Pod gwiazdą tyranii

Stare podolskie miasteczko Jazłowiec przez wiele wieków udzielało gościny różnym grupom narodowym, zawsze będąc uważane za miejscowośc, gdzie wzajemna tolerancja i szacunek były prawem każdego z jego mieszkańców. Najazd sowiecki podporządkował je nowemu systemowi, który głosił wzniosłe ideje wolności i równości, a który w najbardziej perfidny sposób zamienił lokalne tradycje i prawa w wygodny dla siebie instrument teroryzowania i prześladowania ludności polskiej.
Z chwilą wkroczenia wojsk sowieckich w granice miasta wśród ludności Jazłowca znalazła się grupa narodowściowa, która przyznawała się do sąsiedztwa z Polakami i która korzystała z wszelkich uprawnień jakie tradycje stworzyły we wspólnym dla wszystkich mieszkańców miejscowości. Jednak przy zmienionej sytuacji przyznała sobie wyłączne prawo do władzy. Wśród społeczeństwa miejskiego, żyjącego od wieków w ramach ustalonych praw, grupa ukraińskich samozwańców natychmiast wykorzystała okazję, aby przyznać sobie absolutną kontrolę nad ich sąsiadami.
Pod hasłem wolności i równości klas i ludów, pod hasłem wypaczonych zasad demokratycznych stworzono paradoks ludzkiej idei i moralnej wartości. W ciągu jednego dnia i nocy nowy prąd, przyniesiony na sowieckich czołgach przeistoczył charakter miasta, nadając mu system autokratyczny, podporządkowany jednej mniejszości narodowej i najmniejszej z trzech w nim żyjących grup. Równolegle z tym dawne sąsiedzkie stosunki ustąpiły miejsca niższyn uczucion człowieka jak brak wzajemnego zaufania, zawiść i nienawiść, którymi w swoich poczynaniach kierowała się klasa nowo-rządców.
Dawny ustrój miasta, zapoczątkowany w czasach średniowiecza i modyfikowany w miarę potrzeby przez następne pokolenia, został uznany za burżuazyjny przeżytek polskich możnowładców. Bezkrwawa ale gwałtowna, rewolucja przyniesiona przez sowiecką przemoc, zamieniła dawny samorząd miejski, w skład którego wchodziły wszystkie zamieszkujące tam grupy narodowściowe, na jedno-narodowościowy monolit, oparty na ideologii skrajnego nacjonalizmu, pozornie nie uznawanego przez system sowiecki, ale w danej sytuacji używano go do swoich celów.
Pod taką pokrywką władzę nad miastem przejęli ludzie moralnie najniższej klasy, bez najmniejszych administracyjnych kwalifikacji, ale chętnie służący tym, którzy potrafili wykorzystać ich ambicje dla swoich celów. W tym układzie ukraiński absolutyzm, będący rzecznikiem pseudo-komunistycznej idei, stał się miejskim samorządem. Połączenie tych dwu sprzecznych idei stworzyło efektywny aparat prześladowczy, którego ofiarami, niemal wyłącznie, stała się polska grupa narodowościowa.
Wykonawczym narzędziem tego ustroju stała się "sielska rada", "hołowa mista" i lokalna milicja, złożona z różnych elementów ukraińskich, nawet kryminalnych. Symbol ich władzy - czerwona opaska na ramieniu, gwiazda czerwona na nakryciu głowy i karabin zawieszony na ramieniu - wkrótce stal się dekoracją ulic i urzędów miasta. Miejscowość, która w ciągu wieków stworzyła własne herby i symbole z woli obcej zmuszona była ubrać się w emblemy deprawacji ludzkich praw i godności człowieka.
W tym morzu przewrotnych idei i nienawiści nie zabrakło elementu żydowskiego, który w komuniźmie znalazł swoją nową wiarę i cnotę w zdegradowanych wartościach starych miejskich tradycji.
Uczucie nienawiści niczym trucizna opanowała nawet tę grupę narodową, która zawsze szukała oparcia u Polaków w trudnych dla siebie sytuacjach. Wśród nich ich młoda generacja przywdziała czerwone gwiazdy i opaski i zadeklarowała swoją solidarność z sowiecką grupą żydowskiej komuny i lojalnośc wobec tych, którzy znaleźli w sobie obskurną przyczynę do nienawiści Polaka z racji jego narodowościowego pochodzenia.
Elementy obu dominujących grup narodowościowych stały się narzędziem stalinowskiego teroru najniższego poziomu tego zlegalizowanego przez komunizm bezprawia. "Psychoza winy" za niepopełnione grzechy, jaka niezwłocznie weszła w życie, znalazła "winowajców" wśród swoich polskich sąsiadów i dała podstawę prześladowcom do klasyfikowania i sądzenia ludzi, ktorzy im kiedyś służyli dobrą wolą polskiego urzędnika, nauczyciela oraz stróżów pokoju i prawa. W myśl nowego systemu sprawiedliwości nowo-wprowadzony kodeks karny przewidywał odpowiedni paragraf dla każdego z "winowajców" oraz dla tych, którzy nie byli wygodni lokalnym władcom.
W tym groteskowym ustroju musiało się pomieącić życie każdego obywatela miasta. Każdy z nich zmuszony obrać taką drogę, aby nie stać się ofiarą nowego porządku. Należało żyć tak, aby żyć i nie zginąć marnie nawet dla godnych ludzkich wartości. Trzeba było dostosować się do wymagań nowych władz jak płacenie wygórowanych podatków w pieniądzach i naturze, uczęszczanie na zebrania celem zapoznania się z zasadami marksizmu i przy każdej okazji pozorować lojalność wobec komunistycznego systemu. Swoje zdania i opinie należało schować głęboko, aby nie narazić siebie i rodziny na szykany ze strony nowych władców.
Od każdego obywatela, a raczej towarzysza, żądano fizycznego wysiłku w formie produktywnej pracy, ale z chwilą kiedy zniknęła prywatna inicjatywa nie było pobudki, aby pracować wydajniej niż tego wymagały potrzeby osobiste i rodzinne. Ponadto, w okresie zimy, w takiej miejscowości, gdzie rolnictwo było głównym zajęciem jej mieszkańców, wydajność człowieka była ograniczona warunkami stworzonymi przez naturę. W dziale rzemiosła i handlu bezwartościowa waluta sowiecka przyczyniła się do zniknięcia towaru ze sklepów. W tej sytuacji powstało pojęcia pracy dla pracy bez wynagrodzenia, które wykorzystała nowa klasa "przestępców" t zw. spekulantów. Oni przyjęli w swoje ręce tajemny handel, który nie była w stanie sprostać potrzebom rynku. Z konieczności rzeczy życie istniało i płynęło nowym trybem, ale w zasadzie ograniczało się do prymitywnej egzystencji człowieka, pozbawionego wszelkich moralnych i materialnych pobudek do utrzymania życia chociażby na niedawnym polskim poziomie.
W pierwszych miesiącach nowego ustroju w mieście jeszcze funkcjonował dawny system szkolny i ludności nie zaprzeczano prawa wyznawania ich wiary. Dawni nauczyciele z reguły pozostali na swoich stanowiskach, ucząc dzieci dawne przedmioty plus dodatkowe tematy języka rosyjskiego i marksizmu, wprowadzonych w miejsce religii. Zewnętrznie praktykowanie religii było dozwolone, przynajmniej tymczasowo. Kościoły były nadal otwarte, księża odprawiali msze a wierni bardziej niż poprzednio garnęli się do swoich świątyń. W kraju, gdzie głoszono bezbożnictwo i zaprzeczano istnienie Boga, zwiększona frekwencja w kościołach była jednym z przejawów protestu przeciwko narzuconemu systemowi.
Nie wszyscy starzy i nowi wyznawcy idei komunistycznej byli zachwyceni nowym stanem rzeczy. Do starej gwardii jazłowieckich komunistów należał lokalny fryzjer, Josio Keiler, który przed wojną również pełnił funkcję sekretarza cechu rzemieślniczego. Wkrocznie wojsk sowieckich było jakdyby spełnieniem się jego długoletnich marzeń, czemu dał wyraz w entuzjastycznym powitaniu domniemanych oswobodzicieli ludu z burżuazyjnego jarzma. Przez kilka tygodni Josio chodził dumnie po mieście z czerwoną gwiazdą w butonierce, szczerze przekonany, że biedny lud wreszcie dozna szczęścia w nowym raju na ziemi. Po kilku miesiącach początkowy entuzjazm Josia zamienił się na ponure miłczenie. Ten stan psychiczny trwał aż do jego aresztowania, do czego przyczynił się ktoś z jego partyjnych towarzyszy. Jakaś wyższa władza uratowała go od łagrów i Sybiru, prawdopodobnie w uznaniu jego przedwojennych zasług dla partii. Zwolnienie z więzienia przywróciło mu osobistą swobodę, ale Josio nigdy już nie wyglądał na entuzjastę swoich dawnych przekonań.
Również na zawiedzionego człowieka wyglądał jego dawny towarzysz Palewicz. Dla niego praca dla komunizmu w wolnej Polsce i w Republice Sowieckiej musiały być dwoma sprzecznymi pojęciami. Sprawa ta wyglądała jeszcze gorzej dla niego, kiedy na wiosnę wywieziono jego siostrę z rodziną za to, że była żoną polskiego policjanta. Jej mąż napewno byłby się znalazł w więzieniu, gdyby w przewidywaniu sowieckich represji w ostatniej chwili nie uciekł zagranicę. W nowej sytuacji pokrewieństwo z polskim policjantem napewno nie było wygodne dla Palewicza, ale zesłanie jego rodziny na Sybir musiało go głęboko dotknąć.
Z chwilą powrotu do Jazłowca Stanisław ponownie stał się częścią jazłowieckiego społeczeństwa. Podobnie jak wszyscy Polacy przyjął bierne stanowisko wobec zmian w mieście. Pozorna bierność wobec narzuconego porządku wynikała z kilku zasadniczych pobudek. Największą rolę odgrywały w tym pobudki natury osobistej i rodzinnej. Po długiej nieobecności w domu ciepło rodzinne i cztery ściany jego pokoju miały wielkie znaczenie w jego nowej egzystencji. W niepewnych warunkach życia nie należało z nich zrezygnować lub narazić na zniszczenie nawet dla wyższych ideałów.
Dom rodzinny stał się jego życiową przystanią, gdzie znalazł czasowy spokój i zadowolenie i gdzie czuł się względnie bezpieczny. W tej przystani spodziewał się przeżyć wojenną burzę, która według ogólnych przewidywań powinna być rozwiązana na korzyść Polski po wiosennej ofensywie aliantów przeciwko Niemcom.
Wojenna wędrówka uciekinierów z zachodniej Polski postawiła po sobie ślady w osobach ludzi, które dobrnęły do Jazłowca i gdzie ugrzęzły w oczekiwaniu na pomyślne rozwiązanie wojny. Wejęcie wojsk sowieckich stało się dla nich większym problemem niż oni mogli przewidzieć we wcześniejszych swoich planach. Niektórzy zdecydowali się na powrót do swoich domów pod okupacją niemiecką, drudzy starali ulokować się w większych miastach, a inni doszli do przekonania, że zaciszne miasteczko na Podolu pozwoli im na spokojną egzystencję aż do czasu spodziewanej zmiany. Między nimi a ludnością miejscową nawiązały się bliższe stosunki, które dały początek dobrym znajomościom i przyjaźniom.
Stanisław, jako młody człowiek wkrótce znalazł wśród nich młode towarzystwo i bliższą przyjaźń z przystojną blondynką Basią. Takie było prawo młodości i ono kierowało jego uczuciami nie zawsze idące po linii zdrowego rozsądku. Uczucia te przykuły go do miejsca silniej niż inne pobudki wyższej natury, jakie różnymi i tajnymi drogami zaczęły dochodzić do niego.
Pierwszym zwiastunem konspiracyjnej pracy w powiecie buczackim był młody człowiek, Julian Smólski, dawny kierownik Kółka Rolniczego i czynny działacz społeczny na terenie Jazłowca. Pewnego dnia człowiek ten zjawił się w domu Stanisław i poinformował go w zaufaniu o istnieniu komórki konspiracyjnej, dla której on pracował jako łącznik między poszczególnymi grupami. Jego przyjazd do Jazłowca nie budził żadnych podejrzeń wśród lokalnych komunistów z racji jego poprzedniego zamieszkania w mieście oraz głębszych uczuć, jakie żywił do kuzynki Stanisława, Jadwigi.
"Organizujemy podziemne komórki we wszyskich ośrodkach polskich," Smólski oświadczył na wstępie. "Naszym celem jest stworzenie stanu pogotowia, aby rozpocząć działania, gdy alianci podejmą akcję na Zachodzie."
"Jakie byłoby nasze zadanie w międzyczasie?" Stanisław zapytał.
