Cieżka brama budynku policji zamknęła się z hałasem za Stanisławem i jego konwojentem. Twardy jej odgłos odbił się głuchym echem w duszy nowego więźnia. Tak musiały zamykać się bramy carskich tiurm i kazamatów oraz wszystkich więzień i dantejskich piekieł. Za tymi drzwiami zaczynało się inne życie - życie w ciemnych murach, w separacji od świata i w cierpieniu niewinnego człowieka. W tym innym życiu człowiek stawał się niczym - małym i prostem zerem nawet wobec systemu fałszu i obłudy. Wszystkie jego ludzkie wartości, prawa i przywileje pozostały nazewnątrz, a on jako fizyczny twór natury zamienil się w bezduszną istotę, podporządkowaną woli jego prześladowców.
W tej metodzie poniżania człowieka głuche echo zamykającej się bramy było tylko wstępem do degradacji człowieka. Dzikie i ponure twarze milicjantów, poniżająca arogancja, brutalne popychanie, osobista rewizja, konfiskowanie dokumentów, wyciąganie sznurówek z butów i podpisywanie na siebie cyrografu było procesem do ostatecznego pozbawienia ofiary sowieckiej katorgi jej człowieczeństwa. W tym procesie poniżenia nowy więzień przyjmował mentalność niższej istoty - mentalność sowieckiego więźnia, która bez sprzeciwu poddałaby się wszelkim szykanom okrutnego systemu.
Jego bogiem i władcą stał się każdy funkcjonariusz więzienny, któremu musiał się podporządkować fizycznie i mentalnie. Jego prawem i przywilejem stały się cztery brudne ściany więzienia, kawałek czarnego chleba, miska szarej zupy i skrawek nieba przebijający przez gałęzie drzewa tuż poza oknem. Za nadanie takich przywilejów odebrano mu prawo do osobistej godności, do własnej myśli i do sprawiedliwości. Wszystko to łącznie z bramą tworzyło cel odseparowania go od świata zewnętrznego i wrzucenia go w otchłań głodu, nędzy i cierpienia. Od chwili zamknięcia się bramy taki się stał porządek ziemskiej egzystencji młodego polskiego więźnia.
Korytarz krótki ale ciemny zaprowadził nowego więźnia do ciemnych drzwi jeszcze ciemniejszego pomieszczenia. Zgrzyt klucza w zamku, pchnięcie w plecy przez niewidoczną rękę i niewyraźna przestrzeń półmroku z nikłym promykiem światła przebijającego się od zakratowanego okna. Znowu głuchy dźwięk zamykających się drzwi i przeraźliwy zgrzyt klucza w zamku.
Świat szarzyzny, zaduchu i grubych murów otworzył przed nim życie małych wymiarów niższego porządku. Ten świat zamroczył jego oczy na chwilę, jakgdyby pozwolił mu na otrząśnięcie się z pierwszego wrażenia. Powoli zamrożone zmysły zaczęły tajać. Stopniowo szarzyzna otwierała przed nim tajemnice przestrzeni, zamkniętej brudnymi ścianami i niewolą. Jego oczom ukazała się cela więzienna, ta sama cela przed którą bronił się przez kilka miesięcy, ale której jakby dla ironii nie był w stanie uniknąć.
Ciemna cela w końcu ujawniła wszystkie swoje tajemnice przed nowym przybyszem do jej ścian. Poza jej szarzyzną, zaduchem i małym promykiem światła w jej murach było kilka ludzkich duchów i dla ich wygody umeblowanie w postaci łóżka z brudnym, wytartym i cuchnącym materacem. W szarej przestrzeni ukazały dwie pary oczu, wlepione w niego, jakby czekając aż przybysz otrzeźwieje, odtaje i rozpozna szczegóły swego nowego pomieszczenia. Jako ostatnie szczegóły tej otchłani wyłoniły się brudne i obite ściany i jeszcze brudniejsza podłoga. W tej mozaice prymitywu odezwał się ludzki głos o ukraińskim dźwięku.
Polski więzień usłyszał ten głos, słyszał słowa padające jedno po drugim, ale żadne z nich nie miało dla niego zrozumiałej treści.
Jego odurzone zmysły słyszały i reagowały, ale nie były w stanie pojąc ich znaczenia. Po czasie ukraińskie dźwięki zamieniły się w polskie słowa. On zdał sobie sprawę z tego, że jego towarzysze to ludzie ukraińskiej narodowości. Natychmiast obudziło się w nim pytanie: "Dlaczego oni?"... W danej chwili nie mogł uzmysłowić sobie tego dlaczego ci bliscy współpracownicy systemu znajdują się pod kluczem. Może pospolici przestępcy?...
Odpowiedź na to przyszła do niego później.
W momencie, kiedy jego zmysły oswoiły się z celą, klucz ponownie zazgrzytał w drzwiach i ostry głos strażnika odezwał się do nowego więźnia:
"Wychody w siej czas!" brzmiał rozkaz strażnika połączony z nazwiskiem Stanisława.
Znowu krótki marsz przez korytarz, znowu główne drzwi budynku i znowu znaną mu drogą do białego gmachu z czerwoną flagą... "Może się rozmyślili," maża myśl przebiegła przez głowę więźnia. "Może kolega Franek wstawił się za nim, może puszczą go na wolność..." Każde uderzenie buta o powierzchnię chodnika brzmiało w jego duszy ludem ukrytej nadziei.
Trasa znowu prowadziła do ogólnej kancelarii, gdzie ten sam umundurowany urzędnik siedział za biurkiem i uporczywie bazgrał coś na papierze. Drzwi do przyległej kancelarii były tym razem otwarte. Dwaj czekający enkawudziści przejęli więźnia i kazali mu iść o jedne drzwi dalej. Pokój był mniejszy od dwóch poprzednich, ale zato lepiej umeblowany. Stanisław domyślił się, że był to pokój samego naczelnika. Za dębowym biurkiem siedział ten sam oficer, który rozmawiał z nim wcześniej tego dnia. Tym razem na jego twarzy nie było ani przyjaznego wyrazu ani uśmiechu.
"Sadi!" naczelnik zawołał ostro do więźnia, wskazując na krzesło przed biurkiem.
Ledwie Stanisław usiadł na krześle oficer za biurkiem rzucił do niego kilka osobistych pytań. Każda odpowiedź została skrzętnie zapisana na papierze. Pytania zaczęły padać coraz szybciej a ton głosu urzędnika coraz bardziej nabierał na sile. Polski więzień starał się nadążyć z odpowiedzią, ale ona nie zawsze mu wychodziła. Wiele pytań brzmiało jako bezpodstawne zarzuty. Na każde z nich on odpowiadał przecząco. Po każdej odpowiedzi "nie" urzędnik okazywał coraz większe zdenerwowanie. W końcu wstał z krzesła i zaczał grozić mu pięścią. Równocześnie zarzuty padały jeden za drugim niekonczącą się seria:
"Czy masz broń?"
"Gdzie ją chowasz?"
"Czy należysz do podziemnej organizacji?"
"Kto jest jej przewódcą?"
"Czy szpiegujesz dla burżuazji Zachodu?"
"Co oznaczają twoje zapiski na papierze?"
"Skąd dostałeś te informacje?"
Notatka na świstku papieru, którą Stanisław zapisał, słuchając kiedyś wiadomości na kryształkowym radiu Józka Kulczyka w Dulibach, została znaleziona podczas rewizji i stała się przedmiotem wielkiej wagi w czasie przesłuchiwania. Jej mała treść była dostateczną przyczyną, aby oskarżyć przestępcę o szpiegostwo.
"Wiadomość ta została wzięta z radzieckiego radia," Stanisław wyjaśnił.
"Kto ma radio?" padło następne pytanie.
Tadeusz zorientował się, że w jego wyjaśnieniu mógł ukrywać się pretekst do zarzutu, za który sowiecki urzędnik mógł pociagnąć innych do odpowiedzialności.
"Nie wiem. Ktoś powiedział mi, że to pochodzi z radia. To też może być z gazety," Oskarżony starał znaleść najmniej ryzykowną odpowiedź.
"Rwiosz... Rwiosz..." nagle potężny głos zabrzmiał nad nim.
Więzień uparcie powtarzał "nie" i "nie wiem".
Jeden ze "śledowateli" nie wytrzymał nerwowo. Przecząca odpowiedź więźnia musiała podziałać na niego jak czerwona płachta na byka. Stanisław nagle poczuł uderzenie pięścią w twarz. Krzesło pod nim się zachwiało i razem z nim runąło na podłogę. Jeden z oficerów kazał się jemu podnieść. Ledwie stanął na nogi poczuł serię uderzeń, padających na jego twarz i głowę. Rękami starał się ochronić głowę przed pięściami prześladowców. To niewiele pomagało. Po tej nawałnicy uderzeń nastapiła cisza ... Oficer z poza biurka wezwał milicjanta i kazał więźnia odprowadzić z powrotem na celę.
