeniu był to rynek czy giełda pracy w której artykułem był człowiek, obliczany na wartość swoich fizycznych możliwości.
Prawdopodobnie nikt z ówczesnych władców kraju nie zastanawial się nad kosztem tego olbrzymiego państwowego przedsięwzięcia. Miliony bezczynnych ludzi, pozostjących na utrzymaniu reszty społeczeństwa, stworzenie olbrzymiego personelu nadzorczego, budowanie budynków więziennych i łagrów oraz oddanie na użytek systemu urządzeń transportowych było niesamowitym ekonomicznym obciążeniem narodu. Widocznie tej strony nikt nie brał pod uwagę. Widocznie arystokracja nowego sowieckiego społeczeństwa nie rozporządzała albo nie uznawała ludzi o wyższym poziomie inteligencji, który mógłby tę sprawę rozwiązać z realnie ekonomicznej strony.
Przed wejściem do głownej cerkwi więźniowie zostali poddani ścisłej rewizji osobistej. Był to niejako ustalony proces procedury więziennej, praktykowany przy każdej zmianie miejsca i przy każdej okazji, jaka wymagała ścisłej kontroli więznia. Przegląd ten często wymagał od więźnia obnażania się do naga i często zakrawał na złośliwość funkcjonarjusza przeprowadzającego operację osobistej kontroli. Dla niego był to porządek rzeczy, który zabezpieczał komunistyczny system i cały sowiecki naród przed ich wrogami.
Grupa więźniów z czortkowskiej celi drogą dziwnego układu rzeczy znalazła się na górnym poziomie głównej cerkwi. Będąc pierwszą grupą wpuszczoną do budynku ich pomieszczeniem stał się odległy koniec głownej nawy, gdzie niegdyś mieścił się głowny ołtarz. Miejsce to było niejako oddzielone od pozostałej części świątyni, wypełnionej szeregami drewnianych pryczy. W porównaniu z ciasną celą w Czortkowie obszerne pomieszczenie w cerkwi było conajmniej rajem.
Obszerne prycze, biegnące rzędami wzdłuż całej długości cerkwi dawały dużo miejsca każdemu z poszczególnych więźniów, a szerokie przejścia między nimi pozwalały na swobodę ruchu, dotychczas mu nieznaną. Wysokie sklepienie, dzięki swojej objętości, zapewniało więcej niż dostateczną ilość powietrza, a niemal całkowite odosobnienie więźnia od bezpośredniej kontroli strażnika pozwało na różne zabronione zajęcia, jak gra w szachy lub karty. Pod wielu wzgledami było to ulepszenie warunków bytu człowieka zamkniętego w czterech ścianach. Dla wielu skomasowanie pięciuset ludzi na jednej sali, pochodzących z Podola, dało okazję spotkania się ze znajomymi i przyjaciółmi, a w jednym wypadku nawet z najbliższą rodziną. Współtowarzysz Stanisława na czortkowskiej celi, dyr. Dziubiński, spotkał się ze swoim bratem po raz pierwszy od chwili ich aresztowania.
Tutaj znalezienie odpowiedniego miejsca na pryczach nie sprawiało nikomu trudności. Każdy doszukał się wygodnego kąta na ułożenie swoich gratów i wygodne usadowienie siebie na sienniku. Stanisław zajął miejsce między dyr. Bałandiukiem i Makowskim na górnym poziomie pryczy. Dla niego i prawdopodobnie dla jego sąsiadów było to idealne rozwiązanie ich więziennego locum. Będąc w przyjaznych stosunkach z nimi miał ich znowu blisko siebie jako towarzyszy więziennej doli oraz stałych i już wypróbowanych partnerów do gry w szachy lub karty.
Górne położenie miejsca miało kilka dobrych stron dla ich lokatorów. Ono dawało im wgląd na całą długość pomieszczenia, a wolna przestrzeń, sięgająca szczytu kopuły, robiła wrażenie nieograniczonego miejsca i widoku. Przed nimi już nie było czterech ścian celi czy wagonu, które zamykały ich ciasnotę i przyduszały do podłogi i siennika. Po raz pierwszy od wielu lat mogli się czuć nieskrępowani miejscem i tłokiem ludzi. Dla tych kilku prostych przyczyn Stanisław, jako wierzący katolik, nie miał żadnych objekcji przeciwko używaniu domu bożego dla ulokowania więźniów.
Pięciuset ludzi w jednym pomieszczeniu było za dużą grupą, aby można było administrować nimi efektywnie bez podziału na mniejsze jednostki. Dlatego całość podzielono na 50-cio osobowe brygady, każda z nich pod nadzorem odzielnego brygadiera. Kontrolę nad całością sprawował jeden z więźniów, któremu władze więzienne nadały funkcję starosty. Funkcje tego rodzaju powierzono więźniom o miernych przekroczeniach politycznych, jak przekroczenie granicy na sowiecką stronę. Takich była dostateczna ilość na sali, aby nimi obsadzić tego rodzaju funkcje. Większość z nich pochodziła z Czechosłowacji albo węgierskiej armii. Wśród nich znalazł się także jeden Polak, który miał specjalne względy u sowietów, bo z miejsca został wyznaczony na tą najwyższą funkcję na celi. Dzięki temu wyróżnieniu historia jego życia wkrótce stała się ogólną wiadomością na sali.
Człowiek ten, polski komunista, wyemigrował w swoim czasię do Francji, gdzie ulegajł popularnej idei walki o sprawę robotnika, wstąpił na ochotnika do armii walczącej w Hiszpanii przeciwko gen. Franco. Po jej upadku wrócił z powrotem do Francji jako bohater walki przeciwko faszyzmowi. Po zajęciu polskich terenów przez sowietów człowiek ten zdecydował się na powrót do swego rodzinnego miejsca w Przemyślu. Amabasada sowiecka chętnie wydała mu paszport nowej republiki sowieckiej i postarała się o bilet do rodzinnej miejscowości i wysłała go do kraju. Na granicy władze NKWD z miejsca aresztowały go pod pozorem sprawdzenia jego osobistych danych, aby przypadkiem nie wpuścić szpiega do kraju. Mimo swoich zasług dla komunistycznej sprawy człowiek ten swego ojczystego domu w Przemyślu nie zobaczył i nawet nie pozwolono mu na rozkoszowanie się sowiecką "wolnością". Taki stosunek sowietów jednak nie wpłynął na zmianę jego przekonań i jego lojalności wobec nich. Jego obecność na sali nie trwała zbyt długo. Pewnego dnia jego nazwisko zostało wywołane i zniką tak jak wszyscy inni, którzy figurowali na liście urzędnika.
