Tajożnicy - ludzie tajgi

Krzysztof Szafran

wyprawa kołymska, 1991r

Tajożnicy po 'braszce'. Od lewej Assan, Sieriożka, Paszka i ja  Podróżując po rozległych obszarach syberyjskiej tajgi w dorzeczu Kołymy, spotkałem na swoim szlaku wielu interesujących i ciekawych ludzi.

 Niektórzy z nich pomogli mi szczęśliwie odbyć długą często nieprzewidywalną wyprawę, opowiadali o swoim życiu w tajdze, przyrodzie i ludziach ich otaczających. Tych, których poznałem bliżej spróbowałem opisać, aby zawodna pamięć po latach mogła się troszkę odświeżyć.

Assan

 Myśliwy, oraz miejscowy inspektor ochrony rzek i zasobów wodnych. Znajomy moich przyjaciół. Tyle wcześniej wiedziałem o Assanie, tajożniku (człowieku tajgi), który ma być moim przewodnikiem po Kołymie.

 - Priwiet - powiedział facet około trzydziestki, wchodząc do pokoju. Patrzył na mnie małymi, zwężonymi oczami. Twarz porośnięta rzadkim zarostem miała typowe wschodnioazjatyckie rysy. Był niewysokiego wzrostu o krępej muskularnej budowie ciała. Czyżby potomek miejscowej ludności? Nasunęła się pierwsza myśl. Ubrany w wełniany sweter w czarno białą kratę, dżinsy i jasne skarpetki. Jak tu jest w zwyczaju, tuż za progiem zdjął buty i wszedł "na pokoje" w skarpetkach.

 Dobry dień - odpowiedziałem wstając i wyciągając rękę na powitanie. Poczułem twardy, szorstki uścisk dłoni. - Assan - przedstawił się niskim, gardłowym głosem. Usiedliśmy, zaczynając krótką, rzeczową rozmowę, kiedy wyruszamy, kto przygotowuje prowiant, jak załatwić benzynę, jakie rzeczy zabrać ze sobą.

 Z późniejszych rozmów dowiedziałem się, że jest on synem więźnia (zeka) zesłanego tu na Kołymę w czasach stalinowskich. Ojciec jego, Kirgiz, walczył z Niemcami, w 42 roku będąc ciężko rannym dostał się do niewoli niemieckiej, wyzwolony przez Armię Czerwoną znalazł się w 46 roku w łagrze na Kołymie. Wyrok mu przysądzony opiewał na 10 lat za propagandę antysowiecką. W łagrze poznał matkę Assana, też była zesłana. W 56 roku zostali oswobodzeni, lecz bez prawa wyjazdu. Musieli żyć tu, na Kołymie. Po 1985 roku, w okresie "glasnosti" odnalazł rodzinę w Kirgizji, w Biszkeku (dawniej Frunze). Assan chętnie opowiada o swoich kuzynach, odwiedza ich rokrocznie.

 Latem praca Assana polega na dozorowaniu prawie 400 kilometrowego odcinka Kołymy wraz z przyległymi dopływami, sprowadza się to głównie do wyłapywania trucicieli wody i kłusowników. Zabroniony jest połów ryb przy pomocy sieci, więcierzy, tutaj nazywanymi mordami i na zagrodę. Straty naniesione populacji ryb tymi metodami połowu kłusowniczego są niczym w porównaniu z zatruciami przemysłowymi. Jaki to przemysł, pytam ze zdziwieniem, Assan wyjaśnia, że to kopalnie złota wypuszczają mętną wodę z procesu płukania bezpośrednio do rzeki, a nie, jak powinni, do odstojników.

 Zamulają w ten sposób ogromne ilości wody dusząc znajdujące się w niej ryby. Są tez przypadki, że barka z ładunkiem węgla wpadnie na mieliznę, jedyną radą jest zmniejszenie ciężaru. Tym sposobem zrzucane jest do wody kilka ton węgla. Największe spustoszenie przynosi olej napędowy, którego nadwyżki nieustannie ktoś wylewa do wody. Pytam się czy on łowi ryby

 - nie kupuje w sklepie, no pewnie; - odpowiada z lekką obrazą, - na wędkę? - szeroko się uśmiechnął, zrozumiał, że ma do czynienia z kompletnym laikiem w połowie ryb. - A to już tajemnica zawodowa, jak popłyniemy to pokażę kilka sposobów. - Jakie tu są ryby, czy jest może jesiotr syberyjski? - pytam, kiedyś się dowiedziałem, że jest - to bardzo rzadko występująca ryba w północno syberyjskich rzekach. - trafia się niekiedy raz go złowiłem, lecz osobiście wolę syberyjską nelmę.