Oskarżony stanął na nogi i otarł twarz. Na dłoni zauważył ślady krwi i przy dotknięciu twarzy poczuł obolałe miejsca. Z chwilą wyjścia na świeże powietrze poczuł się lepiej. W kilka minut później znalazł się znowu w celi więziennej i usiadł na brzegu siennika. Siedząc na łóżku nie zwracał na nic uwagi. Nawet jego współtowarzysze wydawali się nie istnieć na celi. Stan całkowitego zobojętnienia trwał jednak krótko - za chwilę jego umysł zaczał ponownie reagować.
Do niego doszły ciche szeptania, wymieniane między dwoma więźniami. Ich szepty trwały dość długo. Dopiero po kilkunastu minutach starszy z nich podszedł do nowego więźnia i starał się go pocieszyć, mówiąc, że na początku każdy przechodzi taką samą procedurę. Potem oni obchodzą się z człowiekiem lepiej.
Stanisław przyglądnął się lepiej swoim towarzyszom. Jeden z nich, starszy wiekiem, musiał być w późnej czterdziestce lub początkowej pięćdziesiątce. Drugi był o wiele młodszy - jego wiek prawdopodobnie jeszcze nie przekroczył dwudziestki. W półmorku celi nie mógł rozpoznać ich charakterystycznych cech wyglądu pozatym, że obaj byli szczupli, zarośnięci, a włosy starszego przeświecały siwizną.
"Za co was aresztowali?" starszy człowiek zapytał Stanisława, patrząc podejrzliwie na współ-więźnia.
"Za nic..." padła odpowiedź.
"Ah, każdy tak mówi na początku... Tak trzeba zawsze mówić... Oni nie wierzą nawet gdyby to była prawda."
Człowiek ten napewno mówił z doświadczenia. Jak się później okazało jego doświadczenie sięgało głębiej niż przesłuchiwania przez sowieckich "śledowateli". Kiedy Stanisław zapytał go o jego domniemane przestępstwo, człowiek dawał niejasne i wymijające odpowiedzi. Nie trudno jednak było się domyśleć, że obu z nich zarzucano przynależność do podziemnej ukraińskiej organizacji. Nikt z nich nie powiedział jakie zabarwienie ideowe miała ich organizacja. Znowu można było się domyśleć, że nacjonalizm był jej podłożem.
Za polskich czasów kultywowanie uczuć narodowych było tolerowane, jeśli nie zagrażało publicznemu bezpieczeństwu, natomiast w myśl sowieckiego prawa było to poważne przestępstwo. Obaj zrozumieli to trochę za późno, a zwłaszcza starszy z nich. Zaraz po wejściu sowietów on, czując się dobrym Ukraińcem, wstąpił do szeregów policji, aby służyć oswobodzicielom jego kraju z polskiego "jarzma". Oswobodziciele przyjęli współpracę jego i wielu innych z otwartymi rękami - jemu nawet dali odpowiedzialną funkcję komendanta posterunku. Dobre chęci niewiele mu jednak pomogły, kiedy na wierzch wyciągnięto jego podziemną działalność za polskich czasów. Pewnego dnia kazano mu wyspowiadać się z całej swojej przeszłości. Za wyznane czy nie wyznane winy wsadzono go do aresztu i prawie każdej nocy szukano za dalszymi informacjami, aby wyłowić tych konspiratorów, którzy zataili się po kątach.
Następnego dnia rano milicjant znowu wywołał nazwisko Stanisława i zabrał go na ponowny spacer do urzędu NKWD. Tym razem kazano mu wejść do jeszcze innego pokoju. Przy biurku siedział ten sam urzędnik, który przepytywał go poprzedniego dnia. Teraz oficer ten nie był już obcą osobą dla polskiego więźnia - on już znał jego nazwisko. Były komendant milicji i towarzysz na celi zdążył podzielić się z nowym więźniem informacjami personelu śledczego. Naczelnik urzędu, który w danej chwili siedział przed nim, nazywał się Soroka; dwaj inni nosili nazwiska Woźk i Derkacz. Tym razem dwóch ostatnich nie było w kancelarii.
Skinieniem ręki urzednik kazał mu usiąść na krześle. Po doświadczeniach poprzedniego dnia Stanisław był przygotowany na najgorsze. Przesłuchiwanie zaczęło się w łagodnym tonie i znowu dotyczyło jego osobistych danych. W czasie tego odezwał się sygnał telefonu. Z treści krótkiej rozmowy wynikało, że przesłuchujący go oficer został przez kogoś wezwany do innego miejsca. Po odłożeniu słuchawki naczelnik skinął na milicjanta i kazał odprowadzić więźnia na celę.
To krótkie i bezbolesne przesłuchiwanie było ostatnim jego spotkaniem z oficerami NKWD w Potoku Złotym. Zainteresowanie jego osobą zmalało do zera. Młody Polak, zastanawiając się nad tym, przyznawał zasługę tego Frankowi i Malci Strauberównej. Można było przypuszczać, że jedno z nich albo oboje starali się wyjaśnić sytuację na jego korzyść. Faktycznie swojej koleżance i jej rodzinie zawdzięczał wtedy wiele. Oni dali znać do stryja o jego aresztowaniu, w odpowiedzi na co dostał ciepłe ubranie i bieliznę. Pozatym ktoś przekazywał mu ciepłe jedzenie, niewątpliwie przygotowywane lokalnie. Również Stanisław dowiedział się, że na jego końcie została złożona kwota kilkudziesięciu rubli. W tym musiała być ręka wpływowej osoby, która w wypadkach mniejszej wagi interweniowała w jego sprawie.
Podczas, gdy Stanisław siedział spokojnie w celi i od czasu do czasu chodził na spacery po podwórku, jego współtowarzysze mieli wezwań i przesłuchiwań do przesytu. Niemal każda noc była dla nich ciężką przeprawą. Często wracali dopiero rano z sińcami i śladami krwi na twarzy i na ciele. Kiedy w grę wchodziły sprawy polityczne ich oswobodziciele wcale nie kierowali się uczuciem braterstwa wobec swoich wyznawców. Tego rodzaju przesłuchiwania doprowadzały starszego do rozstroju nerwowego. Często w ciągu dnia chodził po celi i płaczliwym głosem wołał: "szczo ja zrobyw, szczo ja zrobyw". Czasem w stanie depresji zatrzymywał się przed Polakiem i radził się w jaki sposób możnaby było popełnić samobójstwo. Raz nawet groził rozstrzaskaniem głowy o ścianę. Do takiej ewentualności jednak nie doszło... Młodszy natomiast po każdym przesłuchaniu siedział na barłogu i milczał. Będąc bardziej wytrzymały fizycznie on lepiej znosił szykany, jakimi śledowatele jego raczyli.
Mimo nocnych cierpień w ciągu dnia obaj należeli do uprzywilejowanych więźniów. Milicjanci tego posterunku byli kiedyś podwładnymi starszego, co miało swój wpływ na jego traktowanie na celi. Przez nich kontaktował się z zewnętrznym światem, a szczególnie z rodziną i za ich pośrednictwem stale pokryjomu otrzymywał ciepłe jedzenie, świeżą bieliznę i wiadomości z domu. Jego towarzysz też z tego korzystał, otrzymując nieoficjalne "peredacze" od kogoś z zewnątrz.
Jedzenie w danej chwili nie miało wielkiego znaczenia dla nowego więźnia, bo dzięki koleżance czy jej rodzinie nigdy nie odczuwał głodu. Wiadomości ze świata były inną sprawą, a tymi jego towarzysze z nim się nie dzielili. Od czasu do czasu wdawali się w rozmowy z polskim więźniem, które okazyjnie wychodziły poza ramy spraw więziennych. Kiedy wracali potłuczeni i pobici z przesłuchiwań Polak współczuł im jako ludziom, ale co do starszego miał pewne zastrzeżenia.
"Widzicie jak oni nas traktują - zupełnie jak nie ludzi. Bóg ich za to pokarze," starszy zwierzał się przed polskim więźniem.
"Tak, to nie jest ludzkie, ale wy też braliście w tym udział," Stanisław raz mu odpowiedział.
"Jaki udział... to nieprawda."
"Przecież niedawno aresztowaliście Polaków, swoich sąsiadów."
Takie powiedzenie musiało go zaskoczyć, bo żachnął się i odpowiedziać krótko:
"To jest całkiem inna sprawa."
"Jaka inna sprawa?" Polak zapytał.
"A bo wy pany, a my nie..." padła krótka odpowiedź
"Czy wy chcecie powiedzieź przez to, że my stoimy wyżej od was moralnie i kulturalnie?"
"Ja tego nie powiedział..." starszy Ukrainiec szybko odpowiedział i odszedł do drugiego kąta.