Po jego odejściu najwyższą funkcję na celi powierzono innemu komuniście. Tym razem starostą został młody Słowak w wieku około 30 lat, który w obawie przed Niemcami uciekł do kraju, gdzie mógł liczyć na opiekę ze strony swoich ideowych współwyznawców. Jako sekretarz jakiejś lokalnej partii komunistycznej został oficjalnie przyjęty na granicy przez sowieckich urzędników, ale NKWD było innego zdania i osadzono go w więzieniu pod zarzutem szpiegostwa. On też żył nadzieją, że po wyjaśnieniu sprawy, zostanie zwolniony z więzienia. Za jego rzędów wszystkie funkcje brygadierów zostały obsadzone przez jego współrodaków, którzy z reguły też byli uciekinierami z pod jarzma niemieckiego. Zasadniczo to nie miało większego znaczenia dla polskich więźniów, ponieważ władza ich zwierzchników była bardzo ograniczona.
Nazwa Starobielsk, znana Stanisławowi z kartki jego dalekiego krewnego, zawierała w sobie wiele tajemnic, które były przedmiotem zainteresowania niektórych więźniów. Jedną z tych tajemnic był uprzedni pobyt polskich oficerów w budynkach tego olbrzymiego obozu. Ślady po nich mołna było wyczytać na bocznych deskach prycz, na których oni wyryli i napisali swoje nazwiska. W różnych punktach widziało się kilka nazwisk, napisanych jedno pod drugim, o pełnym brzmieniu i z odpowiednim stopniem wojskowym. Zainteresowanie tym odkryciem było dość duże. Wielu z nowo-przybyłych więźniów zaczęło wędrówkę od pryczy do pryczy w poszukiwaniu za znajomymi nazwiskami. Niektórzy doszukali się sladów swoich znajomych i krewnych, ale Stanisław nie znalazł nazwiska kuzyna swojej matki.
W tym czasię polscy oficerowie byli już mitem w Starobielsku. Cokolwiek dotarło do Stanisława i innych więźniów było niekompletne. Dlatego na tym nie można było budować ich historii. Jedną z interesujących informacji była wiadomość o ich buncie w obozie. Co było przyczyną tego niezwykłego protesu, na ten temat bliższe informacje nie dotarły do polskich więźniów. Źródłem wiadomości był personel obozowy, który drogą starostów i brygadierow przekazał je na salę. W wzmiance tej była ujęta inna informacja, a mianowicie, że po buncie polscy oficerowie zostali wywiezieni w niewiadomym kierunku.
Podobnym mitem w Starobielsku była obecność dzieci i uchodźców hiszpańskich na jego terenie. Po domowej wojnie władze sowieckie udzieliły azylu hiszpańskim uchodźcom, co było równoznaczne z zamknięciem ich za drutami obozu. Podobno ich pobyt w tym miejscu trwał aż do przybycia polskich oficerów. Dalsza ich historia stała się sowiecką tajemnicą, która wymazywała wszystkie ślady o wyczynach aparatu policyjnego. Być może, że Hiszpanie, podobnie jak polscy oficerowie, stali się ofiarą tej tajemnicy.
Podczas rzadkich spacerów na więziennym podwórku, będących przywilejem więźniów, Polacy mieli możność zapoznania się z układem obozu i jego zewnętrznymi urządzeniami - przynajmniej częściowo, ponieważ nie wszystko było w zasięgu ich wzroku. Sama cerkiew mieściła się na boku kompleksu budynków. W najbliższym jej sąsiędztwie było kilka murowanych budynków, prawdopodobnie mieszkania dawnych mnichów. Na dalszym planie widziało się szereg drewnianych baraków. Cały rejon był otoczony kilkoma rzędami kolczastych drutów, pomiędzy którymi biegały luźno puszczone psy. Na rogach stały wieżyczki wartownicze, zaopatrzone w reflektory. Ponadto nazewnątrz miał być szeroki rów z wodą, jako ostatnia przeszkoda w wypadku ucieczki więźnia.
Położenie cerkwi w pobliżu budyku administracyjnego i głównej bramy pozwalało Polakom na śledzenie wewnętrznej aktywności obozowej. Takie sprawy jak przybycie nowych transportów i ubywanie pewnych grup z reguły nie uchodziło ich uwagi. Ile razy słyszano ruch przed cerkwią wiadomo było, że cos nowego działo się na terenie obozu. Czasami po takim ruchu na ich celę przybywała nowa grupa więźniów w miejsce tych, którzy odeszli. Jedną z takich grup przydzielono do nich w miesiącu maju. W grupie tej znaleźli się ludzie znani Stanisławowi z przed wojny.
Jednym z nich był Kazimierz Stanecki, policjant z Jazłowca. Spotkanie dwoch ludzi, znających się z przeszłości, było wielką niespodzianką dla obu. Dla Staneckiego ono miało szczególne znaczenie, ponieważ dowiedział się od współziomka o wywiezieniu jego rodziny do Kazakstanu i o jej nowym adresię. Informacja wprawdzie nie była pocieszająca, ale zawierała najnowsze wiadomości o jego najbliższych. Pozatym ważną dla niego sprawą był ich adres, ktory on w obecności krajana powtarzał wielokrotnie, aby zatrzymać go w pamięci.
W tej samej grupie przybył młody człowiek, niegdyś starszy kolega Stanisława z ławy gimnazjalnej i bursy buczackiej, Zbigniew Waruszyński. Znowu w obu więźniach spotkała się przedwojenna przeszłośc, która wprawdzie już przeminęła ale w której zachowało się echo miłych gimnazjalnych wspomnień. W swoim rodzinnej miejscowości, Monasterzyska, Waruszyński był znany jako jeden z lepszych graczy piłki nożnej i z tej racji cieszył się wielka popularnością w wśrod młodych obywateli tego miasta. Sam Stanisław miał inne wspomnienia o tym mieście, bo z nim wiązał się pobyt w tymczasowym obozie jeńców i jego ucieczka, które były pierwszym większym wydarzeniem w jego życiu i gdzie po raz pierwszy musiał zdobyć się na samodzielne rozwiązanie swego problemu.
Trzecią znaną Stanisławowi osobą, która przybyła tym transportem, był człowiek również mu znany z niedawnej przeszłości. Osobą tą był plut. Bieniowski, instruktor ze szkoły podchorążych w Tarnopolu. Ich znajomośc nie była zbyt głęboka i trwała krótko, ponieważ wojskowy przydział każdego z nich dotyczył innych plutonów. Nie mniej z człowiekiem tym wiązały się wspomnienia, czasami piękne, czasami trudne, ale zawsze młode i pełne wrażeń.