"Organizować się i zbierać broń."
"Stworzenie grupy nie błdzie problemem, ale zdobycie broni nie jest tak proste. Jakakolwiek broń była w mieście, została zabrana przez polską policję, kiedy oni uciekali zagranicę.
"Róbcie co można. Jak przyjdzie czas to broń się znajdzie."
W skład pierwszej komórki weszło młode towarzystwo Stanisława do którego należało dwóch jego kuzynów, Julian Kuriański i Kazimierz Kowalski, oraz trzy młode panny - kuzynka Jadwiga Kuriańska, blondynka Barbara Jostówna i brunetka Marysia Krasny. Działanie grupy zaczęło się od poszukiwania broni. Zgodnie z przypuszczeniem Stanisława w mieście broni nie było. Pewnego dnia Barbara, niedawna uczennica w zakładzie sióstr Niepokalanek, przyniosła wiadomość, że w rzeczce za zamkiem jest utopiony karabin lub dubeltówka.
Przez następnych kilka ciemnych wieczorów trzech członków grupy pracowało usilnie nad wydobyciem tego cennego przedmiotu. W ciemnościach jesiennej nocy chodzili i brodzili we wskazanym miejscu, ale bez skutku. Wreszcie przez przypadek Stanisław nastąpił nogą na pakunek, który istotnie zawierał poszukiwany przedmiot. Była to dubeltówka, oryginalnie wykonana i bogato ozdobiona srebrem. Od biedy można ją było zaliczć do broni, ale nie do tego rodzaju za jakim poszukiwała grupa młodych ludzi. Niemniej zdobycie jej było wielkim moralnym osiągnięciem, w niej mieściła się zdobycz jaką wszyscy członkowie grupy mogli się poszczycić.
Po tym jedynym wyczynie grupa pozostała bez planu i większego zadania poza formalnym utrzymaniem organizacji. Brak wiadomości od łącznika skazał ją na bierną egzystencję i czekanie na dalsze instrukcje z zewnątrz. W poszukiwaniu za informacjami Stanisław udał się pewnego dnia do powiatowego miasta Buczacza. Tam spotkał się ze swoim kolegą gimnazjalnym, Zbyszkiem Warszylewiczem, który wprawdzie należał do jakiejś tajnej komórki, ale nie był w stanie skontaktować swego kolegi z jej dowódcą. Narazie sprawa utknęła na martwym punkcie. Należalo czekać do czasu, kiedy zewnętrzne okoliczności powołają grupę jazłowiecką do dalszego działania.
Późną jesienią zjawił się w Jazłowcu bliski jego kolega, Stanisław Schmidt, z którym lączyła go długa przyjaźń z ławy gimnazjalnej i z którym utrzymywał listowny kontakt po jego przeniesieniu się do Tarnopola. Staszek przyjechał do kolegi z zupełnie inną propozycją.
"Stasiu," kolega powiedział, "należę do grupy, która wybiera się na węgierską granicę. Czy chesz pójść z nami?"
"Czy uważasz, że jest to najlepsze rozwiżzanie?"
"Absolutnie tak. We Francji jest polska armia, do której powinniśmy wszyscy dążyć."
"Jak będziesz gotów, daj mi znać. Ja będę czekać," Stanisław odpowiedział.
"Zachowaj to w jak największej tajemnicy," Staszek Schmidt dodał przed pożegnaniem się z kolegą.
Od tej chwili dla Stanisława zacząło się podwójne czekanie. Tygodnie mijały, ale żadna wiadomość nie przychodziła do niego ani z jednej ani z drugiej strony. W międzyczasie w mieście nastąpiły aresztowania. W ciągu jednej nocy zabrano dwóch polskich policjantów, Kuliczkowskiego i Staneckiego, których rodzinyc doszukały się w czortkowskim więzieniu. Również aresztowano żyda Reinischa za ukrywanie towaru. Zrobiona u niego rewizja doprowadziła jego zięcia do rozstroju nerwowego. W tym czasie, w ciągu nocy do domu Stanisława przyszedł jeden z lokalnych komunistów i w tajemnicy powiadomił ojca, że jego syn jest na liście NKWD.
Możliwości uchowania się przed aresztowaniem były znikome. Częściowo można było zapobiec temu przez spanie poza domem. Z reguły aresztowania odbywały się w ciągu nocy, nieobecność poszukiwanego mogła odwlec albo uratować go od niebezpiecznej procedury apartu bezpieczeństwa. Od tej pory Stanisław spędzał wszystkie noce u wuja Leona, który mieszkał pod lasem i miał dość pomieszczenia w swoim nowym domu, aby siostrzeńcowi udzielić noclegu.
Późnej jesieni do dwóch rodzin w Jazłowcu doszły dwie mało wówczas znaczące kartki pocztowe. Jedna, pochodzłca z Kozielska, zawiadamiała rodzinę Jostów, że ich mąż i ojciec znajduje się w tamtejszym obozie jenieckim. Dla Barbary i jej rodzeństwa była to pierwsza wiadomość od zaginionego członka rodziny. Wreszcie po dlugim czekaniu odezwała się osoba, która zaginęła bez śladu w drodze do Rumunji. Mniej więcej w tym samym czasie przyszła karta pocztowa ze Starobielska od Jana Kuliczkowskiego do jego siostry z wiadomością, że on przebywa w tamtejszym obozie jeńców. Obie ujawnione nazwy geograficznie nie miały większego znaczenia dla zaintersowanych rodzin. Ważną sprawą było to, że obydwaj oficerowie, powołani do służby wojskowej we wrześniu byli żywi i zdrowi. Przyjętą opinią było to, że oni też byli tam bezpieczni.
Późna jesieą albo wczesna zima przyniosły następną niespodziankę, która przez swoją perfidię zaskoczyła polskie społeczeństwo. Okupacyjne władze ogłosiły przeprowadzenie wyborów na stanowiska lokalnych władz administracyjnych. Głosowanie było poprzedzone intenzywnym przygotowaniem do spełnienia najważniejszego obowiązku obywatelskiego w nowej demokracji. Politrucy zjawiali się co pewien czas na zgromadzeniach w salach publicznych i uświadmiali zebranych o wielkich walorach marksizmu i o koniecności głosowania w nadchodzących wyborach. Na liście wyborczej znalazły się wyłącznie nazwiska ukraińskie, celem podkreślenia faktu, że "przesladowana" ludność wreszcie doszła do głosu. Program wyborczy również zawierał apel ludności do Najwyższego Prezydium Sowieckiego o przyłączenie polskich terenów południowo-wschodnich do Związku Sowieckiego pod nazwą republiki Zachodniej Ukrainy.
Dzień wyborów wyznaczono na niedzielę, tak aby wszyscy Polacy idący do kościoła mogli wstąpić do urzędu gminnego i złożyć swoje głosy. Aktywiści komunistyczni i milicja, rozstawieni na ulicach, dopilnowywali tego, aby każda osoba spełniła swój obywatelski obowiązek. Ostateczny wynik głosowania przyniósł wysoko-procentowe zwycięstwo partii komunistycznej, jedynej na liście. Również ta sama liczba głosujących apelowała o uznanie Zachodniej Ukrainy jako republiki radzieckiej. Po ogłoszeniu wyników władze lokalne urządziły zabawę dla komsomolców i tych komunistów, którzy przyczynili się do ich zwycięstwa.
Lokalnie wprowadzono jeszcze jedną zmianę na korzyść partii. Dotychczasowa ochronka dla sierót, ufundowana przez parę Polaków, którzy po wojnie powrócili z Ameryki, została zamieniona na dom lub klub komsomolców. W murach tego budynku często odbywały się przyjęcia i zabawy dla komunistycznej młodzieży przy dźwiękach rosyjsko-ukraińskiej muzyki. Siostry zakonne, które prowadziły ochronkę były zmuszone do przeniesienia się do klasztoru Sióstr Niepokalanek, jeszcze nie tkniętych zarządzeniami władz komunistycznych.
Na tle tych zmian i przemian natury politycznej wciąż istniało życie prywatne i towarzyskie wśród ludności polskiej, nie biorącej udziału w wyczynach lokalnych władców. Okres deszczowej jesieni i krótkienie dni zimy stwarzały jak najbardziej sprzyjające warunki ku temu. W takich okolicznościach Stanisław zbliżył się do przystojnej Barbary i całej jej rodziny. Jej matka, miła i przyjemna pani, oraz jej siostry Krystyna i Jadwiga, weszły w skład wspólnego grona znajomych i przyjaciół. W takim składzie ludzi miejsce miały wzajemne wizyty, gry w brydża, tradycjne andrzejki i inne młodzieżowe spotania.
Wkrótce miła i przystojna Basia przy takich okazjach bywała czestą towarzyszką Stanisława. Kiedy puszysty śnieg pokrył okolice Jazłowca do spotkań, spacerów i gry w karty doszła jazda na nartach, co jeszcze bardziej zbliżyło młodych ludzi do siebie. Młoda Basia miała szczególny dar zjednywania sobie sympatii młodych panów, czego w tym wieku i w takich okolicznościach nikt nie mógł wziść jej za złe.
Święta Bożego Narodzenia, minęły spokojnie w tardycyjnym gronie rodzinnym, przy tradycyjnym stole, jak dawniej suto zastawionym. Wprawdzie ludzie nie okazywali wiele szczęścia i radości nawet w ten radosny dzień religijny, ale skoro istnienie rodzin nie było jeszcze zagrożone, święta były okazją do obudzenia lepszych nastrojów wśród polskich rodzin.
W następnym roku, 1940tym, nawet natura okazała się niezbyt przychylną dla ludności Jazłowca. Duży wpływ miały na to warunki klimatyczne, które jakby w zgodzie z polityką przybyły na Podole ze wschodnimi wiatrami. Duże opady śnieżne, połączone z niską temperaturą, niespotykaną od wielu lat, zamroziły wszystko i wszystkich, a tym samym jakąkolwiek pracę konspiracyjną. Nikt nie zjawił się w Jazłowcu, aby nadać impetu rozpoczętej działalności i żadna wiadomość od kolegi z Tarnopola nie dotarła do niecierpliwie czekająceg Stanisława.
Nie wszyscy jednak mogli żyć błogim życiem w tym pozornym spokoju. Teror sowiecki nie zamarzł i nie zasnął spokojnym snem zimowym. Wewnętrznie system prześladowań knuł i organizował różne niespodzianki, ktore miał ujawnić i wprowadzić w życie w porze sobie odpowiedniej. Pewnej nocy zimowej, w połowie lutego, przed domami polskich "kolonistów" na peryferiach miasta ukazały się zaprzęgi konne ze "streąkami" i milicjantami z nakazem wysiedlenia całych rodzin na daleką syberyjską północ.
Zaskoczenie było całkowite. Nikt nie spodziewał się podjęcia tak drastycznej akcji wobec polskiej ludności. W pojęciu nowo-czesnego człowieka wysiedlanie Polaka-zesłańca należało do dalekiej przeszłości, kiedy potępiany i znienawidzony system carski stosował akcją teroru wobec niewygodnych mu Polaków. Polscy koloniści, których termin nie zawsze zgadzał się z treścią tego słowa, w żadnym wypadku nie należeli do kategorii ludzi, którzy zagrażali ustrojowi komunistycznemu. Jedynym ich "przestępstwem" było to, że oni, ich rodzice lub dziadkowie zakupili kawałek pola na kresach, aby zabezpieczyć byt sobie i swoim rodzinom. Okoliczność ta została wykorzystana przez lokalnych komunistów i nacjonalistów oraz ich nadrzędnych władz do oczyszczenia ukraińskiego (?) kraju z polskiego elementu. W tym wypadku cele sowieckiego teroru jak najbardziej pokrywały się z polityką ukraińskich nacjonalistów.
Polityka wysiedlania nie ominęła okolic Jazłowca. Ofiarą jej padła polska ludność z wioski Zaleszczyki Małe, gdzie w północnej części wioski osiedlili się koloniści austryjaccy w dalekich czasach zaborów oraz Polacy z zachodnich części kraju, też w odległych i zapomnianych czasach. Według normy, tylko oprawcom znanej, wyselekcjonowano kilkanaście rodzin i w najzimniejszą noc sezonu odwieziono ich na stację kolejową w Buczaczu. Tam zapakowano ich do bydlęcych wagonów i wysłano w daleką podróż na wschód. Podobnie załatwiono się z rodziną Baczyńskich, której początki zagubiły się w historii miasta, ale która przez zakupienie działki na jednym z parcelowanych majątków ziemskich przybrała miano kolonistów, podlegających karze wysiedlenia.
Ten barbarzyński sposób traktowania ludzi spotkał się z potępieniem przez całą polską ludność w okolicy, ale publicznie nikt nie mogł wyrazić swojej opinii w obawie przed skutkami, jakie mogły być zastosowane wobec niego i jego rodziny. Stalinowski terror nie przebierał w środkach i nikt nie chciał stać się jego ofiarą.