Rozmowy tego rodzaju były rzadkie. W więzinnych okolicznościach takie tematy były zbyt drażliwie, aby je dyskutować. Stanisław wolał zachować swoje myśli dla siebie, a oni niewątpliwie woleli pozostać przy swoich.
W tym zamkniętym i odizolowanym miejscu każdy z więźniów tworzył swój własny świat, w którym jego wyobraźnia wypełniała godziny bezczynności. Wyobraźnia otwierała przed nim bramy więzienia i pozwalała na doznawanie dobrodziejstw życia zewnętrznego, obcował z wolnymi ludźmi, doznawał takich samych wrażeń jak oni, wspominał przeszłośc i marzył o przyszłości. Jej oddziaływanie na polskiego wieźnia nie zawsze miało przebieg spokojny, bierny i kojący. Czasem pod jej wpływem budził się w nim bunt, zwłaszcza kiedy jakiś przypadek zbliżał go do zewnętrznego świata.
Kawałek nieba, które zaglądało przez zakratowane okno, czy spacer na podwórku pod nadzorem strażnika, czy widok otwartego pola na niedalekim wzgórzu, podsuwały mu nierealną myśl przeskoczenia przez parkan i biec naprzełaj do lasu, gdzie na niego czekała utracona wolność. Myśl taką hamował widok strażnika z karabinem i zdrowy rozsądek, który podsuwał pytanie: "a co potem?" Takie pytanie było ostateczną granicą jego protestu przeciwko rzeczywistości.
Pewnego dnia stan więźniów powiększył się o dodatkowego człowieka. Klucz zazgrzytał zamku, drzwi się otworzyły gwałtownie i na celę wleciał jakiś mało rozgarnięty człeczyna, ubrany w brudną płócienną koszulę i brudne podarte portki. Tym razem była to osoba, która absolutnie należała do czterech ścian lokalnego aresztu. Był to mały złodziejaszek z zapadłej wioski, któremu przydarzyło się coś niespodziewanego w sowieckim raju, gdzie sprawiedliwość zawsze była po stronie biednego i poszkodowanego, za jakiego on siebie uważał.
Człowiek chudy, zarośnięty, nieuczesany z niespokojnymi oczyma z miejsca usiadł w kącie celi i milczał. Towarzysze Stanisława wkrótce zdołali się z nim dogadać. Z ich rozmowy Polak rozumiał. Że człowiek w brudnej koszuli zdobył się kilka dni temu na ryzykowne przedsięwzięcie, które przerastało jego zdolności i kryminalne kwalifikacje. Mając dobry wywiad w osobie spólnika, dowiedział się o świeżym transporcie soli dostarczonej do lokalnej kooperatywy. Sól była cennym artykułem. Należało więc wykorzystać okazję. W ciemnościach nocy przez słomiany dach dostał się do wnętrza i zaczął ładować sól do torby. Jakiś nieopatrzny ruch z jego strony obudził sklepikarza, który krzykiem zaalarmował całą wioskę. Wspólnik szybko się ulotnił, a głowny sprawca zamachu na sól znalazl się w kryminale.
Odtąd było ich czterech na brudnym cuchnącym więziennym sienniku, Śpiąc napoprzek w pozycji wyciągniętej na sznurek. Czasem stan celi powiększał o osobę lub dwie, ale tylko przejściowo. Byli to obcy przybysze przytrzymani na ulicy, których po wylegitymowaniu wypuszcano na wolność. Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do czasu wyjazdu Stanisława do następnej instancji sowieckiego karnego systemu.
Jednego ciepłego ranka wywołano z celi starego Ukraińca, pospolitego złodzieja i Stanisława. Kazano im zabrać ze sobą osobiste rzeczy i wyjśc na korytarz. Przed wyjściem z budynku jeden ze strażników wręczył Polakowi dwa bochenki chleba, które pochodziły od żydowskiej rodziny w mieście. Tuż przed budynkiem stała furmanka, a przy niej kręciło się dwóch uzbrojonych milicjantów i jeden sowiecki "streżok". Więźniom było już wiadome, że czeka ich podróż do następnej instancji, jakim było więzienie w Buczaczu.
Dzień był ciepły, ale szary i ponury, bardzo podobny w swym wyglądzie do nastroju eskortowanych ludzi. Wszystkich trzech posadzono na środkowym siedzeniu furmanki; jeden z eskortujących usiadł przy woźnicy a dwóch pozostałych zajęło miejsca z tyłu. Na rozkaz komendanta transportu furmanka ruszyła do przodu.
Wynędzniałe wiejskie koniki z trudem ciągnęły ludzki ciężar po żwirowanej szosie; pod każdym wzniesieniem wyginały swoje grzbiety w kabłąki, aby dorównać zadaniu na nich nałożonym. Droga biegła przez okoliczne pola i lasy, czasami wiodła przez rzędy wiejskich chat, pokrytych słomą, czasami wznosiła się do góry i czasami spadała w dolinę głębokiego jaru. Jadąc otwartą przestrzenią młody Polak rozkoszował się zielenią i wolnym światem jaki go otaczał. Na widok łanów zboża i bujnej zieleni lasów przychodziło mu na myśl, aby wyrwać karabin z ręki konwojenta i naprzełaj uciec do lasu. Ale rozsądna myśl znów podsuwała pytanie: "a co potem?" Na tym kożczył się jego bunt a z tym przychodziła rezygnacja z protestu przeciwko sowieckiej władzy.
Pod koniec podróży furmanka wjechała w okolice Buczacza, znane Stanisławowi. Pałac Potockich, napewno zamieszkały przez innych panów, wysoki kamienny most nad strumykiem, długa ulica Kolejowa, Studnia Sobieskiego i stary barokowy ratusz - wszystko przypominało mu gimnazjalne lata, harcerskie wycieczki i wspólne życie w niedalekiej bursie. Jadąc główną ulicą spodziewał się, że ujrzy znajome twarze i pokiwa do nich ręką. Na całej przeszło kilometrowej przestrzeni nie spotkał nikogo znajomego z jego szkolnych lat. Furmanka objechała rynek, przejechała przez most nad Strypą i znaną jemu drogą na Fedor zawiozła więźniów przed szerokie drzwi więzienia buczackiego.
Za swoich gimnazjalnych czasów czasami przechodził obok tego budynku, ale nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, że za jego fasadą mieści się cały kompleks małych pomieszczeń z zakratowanymi oknami wychodzącymi na Strypę. Zanim dostał się do jednego z tych małych pomieszczeń musiał przejść osobistą rewizję i pod okiem strażnika przemaszerować przez całą długość tego starego więźienia. Przechodząc obok więziennych krat zaglądał do każdej celi, ale nie dostrzegł żadnej żywej duszy w ich wnętrzach. W tym czasie więzienie musiało być wypróżnione przez wysłanie więźniów do następnej instancji systemu więziennego.
Pusta cela do której go wpuszczono, jak na warunki więzienne, dawała mu więcej wygód niż mógł się tego spodziewać. Pomieszczenie, wprawdzie nieduże, było wyłącznie do jego dyspozycji, barłóg w rogu był tylko do jego użytku a małe zakratowane okno dawało mu głęboki i szeroki wgląd na znany mu teren Buczacza. Na pierwszym planie był duży plac, gdzie niejednokrotnie oglądał pokazy przyjezdnych cyrków, następnie rzeka Strypa płynęca u podnóża góry zamkowej. Nieco na prawo wznosiły się mury parafialnego kościóła w stylu rococco, a wysoko, niemal sięgając, nieba piętrzyły się ruiny starego zamku. Akurat w dniu następnym przypadał odpust w parafii buczackiej. Przy tej okazji, patrząc i słuchając z okna więziennego miał okazję wysłuchał Mszy świętej, odprawianej nazewnątrz, oraz kazania kapelana szkoły powszechnej. Mimo odległości wyraźnie słyszał każde jego słowo, jakgdyby było wypowiedziane w pobliżu. Niewątpliwie akustyka miejsca musiała mieć z tym coś wspólnego. Kazanie i widok kościoła nasunęły mu refleksje na temat młodych czasów i obudziły w nim żal za tym najpiękniejszym okresem jego dotychczasowych lat.
Pobyt Stanisława w więzieniu buczackim trwał ledwie dwa dni. W trzecim dniu ropoczął wędrówkę w kierunku następnego miejsca swego przeznaczenia. Rano wyprowadzono go nazewnątrz, gdzie spotkał się z czterema innymi więźniami. Tym razem środkiem lokomocji była czarna zakratowana karetka z oddzielnymi przedziałami dla kierowcy i konwojentów. W ciasnocie i zaduchu pojazd wiózł ich w gorący dzień lipca do więzienia czortkowskiego, które już od pierwszych dni wejścia sowietów służył ich prześladowczym potrzebom. W czasie podróży, oglądając tylko urywki okolicznych widoków, nie był w stanie zorientować się jakimi drogami prowadziła ich trasa. Podróż trwała krótko - chyba nie więcej niż pół godziny.