W tych trzech osobach zeszedł się niejako przekrój dotychczasowego życia Stanisława; Stanecki z jego rodzinnej miejscowości, Waruszyński z buczackiego gimnazjum i Bieniowski z tarnopolskiej pochorążówki. Ich spotkanie się na celi starobielskiej było przypadkowe, jak wiele innych tego rodzaju w więzieniu, ale każde z nich miało swoje znaczenie dla młodego Polaka.
Przybycie tych ludzi na celę było dla niego urozmaiceniem życia. Okazyjne spotkania stwarzały okazję do krótszych i dłuższych rozmów na przeszłe tematy, które przypominały przedwojnne czasy swobody i wolności. Jednak silniejszą w tym wypadku okazała się więź ostatnich przeżyć na czortkowskiej celi i w zamkniętym wagonie. Jego bliski przyjaciel, dyr. Bałandiuk, i gra w szachy stały się nieodzowną częścią jego codziennego programu. Wspólne zamiłowanie do tej gry z czasem zamieniło się u nich w pasję. Kiedykolwiek nadarzała się okazja, na deskach pryczy rozkładli płócienna szachownicę i bez końca przekładali na niej figury z chleba ze zmiennym szczęściem wygranej.
Pewnego dnia starosta górnej części cerkwi, ogłosił, że istnieje możliwość wysłania kartek pocztowych do swoich rodzin. Na liczbę 500 więźniów przyznano tylko 20 kartek, czyli jedną na dwadzieścia pięć osób. Skorzystał z tego mogli tylko ci, którzy posiadli pieniądze na ich wykupienie. Cena kartki wynosięa 20 kopiejek, a więc bardzo niska na pozór. Ale na celi pieniądz był zabronionym przedmiotem i dlatego każda przemycona moneta natychmiast zyskała na wartości.
Jedyną bardziej cenniejszą rzeczą niż pieniądz był chleb. Na celi odrazu powstał handel. Jedni poszukiwali za kopiejkami, oferując chleb w zamian za nie, a drudzy wystawiali monety na sprzedaż. Stanisław, mając zaoszczędzone dwie porcje chleba, zdecydował się je oddac za marne 20 kopiejek. Nabywca na chleb znalazł się bez trudu, a młody człowiek z monetą w ręku pobiegł do starosty i wpłacił mu należność.
Kiedy kartki zostały dostarczone na celę, Stanisław był pierwszą osobą, która zjawiła się u starosty. Słowak bez zastanowienia wręczył mu kartkę. To musiało odbyć się ze szkodą jednej z brygad, ponieważ na każdą wypadało dwie kartki, podczas gdy w brygadzie młodego więźnia znalazły się aż trzy - dwie oficjalne i jedna nieoficjalna. Starosta przyszedł do brygadiera w tej sprawie, ale ostatecznie nie robił z tego kwestii. Prawdopodobnie miał ich kilka w zapasię i nikomu nie stała się krzywda.
Nabytą tak wielkim kosztem kartkę, młody więzień wysłał do swego stryja Stanisława, jako najbliższej osoby z rodziny jeszcze pozostałej w Jazłowcu. W treści podał krótką wiadomość o sobie i prosił o przysłanie paczki żywnościowej oraz kilku rubli. Wysyłając tż wiadomość spodziewał się, że kartka ostatecznie dostanie się do jego rodziców w Kazakstanie i że odwrotnie otrzyma od nich odpowiedź. Długo czekał i łudził się, ale nic do niego nie przyszło. Inni też nie otrzymali niczego od swoich rodzin, co obudziło nim wątpliwość, czy jego kartka doszła do stryja.
Wiadomości ze świata dochodziły na celę rzadko i zawsze z dużym opóźnieniem. Nowi przybysze byli z reguły dlugo-terminowymi więźniami, dlatego ich drogą nic nowego i treściwego nie mogło dojść do więźniów. Jedną z większych i ważniejszych wiadomości dotarła do więźniów z końcem marca. Był to maleńki skrawek gazety sowieckiej w której były wymienione słowa "Mołotow" i "Londyn". Wiadomość ta odrazu została poddana analizie więziennych mózgów. Jednym z najlepszych analityków okazał się przyjaciel Stanisława, dyr. Bałandiuk. Po zastanowieniu się nad jej treścią jego sąsiad wypowiedział bardzo nieprawdopodobne i jeszcze mniej realne zdanie:
"Drogi przyjacielu, w niedługim czasię pan, ja i wszyscy na tej sali znajdziemy się w polskim wojsku."
"Na czym pan to opiera?"
"W myśl tej informacji," dyrektor zaczął wyjaśniać, "stosunki sowiecko-niemieckie musiały zmienić się radykalnie, w innym wypadku Mołotow niemiałby co robić w Londynie."
"Czy pan uważa, że ich dotychczasowa przyjaźń została zakłócona?" jego towarzysz podjął wątek myśli.
"Ja widzę w tym polityczne nieporozumienie, które może doprowadzić do militarnego konfliktu między dotychczasowymi sprzemierzeńcami," dyrektor kontynuował.
"W takim wypadku Wielka Brytania i Związek Sowiecki mogł się stać aliantami, a tym samym Polska stanie się ich sprzymierzeńcem," Stanisław kontynuował wątek myśl dalej poruszonej przez jego starszego towarzysza.
"W takim wypadku my znajdziemy się na wolności. Niewątpliwie na terenie Związku Sowieckiego powstanie polska armia, a my znajdziemy się w jej szeregach," dyrektor powiedział w konkluzji swego rozumowania.
Prawdopodobnie człowiek ten był pierwszym zwiastunem tej myśli politycznej, która stała się realną później, ale w ówczesnych warunkach wydawała się mrzonką. Niektórym taka interpretacja skrawka gazety nawet wydała się absurdem. Nie mniej myśl taka, zawierajłca w sobie wiele nadzieji, przyjęła się na celi i z każdym dniem nabierała na rozgłosię i znaczeniu. W dalszym rozważaniu tresci tej informacji brano pod uwagę to, że ta krótka wiadomość mogła dotyczyć przestarzałej daty. W międzyczasię stosunki międzynarodowe mogły ulec zmianie, która mogła wpłynąć niekorzystnie na sprawę polską.