Cichą oznaką protestu były słabo zorganizowane i prawie nie-aktywne tajne polskie konspiracje. Istnienie jednej z nich ujawniło się w Buczaczu dopiero w miesiącu lutym, kiedy jej istnienie doszło do wiadomości lokalnych władz. Do tej grupy należało wielu gimnazjalnych kolegów Stanisława. Podobno istnienie jej było utrzymywane w ścisłej tajemnicy, ale nie wszyscy jej członkowie stosowali należyte środki ostrożności. Ostatecznie tajna polska organizacja przestała być tajną dla tajnej policji NKWD. Na jej liście znalazły się wszystkie nazwiska członków organizacji, jeszcze zanim przystąpili do aresztowań. W wypadku członków organizacji sprawa aresztowania była kwestią zastania lub niezastania danej osoby w domu. Ci, którzy chcieli uniknąć takiej ewentualności zdecydowali się na ucieczkę do Rumunji. Natomiast ci, których zastano w domach jak dwóch Urbańskich, dwóch Osostowiczów, Iskrzyński, Halkiewicz znaleźli się pod kluczem w więzieniu buczackim.
Pewnego mroźnego dnia, przed wieczorem, przed domem Stanisława zjawiło się kilku młodych ludzi na nartach: Dwóch Schandlerów, dwóch Dancewiczów, Iwachów i Zbyszek Warszylewicz, którzy w panice opuścili swoje rodzinne domy i bez należytego ubrania i przygotowania w ucieczce na nartach w kierunku granicy rumuńskiej szukali bezpieczeństw. Ich ryzykowne przedsięwzięcie już w samym swoim założeniu miało nikłe szanse powodzenia. Droga do granicy była długa, conajmniej 60 kilometrów, prowadząca przez teren na którym nie mieli znajomych lub kolegów, warunki klimatyczne fatalne a sama granica pozatym była strzeżona przez straż graniczną.
Jazłowiec był ich pierwszym przystankiem, gdzie dzięki rodzicom Stanisława znaleźli nocleg, pożywienie i zaopatrznie na drogę. Następnego dnia rano dołączył do nich kuzyn, Julian, który razem z nimi na oczach całego miasta wybrali się w kierunku granicy. Stanisław nosił się z myślą pójścia ich śladem, ale wiele przyczyn przemawiało przeciwko temu. Jedną z nich była oczekiwana wiadomość od kolegi z Tarnopola, a druga była natury uczuciowej na co Basia miała decydujący wpływ.
Obawy Stanisława odnośnie powodzenia wyprawy jego kolegów były w dużym stopniu uzasadnione. Wyprawa była tylko częściowo udana. Trzech z jej uczestników zdołało przeskoczyć granicę, jeden zmarł z wycieńczenia a trzech ostatnich dostało się do sowieckiego więzienia. W owym czasie losy aresztowanych ludzi były znane tylko władzom sowieckim. Aktualne szczegóły dotarły do Stanisława kilka lat później od jednego z tych, którzy przekroczyli granicę. Trzej aresztowani, Kuriański, Iwachów i Schandler, mimo ciężkich przejść w sybiryjskich łagrach ostatecznie znaleźli się w polskiej armii na Bliskim Wschodzie.
W tym samym czasie zaczęły krążyć pogłoski o wykryciu polskiej grupy konspiracyjnej w Czortkowie. Niektore wiadomości mówiły o zbrojnej akcji w formie powstania, co faktycznie niebyło ani realne, ani możliwe. Trudno było dać wiarę tej ewentualności, ponieważ skromna polska organizacja nie byłaby w stanie zaskoczyć i podołać silnemu garnizonowi sowieckiemu, tam stacjonującemu. Prawdopodobnie sprawa wyglądała tak jak w Buczaczu. Poprostu policja wykryła tajną polską grupę i przeprowadziła serię aresztowań naskutek których wielu Polaków znalazło się w więzieniu. Istnienie takich organizacji, z reguły nieefektywnych, świadczyło o tym, że duch walki z okupantem znajdował poparcie w każdym polskim ośrodku, ale brak łączności, dowódcow i uzbrojenia skazywał ich działalność na niepowodzenie i sowieckie represje.
Wysiedlenie kolonistów i aresztowania bardziej czynnych członków tworzyło trudną i niepewną sytuację dla polskiego społeczeństwa. Od czasu przyłączenia wschodnich ziem polskich do Związku Radzieckiego do obywateli nowej republiki odnosiły się te same prawa jak do obywateli z za Zbrucza. Prawem i obowiązkiem każdego nowego obywatela stała się praca. Taką filozofię wybitnie podkreślało hasło "chto nie robotajet etoj nie kuszajet". Z drugiej strony wielu Polaków uważało przyjęcie pracy za współpracę z okupantem. Nieprzyjęcie zajęcia z drugiej strony tworzyło z danej osoby kandydata na zsyłkę lub więzienie. Dlatego każdy Polak musiał ocenić swoją sytuację w świetle potrzeb i bezpieczeństwa rodziny. Ponadto brak środków do utrzymania zmuszał wielu do przyjęcia każdej pracy, jaka tylko była osiągalna. Stanisław, będąc na utrzymaniu rodziny, mogł prowadzić niezależne życie, ale to też miało swoje granice.
Wielu Polaków liczyło na szybkie rozwiązanie sytuacji militarnej i politycznej w związku z przewidywaną akcją aliantów na Zachodzie. Wiadomości ze świata dochodziły sporadycznie i najczęściej pochodzące z sowieckiego radja lub gazet. Brak miarodajnych wiadomości niewątpliwie komplikował życie przeciętnego człowieka. Do pewnego czasu wiadomości z zachodu przenikały do zainteresowanych drogą jedynego radia w mieście, które było w posiadaniu rodziny Piwowarskich. Po wyczerpaniu się baterii źródło to przestało być czynne. Odtąd ciche wiadomości pochodziły od ludzi podróżujących do Lwowa lub innych większych miast w rejonie. Najczęściej treść tych informacji, zmodyfikowana przez pośredników na korzyść polskiej sprawy przestawała być miarodajną. Nie mniej takie pogłoski podtrzymywały ludzi na duchu, aczkolwiek w końcowym efekcie mogły być rozczarowaniem dla wielu.
W miesiącu kwietniu, kiedy z nadejściem wiosny Polacy pokładali wielkie nadzieje w zwycięskiej akcji aliantów, poczynania władz okupacyjnych poszły wprost po przeciwnej linii. Sowieci, czując się panami sytuacji, nadal wprowadzali swoje porządki, jakie odpowiadały ich celom. Oczywiście ludzność polska była niemal wylączną ofiarą ich poczynań. Sowieci doskonale rozumieli psychiczne oddziaływanie teroru i dlatego każda z ich metod miała już wypróbowany efekt w tym zakresie. Wysiedlanie ludności było typowem przykładem tego.
Nastepne wysiedlanie ludności nie ominęło jazłowieckich Polaków, zamieszkałych w samym mieście. Już od rana, 12go kwietnia, można było zauważyć niezwykłe ożywienie wśród lokalnych komunistów. W ciagu dnia grupa za grupa wraz z polską dętą orkiestrą wyjeżdżały na konnych podwodach do rejonowego miasta Złotego Potoka. Wyjazd ten oficjalnie tłumaczono obchodem rocznicy jakiegoś komunistycznego wydarzenia i zabawą, która miała być jego ukoronowaniem. Polska orkiestra miała muzyką urozmaicić ten obchód.
Pewne ukryte wiadomości odnośnie tego zjazdu przenikały do jazłowieckiej ludności. W ciagu dnia informacje wędrowały od domu do domu zaufanych, tworząc napiętą atmosferę nawet wśród grupy rządzącej. Uczucie to udzielało się również Polakom. Można było wyczuć w powietrzu, że zanosiło się na jakis drastyczny krok ze strony władz, który mógł radykalnie pogorszyć sytuację Polaków. Domysłów było wiele, ale wśród nich najbardziej przebijało podejrzenie o następnej serii wysiedlania polskiej ludności na syberyjskie tereny.
Wieczorem tego dnia w domu Stanisława zjawił się jeden z dalekich krewnych, który wywołał ojca nazewnątrz i w ścisłej tajemnicy dał mu do zrozumienia, że jego rodzina jest na liscie osób przewidzianych na wywóz do Rosji. Matka początkowo potraktowała tą wiadomość żartobliwie, absolutnie nie wierząc, aby informacja była prawdziwą. Ojciec podszedł bardziej rzeczowo do tej sprawy - zebrał całą rodzinę w kuchni i kazał wszystkim przygotować się do wyjazdu na wszelki wypadek. W czasie tego powstało pytanie, czy wszyscy z rodziny powinni wyjechać z Jazłowca.
"Ktoś z nas powinien zostać na miejscu," Stanisław zaproponował.
"Kto zostanie?" ojciec zapytał synów.
"Ja, jako najstarszy, zostanę, aby upomieć się o was, kiedy wojna się skończy," Stanisław oświadczył.
"Ja też zostanę," dodał młodszy brat Stanisława, Franek.
"Wobec tego my oboje i Tadzio pojedziemy razem. Wy natomiast pamiętajcie o nas," zakończył ojciec.
Stanisław i Franek zabrali część swoich osobistych rzeczy i w myśl umówionego planu udali się w ciemności nocy do domu dalekiej krewnej, która mieszkała w małym domku pod lasem. Miejsce nadawało się na tymczasową kryjówkę, ponieważ było na uboczu i swoim ubogim wyglądem nie budziło podejrzeń.
Późnym wieczorem do domu ojca Stanisława zapukała jeszcze jedna osoba. Była to gospodyni proboszcza, ks. Kraśnickiego, który chciał koniecznie zobaczyć się z ojcem. W ciemnści noc obaj spotkali się na plebanii. Poczciwy proboszcz wiedział już o wysiedlaniu jego parafian i chciał pożegnać się z tym, który z nim blisko współpracował na terenie parafii.
"Do mnie doszła wiadomość, że pańska rodzina jest na liście zsyłki. Pragnę pana pożegnać i was wszystkich oddać w opiekę Boga." stary proboszcz odezwał się do ojca.
"My już wiemy o tym."
"Myśmy długo współpracowali na terenie parafii," proboszcz mówił dalej, " dlatego ja głęboko przeżywam nieszczęście, jakie pana i wielu moich parafian spotka jutro. Na to nikt z nas nie może poradzić. Taka jest wola Boga. Za wszystkich was będę się modlić codziennie i będę prosić, aby pozwolił wam przeżyć to doświadczenie."
Na pożegnanie wziął swego parafianina w ramiona i z żalu za nim popłynęły mu łzy z oczu. Zarządzenie boskie było jednak innego rodzaju. Nie ojciec Stanisława lecz poczciwy proboszcz zmarł dwa lata później śmiercią Polaka-męczennika z rąk ukraińskich oprawców.
Do domu dalekiej krewnej pod lasem doszło jeszcze dwóch dodatkowych uciekinierów, którzy też nie chcieli podporządkować się sowieckiej przemocy. Rodziny jego dwóch stryjów zadecydowały podobnie jak rodzina Stanisława - najstarsi synowie pozostaną na miejscu, aby ich ród nie zaginął.
Przyzba w starej chatce była twarda i niewygodna. Noc była długa i niespokojna. Przez długi czas nikt z ukrywających się ludzi niemógł zasnąć. Każdego męczyła myśl, czy postąpił właściwie, czy nie należałoby wyjechać z rodziną i być im pomocą w trudnych chwilach i czy pozostanie na miejscu ma istotne uzasadnienie.
Stanisław zasnął późno - prawie nad samym ranem. Jego towarzyszy sen zmorzył nieco wcześniej. Jedynie gospodyni domu czekała, czuwała i nadsłuchiwała czy z daleka nie dojdzie do niej odgłos ruch na głownej drodze. W ciągu nocy wstawała kilkakrotnie, otwieraąa drzwi i zaglądała nazewnątrz wschłuchując się w nocną ciszę. Na dworze zaczynało świtać. Szary dzień budzącego się dnia, przeplatany bielą mgły, ledwie pozwalał na dojrzenie konturów zamku, klasztoru i okolicznych wzgórz. Do jej ucha doszedł daleki szmer jadących furmanek od strony zamku. Początkowy szmer zamienił się w wyraźny turkor wozów. Odgłos od strony zamku brzmiał coraz głośniej i bardziej złowrogo.
"Wstawajcie - oni już jadą!" kobieta zawołała do młodych ludzi.