Karetka zatrzymała się przed szeroką czarną bramą żelazną, która Stanisław widział tylko w fragmentach. Przez otwarte okno kierowcy słyszał rozmowę między konwojentami i strażą więzienna. Rozmowa była krótka, widocznie jej celem było wylegitymowanie nowo-przybyłego transportu. Po chwili pojazd wtoczył się powoli na więzienne podwórko.
Natychmiast po wyjściu z karetki rozpoczęła się procedura przyjęcia więźniów pod opiekę wieziennych aniołów stróżów. Pytania, odpowiedzi i rosyjskie "padawaj poskorej" oraz przekazywanie więźniów w niewidoczne ręce. Proces był prosty i w wypadku towarzyszy Stanisława odbył się bez żadnych problemów. Natomiast sprawa wylegitymowania jego osoby natrafiło na pewne trudności. Po sprawdzeniu jego nazwiska, imienia i imienia ojca zapytano go o rok urodzenia.
"1920..." Polak odpowiedział.
"Niet..." natychmiast zawołał sprawdzający strażnik.
Zaraz wezwano konwojenta i między nimi nastąpiła wymiana zdań, dotycząca jakiejś nieścisłości. Z kolei konwojent przystąpił do więźnia z groźną miną na twarzy.
"Ty urodziłeś się w 1922 roku."
"Nie", zaprzeczył młody Polak, "ja urodziłem sie w 1920 roku."
"Powiedziałem ci 1922 i ty tego nie zmnieniaj, bo rozbiją ci głowę."
Wobec takiej groźby konwojenta więzień nie miał wyboru. Dla niego, w danej chwili, nie miało to żadnego znaczenia czy był o dwa lata starszy czy młodszy. Zastanawiał się tylko nad tym czy pomyłka nie została zrobiona celowo. Może niższy wiek mógł stworzyć mu łatwiejsze warunki w dalszej więziennej czy łagiernej egzystencji. Może, jeden ze "śledowateli", chcąc dać satysfakcję Malci z Potoka Złotego zmniejszył wiek jej kolegi.
Cała piątkę nowo-przybyłych więźniów wrzucono do jednej wąskiej, słabo oświetlonej celi. Na celi było już kilku ludzi, leżących na podłodze. Stanisław i jego towarzysze zajęli kolejne miejsca pod ścianą. We wnętrz było gorąco i duszno - w celi napewno nie było żadnej wentylacji. Więźniowie siedzieli lub leżeli, rozebrani do bielizny, w słabym świetle żarówki elektrycznej wyglądając jak widma. Na młodym Polaku widok ten zrobił przykre wrażenie. Jeśli takie były warunki na wszystkich celach dłuższe przebywanie byłoby okropną męczarnią. W ciągu dnia sytuacje jeszcze bardziej się pogorszyła - na sale przybyło coraz więcej więźniów, napełniając ją do granic możliwości.
W ciągu dnia dwukrotnie dano im miskę rzadkiej, szarej i cuchnącej zupy. Stanisław nie mogł przyjąć tego posiłku - sama jego woń była nie do zniesienia. Ktoś z jego sąsiadów chętnie wypróżnił miskę za niego - człowiek ten musiał być bardzo głodny. Bochenek chleba, jaki dostał w Potoku Złotym przed wyjazdem, okazał się bardzo przydatny w tym wypadku. Na wieczorny posiłek zjadł kawałek chleba i popił go zabarwionym płynem, który kolorem przypominał herbatę.
Wcześnie następnego dnia strażnik powiadomił ich, że nim zostaną rozmieszczeni po celach muszą przejść przez obowiązującą procedurę więziennej kąpieli. "Co za wspaniała rzecz" młody Polak pomyślał, "ciepła woda i kawałek mydła, to najcudowniejszy dar świata". Dar ten został wkrótce zaniechany z powodu braku wody w łaźni. Zamiast kąpieli zaczęto rozprowadzać więźniów po górnych celach. Jednego za drugim wypuszczano na korytarz, szary ciemny i bez końca. W końcu przyszła kolejka na Stanisława. Na rozkaz strażnika z workiem na ramieniu i dziwnym uczuciem w duszy wyszedł z dusznej i gorącej celi.
W szarej i pustej przestrzeni korytarza słyszał miarowe uderzenia swoich wojskowych butów o twardą posadzkę podłogi, powtarzające się jednostajnie w takt pogrzebowego marszu. Każdy krok zamieniał się w nieskończoną serię dźwięków odbijającym się chaosem powtarzającego się echa. Tuż za nim inne uderzenia o podłogę o innej tonacji i takcie tworzyły jeszcze bardziej nieskoordynowany hałas zamknięty w przestrzeni korytarza. Za nim krok w krok szedł jego cień - szedł w milczeniu niczym strażnik piekieł, prowadzący swoją ofiarę do bezdennej czeluści kary i cierpienia. Polski więzień wprawdzie go nie widział, ale wyczuwał jego obecność, ponieważ siła jego wzroku przenikała ubranie, ciało i duszę więźnia. On i jego cień maszerowali tym samym krokiem do tego samego celu, ale przeznaczenie każdego z nich było inne.
Szara przestrzeń przed nimi kończyła się ciemnością nieropoznawalną przez człowieka. Dekoracją tej pustki były rzędy czarnych drzwi po obu bokach z małymi okienkami na wysokości ludzkiego oka. Każde z nich wyglądało niczym oko szpiega, które sprawdzało więźnia, czy nadaje się na mieszkańca więzienia. Małe szkiełko świeciło do niego jaśniejszym promieniem, ale on nie zwracał uwagi na nie w obawie, że któreś zatrzyma go nazawsze w szponach więziennego cierpienia.
Przy każdym okienku słyszał głosy, przebijające przez żelazne drzwi - głosy martwe i bez znaczenia. "To szum ludzkich głosów, które przemawiają do mnie słowem ostrzeżenia," Polak pomyślał. Dziwny szum z cierpiącego świata zwiększał się i zmniejszał w miarę zbiżania lub oddalania się od szpiegującego okienka.
Na rozkaz strażnika echo jego kroków jakgdyby zamarło w szarej przestrzeni korytarza. Natomiast falujący szum ludzkich głosów przybrał jednostajny ton. Przed nim było okienko, świecące przymglonym światłem prosto w jego oczy. Na czarnych drzwiach ukazały się małe cyfry, tworząc wspólnie numer dwadzieścia trzy.
Jeszcze przez moment echo jego kroków błąkało się w dalekim zakątku korytarza. Nagle zgrzyt klucza zajęczał głosem umierającej duszy. Dźwięk ten trwał długo w jego uszach, dopóki czarne drzwi nie otworzyły się przed nim ceremonialnie, jakgdyby chciały wpuścić do środka honorowego gościa.
Szara mglistość pary ukazała się przed oczyma Polaka. Silne pchnięcie w plecy zmusiło go do wejścia w tę zamgloną przestrzeń. Natychmiast nieprzyjemny ludzki odór dał jemu znać o sobie. Szara masa uciekająca przez otwarte drzwi odrazu wzięła go w swoje objęcia i trzymała tak długo aż wchłonął w swe płuca truciznę ludzkich wyziewów.
Siłą woli zmusił swe oczy do przebicia się przez szarą masę stanowiącą zasłonę przed nim. Pomoc przyszła mu z innego źródła. Dwie nikłe smugi światła przeniknęły przez szarzyznę celi. Powoli rozpoznał w nich dwa okna, zabite deskami niemal do samej góry.
Przez chwilę nowy więźień mierzył siłę swoich oczu z szarzyzną wnętrza celi. Powoli wzrok jego przywykał do otoczenia. Stopniowo z szarej masy zaczęły wyłaniać się dziwne i nieforemne zjawiska. Po chwili ich kształty zaczęły przybierać ludzkie formy. W swojej wyobraźni szukał wyjaśnienia dla tego niecodziennego zjawiska.
"Czy to nocne duchy na północnej sieście, odpoczywające po wycieczce do ludzkiego świata, czy grzeszne dusze cierpiące w otchłani czyśća?... To chyba żadne z nich... To musi być cela więzienna w której ja i wszyscy ludzie u moich stóp mają się zmienić w istoty ludzkie innego pokroju - co w prostych słowach wyraża się pojęciem niewolnika lub niewolniczej siły roboczej."
Stanisław zrobił krok do przodu w kierunku masy ludzkich ciał leżących na podłodze. Przestrzeń podłogi była usłana nimi od ściany do ściany. Aby znaleść kawałeczek miejsca dla siebie musiał stąpać po niektórych z nich. Kilka z nich, na samym środku, ścisnęły się razem, aby stworzyć locum dla nowego przybysza. Młody człowiek szybko wlazł w wolną przestrzeń, skurczył swoje nogi i przyjął nieruchomą pozycję zjawisk, jakie wcześniej zobaczył na podłodze.