W dwa miesiące później więźniowie, mający swe miejsca koło głównych drzwi, zauważyli zwiększoną aktywność przy głownej bramie. Wyglądało na to, że transporty więźniów stale odchodzą, a na ich miejsce napływają nowe grupy. Nawet w górnej celi zaczęto wywoływać nazwiska. Szereg ludzi odeszło - między innymi znajomi Stanisława, Stanecki, Waruszyński i Bieniowski. Należało liczyć się z tym, że na pozostałych też przyjdzie kolejka. Istotnie wkrótce zabrano Bałandiuka, Snarskiego, Dziubińskiego i innych. Dawna grupa czortkowska została całkowicie rozbita. Do pozostałych zaliczał się dyr. Makowski i tacy, którzy Stanisławowi byli nieznani. W tym musiała być jakaś ukryta myśl, której nikt z więźniów nie był w stanie rozwiązać.
Ciągły ruch na podwórku przed bramą świadczył wyraźnie o pośpiechu i podnieceniu wśród więziennego personelu, spowodowanymi specjalnymi zarządzeniami wyższych władz. Wówczas była zbyt niejasna aby doszukiwać się przyczyny tego w logicznych wywodach dyr. Bałandiuka. Nic nie wskazywało na to, aby w polityce światowej nastąpiły jakieś radykalne zmiany. Jednak za tą wiezienną aktywnością musiała kryć się jakaś ważna przyczyna. Coś musiało wpłynąć na decyzję władz sowieckich na pośpieszne przerzucanie więźniów z polskich terenów do Rosji, a z Rosji jeszcze dalej w głąb kraju. Przyczyną mogło być zapotrzebowanie na niewolniczą pracę, lub konieczność usunięcia więźniów w związku z przewidywanymi wydarzeniami na granicy zachodniej. Jedyną pewną rzeczą było to, że ruch ten miał kierunek zachód-wschód.
Dnia 15go czerwca, 1941 roku, na górną celę cerkwi wpadło kilku urzędników z listami w ręku i zaczęli wyczytywać nazwiska. Znowu powtórzyła się taka sama procedura jaka miała miejsce przed wyjazdem z więzienia czortkowskiego. Szczegółowa rewizja więźniów, gromadzenie ich w jednym miejscu, ustawianie w piątki i pod eskortą prowadzenie droga prowadzącą do stacji kolejowej. Stanisław też znalazł się w jednej z maszerujących kolumn. Znowu marsz przez mały zaniedbany Starobielsk tę samą szeroką drogą, ale tym razem suchą. Wiosenne słońce zdążyło już osuszyć błota, a zielen też zdążyła ubrać okolicę w szaty miłe dla ludzkiego oka. Nawet cywilni ludzie na ulicy, którzy pozbyli się zimowych łachów, wyglądali nieco lepiej niż poprzednio.
W nowej kolumnie więźniów z dawnej brygady starobielskiej maszerowało tylko trzech ludzi - Stanisław, Makowski i nieszczęśliwy Jaworski. Widocznie tak wypadła loteria nazwisk czy kartek w urzędzie więziennym i w tym była jedyna przyczyna przynależności do transportu, który miał dostarczyć ich do innego miejsca niż wywiezionych już towarzyszy. Bydlęce wagony już czekały na stacji. Przy elekrycznym świetle pakowano ich po czterdziestu do wagonów, urzędzonych w ten sam sposob, jak te, które wiozły ich do Starobielska.
Poprzednie doświadczenie nauczyło młodego więźnia jednej bardzo ważnej sprawy natury transportowej - jeśli chciał mieć miejsce z widokiem na mijane okolice musiał ustawić się na czole ładowanej czterdziestki. Tym sposobem dostał położone miejsce na górnej pryczy w pobliżu okna. Mimo trudnych i niewygodnych warunków podrózowania on pragnął wykorzystać tę okazję do poznania kraju nawet przez zakratowane okienka bydlęcego wagonu. Przynajmniej tyle mógł skorzystać z przymusowej "wycieczki krajoznawczej". Tej nocy Stanisław musiał spać mocno, bo nawet nie słyszał kiedy pociąg opuścił stację Starobielską. Kiedy, nad ranem, otworzył oczy, pociąg gonił całym pędem po płaszczyźnie kraju, pokrytego wiosenną zielenią. Piękno wiosny nawet w zakratowanym wagonie miało swój urok.
Pociąg pędził w pośpiechu, mijając wioski i miasteczka, których nazwy nie zawsze można było odcyfrować. Czasami dla jakiejś przyczyny zatrzymywał się na małej stacji lub w polu i stał tam godzinami. Na niektórych stacjach wydawano im racje żywnościowe, złożone z 600 gramów chleba, małych rybek i wody. Znowu brak wody zmuszał więźniów do kołatania do drzwi na przystankach, na co strażnicy niechętnie odpowiadali. Czasem znalazł się bardziej ludzki bojec i na przystanku sam przynosił dodatkowe wiaderko dla spragnionych więźniów.
Koła pociągu kołatały równomiernie o szyny, wagony kołysały się w jedną lub drugą stronę a przeraźliwy gwizd lokomotywy przerywał spokój okolicznych widoków. W tym było pewne urozmaicenie w raczej monotonnej podrózy. Wpatrzony w płaski zielony teren Stanisław śledził każdą milę, każdy kilometr, aby w krajobrazie doszukać się czegoś nadzwyczajnego, co pozostawiłoby po sobie trwałe wrażenia. Bezbrzeżne stepy Wielko-Rusi swoją jednostajnością nużyły oczy i usypiały widza. Po kilku dniach podrózy widoki stały się tak męczące, jak książka o obojćtnej treści. W tej bezgranicznej przestrzeni był tylko jeden widoczny aspekt - jej wielkośc i jednostajność. Takie były dwie refleksje, jaki widok kraj budził w Stanisławie.
Tyle bogatej i żyznej ziemi, będącej olbrzymem w porównania ze skrawkiem ziemi zabranego Podola, a jednak dusza Rosjanina żądała więcej. Z tym wiązało się wiele zasadniczych pytań. Czy pobudką do tego był zaborczy charakter narodu, czy stary ruski mistycyzm, który chciał podporządkować sobie świat dla urojonej myśli najwyższego dobra ludów? Czy komunizm, nowy prąd rosyjskiej myśli, przejął na siębie ideję dawnych mnichów-czernców? Czy mistycyzm i komunizm mieściły w sobie jedno i to samo pojęcie, czego treścią była zaborczość narodu? Czy w takim żądaniu była ludzka, logiczna i uzasadniona myśl?