 Z dalszych opowieści dowiaduje się o całym bogactwie tutejszych wód. Są tu szczupaki, pstrągi, leszcze, lipienie, karasie i wiele innych. Ryby łowi się okrągły rok. Zimą najbardziej smakuje "koryszka" pachnąca świeżym ogórkiem. Na opowieściach o rybach zakończyłem pierwszą rozmowę z Asanem, nietypowym, oryginalnym człowiekiem tajgi. Późniejsze spotkania, biesiady przy ognisku, w myśliwskich domkach i w łodzi na rzece, pozwoliły mi bliżej poznać Asana, który nie tylko zna swoją profesję. Dowiedziałem się o jego zainteresowaniach poezją

 - jak na tą głuszę, to całkiem nieźle; lubi Wysockiego, wszyscy go tu lubią, Asan nie ma słuchu, zna za to na pamięć wiele tekstów jego piosenek i ballad. Przyznaje się do tego, że jest muzułmaninem, gdy pije wódkę i je wieprzowinę mówi żartobliwie, że Allach śpi. Najbardziej interesowały mnie jego przygody na polowaniach, spotkania oko w oko z królem tajgi - niedźwiedziem. Dla wszystkich myśliwych jest to temat rzeka, Asana też nie trzeba długo prosić o ubarwione różnymi pikantnymi dodatkami opowieści. Nigdy jednak nie kpi z niedźwiedzi i zawsze mówi o nich z szacunkiem. Ma na swoim koncie kilka upolowanych niedźwiedzi, łosi, baranów górskich. Sobol jest głównym zwierzęciem na które się tu poluje. Śliczne, miękkie futro jest cenione na całym świecie.

 Assan, człowiek tajgi bywa czasami dziwny, porywczy, nieobliczalny. Zdziwił mnie jego strach na przesądy, - okazywany bez skrywania. Po każdym opowiedzianym złym zdarzeniu natychmiast spluwa, lub puka w niemalowane, na wszelki wypadek, żeby nie zapeszyć (zgłazić). Na wielu rzeczach osobistych, kurtce, spodniach, koszuli ma pozapinane agrafki - to podobno chroni przed złym urokiem. Z moich obserwacji mogę wnioskować, że wszyscy ludzie tajgi są przesądni. Jedni bardziej to ukrywają, inni mniej, silnie wierzą w przeznaczenie. Gdy kiedyś coś nieopatrznie powiedziałem o zepsuciu silnika łodzi, Asan tak długo nastawał, abym splunął i to trzy razy, aż tego nie wykonałem. Ze szczególnym zainteresowaniem słuchałem opowieści o spotkaniach z niedźwiedziami, dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że były one nieco podkolorowane. Asan w wyprawach do tajgi nigdy nie rozstaje się z długim myśliwskim nożem i karabinem, czasami bierze tez rewolwer - nagan.

 Przekonywał mnie, że najlepszym na niedźwiedzia jest rewolwer, kładzie misia za pierwszym celnym strzałem. Asan marzy o szybkim samochodzie, chce pojeździć w jakimś dużym mieście, narzeka na ciągle psujące się silniki do łodzi "wicher", najlepsze są Japońskie. Rozmawiamy wiele o nowinkach technicznych, małych, lekkich agregatach prądotwórczych, skuterach śnieżnych, nowej broni myśliwskiej, kontenerowych domkach przenośnych. Długi czas przebywania w tajdze, oderwanie od domu spowodowało to, że jego życie rodzinne nie układa się najlepiej - jak większości spotkanych przeze mnie ludzi żyjących w tajdze. Chyba są na swój sposób szczęśliwi, ale jest to oddzielny, zupełnie inny temat.

w gospodarstwie u chochłow - gdzieś w środkowym biegu Kołymy

Sieriożka (Sierioga)

 Dwudziesto paro letni mężczyzna o wyglądzie wyrośniętego chłopca. Szczupła, chuda sylwetka, dobrze umięśniona. Koścista, smagła twarz, małe wąsiki. Jest kierowcą, już od dzieciństwa miał ciągotki do tego zawodu. Mając dwanaście lat, wspólnie z kolegą uprowadzili ciężarówkę, żeby trochę pojeździć. Cudem nie wylądował w domu poprawczym. Po skończeniu szkoły i odbyciu wojska rozpoczął pracę na trasie kołymskiej, pokonywał ją wielokrotnie zimą i latem. Wśród znajomych jest ogólnie znanym wesołkiem, posiada niewyczerpane poczucie humoru. Prosty, często niecenzuralny męski humor i grzeczne, życzliwe usposobienie zjednują mu wielu ludzi. Do towarzystwa wybiera sobie dużych i silnych mężczyzn - myślę, iż jest to odruch samoobrony w tym surowym, dzikim otoczeniu. - Siergiej Juriewicz - przedstawił się wyciągając rękę na powitanie. W wojsku nauczył się obsługiwać spychacze i koparki. Pracował też na "wszedochodzie", jest to pojazd, a raczej maszyna samobieżna służąca do pokonywania trudnego terenu - w tajdze można nią dojechać prawie wszędzie. Maszyna ta swoim wyglądem przypomina wojskowy transporter na gąsiennicach, potrafi pokonywać strome wzniesienia, błota, górskie strumienie. Obudowana kabina z osłonami na szybach pozwala przejeżdżać przez zarośla wikliny na brzegach rzek. Wzmocniona konstrukcja nie boi się przewrotki na dach. Zima, jak rzeki zamarzną i spadnie duży śnieg, nimi wytycza się trasy nazywane tu "zimnikami". Gdy ziemię skuje czterdziesto stopniowy mróz, rzeki pokryje gruby lód, spadnie pierwszy obfity śnieg, a jest to najczęściej już w końcu września, najpóźniej w październiku - na trasy wyjeżdżają wszędołazy, spychacze i traktory. Ubijają śnieg, wyrównują zawały, oczyszczają trakty z powalonych przez lato drzew.