Twarze ludzkie stawały się coraz bardziej widoczne i rozpoznawalne. Razem z tym wyłoniły się ludzkie kształty - wychudzone, wymizerowane i trupio blade, ale wciąż przypominające człowieka. Stanisław zrozumiał wówczas, że w tym nowym otoczeniu on też będzie musiał zmienić się w inną istotę i podporządkować się ogólnym warunkom życia. Wobec nowych okoliczności on musiał szukać kompromisu między dawniej znanym mu światem i więzienną niewolą.
Zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że rzadka cuchnąca zupa zastąpi mu wołową pieczeń, że cieżkie skalane powietrze nadaje się do oddychania i że przestrzeń życiowa człowieka może ograniczyć się do ułamka kwadratowego metra. Przed sobą zobaczył nową szkołę życia, trudną i twardą, ale pełną doświadczenia.
Wkrótca praktyczna strona więzienia zaczęła ujawniać się przed nim. Kiedy siedział na podłodze z niezdecydowaną miną na twarzy, jedna z białych wychudzonych postaci przysunęła się do niego i przemówiła ludzkim głosem. Stanisław zrozumiał, że osoba ta zapraszała go do siebie na koniec siennika pod ścianę. Młody przybysz skorzystał z zaproszenia.
Blady wysoki pan, z zapadniętymi policzkami i czarnym gęstym zarostem przemówił do niego czystą polszczyzną wykształconego człowieka. Mówiąc ciągle przyciszonym głosem zapytał go o wiadomości ze świata. Dla Stanisława informacje, które przyniósł z zewnątrz, były już przestarzałe, ale dla starszego więźnia zdawały się być nowością. W tym momencie wyczuł lekki dotyk w plecy, jakgdyby ostrzegjący znak dla zachowania ostrożności w rozmowie. Młody Polak odwrócił twarz do tyłu i zobaczył, wpatrzone w siebie, ciemne oczy człowieka, które zdawały się mrugać do niego. Ostrzeżenie to miało swoje uzasadnienie w świetle późniejszych informacji. Człowiek, który zaczął rozmowę ze Stanisławem, nazywał się Matiaszek, był z zawodu lekarzem i przed aresztowaniem miał zaszczytną pozycję posła w kijowskim sejmie. W mozaice ludzi różngo gatunku i narodowości na celi napewno były osoby, którym nie należało ufać -taki był domysł młodego Polaka.
Ledwie odstąpił od pierwszej poznanej osoby na celi, dwoch innych trupio bladych mężczyzn zaprosięo go do siebie. Odległość była niewielka, może dwa kroki, lecz aby do nich się dostać trzeba było przebrnąć przez leżące ciała. Już po pierwszych słowach zorientował się, że rozmawia z rodowitymi Polakami. Obaj pochodzili z rejonu zaleszczyckiego; pierwszy z nich inżynier Pocztar pełnił jakąś funkcję w zarządzie powiatu, drugi nazwiskiem Wojciech Makowski był kierownikiem szkoły w jednej z większych wiosek.
Dalsze rozpoznawanie małego świata więziennego pozwoliło mu na zapoznanie się z innymi Polakami. Wśród czterdziestu osob na celi Polacy stanowili zdecydowaną większość. Jezyk polski definitywnie dominował wśród tej grupy więźniów i zdecydowanie reprezentował klasę ludzi wykształconych. Wachlarz rozpiętości zawodowej był dość szeroki. W tym przekroju polskiego społeczeństwa znaleźli się nauczyciele, adwokaci, inżynierowie, zarządcy majątków, wojskowi i mała grupa studentów. Ludzie ci, jako najbardziej uświadomieni i aktywni Polacy stali się pierwszymi ofiarami sowieckiej "czystki".
Zapoznanie się z Polakami na celi przyniosło mu pewne uboczne korzyści. Jeszcze tego samego dnia znalazło się dla niego lepsze miejsce, tuż u stóp Pocztara i Makowskiego, Mogło być o wiele gorzej, bo nowo-przybyli najczęściej zaczynali swe locum od drzwi, albo od muszli klozetowej. Jego miejsce wprawdzie nie należało do najwygodniejszych i może niebardzo bezpiecznym, ale lepsze niż to jakie było udziałem niższej klasy więźniów. W ciągu nocy jeszcze nie rozpoczęty bochenek chleba zniknął mu z pod głowy. Rano każdy jemu współczuł, ale nikt nie widział i może nie chciał znaleść sprawcę. Stanisław rozumiał sytuację. Gdyby nawet znaleziono sprawcę, nikt nie zmusięby nieuczciwego człowieka do zwrotu straty.
Kilka następnych dni było dalszym rozpoznawaniem jego nowego świata. Jego pierwszym odkryciem było to, że skład etniczny na celi był bardziej kosmopolityczny niż na pozór mogłoby się wydawać. Pomiędzy dominującym polskim językiem tu i ówdzie przebijały obce słowa w których rozpoznawał język żydowski, ukraiński i nawet rumuński. Reprezentacja tych grup nie była liczna i z reguły należała do niższej klasy ludzi. Nawet znalazła się grupa zwykłych kryminalistów, wśród których jedynym używanym językiem był język ukraiński.
Współżycie Stanisława z innymi więźniami układało się tak jak okoliczności na to pozwalały. Komunikowanie się z ludźmi o wyższym wykształceniu i kulturze miało dla niego wiele dodatnich stron. Każdy z nich był inną indywidualnością i każdy miał swój zakres wiadomości wywodzących się z jego z życiowego doświadcznia. Od nich można było zapożyczyć sobie wiele praktycznych informacji z nauki i życia. Jak w kaądej grupie ludzi nawet wśród nich były charaktery bardziej i mniej zgodne oraz ludzie, których można było darzyć zaufaniem i do których należało odnosię się z rezerwą.
Najwięcej szacunku wzbudzał inż. Pocztar, człowiek spokojny, stateczny, szczery i otwarty. Dyrektor Makowski również należał do ludzi z którymi można było łatwo współżyć. Jedną z wielkich cech były jego głębokie uczucia religijne. Z tego powodu na celi stał się niejako przewódcą duchowym Polaków. Jego inicjatywą były wieczorne modlitwy oraz improwizowane msze w niedzielę.
Do innych jego nowych polskich znajomych należeli ludzie z najbliższego więziennego sąsiedztwa. Jednym z nich był starszy człowiek Adler, zarządca majątku na Podolu, a przed Pierwszą Wojną Światową oficer jednego z carskich pułków. On był niejako skarbnicą wiadomości o carskiej Rosji i jej klasie arystokracji. Innym był młody człowiek Wilk, student prawa na uniwersytecie lwowskim, pochodzący z Czortkowa. Człowiek ten zwierzył się nowemu koledze ze swojej przynależności do nieudanej polskiej konspiracji w jego rodzinnym mieście. Najbliższy jego sąsiad, nauczyciel Kulczycki był mniej rozmowny, może dlatego, że jego sprawa była wciąż w toku śledztwa, ale w innych dziedzinach łatwo było znaleść z nim wspólny język.
W grupie ukraińskiej również wyrózniały się pewne charaktery. Oprócz dr. Matiaszka z którym Stanisław zapoznał się tuż po przybyciu na celę, na celi był młody człowiek Gil, syn grecko-katolickiego księdza. Ukrainiec ten, jak każdy konspirator, był zamknięty w sobie i komunikował się tylko z ludźmi swojej wiary. Jednym z tych był niejaki Mikita, mały charakter, który był sowieckim milicjantem i za czasów polskich odsiadywał karę za złodziejstwo. Jego najciekawsze wiadomości wiązały się z czortkowskim więzieniem, gdzie przed wojną spedził kilka lat swego życia za pospolite przestępstwa. Jemu nikt nie współczuł, że znowu znalazł się za kratami.
Grupa żydowska składała się zasadniczo z dwóch ludzi. Jednym był adwokat z Zaleszczyk Wielkich, którego oskarżono o to, że rozmyślnie przegrał sprawę swego komunistycznego klienta. Drugim był przedwojenny komunista, który już wtedy popełnił pewne wykroczenia partyjne, za co powołano go do odpowiedzialności po przyjściu sowietów na tereny polskie. Człowiek ten w czasie pobytu w więzieniu doszukał w sobie niezwykłą zdolność tłumaczenia snów, co zrobiło go popularnym wśród więźniów z których każdy pragnął wyczytać coś dobrego z tego co podświadomie przeżywał w ciągu nocy.
Ciekawym zjawiskiem na celi było dwóch Rumunów, uciekinierów ze swego kraju do raju sowieckiego. Polegając na fałszywej propagandzie o rozdawaniu latyfundiów polskich przez władze sowieckie, porzucili swoje gospodarstwa i wraz z żonami przeszli po zamarzniętym Dniestrze w nadziei otrzymania większych działek ziemi. Teraz zawiedzeni w swoich nadziejach rozmyślali i płakali nad swoim losem. Obok nich był człowiek nieznanej narodowości nazwiskiem Wołk, który wyglądał na osobę niedorozwiniętą, z nikim nie rozmawiał i podobno był oskarżony o szpiegostwo.