Widok biedy, nędzy i niewolnictwa nie wskazywał na to, aby poza zdobyczami terytorialnymi w intencjach władców kryła się jakaś wyższa i bardziej ludzka myśl. Gdyby kwalifikacje władz sowieckich zdobyły się na podniesięnie stopy życiowej przeciętnego obywatela, gdyby ich dążeniem było przyznanie ludziom istotnych praw człowieka, gdyby celem była rozbudowa gospodarcza kraju na wzór Ameryki, może idea narzucania innym narodom swojego systemu miałaby jakieś ogólno-ludzkie uzasadnienie. Ale mając w ręku olbrzymi zrujnowany kraj, który wymagał odbudowy, jaki mogł być inny cel w unieszczęśliwieniu inych narodów poza ich zaborczością. Jeden z towarzyszów podróży Stanisława, obserwujłc rosyjski kraj przez okno w krótkim zdaniu wypowiedział prostą ale trafną myśl:
"Rosja to taki wielki kraj, a taki durny."
Jego uwaga była skierowana ku całemu narodowi, mimo że nie wszyscy mogli ponosić odpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Prawdopodobnie w jego myśli kryła się opinia o tych, którzy rządzili sowieckim krajem. System carski i jego arystokracja utrzymywały prosty lud w zacofaniu; hasła rewolucyjne przyrzekły mu zmianę na lepsze, ale zamiast poprawy nastąpiło pogorszenie się warunków życia, łącznie z wprowadzeniem prześladowań, biedy, głodu i nieznanej dotychczas nędzy. W tym trudno było doszukać się mądrości nowych władców i ich uczciwości wobec własnego narodu.
Z szybkością pociągu przewijała się przed młodym więźniem taśma stepowego krajobrazu, urozmaiconego miejscami wioskami, miasteczkami, kołchozami i sowchozami. Wiosenna zielen przybrała je w szaty rozmaitych odcieni, nadając im lepszy wygląd niż szarzyzna chatek i innych zaniedbanych zabudowań. Taki obraz powtarzał się codziennie aż przed jego oczyma ukazała się szeroka wstęga potężnej i majestatycznie płynącej Wołgi.
Królowa rzek rosyjskich wyglądała imponująco. Sama szerokość, która niemal gubiła widok drugiego brzegu, nadawała jej wygląd jeziora, a wolno wlokący się pociąg po moście jeszcze bardziej powiększał jej rozmiary. Długi most, jakgdyby spoczywajłcy na powierzchni wody, wyglądał niczym wąska taśma przerzucona przez jej szerokość zarówno dla celów prakrycznych jak dla jej ozdoby. Wołga wielka i spokojna przemawiała do Stanisława swoją potęgą i majestatem wolno płynącej wody. Zakratowane okienko i mogające przęsła mostu nie pozwolały mu rozkoszować się pełnią widoku tej najszerszej i najpotężniejszej rzeki na świecie. Jednak ten szczegół jego podróży zaimponował mu rozmiarami niezwykłego widoku.
Stepowy krajobraz się ciągnął jeszcze przez pewien czas, aby powoli ustąpić miejsca bardziej urozmaiconej panoramie uralskiego podgórza. Tutaj dopiero wspaniałe widoki natury mogły budzić zachwyt w oczach obserwujących wiźniów. Okolica urozmaicona wzgórzami, pagórkami, dolinami i ubrana w tej porze roku w morze zieleni, od czasu do czasu ukazywała zarysy osiedli, najczęściej zbyt odległych, aby wydać właściwy o nich sąd. Pociąg wciaż stukajłc jednostajnie rozpoczął swoją podgórska wspinaczkę, zmniejszając przytym szybkość, jakby dla udostępnienia widzom wspaniałości krajobrazu. Jego urokiem były uralskie góry, piękne i godne podziwu, nawet dla więźnia zamkniętego w bydlęcym wagonie, bijącego się z myślą zbliżającego się Sybiru. Za tymi górami był kraj zimna, kraj polskich wygnańców i kraj polskiej gehenny.
Dla podróżójącego człowieka, nawet w bydlęcym wagonie, Ural miał swój urok. Nawet najbardziej zobojętniały i uprzedzony do politycznego systemu więzień nie mogł być kompletnie bierny wobec piękna górskich widoków. Wysokie zielone szczyty, doliny i wąwozy między nimi, bogata roślinność i wąska linia kolejowa, znikająca od czasu do czasu w ciemności tunelu, to wspaniały obraz uralskiej panoramy. Przy linii kolejowej, tu i ówdzie mała stacyjka kolejowa, cicha i spokojna, jakby zapomniana przez świat. Przy niej kilka drewnianych domków, trzymajłcych się razem, jakby w obawie przed zgubieniem się w głębokiej dolinie.
I czasami bardzo przykry widok - widok grupy baraków, otoczonych drutami, oraz nędzarzy systemu, pracujących przy wyrębie lasu. Ostatni widok głuszył wszystko co natura stworzyła dla dobra człowieka i dla piękna świata. Mimo piękna krajobrazów myśl o łagrach i niewolniczej pracy była tym tępym uderzeniem dla zmysłów człowieka, które radykalnie zmieniało sposób jego myślenia. Jedną niewielką odskocznia od tej myśli była mała szkółka, zagubiona w lesię, i widok dzieci, bawiących się z nauczycielkami, które nagle wyłoniły się z zieleni przed zakratowanymi oknami czerwonego pociągu. Widok zdumiewająco przyjemny, ale za nim kryjłca się myśl o przyszłości tych dzieci.
Jeszcze kilka szczytów, dolin, wzgórz i zagubionych domków, a wysokie góry Uralu już pozostały z tyłu. Za więźniami pozostały góry, które dzieliły Europę i Azję i których wąwozy otworzyły drogę do wschodniej ekspansji imperium rosyjskiego. Tymi wąwozami musiały przechodzić luźne oddziały kozaków i carskich ochotników w poszukiwaniu za przygodami, łupem i wojną. Ta samą drogą musieli przejeżdżać kupcy i łupnicy, którzy budowali własne imperia handlowe na rozległych stepach chanatu sybiryjskiego. Tym samym szlakiem gnano w śniegu polskich wygnańców-sybiraków, których nazwiska zaginęły w stepie, tundrze i tajdze oraz w sybiryjskim zimnie. Tylko okazyjnie historia zachowała ich imię w polskiej pamięci. Na tym szlaku znalazł się teraz pocięg z polskimi więźniami, wioząc ich tam, gdzie ginęli ich przodkowie.