Wszyscy zerwali się na równe nogi. Na ich twarzach ukazał się wyraz niepewności i obawy... "Co teraz robić?... Siedzieć w domu i czekać, czy uciekać w las i szukać za kryjówką?" Gospodyni domu musiała czytać ich myśli. Przed ponownym wyjsciem zawołała do nich:
"Pójdą wpierw na górę. Zobaczć co się dzieje w mieście."
Turkot furmanek wciąż odbijał się echem po dolinie miasta. Na dworze robiło się coraz jaśniej. Po pewnym czasie ruch na szosie ustał. Zdyszana kobieta wpadła do izby. W podnieceniu zaczęła podawać im informacje:
"Stasiu, koło domu twego ojca jest furmanka - ktoś pomaga matce ładować rzeczy. Józiu, koło twego domu spokojnie. Kaziu, twego domu nie mogłam zobaczyć, bo zasłaniają go inne. Co chcecie teraz robić?"
"Nalepiej ukryć się w lesie," Kazik zawołał pierwszy.
Natychmiast on, Franek i Józek wyskoczyli z domu i pobiegli w kierunku lasu. Tam mieli już umówione miejsce, które nadawało się na kryjówkę.
Stanisław był innego zdania - postanowił pozostać na miejscu i ze wzgórza obserwował wypadki w mieście. On zdawał sobie sprawę z tego, że swojej rodzinie nie był w stanie udzielić żadnej pomocy, ale chciał widzieć ostatnie chwile sceny jaka miała miejsce przed domem jego rodziców. Z wysokości wzgórza miał doskonały wgląd na całą centralną czść miasta. Koło jego domu widać było ruch i krzątanie się ludzi. Mimo odległości mógł rozpoznać matkę i młodszego brata, którzy przy pomocy trzeciej osoby wrzucali bagaż na furmankę. Ta trzecia osobą definitywnie nie był ojciec. Jego osoba ukazała się później z boku domu pod strażą sowieckiego streżka. Na podwórku kręcił się uzbrojony lokalny milicjant.
Na innych ulicach sytuacja wyglądała podobnie. Przed wybranymi domami stały furmanki z sowieckimi i lokalnymi strażnikami. Z domów wynoszono bagaż i ładowano na czekające wozy. Ze swego punktu obserwacyjnego Stanisław miał kilka takich domów na widoku - dom wuja Kuriańskiego, Piwoworskich i Goldstauba. To co działo się na bocznych ulicach było poza zasięgiem jego wzroku. Cała operacja odbywała się pod nadzorem oficera, który z karabinem na ramieniu spacerwał w jedną i drugą stronę po centrum miasta. Na innych ulicach kręciło się kilku uzbrojonych milicjantów, widocznie dla utrzymania porządku na wypadek, gdyby ktoś z wywożonych zdobył się na akt protestu. Na wyższych poziomach miasta tu i ówdzie stały grupy ludzi przyglądających się tragedi ich sąsiadów.
Pod wpływem nagłej wewnętrznej pobudki Stanisław zdecydował się obiec miasto i przynajmniej raz jeszcze zobaczyć zbliska swoją rodzinę. Przebiegł dolinę naprzełaj, wyskoczył na górę koło zamku i biegnąc jej grzbietem dostał się do miejsca najbliższego jego domowi. W duszy jego zbudził się protest przeciwko bezprawiu popełnionemu na jego rodzinie. Zbudziła się wnim żądza natychmiastowej interwencji, a nawet odwetu. Jednak myśl zdrowego rozsądku tłumaczyła mu niedorzeczność takiego desperackiego czynu. Ludzie przyglądający się scenie zobaczyli stojącego Stanisława. Kilka kobiet dawało mu znać rękami, aby uciekał. On jeszcze stał i obserwował. Furmanka przed domem była już załadowana. Jego rodzice i brat wsiedli na bagaż. Sowiecki strażnik i milicjant usadowili się na jej tyle.
Woźnica trzasnął biczem - wóz ruszył do przodu po pochyłości drogi. W duszy Stanisława wciąż dominowała chęć zobaczenia się z rodzicami z możliwie bliskiej odległości. Jedyne miejsce tego rodzaju było na cmentarzu, gdzie z poza krzaków przebiegającj obok szosą. Znowu biegiem udał się w tamtym kierunku. Po drodze kilku znajomych starało się go zatrzymać. Jeden nawet oferował mu przytułek w jego domu - on był jednak zdecydowany przeprowadzić swoją myśl do końca. Kiedy dobiegł do cmentarza woz jego rodziców był już daleko w przodzie. Najbliższą jemu była furmanka wioząca rodzinę stryja Ignacego. Kilka razy wołał do nich i kiwał ręką, ale nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy siedzieli z pochylonymi głowami i prawdopodobnie płakali. Dla nich musiał to był ciężki dzień rozstania się z ich rodzinną miejscowością, krewnymi, przyjaciółmi i sąsiadami.
Ostatni wóz zniknął za horyzontem. Stanisław pozostał sam na rogu cmentarza. W duszy swojej odczuł straszną pustkę. Jego rodzina przestała istnieć jako blisko współżyjąca grupa, mieszkająca pod jednym dachem... "Co robić teraz i do kogo się udać"... pytania tego rodzaju zaczęły nurtować jego duszę. W pierwszych dniach mógł liczyć na litość i współczucie ludzi, ale pomoc mu udzielona nie mogła trwać długo. W tej chwili mogł tylko udać się do krewnych z proźbą o przechowanie go przynajmniej na kilka dni.
Tego dnia, 13go kwietna, branka sowiecka zabrała z miasta osiemnaście rodzin, niemal wyłącznie polskich. Jedyną nie-polską rodziną był stary żyd Goldstaub z żoną, którego wielkim przestępstwem była służba w legionach Piłsudskiego. Polski rząd w uznaniu za jego zasługi dla kraju dał mu lukratywną licencję tytoniową. Dochody pozwoliły mu na kupno dużego solidnego domu z ogrodem, sadem i sadzawką oraz wyksztaścią dwóch synów. Jeden został lekarzem, drugi natomiast powołany do służby wojskowej w stopniu oficera uciekł z oddziałem zagranicą. Za tym też musiała kryć się przyczyna jego wysiedlenia. Jakaś lokalna szyszka komunistyczna musiała mieć go na oku i skorzystała z pierwszej okazji, aby dostać prawo do używania posiadłości tanim chociaż nieuczciwym sposobem.
Jeszcze większą niedorzecznością było wywiezienie dwoje niedołężnych staruszków Piwowarskich. W tym musiała był czyjaś złośliwość drogą której ktoś z nowych władców też chciał polepszyć warunki swego bytu przez zajęcie domu tych ludzi. Pozatym ich wiek i kwalifikacje absolutnie nie mogły był przydatne komukolwiek na dalekich pustkach Kazakstanu.
Za wywiezieniem każdej z rodzin kryła się specjalna przyczyna prawnego kodeksu sowieckiego systemu. Ale zasadniczą przyczyną z punktu widzenia sowieckich władz była chęć steroryzowania pozostałej ludności i zrobienia ich posłusznym narzędziem, podporządkowanym systemowi sowieckiemu. Przyczyną tę wypowiadali oficialnie i nieoficjalnie w formie takich utartych frazesów jak "wrag naroda" lub "kontr-rewolucjonista". Pod ten termin można było podciągnąć każdego, kto był podejrzany o wrogie nastawienie do komunizmu. Gdyby funkcjonariusze nowego systemy mogli zapoznać się ze zdaniem każdego człowieka pod ich władzą, prawdopodobnie znaleźliby bardzo niewielu zwolenników swojej idei.
Wieczorem wszyscy trzej uciekinierzy, a tym samym przestępcy, zeszli się razem w biednej chatce pod lasem. Razem znaleźli się wobec wielkiego problemu. Trzeba było szukać za bezpiecznym miejscem dla kaśdego z nich przynajmniej na kilka dni aż minie pierwsze wrażenie połączone z obawą przed sowietami. Po ustabilizowaniu się sytuacji można było pomyśleć o stałej kryjówce, która pozwoliłaby im na przetrwanie do lata. W ich przekonaniu w tym czasie wszystko się wyjaśni w związku ze spodziewanym zwycięstwem aliantów nad Niemcami.
Sytuacja każdego z nich była odmienna. Franek, jako najmłodszy wiekiem, mógł liczyć na więcej współczucia wśród ludzi niż dwóch pozostałych. Babka po ojcu z miejsca zaoferowała się nim zająć. Kazimierz miał dużą rodzinę po stronie matki, nietkniętą przez wysiedlanie i będącą spokrewnioną z Rusinami. Jego możliwości ukrywania się wśród nich miały dobre szanse. Natomiast sytuacja Stanisława była najtrudniejsza. Pomoc mogli mu udzielić najbliżsi krewni, z których trzy rodziny w danej chwili były w drodze na Syberię, a pozostali żyli obawą przed represjami.
Po pierwszej nocy życie zamieniło się w wędrówkę i szukanie za bezpiecznym kątem. Przez kilka dni przebywali u jednego z gospodarzy daleko za miastem. Potem wrócili do miasta, aby tam przetrwać przez dzień lub dwa i następnie szukać za następnym locum. W żadnym z tych nie było nic pewnego i stałego. Dużą pomocą był stryj Stanisław, jedyny z rodziny jaki pozostał na miejscu, ale jego możliwości były też ograniczone.
W czasie tych wędrówek przychodziły momenty depresji. Wsród nich powstały wątpliwości czy postąpili właściwie, pozostając na miejscu. Kazik i Franek zaczęli ciążyć coraz bardziej ku myśli udania się do władz i zgłosić swoją chęć wyjazdu do rodziny. Stanisław był stanowczo przeciwny temu. Ostatecznie jego stanowisko wpłynęło na zmiane zdania dwóch pozostałych uciekinierów.
Niedługo potem Franek zdołał ustabilizować swoją pozycję w mieście. Jego ukazanie się na ulicach miasta, po unormalizowaniu się życia, nie wywołało żadnej reakcji ze strony władz komunistycznych. Jego wiek napewno budził w ludziach współczucie i dlatego nikt z władców nie chciał mieszać się do tej sprawy. Podobno jeden z komunistów sowieckich wyraził się, że przy następnym wysiedlaniu on pojedzie na Sybir do rodziny. Kiedy zapytano go o Stanisława i Kazika, on odpowiedział:
"Ich pozycja jest zupełnie inna."
Jedynym rozwiązaniem problemu było dalsze ukrywanie się po różnych kątach, jakie były w zasięgu ich możliwości. Tymczasem tych kryjówek było coraz mniej. Ludzie, którzy początkowo byłi chętni do udzielenia im schronienia, stali się bardziej ostrożni w udzielaniu pomocy w obawie przed represjami władz. Dlatego obaj kuzynowie musieli się rozstać i szukać dla siebie miejsca na własną rękę. Nad tym też czuwał stryj Stanisław, którego szerokie znajomości nie raz jeden były pomocne jego bratankom.
Kazimierz narazie ulokował się u rodziny jego matki, gdzie czuł się względnie bezpieczny. Stanisław natomiast w poszukiwaniu za odpowienim miejscem udał się do krewnych w Jagielnicy i Tłustem, gdzie przesiedział około dwóch tygodni, ale ostatecznie musiał powrócić do Jazłowca. Wkrótce za pośrednictwem stryja wszedł w kontakt z jednym ze swoich starszych kolegów gimnazjalnych, który mieszkał w pobliskiej wiosce Duliby i który, rozumiejąc sytuację, zobowiązał się do udzielenia Stanisławowi schronienia. Wybór miejsca był idealny. Polska wioska i domek leśniczego, położony na uboczu w miejscu rzadko uczęszczanym przez ludzi, były wymarzonym miejscem do ukrywania się.
Pewnej ciemnej nocy zawędrował do znanego już jemu miejsca i ulokował się w jednym z czterech pokoi, które jego kolega, Franek Cygańczuk, miał do swojej dyspozycji. Tam na łonie natury, mając po jednej stronie stary las brzozowo-dębowo-grabowy, a po drugiej uprawne pola lekko spadające ku szosie, młody uciekinier wreszcie poczuł się bezpieczny i spokojny. Mieszkańcy pobliskiej wioski czasami zaglądali do tego domku, ale oni rozumieli sytuację ukrywającego się człowieka i z ich stony żadne niebezpieczeństwo jemu nie zagrażało.
Kolega i obecny opiekun Stanisława, kilka lat starszy i mający część studjów uniwersyteckich za sobą, miał już wyrobiony światopogląd na wspólczesne sprawy i starał się podchodzć racjonalnie do wszystkiego co się działo wokół niego. Już z chwilą przyjścia sowietów przyjął na siebie zadanie zabezpieczenia wioski od przykrych i nieprzewidzianych wydarzeń, jakie mogły przydażyć się ze strony okupantów. Bezpieczeństwo rodzinnej wioski stało się jego zasadniczym celem. Kierując się tą myślą jego zainteresowania szły po linii zachowanie jej w stanie maksymalnego spokoju. Zadanie to wymagało wiele poświęcenia i realnego myślenia z jego strony.