Cela 23, jak każda inna w więzieniu, posiadała t.zw. "kapusiów", którzy trudnili się szpiegowaniem swoich współtowarzyszy i donoszeniu posłyszanych informacji do naczelnika tej instytucji. Znany już Mikita z fałszywym uśmiechem na twarzy już od chwili wejścia na celę przyswoił sobie taką funkcję, która starał się utrzymać w tajemnicy. Innym człowiekiem, którego posądzano o wysługiwanie się sowietom był starszy Polak, podobno przedwojenny komunista, który miał wygodne dla siebie miejsce przy drzwiach. Co kilka dni człowiek ten pukał do okienka i w odpwiedzi na to był wywoływany z celi. Po takim wezwaniu strażnicy wpadali do celi i szukali za takimi artykułami jak noże, igły, szachy i karty, wszystkie prymitywnej więziennej produkcji.
Bezczynnośc i monotonia życia zmuszała każdego z uwięzionych do szukania za jakimś zajęciem, aby wypełnić pustkę. Poza rozmową i rannym spacerem dookoła celi wszystkie inne zajęcia były w zasadzie niedozwolone. Wielu z więźniów zajmowało się małym szyciem. Jako narzędzie do tego służyły igły zrobione własnym przemysłem z przemyconego drutu, a materiałem były nici wyprówane z starych łachow. Stanisław zapoznał się z tym fachem już w pierwszych dniach swego pobytu na celi. Korzystając z pożyczonej igły rozebrał swoje stare spodnie narciarskie i uszył z tego pantofle. Inni z rozbieranych szmat kręcili sznurki do woreczków na cenny chleb, kleili szachy z chleba, cięli pudełka od zapałków na karty i rożnymi sposobami malowali odpowiednie symbole karciane. W ten sposób Stanisław stał się jednym z nielicznych właścicieli kart oraz zestawu szachów.
Dla utrzymania porządku na celi ustalił się system dyżurów, pełnionych przez każdego według ustalonej kolejności. Do obowiązków dyżurnego należało zmywanie podłogi wodą z klozetu, przestrzeganie porządku na celi, odliczanie pobieranych porcji i odpowiedzialnośc za należyte zachowanie się więźniów. Woda nie zawsze była osiągalna, ponieważ użytek klozetów był dozwolony tylko w określonych godzinnach dnia. Dlatego w ciągu stosunkowo krótkiego czasu więźniowie musieli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne oraz wykorzystać wodę do zmywania podłogi.
Przekleństwem życia więziennego były małe stworzonka, zwane weszkami, które przyszły na cele razem z systemem sowieckim. Tych stworzonek zawsze było dużo i różnego gatunku. Grupa specjalistów potrafiła rozpoznać każdy ich rodzaj po ich wielkości, grubości i kolorze. Dla uchowania się przed tą plagą regularnie dwa razy dziennie, odbywało się ich gremjalne mordowanie. Był to niejako rodzaj dyzenfekcji, który pozwalał na kontrolowanie ilości tych stworzonek wśród więźniów.
Jednym z urozmaiceniem życia były spacery na zewnętrznym podwórku, które zdarzały się bardzo rzadko. Kilkakrotnie zaprowadzono więźniów pod prysznic w dolnej części budynku, co było również nadzwyczajnycm wydarzeniem w ich więziennym życiu. Prawie w każdym wypadku woda była chłodna lub zimna i zawsze było jej zamało. Architekt, który projektował tę instytucję użytku publicznego, napewno nie przewidział, że zużytkowanie jego może się zwiększyć conajmniej dwudziesto-krotnie.
Przewidywaną niespodzianką były nocne rewizje. W takich wypadkach strażnicy wpadali do celi, budzili więźniów, przeprowadzali rewizję osobistą i przerzucali wszystkie rzeczy i sienniki w poszukiwaniu za zabronionymi przedmiotami. Po takiej rewizji cela wyglądała, jakgdyby przez nią przeszedł huragan. Podczas jednej z takich rewizji znaleziono u Kulczyckiego kawałek blachy, kształtem przypominającą nóż. Nikt nie przyznał się do jej własności. Za karę wstrzymano wydawanie strawy i obniżono rację chleba. Po kilku dniach Kulczycki zapukał do drzwi i przyznał się do winy. Za to przewinienie odsiedział kilka dni w karcerze.
Na celi zdarzały się też niespodzianki innego rodzaju i przytym o większym znaczeniu. Najczęściej one też zdarzały się w ciągu nocy. Na celę wpadał więzienny urzędnik z listą w ręku i wyczytywał pewne nazwiska. Ludzie ci odchodzili z celi ze swymi osobistymi rzeczami i już nigdy do niej nie wracali. Za tym kryła się tajemnica nowego transportu więźniów w głąb terytorium sowieckiego. Ilośc więźniów na celi wówczas się obniżała na dzień lub dwa. Przy jednej z takich okazji liczba ich spadła do dwudziestu pięciu osób. Wśród wywołanej grupy znalazł się inż. Pocztar, po którym Stanisław odziedziczył jedno z najlepszych miejsc na celi - pod ścianą między dwoma oknami.
Luki szybko napełniały się nowymi przybyszami. Razem z nimi przychodziły wiadomości ze świata, zawsze przestarzałe, ale na celi zawsze najnowsze i najaktualniejsze. Dla Polaków one nigdy nie były pocieszające. Cała Zachodnia Europa była pod niemiecką dominacją z wyjątkiem Anglii, której akcja ograniczała się do obrony własnych brzegów. Jedynym pocieszeniem było to, że wojna wciąż trwała, z czym wiązały się nadzieje ostatecznego rozwiązania konfliktu na korzyść Polski.
Jedno z uzupełnień celi przyszło z wewnętrznego źródła. Na którymś z pięter więzienia rozwiązano celę a jej lokatorów porozrzucano po innych. Do celi 23 przybyło kilkunastu osobowa grupa, złożona wyłącznie z Polaków. W grupie tej znalazło się kilka osób z którymi Stanisław nawiązał bliższe znajomości i z niektórymi nawet się zaprzyjaźnił. Ten bliski stosunek szczególnie odnosił się to do dwóch kierowników szkół w powiecie zaleszczyckim, dyr. Snarskiego i dyr. Bałandiuka.
Dyrektor Snarski był człowiekiem starszym, około sześcdziesiątki i przytym nie nalepszego zdrowia. Stanisław złożył mu "wizytę" wkrótce po jego przyjęciu na celę - tego wymagały grzecznościowe zwyczaje na celi. Rozmowa od pierwszych słów układała się łatwo i swobodnie. Z racji tego, że jego i Stanisława rodziny zostały wywiezione na Sybir oni mieli dużo wspólnych tematów do dyskutowania. Często w tych rozmowach towarzyszył im sąsiad Snarskiego, Skawiński, Polak pochodzący z tej samej miejscowości i który za czasów polskich był komendantem lokalnej grupy "Strzelca". Ta bardzo patriotyczna funkcja niewątpliwie przyczyniła się do jego aresztowania i wywiezienia rodziny na Sybir.
Drugą osobą z nowo-przybyłych, z którą młody Polak się zaprzyjażnił, dyr.Bałandiuk, był stosunkowo młodym człowiekiem, niskiego wzrostu, ale dla wybitnych cech charakteru ogólnie szanowany na celi. Inteligencją, zasobem wiadomości i zdrowym rozsądkiem łatwo zjednywał sobie ludzi, a zwłaszcza Polaków z racji swojej służby w legionach. Najbardziej ciekawą stroną częstych rozmów ze Stanisławem były jego wspomnienia wojenne, a szczególnie jego udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Jego rodzina też została wywieziona na Sybir, co również miało wpływ na ułożenie się stosunków na poziomie więziennej przyjaźni między nimi.
Dobre stosunki między nimi przyczyniły się do tego, że spędzali wiele czasu jako partnerze gry w szachy. Czasami zapraszano ich do grupy więźniów brydzistów. Do tej karcianej partii również wchodził żyd adwokat, nauczyciel Kulczycki i zarządca majątku Adler. Ostatni z nich okazał się trudnym partnerem w grze, a zwłaszcza kiedy mu karta nie szła.
Największym wydarzeniem dla więźniów były miesięczne przesyłki od rodzin, które nosiły już rosyjską nazwę "peredacza". Każdy z nich był upoważniony do otrzymania jednej przesyłki na miesiąc, tylko w tym dniu w którym według kalendarza więziennego wypadała pierwsza litera jego nazwiska. Paczka mogła zawierać tylko takie przedmioty i artykuły jak świeża bielizna, trochę tłuszczu i cukru oraz czosnek i cebulę. Przy doręczaniu zawartość przechodziła przez szczegółową rewizję; tłuszcz i cukier były przesypywane do innych naczyń, a szwy bielizny i ubrań były dokładnie sprawdzane, aby przypadkiem nie zawierały wiadomości z domu.