Pociąg znowu wjechał w puste i bezbrzeżne stepy, wciąż zielone ale o innej roślinności. Znowu monotonny widok pustkowia nużył oko podróżójącego więźnia, a brak urozmaicenia usypiał jego zmysły i ciało. Krajobraz nizinny, pojedynczy i smutny, podobny do żywota więźnia, którego monotonia pracy nie zna końca z jedynym urozmaiceniem jest widok streżka z bagnetem. Czasami bezbarwny, rowninny krajobraz przemieniał się w szarą masę budynków, fabryk i kominów i wtedy na tablicach mijanych stacji ukazywały się nazwy sybiryjskich miast, jak Tomsk, Omsk i Nowosybirsk. Każde z nich przypominało Stanisławowi historię transsybiryjskiej kolei, budowanej ręką niewolnika. Szare brudne budynki, dymiące kominy i biednie wyglądające domki, stanowiły wybitny kontrast do czystej zieleni nizinnego pustkowia. Wśród tych zabudowań ludzie, nie wyglądający lepiej niż ich szare miasta, snujący się po ulicach jakgdyby w poszukiwaniu za środkami do życia i okazją do przeżycia raju w myśl utartego frazesu "przeminęła konstytucja, przeminie i komunizm". Pomiędzy jedną i drugą większą miejscowością pojedyncze domki przy torze, białe brzózki rorzucone tu i ówdzie oraz bezbrzeżna zieleń rozległych stepów.
Podczas, gdy Tomsk i Omsk wiązały się w jego pamięci ze szkolnymi wiadomościami o cieżkim przemyśle sowieckim, rzuconym poza Ural, dla zabezpieczenia go przez zachodnim najeźdzcą, Nowosybirsk miał dla Stanisława jedno dodatkowe znaczenie. Tutaj jego myśl szukała za kolejową linią idącą na południe. Na południowej trasię znajdowała się Semipałatyńskaja Obłast, gdzie na jednym z stepowych kołchozów żyli i pracowali jego rodzice. Do czasu przejazdu przez Nowosybirsk nosił w sobie nutę nadzieji, że drogą selekcji więźniów w Starobielsku jego losy poniosą go do kraju bliskiego miejsca wysiędlenia jego rodziców. Myśl ta przestała być aktualną, kiedy pociąg przejechał stację i gnał dalej na wschód.
Trasa kolejowa wyglądała prosta, jakgdyby ktos wyznaczył ją ołówkiem na papierze. Ta prosta linia niosła polskich więźniów dalej po niekończącej się równinie ku jakiemuś nieznamu celowi. Na wschodzie wzdłuż linii kolejowych było wiele miejscowości z których każda mogła być jego miejscem przeznaczenia. Czyżby tym punktem miał być "Zielony Klin"? Mała połać sybiryjaskiego kraju, o którym krążyły pogłoski, jako o kraju na końcu sowieckiego imperium, gdzie ziemia była żyzna, a życie lepsze niż każdej innej części kraju. Czy taki kraj istotnie istniał? Czy pogłoska była tylko tworem propagandy dla okłamywania i łudzenia ludzi? Na to nikt nie znalazł ani potwierdzającej ani przeczącej odpowiedzi, może dlatego że w tej ułudzie była łaskawsza myśl o życiu w zakłamanym kraju.
Jedna z łaskawszych myśli dotarła jakimś sposobem do zamkniętego wagonu podczas podróży przez środkową Syberię. Myśl ta pokrywała się dokładnie z analitycznymi wywodami dyr. Bałandiuka w starobielskiej celi. "Niemcy wydali wojnę Sowietom!", przeszło przez cały wagon i prawdopodobnie przez pociąg lotem błyskawicy. "Wojna niemiecko-sowiecka" to koniec polskich cierpień w więzieniach i łagrach. Myśl taka z miejsca podniecała więźnia i budziła w nim nadzieję wolności. "Zwolnienie z więzienia, czy transportu to kwestia najbliższego czasu" - takie było zdanie każdego Polaka. Nawet pogłoski o szybkim posuwaniu się Niemców w głąb sowieckich terytoriów przeniknęła do wagonów. Taka wiadomość otwierała dwie możliwości - rozbicie Związku Sowieckiego przez Niemcy, lub bliższe porozumienie z Anglią, każda z nich musiała wyjść na korzyść Polaków. Sama wiadomość jednak nie zmieniła niczego. Pociąg wciąż gnał we wschodnim kierunku, strełki wciąż strzegli swoje ofiary i racje żywnościowe były nadal wydawane w tej samej ilości.
W okienku wagonu ukazały się trzy następne większe miejscowosci na kolejowej trasie, jako urozmaicenie płaskiego terenu. Krasnojarsk, Tajga i Irkuck to dalsza monotonia miejskich widoków, dymiących się kominów i zaniedbanych budynków i domów. Człowiek, który w dalekiej przeszłości przejął ten kraj od natury, nie potrafił zachować jego piękna. Tutaj, w każdym widoku mijanych miejscowości, ten sam widok zabudowanego terenu oraz ludzi, biednie ubranych i zaniedbanych.
W Irkucku postój trwał cały dzień. Przyczyną tego była higiena więźniów. Po dwóch tygodniach podrózy w ciasnocie wagonu trudno było praktykować więzienny zwyczaj tępienia weszek prostym prymitywnym sposobem. Dokuczliwe stworzonka stały się przekleństwem życia. W tym centralnym sybiryjskim mieście Stanisław spotkał się po raz pierwszy z osławioną rosyjską weszobojką. Urządzenie wprawdzie proste, ale w sowieckich warunkach absolutnie konieczne, pozwolilo jemu i jego towarzyszom na pozbycie się stworzonek w masowym morderstwie przy użyciu kotłów i pary. Również udostępiono im kąpiel, co po długiej podróży było niezwykła ulgą.
Wykąpani, oczyszczeni i odwiszeni, więźniowie rozpoczęli dalszy etap podrózy na wschód w tej samej ciasnocie i niewygodach. Dobroczynna jej część, oglądanie krajobrazu, nadal pozostało z nimi. Widoki jakie się im ukazywały były niejako sprawdzianem wiadomości jakie udostępniła im szkoła w ich rodzinnym kraju.
Miasto Irkuck, kolebka starożytnego imperium mongolskiego, wciąż posiadało dawny urok orientalnej kultury i fizyczne cechy wschodniego narodu. Mongolskie twarze o skośnych oczach i wystających kościach policzkowych, typowe etniczne stroje ze szpiczastą czapą obramowaną futrem, i drewniane domki sybiryjskiego typu dawały znać podróżójącym o dalekim wschodzie, który w różnych przekazach łączył się z daleką inwazją ich kraju przez tatarską hordę. Stanisław wpatrywał się w mongolskie twarze, jakgdyby chciał doszukać się w nich dawnych wojowników Dżengis Chana i Tamerlana, którzy w przeciągu swego życia zdążyli cały ówczesny świat zamienić w pustkowie. Ich apatyczne i obojętne oczy nie zdradzały niczego, co mogło przypominać w nich dzikich barbarzyńców dalekiegeo wschodu. Stary naród, który przeżył czasy swojej wielkości, zamienił się w wiernych poddanych carów i ostatnio obecnych władców sowieckiej republiki. Wszystko co pozostało po nich to mit przeszłości wśród nich samych i mit barbarzyństwa wśród narodów przez nich najeżdżanych.