Już w pierwszych kilku dniach Stanisław zapoznał się z jego poglądami, z którymi nie bardzo się zgadzał. Przyjęcie przez niego funkcji naczelnika wioski nie bardzo zgadzało się z patriotycznymi przekonaniami gościa domu. Jednak po zapoznaniu się z lokalną sytuacją byłoby błędem uznanie tego postąpienia za brak lojalności wobec polskiej sprawy... Gdzie wówczas była polska sprawa?... Czy na froncie we Francji, czy w więzieniu sowieckim lub niemieckim, czy na posiołkach Sybiru, czy tam gdzie był polski naród. W pojęciu należało utrzymać Polakę na jego własnej ziemi za wszelką cenę. Jesli w tym była współpraca z sowietami, należało tą sprawę rozważyć z punktu widzenia korzyści, jakie wynikały dla polskiej ludności.
Im dłużej Stanisław obserwował tego człowieka, im głębiej analizował jego cele tym większym zmianom ulegały jego własne przekonania. W wyniku rozmów z Frankiem on coraz bardziej oddalał się od sztywnego i emocjonalnego pojęcia "wiary" a zbliżał się do bardziej umiarkowanego i realnego konceptu "wiary i myślenia". Jego kolega i dobroczyńca, opierajac się na logicznym myśleniu, stworzył dla siebie i dla swojej wioski bezpieczniejsze warunki istnienia. Oberwując swego przyjaciela, zapalony polski patriota Stanisław zaczął zastanawiać się nad tym jaki kierunek myślenia i działania mógłby dać mu bezpieczeństwo i ustabilizować jego tryb życia.
Mimo swoich małych wątpliwości Stanisław był absolutnie pewny, że jego dobroczyńca był jak najlepszym Polakiem i żywił w sobie głębokie uczucia patriotyczne. Ale jego patriotyzm opierał się na praktycznym podłożu. Dzięki temu nikt z jego wioski nie znalazł się w więzieniu i nikt nie został wyrzucony z domu na dzikie stepy Kazakstanu. Ostatnie wypadki dały młodemu człowiekowi do zrozumienia, że śmierci nikt nie pragnie, chociaż ona mogłaby był łatwym wyjściem z trudnej sytuacji. Franek chciał utrzymać siebie i innych przy życiu bez niepotrzebnego narażania go dla sztywności swoich przekonań. Spędzając wiele chwil w samotności domu i lasu, Stanisław znalazł okazję do sformułowania swoich myśli. Dla niego była to wielka szkoła życia, czego on w danej chwili jak najbardziej potrzebował. Doświadczenie stworzyło mu problem, który tylko przez analizę okoliczności on mógł rozwiązał.
W "domku pod lasem", jak Stanisław nazywał swoje sanktuarium, była jeszcze jedna osoba - młoda dziewczyna z wioski, która zajmowała się domem, ogrodem i świnkami w stajni. Jej obowiązki nie były skomplikowane i ona wykonywała je tak jak ją nauczono - potrafiła zgotować proste jedzenie, zmyć naczynie, utrzymać porządek w domu i dla przyjemności pójść wieczorem na spotkanie ze swoim chłopakiem do budki pod lasem. Dzięki niej nowy lokator w domu wszedł ponowie w tryb życia domowego, regularnie spożywając dzienne posiłki i korzystając z czystej pościeli. W tym odosobnionym miejscu Jaga była jedynym urozmaiceniem w domu, jako towarzyszka do małych rozmów lub jako dekoracja do martwej natury, jaka ich otaczała.
Jej codzienny obrazek w porannej porze, kiedy wracała przez podwórko z dzbaniem mleka w ręku, zawierał w sobie to naturalne piekno, jakie natura i życie razem tworzą dla ludzkiej przyjemności; jej smukła postać z kolorową chustką zarzuconą na ramiona, kiedy biegła do swego chłopaka tworzyła inny przyjemny obrazek dla oka; a jej krzątanie się po domu i podwórku nadawało życia spokojnemu i niemal uspionemu otoczeniu. Ale szczytem urozmaicenia, jakie ona wniosła do domu, było szczebiotanie lokalnych wiadomości czy plotek, które przynosiła ze sobą ze swojej porannej wyprawy do wioski.
Domek pod lasem, mimo swego odosobnienia, nie był całkowicie pozbawiony spodziewanych i niespodziewanych gości. Od czasu do czasu ktoś zjawiał się przy drzwiach z oficjalną i nieoficjalną sprawą do Franka. Każda z nieoficjalnych wizyt z reguły zaczynała się kieliszkiem i butelką i trwała aż do wypróżnienia jej zawartości. Sprawa była prosta i niekomplikująca życie Stanisława, kiedy jego przyjaciel był w domu. Ale wizyta taka wyglądała inaczej, gdy gospodarz dla jakieś sprawy nie był obecny w domu.
Pewnego pogodnego i ciepłego popołudnia do domku zawitało trzech gospodarzy z nieodzowną butelką gorzałki, wyprodukowaną w lokalnej gorzelni. Franek był wówczas nieobecny, wobec czego Stanisław musiał spełniać rolę gospodarza. Tradycja domu tego wymagała i młody człowiek, nieprzywykły do alkoholu, chcąc nie chcąc podporządkował się woli niespodziewanych gości. W braku kieliszków ilościową miarą napoju były szklanki od musztardy, które bardzo odpowiadały gospodarzom, ale były absolutnie niezgodne z możliwościami młodego człowieka. Ulegając namowom gości wlał do gardła całą porcję, na co jego organizm natychmiast zareagował. Krzesło odrazu zaczęło się pod nim kołysać, stół chodzić na nogach, a cały świat zaczął się kręcić jak na kołowrotku. Szczęśliwie w tym momencie Franek powrócił i przejęął rolę gospodarza domu. Natomiast niedoświadczony pijak wyniósł się do stodoły, gdzie przespał resztę pogodnego dnia.
Stałym, chociaż niezbyt częstym gościem, była młoda kobieta, matka dwojga dzieci, żona dawnego leśniczego okolicznych lasów. Tuż przed przyjściem sowietów mąż jej uciekł zagranicę, pozostawiając ją i dzieci pod opieką matki w Potoku Złotym. Młoda kobieta przyjeźdźała do wioski dla uzupełnienia swoich prowizji, których brakło w mieście. Zakup artykułów polegał na handlu wymiennym - kobieta przywoziła ze sobą czśćci używanej garderoby za co od swoich znajomych gospodyń we wsi otrzymywała żywność. Dla niej był to rodzaj zajęcia, które pozwalało jej na utrzymywanie siebie i rodziny. W tych nowych warunkach każdy musiał zapewnić sobie byt, co ona czyniła na swój własny sposób.
Innym gościem, który od czasu do czasu zjawiał się wieczorami w domku pod lasem, był Józek Kulczyk, człowiek po maturze, który podjął się pracy nauczyciela w lokalnej szkółce. Każde jego zjawienie się wiązało się z wiadomościami ze świata. Mając skłonności techniczne człowiek ten wykombinował kryształowy odbiornik i chwytał na eterze cokolwiek mu wpadło do odbiornika. Z reguły jego wiadomości pochodziły z najbliższych stacji, które były rosyjskie. Tym samym dostarczone przeszły już cenzurę sowiecka, ale mimo to one było nowościa w zamkniętym świecie Stanisława.
W tym okresie wojny wiadomości nie przynosiły nic pocieszającego. Spodziewana ofenzywa aliantów na Zachodzie nigdy się nie sprawdziła. Inicjatywa była w ręku Niemców i cała akcja była powtórzeniem "blitzkriegu" jaki miał miejsce w Polsce w jesieni zeszłego roku. Z każdym dniem wiadomości były coraz bardziej deprymujące. Niemcy prawie bez walki przeszli przez Holandię i Belgię, a potem rozpoczęło się paniczne cofanie się Francuzów pod niemiecka presją. Wiadomość o Dunkierce i zajęciu Paryża odbiła się bolesnym echem w duszy każdego Polaka, oczekiwającego cudu zwycięstwa. Równocześnie z tym nadzieje Stanisława osobiste i ogólne radykalnie się kurczyły, aby z chwilą poddania się Francji zamienił się w zwątpienie i gorzki zawód.
Taki stan rzeczy wymagał od młodego człowieka radykalnej rewizji planów na przyszłość. Jego sytuacja ukrywającego się uciekiniera mogła przedłużyć się na lata. Trudno było oczekiwać od ludzi dobrej woli ciągłego narażania siebie i rodziny na ewentualne represje ze strony władz, gdyby wykryto go w danym miejscu. Pozatym żądanie bezpłatnego mieszkania i utrzymania od osób dobrze mu życzących byłoby nadużywaniem ich dobroci. Przy każdym porannym spotkaniu z gospodarzem domu razem dyskutowali położenie Stanisława, starając znaleść najbardziej rozsądną drogę wyjścia z trudnej sytuacji.
Ucieczką dla młodego uciekiniera przed trudnościami czasów był stary potężny las, gdzie przyroda dała wyraz swemu pięknu urokiem rozłożystych dębów, bielą smukłej brzozy i kolorem bujnej zieleni. Tam błądząc po dróżkach i ścieżkach szukał za spokojem myśli, za ciszą ustronia i za kojącym widokiem panoramy, jaka rozwijała się przed nim gdy siedział na otwartej polanie i patrzył w stronę rzeki Strypy. Zbocze jaru, spadajacego stromo ku rzece, skały sterczące wśród zieleni niczym kościelne ambony i wodny młyn u dolu monotonnie turkuczący głosem turbin, wprowadzały go w nastrój boskiego spokoju. W tym ustroniu zapominał o świecie, ludziach i sowieckiej okupacji i oddawał się przyjemniejszym myślom, jakie wyobraźnia tworzy pod wpływem natury.
Na dole, gdzie wąska wstęga wody wiła się zakrętami, raz chowając się przed okiem człowieka, raz znowu ukazując się przed nim wśród bujnej zieleni, panowała wspaniała cisza, właściwa podolskim jarom. W miejscu, gdzie drewniany most przecinał wstęgę rzeki i gdzie przeźroczysta woda kąpała się nieustannie w złotych promieniach słońca, tam też naturalny urok sycił duszę człowieka swoim pięknem. Przejrzysta woda przy moście nie raz jeden zapraszała go do ochłodzenia się z gorąca czerwcowego dnia i używania dowoli kąpieli i pływania. Leżąc na trawie, przeplatanej mozaiką kolorów kwiecia, można było powierzyć swoje myśli śpiewającym ptakom, melodji płynącej wody i białym chmurkom, które wolno krążyły po nieboskłonie, aby razem z nimi błąkać się w radosnym świecie nie kontrolowanym przez człowieka.
Obcowanie z naturą pozwalało jemu utonąć w myślach, które wychodziły poza granice rzeczywistości, gdzie w świecie innych wymiarów tworzył inny i lepszy obraz codziennego życia. Myśli te, głebokie jak wody oceanu, budziły w nim nadzieję powrotu do beztroskich przedwojennych dni, do rodzinnego domu i do pewności jutra. Gdyby świat ludzki był inny, w tym zaciszu jaru mogł rozkoszować się w nieskończoność radością i pięknem podolskiego jaru. W danej chwili on wciąż chłonął piękno i uczucie spokoju i gromadził je w swoich uczuciach, jakgdyby pragnął zachowć je w sobie w przewidywaniu gorszych czasów leżących na drodze jego bliskiej przyszłości.
Po drugiej stronie domku pod lasem, otwierał się szeroki widok pola i ląki, gdzie piękno natury też wyrzeźbiło pomnik dla dobra człowieka. Zielony łan pszenicy, przerwany pasmem kukurydzy i jakby dla nadania koloru oddzielony pasmem kwitnącej hreczki, też porywał jego oczy. Z tej strony, między drogą a parcelą zabudowań, przebiegała ląka, która na przełomie maja i czerwca sięgała zenitu cudownych kolorów. Zieleń trawy przeplatana barwami różnych kwiatów tworzyła obraz rozległego dywanu, który niemal zapraszał widza, aby po nim stąpał i rozkoszował się miękkościa jego soczystej trawy. Czasami siedząc na progu domu, Stanisław delektował się widokiem Jagi z dzbankiem w ręku, kiedy znaczyła ślady swą bosą nogą na trawie błyszczącej brylantami rannej rosy. Patrząc na te cuda natury on odrywał swe myśli od trudów życia i przynajmniej na chwilę ulatywał w świat zapomnienia.