Przesyłki nie przychodziły do wszystkich. Więźniowie, których rodziny zostały wywiezione, z reguły niczego nie otrzymywali , bo nie było nikogo, kto zająłby się ich sprawą. Stanisław, jako człowiek należący do tej kategorii ludzi, był przekonany, że jego nazwisko nie znajdzie się na liście uprzywilejowanych. Ku jego zdziwieniu już w drugim miesiącu jego pobytu na celi strażnik wszedł na celę z workiem w ręku i rzucił pytanie:
"Kto zdieś na bukwu K?"
Wszyscy więźniowie, których nazwiska zaczynały się na literę "K", pokolei się zgłaszali Stanisław podał swoje, jako ostatni.
"Da..." na to odpowiedział strażnik.
Odtąd regularnie, co miesiąca każdego 10go dnia, przychodziła do niego przesyłka z bielizną i dozwolonymi artykułami żywnościowymi. Stanisław domyślał się, że jego sprawą musiała się zająć ciotka Wiktoria Kołodziej, jego chrzestna matka. Za czasów ukrywania się ona zajmowała się jego bielizną i przygotowywaniem żywności, jaką zabierał ze sobą na leśniczówkę. Później dowiedział się, że kilka jego kuzynek też miały w tym swój wkład.
Tylko trzy razy za cały jego okres pobytu w więzieniu czortkowskim udostępniono więźniom korzystanie ze sklepiku. Z tego przywileju mogli korzystać tylko ci, którzy mieli na swoim koncie złożone pieniądze. Dzięki Malci Strauber, swojej koleżanki z gimnazjum, Stanisław w tym wypadku też należał do grupy szczęśkiwców. Sklepik, czyli "żarok" nie był obficie zaopatrzony i dlatego wybór towaru był bardzo ograniczony. Korzystając z takich okazji Stanisław kupował maksymalną ilość dozwolonego towaru, co zasadniczo nie było wiele. Do dozwolonych artykułow należał chleb, cukier, tytoń, zapałki, świeże jarzyny i okazyjnie kawałeczek kielbasy. Dla więźnia żyjącego na szarej wodnistej zupie i racji chleba, sklepowy dodatek żywnościowy był cudem zesłanym z nieba.
W ciągu zimy Stanisława niespodziewanie wezwano na przesłuchanie. Podobne wezwania zdarzały się każdemu. Jednak w jego wypadku zaistniała długa przerwa dla niewiadomej jemu przyczyny. W kancelarii więziennej za biurkiem siedział znany mu enkawudzista z Potoka Złotego, Derkacz. Jego widok przypomniał mu ostatnie przesłuchanie, które zakończyło się pobiciem do krwi. Tym razem spotkanie to przyjęło inny obrót. Derkacz był bardzo uprzejmy i nawet poczęstował go papierosem. Całe przesłuchanie polegało na tym, że urzędnik sprawdził jego dane osobiste i nawet nie zwracał uwagę na próbę więźnia sprostowania daty swego urodzenia. Po kilku minutach odprowadzono go z powrotem do celi.
Przez pewien czas życie na celi płynęło bez zmian - nikt nie ubywał i nikt nie przybywał. Znawcy zwyczajów więziennych tłumaczyli ten stan rzeczy przygotowywaniem przez władze więzienne większego transportu do Rosji. Każdy życzył sobie, aby ta ewentualność nastąpiła na wiosnę lub później, kiedy warunki klimatyczne stworzą lepsze możliwości podróżowania w bydlęcych wagonach. Przepowiednia ta wkrótce się sprawdziła. Tym razem ta więzienna praktyka sowietów objęła Stanisława i wielu znajomych oraz przyjaciół na celi.
Wczesnym rankiem 20go lutego, 1941 roku., na celę wpadło dwóch strażników z długą listą w ręku i zaczęli wyczytywać nazwiska. Poza Stanisławem znalazły się też nazwiska Makowskiego, Bałandiuka, Snarskiego, Dziubińskiego i wielu innych, wyłącznie Polaków. Po ich wyjściu cela niemal opustoszała. Przygotowanie do transportu odbywało się według ustalonej procedury. Zaczęło się od łaźni, która widocznie służyła jako punkt zborny. Tam trzymano ich aż do nocy. W ciagu nocy zrobiono każdemu z nich szczegółówą rewizję i kazano przejść do innego pomieszczenia, bardziej obszernego niż poprzednie. Więźniów przybywało coraz więcej - sala wypełniła się po brzegi. Mowa, jaką się słyszało, była wyłącznie polska.
Przez resztę nocy wywoływano nazwiska więźniów, którzy natychmiast znikali za drzwiami, prowdzącymi nazewnątrz. Mimo ubywania ludzi ścisk na sali wcale się nie zmniejszał. W miejsce tych, którzy odchodzili, przybywali inni. Wyglądało na to, że władze więzienne miały na celu opróżnienia więzienia z Polaków.
Od zewnątrz, przez otwarte drzwi, dochodził warkot motorów i ruch ciężarówek. Wyczytani więźniowie musieli być odstawiani do stacji przy pomocy sprzętu kołowego. Mimo pośpiechu i całonocnego ruchu wozy widocznie nie były w stanie podołać zadaniu, jakie na nie nakładała olbrzymia liczba czekających więźniów. Wewnątrz wciąż czekała masa ludzi i wciąż coraz więcej ich przybywało.
Nad ranem musiano zarządzić przyśpieszenie operacji. Nazwiska zaczęto czytać szybciej, a wyczytanym kazano ustawiać się w piątki na więziennym podwórku. Po zebraniu pewnej grupy, więźniom kazano wychodzić za bramę pod nadzorem strażników. Nazwisko Stanisława też zostało wyczytane. Gdy przekroczył zewnętrzne drzwi więziennego budynku, młody człowiek po raz pierwszy od wielu miesięcy znalazł się na świeżym, chociaż mroźnym powietrzu.
Powiew świeżego chłodnego powietrza niemal odurzył jego zmysły. Dla niego i prawdopodobnie dla wielu innych było to cudowne uczucie, które może przydarzyć się tylko temu, kto był pozbawiony przez dłuższy czas naturalnych darów natury. Pod działaniem świeżego powietrza odżył cały jego organizm. W tej chwili poczuł, że jest silniejszy, sprawniejszy i definitywnie gotów do następnej próby życia. Biel pary, wychodzącej z ust, napawała go radością małego chłopca, śnieg bielejący lśniącą powłoką bawił jego oczy, a mróz szczypajłcy w policzki dodawał jego uczuciom uroku zimowej sielanki. Otoczony tymi dobrodziejstwami natury, Stanisław czuł się niczym nowo-narodzony człowiek, który wszedł w ponowne stadjum rozpoznawania życia i świata.
Chłodny poranny dzionek, tradycyjnie najzimniejszego miesięca zimy, tym razem nie wykazywał w pełni tych charakterystyk jakie mu przypisywano. Ranek był wprawdzie mroźny, ale temperatura mogła się wahać w garnicach kilku stopni poniżej zera. Lekki powiew wiatru niczym nie przypominał zimnego prądu powietrza, jaki w tym czasie całą siłą szybko mroził podolskie tereny. W takich warunkach śnieg na dachach, polach, ogrodach i nawet ten skrzypiący pod butami był raczej urozmaiceniem niż utrudnieniem życia. Każdy więzień, pozbawiony tego widoku przez wiele miesięcy, musiał widzieć w tym zimowym pejzaęu maksymalne piekno. Nawet nagie konary drzew, szare mury miejskich budynków i ponure niebo nie mogły pozbawić tę panoramę naturalnego uroku. Taki zachwyt dla zimowej natury nie trwał zbyt długo. Wkrótce hałaśliwe wołania bojców i szczekania psów zagłuszyły pierwsze wrażenia, jakie widok zewnętrznego świata obudził w duszy więźnia.
Rzeczywistość więzienna ponownie wróciła do jego świadomości. Znowu zobaczył siebie w długiej kolumnie, otoczonej "streżkami", bagnetami i szczekającymi psami. Wówczas przypomniał się jemu obrazek z jego niedawngo życia, kiedy został wzięty do niewoli. Tym razem widok był bardziej dyprymujący - niejako widok niewolników prowadzonych na skazanie. Długa kolumna więźniów, uginających się pod tobołkami, wiła się drogą w nieskończoność. Tak musieli wyglądać polscy zesłańcy w pochodzie na Sybir, których Grottgier uwiecznił na płótnie i tak musieli wyglądać murzyńscy niewolnicy, prowadzeni do okrętów, czekających na nich w porcie. Świat się nie zmienił - zmienili się tylko aktorzy i metody zniewalania człowieka większej sile.