Na wschód od Irkucka i Ulan-Ude zaczynał się inny świat. Musiały go stworzyć siły natury, które chciały przerwać monotonię syberijskiej równiny. Po niezbyt imponujących widokach Irkucka następne pasmo gor Jabłonnych otwierały przed okiem ludzkim wspaniałą panoramę, godną oglądania i podziwiania. Ale szczytem tego piękna było jezioro Bajkał. Malownicze jego okolice nawet dla ludzi podróżójących w bydlęcych wagonach miały swój urok. W tej panoramie było coś niezwykłego i uroczego, co porywało oczy człowieka i utrwalało na zawsze w jego pamięci.
Skaliste szczyty gór, sięgające aż po błękitne niebo, bogata zieleń niekończących się lasów i srebrne lustro jeziora było tym cudem, który kojarzy myśl ludzką z pojęciem najwyższego piękna i artyzmu. Widok dziewiczych gór napajały zmysły polskiego więźnia uczuciem zachwytu. Świeże górskie powietrze rozpierało jego płuca a silny zapach żywicy smukłych świerków durzył go swoją wonią. Jakby dla urozmaicenia krajobrazu pięćdziesiąt tuneli, wykutych w skali ręką niewolnika, bawiły się jego wrażeniami, raz chowając je we wnętrzu stromej góry, raz pozwalając mu na rozkoszowanie się wspaniałością panoramy.
"Jaki piękny jest ten kraj, ale czy w tym pięknie natury jest istotnie piękno życia," - Stanisław pytał się sam siębie. - "Piękno natury może zniewolić zmysły człowieka, może dodać uroku do treści jego życia, ale bez pozytywnej myśli ludzkiej ono pozostaje martwym pojęciem. Myśl ludzka i natura uzupełniają się wzajemnie i tylko ich połączone siły mogą nadać życiu charakter szczęścia. Kraj podporządkowany człowiekowi dla żądzy jego posiadania nie jest niczym innym tylko realnościową parcelą. Za jej posiadaniem powinien ukrywać się większy cel, którego treścia jest stworzenie podstaw do rozwoju i polepszenia warunków bytu człowieka. Ręka carska i sowiecka zagarnęły ziemie i narody pod swoje panowanie, nie dając ze swojej strony niczego poza biedą i niedolą. Jedyna filozofia jaką oni wyznawali to myśl grabieży i dominowania podporządkowanych im ludów.
Taka myśl mogła być treścią rozumowania wielu ludzi, ale w tym kraju każde wolne zdanie musiało kryć się pod pokrywą tajemnicy, aby nie stać się przedmiotem dalszych represji.
Poza Bajkałem ukazała się niezbyt wielka połać ziemi zielonego kraju. "Czyżby był to mityczny Zielony Klin o którym Rosjanie opowiadali cuda?" być może, że ktoś widział jego piękno i na tym tle jego wyobraźnia tworzyła utopię wolnego i wygodnego życia w środku morza biedy, nędzy i niewolnictwa. W tym małym zielonym zakątku ukazywały się od czasu do czasu mongolskie twarze, które wcale nie zdradzały wielkiego zadowolenia lub szczęścia. Tutaj ręka sowieckiego władcy też wyryła swoje piętno apatii i przygnębienia. Kiedy bog Stalin ukazał się na państwowych budynkach, szkołach i innych publicznych miejscach nawet Zielony Klin przestał być krajem utopii.
Widok tego zielonego kraju obudził w Stanisławie skryte życzenie, aby w tym miejscu pociąg się zatrzymał, aby tam wyrzucono go z wagonu i tam pozwolono na egzystencję aż do czasu spodziewanej zmiany. Z bujną zielenią kojarzyły się jego nadzieje znośnego życia nawet przy łopacie, kilofie i siekierze, ale na świeżym powietrzu i lepszym wyżywieniu. Zadyszany pociąg wiożł ich dalej przez gorzyste i pagórkowate okolice Czity, Birabejdłanu i Chabarowska, przerywając podróż raz dziennie dla wydania żywności i wody.
Po dwudzietu ośmiu dniach długi czerwony pociąg wtoczył się na boczne tory kolejowe i manewrował swoje ostatnie kilometry między szynami i niezbyt pocieszjącym widokiem baraków, drutów i strażniczych wieżyczek. W tym miejscu kończył się tor kolejowy. Dalej zaczynało się morze jeszcze trudniejsze do przebycia niż szeroki syberyjski niż i górzyste tereny wschodniej części kraju.
Pociąg wtoczył się powoli w rejon kompleksu baraków, biegnących rzędami w prostokątnych działkach, oddzielonych od siębie liniami kolczastych drutów. Zawszone i zapluskawione baraki stały się następnym mieszkaniem dla polskich więźniów, a wodnista zupa razem z głodową racją chleba ich codziennym pozywieniem. Na tym ostatnim etapie zakołczyła się "krajoznawcza wycieczka" i podróżujący więzień ponownie podporządkował się systemowi więziennemu i łagiernemu. Nazwa obozu "Buchta Nachodka" niczego nie mówiła młodemu Polakowi oraz jego towarzyszom. Jakiekolwiek było jej znaczenie nie powinno przedstawiać niebezpieczeństwa dla Polaków wobec ostatnich wiadomości jakie do nich nioficjalnie doszły.
Ostatnie wiadomości ze świata były niejako wynagrodzeniem dla więźniów za trudy i niewygody długiej podróży w zamkniętych wagonach, za ciasnotę na pryczach, za głodowe racje żywnościowe i za dokuczliwy brak wody. Informacje o wypowiedzeniu wojny Sowietom przez Trzecią Rzeszę były im już znane. Wiadomości o szybkich postępach wojsk niemieckich też nie była im obca. Natomiast wzmianka o przybyciu polskiej delegacji z Londynu do Kujbyszewa była cudowna i radosna. Polityczne rozmowy między władzami polskimi i sowieckimi miały niewątpliwie na celu sprawę polskich więźniów, co mogło mieć decydujący wpływ na ich dalsze losy. "Polska delegacja w Rosji, to początek procesu, który doprowadzi do zwolnienia więźniów i doprowadzi do stworzenia Polskiej Armii," tak rozumował Stanisław i każdy Polak w więzieniu, łagrze i na zesłaniu.