Jednak niespokojne myśli nie zawsze chciały zniknąc z jego świadomości nawet w zaciszu miejsca i piękna natury. Najczęściej one były bardziej agresywne i głuszyły przyjemną stronę jego otoczenia swoją niehamowaną siłą. Z nią nie można było walczyc; jej trzeba było podporządkować się i w najlepszym wypadku obejść ją dookoła, aby nie zatruwać sobie życia. Poranne spotkania z Frankiem były przypomnieniem tej potrzeby. Oba umysły, łącząc razem swój mentalny wysiłek, próbowały dojść do jakiejś konkretnej i zbawiennej rezolucji. Niemal każdego ranka, po upadku Francji, rozmowa zaczynała się od pytania skierowanego do Stanisława:
"Jakie są teraz twoje zamiary? Nie możesz ukrywać się wiecznie."
"Ciągle myślę o tym, ale to co przychodzi mi do głowy niema widoków na konkretne rozwiązanie moich problemow".
"Powiedz mi co masz na myśli, może wspólnie znajdziemy jakieś rozwiązanie," Franek zaoferowal mu swoją pomoc.
"Zasadniczo mam trzy możliwości. Mogę ukrywać się nadal i wykorzystywać dobrą wolę krewnych i przyjaciół, mogę zgłosić się do władz sowieckich w nadzieji, że pozwolą mi egzystować na tutejszym terenie, albo mogę próbować ucieczkę do Rumunjii lub Wegier," Stanisław odpowiedział.
"Pierwsze nie wygląda na to, aby było rozwiązaniem twoich trudności na dłuższą metę; drugie może zakończyć się więzieniem, a na trzecie jest trochę za późno."
"Ja zamierzam jednak spróbować trzecią możliwość."
"Czy masz jakieś kontakty na granicy?" zaintrygowany odpowiedzią Franek zapytał.
"Niestety niemam, ale w jesieni jeden z moich kolegów proponował mi pójście z nim na granicę węgierską. Niestety oczekiwana od niego wiadomość dotychczas do mnie nie doszła. Może go teraz odszukam we Lwowie, albo Tarnopolu. być może ta propozycja jest wciąż aktualna," wyjaśnił.
"W jaki sposób ty to przeprowadzisz? Dzisiaj nie można zrobić kroku poza miejsce twego zamieszkania bez specjalnej przepustki."
"Nad tym już się zastanawiałem i jeśli mi szczęście dopisze to może znajdę drogę, aby pojechać w świat," Stanisław odpowiedział zagadkowo.
"Spróbój, może ci się to uda. Gdybym ci mógł być w czymś pomocnym, powiedz mi, a postaram się to załatwić..."
Tej nocy młody człowiek wybrał się do Jazłowca. Tylko tam mógł znaleść to co było mu potrzebne do przeprowadzenia planu. Koniecznej przepustki lokalne władze napewno nie wystawiłyby na jego nazwisko. Ale gdyby dostał taką wystawioną na kogo innego, mógły skopiować ją na szkle i wpisać swoje nazwisko tam gdzie potrzeba. Problematyczną stroną była oficjalna pieczęć miasta. Nad nią trzebaby było wypróbować swoje zdolności artystyczne czy fałszerskie. Myśl tego rodzaju wydawała się nierealna i nawet niebezpieczna, ale Stanisław zasadniczo nie miał nic do stracenia.
W czasie tej wizyty przez swoją babkę i stryja dostał poszukiwaną przepustkę, poduszkę do pieczęci i starą żyletkę, wciął dostatecznie ostrą, aby używać jej do krojenia materiału. Również podczas tej wizyty spotkał się z kuzynem Kazikiem i razem postanowili pracować nad planem ucieczki do Węgier. On miał udaś się do Tłumacza, swojej gimnazjalnej miejscowości i tam szukać za możliwościami przejścia granicy; Stanisław miał pojechać do Lwowa lub Tarnopola i tam szukać za kolegą, który mu kiedyś proponował takie rozwiązanie. Dobry opiekun stryj miał dostarczyć pieniadze oraz osobiste potrzeby.
W tym czasie przyszły już listy od rodzin w Kazakstanie, trzy spokrewnione rodziny znalazły się w tym samym "sowchozie", co musiało mieć duże moralne znaczenie dla nich. Warunki życia były ciężkie. Największą trudnością był brak żywności. Dlatego prosili krewnych o przesyłki z artykułami spożywczymi. Każdy z wysiedleńców, zdolny do pracy, musiał pracować na roli. Kilku dostało inną pracę fizyczną jako rzemieślnicy, inni musieli podporządkować się woli dyrektora. Jedynym udogodnieniem życia były małe ogródki, jakie pozwalano im uprawiać, ale od których musieli płacić podatki w pieniądzach i naturze. Sytuacja ich nie wyglądała najlepiej, ale nie tak tragicznie jak się początkowo wydawało.
Następnego dnia rano, zaraz po powrocie do leśniczówki, Stanisław wziął się do fałszowania przepustki. Przepisanie jej na szkle i wstawienie swego nazwiska było najmniejszym problemem. Trudnością była pieczątka, wprawdzie niezbyt skomplikowana w swoim wzorze, ale dla niedoświadczonego artysty, jak Stanisław, wykonanie jej nie było łatwe. Pierwsza próba w kartoflu nie dała pożądanego rezultatu. Materiał był za miękki i rozlewał się na papierze. Trzeba było użyć twardszego materiału, jak drzewo. Młody fałszerz siedział długi czas nad kawałkiem deski i złamaną żyletką dłubał i wycinał odpowiedznie wzory. Ta mozolna praca zaintrygowała w końcu Jagę, która przystąpiła do niego i zapytała:
"Poco pan to robi?"
"Wyjaśnię ci jak skończę," Stanisław odpowiedział.
Jeszcze tego samego dnia pieczątka była gotowa i niemal identyczna z oryginałem. Artysta swego dzieła podszedł do dziewczyny z oryginałem i falszowaną kopią i z uśmiechem na ustach zapytał czy widzi różnicę między jednym i drugim. Ona przypatrywała się przez chwilę i w końcu wykrzyknęła:
"Nie... One są takie same."
W drugą noc później Stanisław znowu maszerował bocznymi dróżkami i ścieżkami do swoich krewnych w Jazłowcu. Przed wyruszeniem w podróż do Lwowa musiał przygotować potrzebne mu rzeczy, porozrzucane po kilku domach, a przedewszystkim pewien zapas żywności o którą było wówczas niełatwo. Babka dała mu dodatkowy bagaż w postaci żywności dla znajomych u których miał znaleść mieszkanie i nocleg.
Jeszcze przed świtem był już na głównej szosie i maszerował w kierunku najbliższej stacji kolejowej, gdzie w porannych godzinach odchodził pociąg do Lwowa przez Stanisławów. Świt poprzedzony zorzą i czerwony wschód słońca nadawały piękno krajobrazu w czasie tego marszu, ale bagaż niemal urywał mu ramię. W czasie drogi przyświecały mu dwie zasadnicze myśli. Jedną była nadzieja spotkania się z kolegą, a drugą odwiedzenie Basi, którą matka wysłała do Lwowa, gdzie otrzymała pracę sanitariuszki w głównym szpitalu.
Mała stacyjka pod Buczaczem była już otwarta, kiedy Stanisław dotarł do pierwszego etapu swojej podróży. Pierwszą próbą powodzenia wyprawy było otrzymanie biletu kolejowego. Przed jego zakupieniem młody człowiek wylegitymował się przez siebie zrobioną przepustką. Urzędnik przyglądnął się papierkowi, przybił pieczęć, wziął pieniądze i wydał bilet na przejazd do Lwowa. Młody fałszerz dokumentu odetchnął z ulgą, gdy mały karton z odpowiednimi napisami znalazł się w jego ręku.
W małej i ciasnej poczekalni spotkał się z parą znajomych mu oczu, które go kompletnie zignorowały. Widocznie osoba ta nie chciała go poznać i może znać. Oczy te należały do żony naczelnika poczty w Jazłowcu i matki dwojga dzieci. Z jej zachowania się Stanisław wnioskował, że on mógł stanowić niebezpieczeństwo dla niej, jeźli ona i on okażą publicznie dawny przyjazny stosunek starych znajomych.
Wolno wlokący się pociąg przyszedł na czas. Kilku czekających pasażerów, każdy z tobołkiem w ręku ruszył w pośpiechu na platformę. Dla ostrożności Stanisław do wagonu wszedł jako ostatni. Kiedy przechodził obok otwartego przedziału znajome oczy patrzyły na niego ponownie, ale tym razem na twarzy osoby ukazał się mały uśmiech. Równocześnie jej ręka wskazywała na wolne miejsce obok siebie. Dawna jego znajoma osoba okazała się bardzo miłą towarzyszką w podróży. Przez cały odcinek drogi do Stanisławowa, który był jej docelową stacją, opowiadała towarzyszowi podróży różne jazłowiecki historyjki, jakich uzbierało się wiele w czasie jego nieobecności w rodzinnym mieście.
Na stacji w Buczaczu wagon napełnił się po brzegi ludźmi, paczkami, pakunkami i tobołkami. Po bagażu można było rozpoznać jaki był cel każdego z podróżujących. Mniejsze paczki oznaczały pomoc dla rodzin, większe należały do nowo-powstaąej klasy spekulantów, którzy trudniąc się handlem zarabiali na utrzymanie rodzin. Dla niektórych był to kokosowy interes, bardziej dochodowy niż za burżuazyjnej Polski.
Ścisk i tłok na dalszej trasie był ledwie do zniesienia. Ludzie i pakunki w przedziałach, przejściach i w każdym kącie jaki był tylko do wykorzystania. Do tego tłoku doszła jeszcze kontrola biletów przez konduktora i natychmiast potem sprawdzanie przepustek przez dwóch umundurowanych urzędników. Fałszowana przepustka otrzymała następny stempel, co nadało jej jeszcze większej ważności.
Krótki przystanek w Stanisławowie, gdzie wysiadła jego towarzyszka podrózy, i dalsza podróż w tłoku do Lwowa. Po kilku godzinach pociąg powoli wtoczył się na oszkloną stację w metropolii nowej republiki sowieckiej. Znowu ścisk i tłok przy wyjściu z wagonów i przy wyjściu ze stacji. Dopiero na Alejach Focha można było odetchnąć chwilę, aby w tramwaju spotkać się z jeszcze większym ściskiem.
Lwów wydawał się był przeładowanym ludnością cywilną. Masa ich śpieszyła się w jedną i drugą stronę, jakby w pogoni za ukrytymi skarbami w tylko im znajomym miejscu. Miasto zmieniło swój zewnętrzny wygląd. Czerwone flagi powiewały z wielu budynkow, a portrety Stalina i Lenina zdobiły ściany wielu gmachów. Z wyglądu Lwów przestał był polskim, ale polska dusza wciąż w nim żyła, czego dowodem była dominująca polska mowa.
Zmieniając tramwaje kilkakrotnie, Stanisław wreszcie wylądował na ulicy, gdzie u nieznanych sobie ludzi spodziewał się dostać mieszkanie. Para w średnim wieku przyjęła go z otwartymi rekami, jako dawnego chociaż nieznanego im krajana. Przywiezione przez niego artykóły żywnościowe były dla nich cudownym skarbem zesłanym z nieba. O oddzielnym pokoju nie było mowy w małym i skromnym mieszkanku, ale zupełnie wygodne miejsce znalazło się dla niego na kanapie w głównym pokoju. Gspodarze służyli mu chętnie wskazówkami jak się poruszać i zachowywać w mieście i przy każdej okazji przypominali mu o przestrzeganiu policyjnej godziny.
Jeszcze tego samego dnia Stanisław spotkał się z urodziwą Basią, która wiedziała już o jego przyjeździe z listu jej matki. Musiał się jednak pożegnać z nią wcześniej ze względu na godzinę policyjną. Jej stosunek do niego nie wydawał się być chłodny, ale młody człowiek wyczuł, że pod tym pozorem kryły się nowe zainteresowania dziewczyny. On niewątpliwie czuł się dotknięty tym zawodem, ale w planach jego wyprawy było też inne spotkanie, które miało dla niego duże znaczenie, może większe niż sprawy uczuciowe.
Następny dzień poświęcił na szukanie za swoim przyjacielem w rejonie Politechniki. Tam też czekał go zawód. Osoby takiej tam nie było i nikt nie mógł udzielić mu wiadomości o niej. Wobec tego zdecydował się na wyjazd do Tarnopola, gdzie zamieszkiwała rodzina jego kolegi. Następnego dnia popołudniu znalazł się znowu na stacji i w tłoku podróżujących ludzi. Jego jedynym pragniem było wydostać się jak najszybciej ze Lwowa i doszukać się człowieka, który mogł rozwiązać jego zasadnicze problemy.