Mimo wycięczenia fizycznego w więzieniu Stanisław czuł się na sięach, aby podołać trudom długiego marszu. Świeże powietrze i ruch wpłynęly pozytywnie na jego fizyczne i mentalne samopoczucie. Dla starszych ludzi, a zwłaszcza tych, którzy spędzili wiele miesiecy na celi więziennej marsz na powietrzu przekraczał ich możliwości. Dla ulżenia sobie niektórzy pozbywali się swego bagażu, który strzegli na celi jak największe skarby świata. Wielu pozostwało z tyłu, wlokąc się powoli mimo ponaglania bojców. Zwarta kolumna, jaka opuściła bramę więzienna, rozciągnęła się po drodze w długą i nieregularną linię skazańców.
Czerwone ściany bydlęcych wagonów odbijały się wyraźnie na tle bieli śniegu. One też ciągnęły się dlugą linią, również bez początku i końca i równocześnie nieprzyjemną dla oka. Zdaleka można było ujrzeć czoło kolumny jak powoli znikało w ciemnościach drzwi wagonowych niby w paszczy czerwonego potwora. Potwór ten był nienasycony - on chłonią swe ofiary w takim tempie w jakim podsuwano mu ludzi na pożarcie. Co pewien czas tempo marszu się zwolniało i wówczas na rozkaz strażników więźniowie musieli przykucnąć na brudnym śniegu. Drzwi wagonów pokolei otwierały się i zamykały w miarę odliczania grup po czterdzieści osób i ładowania ich do ciemnego wnętrza.
Kolejka też przyszła na Stanisława. Pierwsi z jego czterdziestki zaczęli wdrapywać się do wagonu - jeden za drugim znikali w jego wnętrzu. W myśl prawa pierwszeństwa lepsze miejsca przypadły w udziale tym, którzy weszli do wnętrza pierwsi. Tak zapełnily się prycze górne i dolne, każda mieszcząc na swoim pokładzie dziesięć osób. Młodemu Polakowi przypadło miejsce na dolnej pryczy. Wsunął się jak śledź w wolną przestrzeń między dwóch współtowarzyszy i wepchal swój tobołek w ciemny nieznany kąt, gdzie noc nawet w dzień panowała. Wszyscy ulokowali się według reguły podziału miejsca z wyjątkiem Jaworskiego, niedorozwiniętego młodego człowieka, który uznał podłogę wagonu za bardziej odpowiednie miejsce dla siebie.
Cztery ściany, cztery prycze, cztery zakratowane okienka i sanitarne urządzenie przy drzwiach, zrobione z blaszanej tuby i umocowane w dziurze podłogi - to ogólny wygląd wagonu do transportacji zniewolonego człowieka. Do kompletnego opisu należały też drzwi po każdej stronie wagonu - te drzwi które zamknęły się z hałasem, kiedy ostatni z więźniów wdrapał się do środka. Potem jeszcze suchy trzask zamykającego się haczyka nazewnątrz i ładunek był gotów do transportacji. Jeszcze wstrzytmywały go tylne wagony, gdzie proces ładowania był ciągle w toku. Przez zakratowane okna można było stwierdzić, że proces ten jeszcze nie dobiegł końca.
Ludzie dla których ciasna i przeładowana cela była mieszkaniem przez wiele miesięcy szybko pogodzili się z nowym pomieszczeniem. Zmiana tego rodzaju nawet wpłynęła na zmianę nastroju. Każdy z więźniów nosił się z nadzieją lepszego życia na rozległych peryferiach Sybiru, gdzie fizyczna praca na świeżym powietrzu i zwiększona racja żywności pozwoliłaby im na przetrwanie trudów wojny. Na temat tej oczekiwanej przyszłości wszyscy mieli coś do powiedzenia z wyjątkiem Jaworskiego. On zwinął się w kłębek i drzemał albo dumał w najciemniejszym i prawdopodobnie najzimniejszym kącie pod pryczą. Człowiek ten należał do innego świata, gdzie jego doczesne sprawy nie miały racji istnienia i gdzie jego wyobraźnia snuła przed nim obraz lepszego życia.
Po dłuższym czekaniu długi czerwony pociąg wreszcie opuścił stację kolejową w Czortkowie. Niemal wszystkie oczy w wagonie były wlepione w cztery małe zakratowane okienka, żeby raz jeszcze ujrzeć skrawek swojej rodzinnej ziemi. Pociąg wlókł się wolno, sapiąc i dysząc, jakby ciężar nałożony na niego przechodził jego mechaniczne możliwości. Czasem zatrzymywał się na małych przystankach a czasem bez powodu stał na otwartym polu. Oczy więźniów wciąż i uporczywie patrzyły w okienka. Nikt nie mógł zorientować się gdzie i jaką drogą wiodła trasa - urywki widoków były za małe, aby dać pełny obraz mijanych okolic. W końcu ciemna noc zakryła zewnętrzny świat i każdy powrócił do swojego miejsca na pryczy. Tam w ciemności miejsca mogł nadal snuć nadzieje i nierealne plany o życiu w wielkim kraju i o lepszych warunkach życia.
Miarowe uderzanie kół o szyny, kołatanie wagonów i okazyjny zgrzyt ocierającego się żelaza ukoił wszystkich spokojnym snem. Pociąg zaś leciał dalej, wciąż dyszał i sapał, niosąc swój ładunek dalej w nieznaną sowiecką dal.
Kiedy pierwsze dzienne światło zaglądnęło do wagonu, czerwony pociąg stał nieruchomo na jakiejś stacji. Stanisław wysunął się ze swego miejsca i podszedł do okienka w nadzieji rozpoznania nazwy stacji. Nazwa nie była widoczna ani dla niego ani tych na górnej pryczy. Nieco później na przyległym torze ukazała się cywilna osoba, która przeszła spokojnie obok bez zwracania uwagi na pociąg załadowany więźniami. Dla niego taki widok musiał być codziennym zjawiskiem. Napewno nieraz jeden widział ludzkie transporty idące na wschód i może był zdania, że do pociągów tego rodzaju nie należało się zbliżać.
"Jaka to miejscowość?" Ktoś z wewnętrz wagonu zapytał.
Przechodzący człowiek oglądnął się kilka razy do tyłu i odpowiedział:
"Tarnopol."
Słysząc tę nazwę, Stanisław przycisnął twarsz bliżej do okna z myąlą, że rozpozna pewne szczeguły miasta, gdzie spędził cały rok w szkole podchorążych. Miejsce w którym stał pociąg nie wiązało się w jego pamięci z jakąś znaną mu częścią miasta. O tej wczesnej porze Tarnopol jeszcze nie obudził się ze snu. Ani ludność cywilna ani strażnicy nie byli widoczni w rejonie stacji. Ruch rozpoczął się godzinę czy dwie później, kiedy lekko otwarto drzwi i przez otwór podano wiaderko wody, miarę małych rybek, zwanych "silotka" i należną rację chleba na czterdzieęci osób.
Hałas otwieranych drzwi również obudził Jaworskiego i wyciągnął go z kryjówki pod pryczą. Wydawanie żywności było jedynym sygnałem jaki mógł pobudzić jakąs reakcję w tym człowieku. "Jeść, pić i spać" były trzy jedyne czynności jakie on uznawał i praktykował. Inne ludzkie reakcje musiały zgubić się po drodze do więzienia, albo czasowo zamarły w nich do czasu obudzenia się jego świadomości.
Kiedyś, jeszcze na celi 23, Skawiński opowiadał, że przed przyjściem sowietów człowiek ten był zdolny do normalnego reagowania na otaczające go okoliczności, chociaż jego zachowanie się zawsze było dziwne. Jego dziwactwa jednak nikomu nie szkodziły i jemu samemu widocznie nie utrudniały życia. Za czasów sowieckich raz jeden jedyny zdobył się na wypowiedzenie swoich ukrytych myśli wobec ludzi wychodzących z kościoła. Jego wypowiedź uznano za bluźnierstwo przeciwko Stalinowi i komunizmowi za co ten nieszkodliwy człowieczek zapłacił wolnością. To nierozsądne wystąpienie musiało zamknąć jego system myślenia. Od tego czasu leąał na więziennej podłodze, milczał jak zaklęty i podnosił się tylko na jedzenie.
W późniejszej porze dnia ruch na stacji wybitnie się zwiększył. Przed pociągiem ukazała się inna kolumna więźniów, którą ładowano do tylnych wagonów. Sam proces ładowania nie był widoczny, ale każdy w Stanisława wagonie mógł się domyśleć jak wyglądała ta procedura. Kiedy ściemniało się na dworze pociąg wciąz stał na stacji. Może wtedy nikomu z więźniów nie przyszło na myśl, że widok tarnopolskiej stacji był ostatnim widokiem polskiej ziemi, zanim następny świt otworzy przed nim obcy i niezbyt przyjazny mu krajobraz.