Razem z tymi pocieszającymi wiadomościami los przyniósł jeszcze jedną miłą niespodziankę. W tranzytowym obozie, przy końcu trans-syberysjkiej kolei, wśród wielu tysięcy więźniów jego nazwisko zeszło się razem na jednej liście z nazwiskiem jego gimnazjalnego kolegi, Tadzika Warszylewicza. Podczas wywoływania więźniów Stanisław usłyszał znane mu nazwisko i znajomy głos w odpowiedzi. Niedługo potem jego własne nazwisko zostało wywołane przez obozowego urzędnika. Tylko przypadek mógł zrządzić, że nazwiska dwóch znajomych sobie osób, którzy byli w innych więzieniach i przybyli do Buchty Nachodki innymi pociągami, zeszły się razem w tym miejscu.
Odszukanie kolegi nie przedstawiało większej trudności mimo dużej ilości więźniów. Młody człowiek, syn zamożnego obywatela miasta Buczacza, najlepszy gracz piłki nożnej w swoim mieście był tym samym Tadzikiem, którego nazwisko wcześniej wyczytano. Po spojrzeniu na jego twarz Stanisław nie miał wątpliwości, że na tej dalekiej ziemi spotkał swego kolegę z gimnazjum.
"Tadzik, tyś bardzo schudł," jego kolega szkolny powiedział na powitanie.
"Ty też nie nabrałeś na wadze," Tadzik odpowiedział żartobliwie.
Po wymianie kilku informacji na temat aresztowania, więzienia, rodzin itd., rozmowa weszła na temat bezpośrednio ich dotyczący.
"W którym baraku ty mieszkasz?" Tadzik zapytał.
"Nieco dalej w tyle."
"Przenieś się do nas. Tutaj jest grupa morowych chłopaków ze Lwowa. Razem nam będzie lepiej."
"Jak najchętniej jeśli mnie przyjmiecie," Stanisław odpowiedział.
Po kilkunastu minutach obaj znaleźli się w tym samym baraku, zajmując miejsca obok siębie. Każdy z nich miał wiele do opowiadania o swoim życiu i swoich przygodach od czasu rozstania się w szkole. Każdy, w związku z wojną, mimo stosunkowo krótkiego czasu, miał już za sobą bogatą historie, z których każda była odmiennej treści.
Aresztowanie Tadzika miało powiązania z podziemną organizacją w Buczaczu, której krótki żywot zakończył się aresztowaniem jej członków. On sam nie był w niej aktywnie zaangażowany, ale jego kontakty z kolegami wzbudziły podejrzenia wśród lokalnych komunistów. Kiedy stróże prawa zjawili się przed jego drzwiami, młody człowiek szczęśliwie nie był w domu. Zanim doszedł do domu, woźnica rodziny zabrał go z ulicy i wywiózł za miasto. Nieco później ojciec wyszukał mu miejsce we Lwowie i tam ulokował w bezpiecznym mieszkaniu. Upadek Francji zmusił ich do szukania innej drogi wyjścia. W tym czasie jakaś podziemna organizacja, działająca we Lwowie, prowadziła akcję przeprowadzania Polaków na Węgry i Rumunię. Oczywiście zagrożony człowiek skorzystał z ich usług i wybrał się na granicę rumuńską. Następnego dnia wczesnym rankiem, umówiony przewodnik oddał jego i kilku innych Polaków w ręce czekających oficerów NKWD. Dalsze jego losy to więzienia sowieckie i podróż do Buchty Nachodki, gdzie on podobnie jak inni żyli nadzieją, że ich życie więzienne ma się ku końcowi.
Spotanie z Tadzikiem było dla Stanisława następnym nawiązaniem przyjacielskich stosunków z dawnym kolegą. Pewnego dnia wyznaczono go do przyniesięnia z zewnątrz obozu do wewnętrznego podwórka dużej drewnianej kłody. W czasię tej krótkiej wycieczki poza druty spotkał się twarz w twarz z Pawełkien Januszewskim, innym kolegą z ławy szkolnej. Od niego Stanisław dowiedział się o następnych Buczaczanach, których los przyniósl do tego obozu. Razem z Pawełkiem, w innej sekcji obozu, byli ich koledzy z gimnazjum, oskarżeni w swoim czasie o przynależność do podziemnej organizacji. Nazwiska wymienione odnosiły się do dwóch młodych chłopaków Vidaka i Urbańskiego oraz do jego kolegi Romka Wójcickiego. Pawełek natomiast niemiał żadnych wiadomości o pierwszych pięciu aresztowanych członkach organizacji - oni przepadli bez śladu.
W nowym baraku Stanisław został wciągnięty do grupy dwudziestu więźniów, którzy razem tworzyli jedną brygadę pod przewodnictwem studenta uniwersytu lwowskiego, Łukowskiego. Organizacja tego rodzaju istniała tylko poto, aby pobierać i rozdzielać żywność między jej członków. Młody przewódca był energicznym człowiekiem i dbałym o swoich ludzi. Pozatym szybki, zaradny i dobry organizator bez trudu komunikował się z władzami obozowymi.
W obozie tym w rozmowach między więźniami została wymieniona nazwa kraju Kołymy. Poza złotem i podobno lepszymi warunakami życia nic w tej nazwie nie było ciekawego i godnego uwagi. Pozatym w czasie, kiedy aktualnym tematem była sprawa zwolnienia z łagrów i ewentualnego wstąpienia do Polskiej Armii, wspomnienie o Kołymie było drugorzędną sprawą. Nazwa ta obiła się o uszy, kursowała wśród więźniów, ale nikt nie brał jej na serio, jako następny punkt docelowy dla zgromadzonych polskich więźniów.
Niestety w Związku Sowieckim nikt nie kierował się realną i logiczną myślą. O wszytkim decydowały władze, które miały swój punkt widzenia na sprawy więzienne i swoje przyczyny do wykonania powziętych już planów. Polscy więźniowie byli w ich rękach i z konieczności musieli podporządkować się ich woli. Wolą tą była Kołyma, złota, zimna i nieznana, której polscy więźniowie nie byli w stanie uniknąć.
Nieznana dotychczas Kołyma, odległa o tajgę i morza od ruskiego "matierika", początkowo przyjęta jako nieistotny termin geograficzny, z każdym dniem czekania w Buchcie Nachodce przybierała coraz realne kształty. Wprawdzie kształty te były wcięż kwestią wyobraźni, ale szczegóły o tym kraju, docierajłce do polskich więźniów, dawały im bardzo niepokojące informacje. Wszystkie z nich wzięte razem kojarzyły się w trudny do przyjęcia termin zimnego kraju, bogatego w zasoby mineralne, i znanego Rosjanom z kaźni życia i lodowatej śmierci.