Dostanie się do Tarnopola, mimo przepustki i biletu, było raczej problematyczne. W czasie podróży Stanisław dowiedział się, że pociąg dochodzi tylko do podmiejskiej miejscowości, ponieważ na dalszej trasie władze sowieckie poszerzają tory. Do Tarnopola pociąg, już na szerokich torach, odchodził dopiero następnego ranka. Lokalne władze były przygotowane na taką okoliczność i dla potrzebujących aranżowały miejsca na nocleg. Tadeusz udał się do kwaterunkowego urzędu, gdzie ponownie ostemplowali jego dokumenty i podali adres pod jakim mógł zamieszkać.
Mały domek, w pobliżu stacji, należal do polskiej rodziny, co z miejsca stworzyło przyjazny stosunek między nim i gospodarzami domu. W domu tym też dostał kolację w czasie której wywiązała się rozmowa na temat jego przyjazdu do Tarnopola. Na rzucone mu pytanie Stanisław odpowiedział bez ogródek:
"Mam znajomych w Tarnopolu. Chciałbym ich odwiedzić. Może ktoś z was może mi wskazać drogę do nich?"
Po podaniu adresu starszy mężczyzna przy stole natychmiast odpowiedział:
"My wiemy bardzo dobrze... W tej okolicy mieszka nasz szwagier."
"On napewno zna Schmidtów... Jak mi się wydaje to jest rodzina nauczycieli," powiedział drugi. "Dwoje starszych ludzi, córka z dziećmi i syn."
"Tak, ich syn jest moim kolegą."
"Jak pan chce się z nim widzieć to nie jest taka prosta sprawa... On...wie pan co..." w tym miejscu człowiek zrobił ruch ręką, który dawał do zrozumienia, że jego kolega poleciał w świat.
Ta wiadomość z miejsca zmieniła jego plany. Kontynuowanie podróży do Tarnopola już nie miało celu. Następnego dnia wziął pociąg idący w przeciwnym kierunku i udał się do Monasterzysk z myślą, że w tym polskim mieście, gdzie miał wielu kolegów i koleżanek gimnazjalnych znajdzie pracę w fabryce i tam ustabilizuje swoje życie. Jedyny adres jaki posiadał należał do młodej Zosi, która w czasie przemarszu przez miasto poprzedniej jesieni dała mu owoce i kanapki. Po przybyciu na stację i wylegitymowaniu się przed policjantem Stanisław udał się do tych przypadkowych znajomych, celem zorientowania się, gdzie mógłby zamieszkać w mieście na dzień lub dwa. Goscinni ludzie z miejsca przyjęli go w swoim domu i zaoferowali mieszkanie.
W ciagu dwu-dniowego pobytu w Monasterzyskach spotkał kilka swoich koleżanek. Wszystkie z nich poza jedną przyjęły prace w funkcjonującej już fabryce tytoniu. Janka Radłowska, jedyna niepracująca, podobnie jak Stanisław, uważała, że przyjęcie jakiejkolwiek pracy u sowietów było niegodne Polaka. Jej uczucia w tym zakresie były absolutnie patriotyczne, ale niezbyt realne w sytuacji jaka powstała. W czasie spotkania doszło między nią i nim do krótkiej dyskusji.
"Janka, ja uważam, że musisz przyjąć bardziej kompromisowe stanowisko w tym wypadku."
"Czy ty sądzisz, że mam współpracowć z sowietami?" ona odpowiedziała z oburzeniem.
"Praca dla zarobku nie musi być współpracą, a praca dla zabezpieczenia siebie i rodziny przed represjami może być mądrością. Popatrz na mnie - niemam domu, rodziny i widoków na bezpieczne ulokowanie się w jakimś miejscu. Powinnaś z tego wyciągnąć wnioski," Stanisław argumentował swoją pozycję.
Na drugi dzień Janka podjęła pracę w fabryce. Za jej pośrednictem Stanisław starał się też dostać jakieś zajęcie, ale przepisy zabraniały zatrudniania kogokolwiek z poza rejonu Monasterzysk. Pozostawało mu więc nic innego do zrobienia jak wsięść na pociąg do Buczacza i tam rozpocząć próbę rozwiązania swoje sytuacji wśród kolegów i gimnazjalnych nauczycieli.
Buczacz w porównaniu ze Lwowem był wymarłym miastem. Na ulicach ludzi niewielu, sklepy w większości pozamykane, a znajomi i koledzy jakdyby wynieśli się z miejscowości. Przy moście gimnazjlnym przypadkowo spotkał dawnego profesora matematyki, prof. Edwarda Pelca, ale on sam był w trudnej sytuacji i nie był w stanie pomóc ani poradzić niczego swemu dawnemu studentowi. Podobnie przedstwiała się sprawa, kiedy udał się na plebanię, gdzie zamieszkiwał ks. Józef Dziurzycki, dawny kapelan gimnazjum. Poczciwy księzulek przyjął go serdecznie, głęboko mu współczuł i rozumiał jego sytuację, ale to było wszystko co mógł Stanisławowi zaoferować. Jeszcze bardziej utwierdziły go w przekonaniu o beznajdziejności jego sytuacji dwie następne wizyty u swoich kolegów w drodze do Jazłowca. Wprawdzie został przyjęty gościnnie przez ich rodziców, ale w każdym wypadku ludzie żyli w obawie przed represjami i w przekonaniu, że byli szpiegowani z racji przyjmowania obcej osoby w ich domu. Ostateczny wniosek Stanisława był taki, że lokalny świat polski był dla niego zamknięty.
W ostatniej fazie swojej podróży młody uciekinier dołączył do jakiejś procesji grecko-katolickiej powracającej z jednego z odpustów i w ciemnościach wieczoru zawitał do domu krewnych w Jazłowcu. Zmęczony wędrówka i przygnębiony niepowodzeniem zaraz po przeczytaniu wiadomości od rodziny z Kazakstanu zasnął twardo i spał do późnego rana. W ciagu następnej nocy spotkał się z młodszym bratem Frankiem i kuzynem Kazimierzem. Brata lokalni komuniści pozostawili w spokoju i traktowali go z niespotykaną wyrozumiałością. Kuzyn powrócił z Tłumacza o kilka dni wcześniej i nie przywiózł ze sobą żadnej pocieszającej wiadomości.
"Ludzie mówią niechętnie o takich sprawach jak granica," Kazimierz powiedział. "Nawet bliscy i zaufani znajomi unikają rozmowy o takich sprawach. Podobno granice są pilnie strzeżone i z reguły każda próba kończy się więzieniem."
"Z tego wynika, że w tej stronie niema co szukać szczęścia."
"W tym jest za dużo ryzyka... Powiem ci nawet więcej. Sowieci mają swoich agentów, którzy podają się za przewodników i nabierają Polaków noszących się z zamiarem ucieczki."
"To wygląda jeszcze gorzej..." powiedział Stanisław i po chwili zapytał kuzyna: "Wobec tego jakie są twoje plany?"
"Czy chcę, czy nie chcę, muszę ukrywać się lokalnie... Moi krewni są zdecydowani pomóc mi tak długo jak się tylko da," Kazimierz odpowiedział.
Sytuacja Stanisława wyglądała mniej obiecująco. W jego wypadku nikt nie zobowiłzał się do ukrywania go na długą metę. Jedynym tymczasowym wyjściem z sytuacji była leśniczówka, gdzie przy dobrej woli swego kolegi Franka, mogł istnieć i czekać na rozwiązanie problemu. Z taką myślł nad rankiem tej nocy powrócił do swego leśnego sanktuarium, nie będąc pewnym, że tam nie uchowa się długo na wolności.

***
Leśniczówka nabrała nieco innego wyrazu, gdy do jedynego jeszcze wolnego pokoju wprowadziła się żona dawniejszego leśniczego z dwojgiem dzieci. Cisza i spokój przestały być zasadniczą cechą tego zakątka. Dzieci i towarzystwo młodej kobiety z miejsca urozmaiciło życie. Ponadto dawna gospodyni domu, pamiętając lepsze czasy przedwojenne, pewnego wieczoru nawet urządziła potańcówkę. W tym towarzyskim spotkaniu okolicznych młodych ludzi Stanisław figurował jako kuzyn Franka, chociaż wielu z obecnych doskonale wiedzieło, jaka była przyczyna jego pobytu w Dulibach. Ostatecznie w takich warunkach życie dla niego byłoby znośne, gdyby nie obawa, że jedna wizyta jednego komunisty może być tragiczna dla niego i współmieszkańców domu.
Często znikał w cieniu starego lasu i tam spędzał wiele samotnych godzin, rozmyślając nad swoją sytuacją. Urok zieleni i wspaniałe widoki pobliskiego jaru dawały mu pozory spokoju i bezpieczeństwa. Tam, błąkając się po dróżkach i obserwując krajobraz, myślą wracał do przedwojennych czasów, i chwilowo odrywał się od grożącego mu niebezpieczeństwa. Jednak chochlik stale powracał i przypominał mu, że żyje kosztem innych ludzi i że może być przyczyną represji, jakie komunistyczne władze w pewnej chwili mogą zastosować wobec nich.
Do porannych tematów rozmowy przy śniadaniu znowu powróciła sprawa jego sytuacji i ewentualnej przyszłości. Franek przyjął na siebie rolę zaufanego doradcy. W jego ocenie dalsze ukrywanie się wobec przedłużania się wojny było trudne i ryzykowne oraz mniej uzasadnione. Jedynym wyjściem z tego impasu był racjonalny kompromis z komunistycznymi władzami, ale ostatecznym wynikiem tego mogło być więzienie, którego sowieci nikomu nie szczędzili.
Jednego z tych porannych spotkań Franek sprecyzował w detalu plan ewentualnego kompromisu. Plan ten przewidywał zgłoszenie się w komendzie NKWD w Potoku Złotym, gdzie Stanisław zwróciłby się z proźbą o wydanie mu osobistego dowodu celem podjęcia pracy zarobkowej. Gospodarz domu zaoferował się pośredniczyć w tej sprawie. Jako naczelnik wioski jedną z jego funkcji było kontaktowanie się z władzami sowieckimi w rejonowym urzędzie. Młody uciekinier podporządkował się tej myśli, licząc na to, że jego kolega wyjedna mu pewne względy u władz rejonowych.
Po następnej wizycie w Potoku Złotym Franek przywiózł wiadomość o wyniku swojej rozmowy z sowietami. W jego opinii sprawa Stanisława była na dobrej drodze. Urzędnik z którym rozmawiał zapewnił go, że w wypadku jego zgłoszenia się w urzędzie władze udzielą mu pozwolenia pracy, ale przy następnych wysiedlaniach do Rosji pojedzie na Sybir do swoich rodziców. Wprawdzie takie rozwiązanie nie szło idealnie po linii jego życzeń, ale było lepsze niż jego obecna sytuacja. Dla pewności wolał zwlekać z wyjazdem do rejonowego miasta przez kilka następnych dni.
Dzień czy dwa później, kiedy w swoim pokoju czytał książkę, do jego uszu doszedł jakiś niecodzienny ruch na podwórku. Zaglądnął prze okno w kuchni i ku swemu zdziwieniu zobaczył człowieka w mundurze NKWD, wysiadającego z powozu. Jego pierwszą myślą była ucieczka do lasu. Kierowany obawą aresztowania, Stanisław pobiegł do następnego pokoju i przez boczne drzwi wyskoczył na podwórko. Następnie spokojnie przeszedł drogę i zniknął w podszyciu lasu. Kilka długich minut przesiedział spokojnie w krzakach. Następnie zdecydował się wkraść do stodoły i stamtąd przez dziurę w desce obserwować zachowanie się oficera.
Na tym punkcie obserwacyjnym pozostał aż do wyjazdu urzędnika sowieckiego z leśniczówki. Gdy spokój wrócił do domku pod lasem, Stanisław zeszedł nadół i zapytał Franka o cel wizyty oficera. Jego odpowiedź nie była całkiem jasna. Stanisław rozumiał, że gość przyjechał na zaproszenie gospodarza, aby przywatnie poznać ukrywającego się człowieka. W mniemaniu Franka takie spotkanie mogłoby przełamać lody i wpłynąć na pozytywną decyzję w sprawie uciekiniera. W dalszej rozmowie gospodarz naświetlił kilka szczegółów, jakie wiązały się ze sprawą jego gościa.
"Ten oficer chce się z toba wkrótce zobaczyć," Franek powiedział.
"Jaka datę on ma na myśli?" Stanisław zapytał.
Może pojedziemy do niego w początkach następnego tygodnia. Akurat mam sprawę w Złotym Potoku, możesz więc zabrać się ze mną. Pamiętaj wtorek następnego tygodnia."
"To się dobrze składa, bo w sobotę będę mógł być na weselu siostry Józka Kulczyka," jego towarzysz odpowiedzial.
Czerwcowy sobotni dzień był ciepły i pogodny - wyglądał akurat jakby jakas wróżka wybrała go na weselną uroczystość. W leśniczówce już od samego rana można było wyczuć nastrój weselny. Przy śniadaniu Franek, odświętnie ubrany, dawał Stanisławowi wskazówki, gdzie ma pójśc, co ma robić i jak się zachowywać. Opisał mu w szczegółach spodziewany przebieg uroczystości, która miała zakończyć się obiadem w owocowym sadzie przy domu panny młodej. Jedna pozycja o jakiej nie wspomniał była ilośc alkoholu jaką rodzice panny młodej przygotowali dla gości. Prawdopodobnie sam znając lokalne zwyczaje on przypuszcał, że jego gość też jest w tych sprawach uświadomiony.
Wiejski kościółek był ustrojony kwiatami i zielenią, młody wikary z jazłowieckiej parafii już czekał w zakrystii, a wewnątrz i zewnątrz świat lśnił tęczą kolorowych strojow. Już przed wojną Stanisław niejednokrotnie miał okazję podziwiać bogaty strój dulebskich dziewcząt, gdy letnią porą szły gromadą do kościoła. Męskie ubiory były bardziej konserwatywne i dlatego nie rzucały się w oczy, ale ich czarny kolor stanowił doskonałe tło do harmonii elementów żeńskiej garderoby, która w słonecznym świetle lśniła złotem, srebrem i wielokolorowymy wstążkami, spadajacymi z uplecionych włosów. Grupowo był to cudowny widok, który zniewalał myśli człowieka i podniecał w nim uczucia najwyższego podziwu. Odrębna kultura polskiej wioski, która tworzyła się przez wieki w jej rejonie dała w tym dniu znać Stanisławowi o sobie, aby utrwalić je w jego pamięci nazawsze. Piękna się nie zapomina - piękno idzie w świat z człowiekiem i zawsze powraca, kiedy spokój duszy daje okazję ku temu.
Kościelna msza, podniosłe kazanie i religijne pieśni były nieuniknioną częścią uroczystości. Jednak charakter jej swoistej natury polegał na tradycji jaka znalazła swój wyraz w pochodzie weselnym z kapelą na czele. Para młodych prowadziła tłum gości przez całą wioskę do miejsca weselnej uczty. Stanisław, idąc w orszaku, chłonął każdy szczegół i każdy przejaw tradycji, jakby chciał nasycić się ich widokiem nim one znikną i już nigdy się przed nim nie ukażą.
Stoły rozstawione w sadzie, pełne półmisków z jedzeniem przeplatanych kwiatami i butekami alkoholu, uginały się pod obfitością wszystkiego, co gospodyni domu wspólnie z rodziną i sąsiadkami zdołała przygotować. Patrząc na tą wystawę jedzenia, ktoś mogłby pomyśleć, że cały kraj opływa w dobrobycie. Tylko specjalna okazja mogła tworzyć takie pozory, bo w istocie bogactwo życia znikło z chwilą zniknięcia polskiego systemu z tego rejonu.
Jeśli wioska jeszcze mogła pozwolić sobie na taką wystawę to tylko dlatego, że bieda sowiecka nie dotarła do niej w całej pełni. Polska przeszłość wciąż miała wpływ na jej względny dostatek.
Nawet alkohol, który już znikł z wszystkich półek sklepikarskich, w tej wiosce wciąż był stosunkowo łatwo osiągalnym napojem, dzięki lokalnej gorzelni. Dla tej przyczyny butelki były gęsto i często rozłożone po stołach przyjęcia. Stanisławowi ponownie przypadła w udziale szklanka musztardowa, którą jego najbliższy towarzysz napełnił alkoholem po brzegi.
"Ja tyle nie wypiję," młody człowiek się bronił.
"Czy pan chce, czy pan nie chce, pan musi wypić za zdrowie panny młodej," sąsiad przy stole zaraz mu wyjaśnił.
W tej chwili ktoś wniósł toast na taką intencję. Zwyczaj wymagał, aby zawartość kieliszka czy szklanki wlać do gardła jednym tchem. Po kilku minutach on jako niedoświadczony pijak poczuł, że jego ciało stało się sztywne i wszystko w oczach zaczęło wirować dookoła niego. Jeszcze pamiętał, że jakaś gościnna ręka podał mu nastepną porcję alkoholu i na tym skończyło się jego wesele. Jego ciało dzięki pomocy uczynnych rąk znalazło się w stodole, aby tam odbyć swoją weselną powinność.
Wieczorem poczuł, że ktoś starał się go obudzić i przekazać mu jakąś wiadomość. Kilka dobrych chwil upłynęło nim zdał sobie sprawę z tego, że nad nim stoją ludzie, którzy chcą się z nim skomunikować. Jakby przez mgłę zobaczył twarz Krystyny Jostównej, siostrę Basi, której twarzyczka dziwnie uśmiechała się do niego. Dziewczyna przyszła na piechotę, aby spotkać się z nim na leśniczówce. Skoro tam go nie zastała poszła śladem muzyki weselnej i dotarła do sadu i ostatecznie znalazła go nieprzytomnego rozciągniętego na słomie.
Celem wizyty młodej dziewczyny było zasięgnięcie informacji o jej starszej siostrze z którą Stanisław spotkał się we Lwowie. Nieoficjalna poczta w Jazłowcu dała jej znać o jego powrocie i na wiadomość tego Krysia zrobiła sześcio-kilometrowy spacer do wioski. Niespodziewana wizyta młodej panny sprawiła mu dużo zadowolenia. Godzina była już póżna. Niedawny weselny gość postanowił odprowadzić ją przynajmniej część drogi do miasta. W miłej rozmowie doszli niemal do jego granic i rozstali się przy ruinach zamku, gdy póżny wieczór zamienił się w ciemną noc.
Wtorek następnego tygodnia był równie pogodny jak sobotni dzień weselny, ale nastrój ludzi na leśniczówce był zupełnie odmienny.
Rankiem przyjechała furmanka ze wsi na podwórko, Stanisław razem z Frankiem usiedli na tylnym siedzeniu i jak było umówione wyruszyli w kierunku Złotego Potoka. Jakieś wewnętrzne przeczucie ostrzegało młodego człowieka przed podjęciem tego ryzykownego kroku, ale zobowiazanie wobec Franka, oraz świadomośc tego, że jego sprawa była już omawiana z sowieckim oficerem, krępowały go przed zmianą decyzji w ostatniej chwili. Na widok starego lasu, czystej wody rzeki Strypy i drewnianego mostu ponad nią przechodzącego ogarniało go uczucie smutku, jakie ogarnia człowieka, kiedy żegna się na zawsze ze swoimi rodzinnymi stronami. Minorowy ton Stanisława musiał też udzielić się Frankowi. On siedział zadumany, rzadko rzucając jakies słowo do swego towarzysza. Być może, że w nim też budziła się wątpliwość co do intencji sowieckiego urzędnika - może nawet bardziej niż w jego towarzyszu, bo on znał sowiecki system lepiej niż Stanisław.
Nazwa Potoku Złotego przypomniała Stanisławowi o jego szkolnej koleżance, Malci Strauber, która sympatyzowała z komunizmem przed wojną i która po wejściu sowietów dostała kancelaryjne stanowisko w powiatowej administracji. Wprawdzie ją i młodego Polaka dzieliła różnica przekonań, ale długie lata na gimnazjalnej ławie stworzyły między nimi pewną koleżeńską więź. Wobec niego, jak się kiedyś sama wyraziła, zaciągnęła dżug wdzięczności, gdy w czasie maturalnego egzaminu sciągnęła od niego matematyczne wypracowanie. Historyjka ta przyszła mu na myśl w czasie drogi. Wówczas zaczął zastanawiać się nad tym czy nie należałoby wstąpić do niej i zasięgnąć jej opinii w jego sprawie jeszcze przed zgłoszeniem się do urzędu.
"Co ty myślisz o tym?" Stanisław zwrócił się do swego towarzysza po przedstawieniu mu swego planu.
"Nie wiem czy ci to pomoże, ale zaszkodzić napewno nie zaszkodzi," Franek odpowiedział.
"Może tak zrobić... Wpierw udam się do niej..." Stanisław zadecydował.
Centrum miasteczka, kiedyś pełne życia, wyglądało jak wymarłe. Sklepy żydowskie, wciaż z szyldami i nazwiskami właścicieli, stały puste i w większości pozamykane. Brak towaru opróżnił rynek z ludzi, a kupcy musieli się przerzucić na potajemny handel wymienny, aby utrzymać się przy życiu. Przed zejściem z wozu Franek pokazał przyjacielowi biały budynek z dużą czerwona flagę przed wejściem, jako urząd do którego jego kolega miał się zgłosić - na pożegnanie dodał:
"Wobec tego idę do swojej koleżanki wpierw. Po załatwieniu sprawy spotkamy się na rynku."
"Do zobaczenia," Stanisław odpowiedział i skierował swoje kroki w kierunku domu Strauberów.
Odnalezienie domu nie przedstawiało większej trudności. W małym miasteczku wszyscy znali jedną z najbogatszych przed wojną rodzin żydowskich. Stanisław zapukał do drzwi. Po chwili czekania w uchylonych drzwiach ukazała się pani w średnim wieku i popatrzyła ze zdziwieniem na nieznanego jej człowieka.
"Czego pan sobie życzy." ona zapytała.
"Chciałbym porozmawiać z pani córką Malcią."
"A co pan chce od niej?" padło następne pytanie.
W krótkich słowach Stanisław wyjaśnił swoją sprawę. Kiedy kobieta dowiedziała się, że ten człowiek był kolegą jej córki w gimanazjum, twarz jej rozjaśniła się i zaprosiła go do mieszkania. Przy stole, herbacie i ciastku rozmowa przybrała charakter bardziej otwarty.
"Jak pan widzi córki niema w domu. Ja się na tych sprawach nie wyznaję. Moja młodsza córka," w tym miejscu wskazała na młodą dziewczynę, siedzącą razem z nimi przy stole, "całkiem się do takich rzeczy nie wtrąca. Co starsza córka poradziłaby panu, tego nie wiem."
"A, co pani poradziłaby w mojej sytuacji?" gość zapytał.
"Ja wiem tylko jedno - tym ludziom nie można ufać," w tym miejscu kobieta zniżyła głos, jakgdyby się obawiała, że ktoś ją podsłuchuje. "Pan sam musi zadecydować o tym. Tyle tylko mogę panu powiedzieć."
Żegnając Stanisława przy drzwiach tyle dodała na pożegnanie
"Życzę panu jak najlepiej. Niech pan na siebie uważa. Powiem córce wszystko, jak ona powróci do domu."
Stanisław zdawał sobie sprawę z tego, że kobieta życzyła mu jak najlepiej, ale to nie miało żadnego wpływu na rozwiązanie jego problemu... "Iść, czy nie iść.. ciagle bił się z myślami. W końcu zdecydował się pójść do urzędu i rozwiązać swoją sprawę w ten czy inny sposób. Czy wówczas kierowała nim intuicja czy logika myślenia - on prawdopodbnie nie zdawał sobie sprawę z tego.
Wkrótce potem Stanisław znalazł się w dużym białym budynku z czerwoną flagą przed biurkiem sowieckiego urzędnika. Przy wejściu powiedział dyżurnemu, że jest umówiony z jego przełożonym. Upłynęło kilka dobrych chwil zanim w drzwiach przyległego pokoju zjawił się szczupły wysoki oficer NKWD, przypominający mu wyglądem osobę, którą przez dziurę w stodole widział na leśniczówce.
Rozmowa odbyła się w jak najbardziej przyjaznym tonie. Oficer zadawał pytania, młody Polak odpowiadał, na które słyszał co chwila słowa urzędnika "Charaszo, charaszo..." Przyjazny ton urzędnika utrzymywał go na duchu. Widząc jego ludzkie nastawienie Stanisław już widział siebie wychodzącego z budynku z papierkiem w ręku w ciagu kilku nastepnych minut. Urzednik jednak ociągał się z wydaniem takiego dokumentu.
Po chwili namysłu Rosjanin wstał od biurka i kazał Polakowi udać się do pobliskiego budynku milicji i tam czekać aż go ponownie zawezwie do swojej kancelarii. Oficer wciąż miał uprzejmy uśmiech na twarzy, gdy odprowadzał go do drzwi. W umyśle Stanisława powstało wówczas pytanie: "Czy to jest dobrze, czy też źle."
Kiedy zbliżał się do budynku milicji niezwłocznie doszedł do przekonania, że "to jest źle." Na drodze stało dwóch milicjantów, których wyraz twarzy i podstawa wskazywały wyraźnie, że oni czekali na niego. Stanisław popatrzył w prawo i lewo, jakgdyby w ostatniej chwili swojej wolności chciał znalęść furtke sytuacji z której już nie było wyjścia. Kiedy zbliżył się na ich wysokość usłyszał słowa wypowiedziane po ukraińsku:
"Chody z namy!."


Ucieczka Więzienia