Drogi te wiodą dolinami rzek, przez zamarznięte jeziora i bagna, latem są całkowicie nieprzejezdne, widoczne są tylko w miejscach zalesionych wąskie przecinki. Do domków myśliwskich, stacji geologicznych i meteorologicznych, dowożone są zima po tych właśnie drogach towary: paliwo do generatorów prądotwórczych i produkty żywnościowe. Zimnikami kierowcy pokonują setki kilometrów bez stacji obsługi i paliw. Przy tak niskich temperaturach, często zmiennych warunkach pogodowych, przejazdy takie są bardzo niebezpieczne. Wielu nierozsądnych kierowców przypłaciło to życiem lekkomyślnie wyjeżdżając w trasę pojedynczo. Względy bezpieczeństwa nakazują formowanie kolumny po kilka samochodów. Zimą przy temperaturze poniżej -40 C, gdy zatrzyma się silnik, nie można nic naprawić. Można tylko czekać na pomoc ze strony innych kierowców, ogrzewając się przy ognisku spalając paliwo. Sierioża dobrze zna swój fach, potrafi szybko naprawić drobne usterki. Na długie trasy zawsze zabiera stary magnetofon kasetowy, który skrzecząc i trzeszcząc gra na całą moc próbując zagłuszyć warkot silnika. Małe, szczupłe ręce niepewnie wyglądają na wielkiej kierownicy "Ziła", mimo to sprawnie i z lekkością przełączają biegi i kręcą kołem kierownicy przy wykonywaniu manewrów. Bardzo lubi czytać. Każdą wolną chwilę spędza z książką. Czyta wszystko co mu wpadnie w ręce, klasykę, opowiadania, kryminały i poezje. Na mój przyjazd długo szykował stary samochód ciężarowy, wyremontował silnik, pomalował budę, umieścił w środku kanapę. Zna dobrze cały obszar przyległy do trasy kołymskiej. Dla niego nie ma tajemnic sprzęt jeżdżący po tutejszych trasach. Chętnie opowiada o zaletach i wadach Kamazow, Zilow czy starych Tatr. W trudnych górzystych warunkach nie ma samochodów bez wad. Pod wesołą powierzchownością Sierioży kryje się konfliktowy, północny kołymski charakter. Świadczy o tym kilkakrotna zmiana miejsca pracy. Obecnie zdecydował się zająć własnym interesem. Założył wspólnie z kolega spółkę przewozowo-handlową. Zaopatruje w towary liczne grupy poszukiwaczy złota, służby leśne i miejscową ludność rozsianą w osadach na Kołymie. Wędkowanie jest jego hobby, jak dla większości mężczyzn w tym rejonie. Praca przewoźnika powoduje, że rodzina też mało widzi go w domu. On sam nie wyobraża sobie życia w innym miejscu na ziemi. Wrósł w ten mroźny, surowy północny klimat Kołymy i zżył się z tutejszymi ludźmi, zna prawie wszystkich - i wszyscy go tu znają. Jurty - charakterystyczne miejsce

Bildycha

 Pierwszy raz usłyszałem od Sieriożki o kobiecie żyjącej samotnie w głębi tajgi, nad brzegiem rzeki, dwieście kilometrów od najbliższej osady ludzkiej. Dotrzeć do tego miejsca można tylko łodzią, a zimą po lodzie skuterem śnieżnym. Zainteresowała mnie ta osoba, bo o mężczyznach żyjących samotnie na odludziach słyszałem często, ale żeby kobieta? Podpływamy łodzią, - na kamienistym brzegu Kołymy, oświetlonym ostrym porannym słońcem siedzi kobieta lat około 50, wokół niej ugania się sfora psów.

 - Dzień dobry - odpowiada na nasze powitanie - a ja zastanawiam się, kto tu do mnie płynie, - zagaduje trochę ochrypłym, głosem. Ciemna, opalona cera, twarz poorana głębokimi bruzdami zmarszczek. Asan informuje, że jestem Polakiem i zwiedzam Kołymę.

 - No jak podoba się u nas? - zwraca się do mnie, wyrażam swój zachwyt o otaczającym nas miejscu. Jest naprawdę piękne. Rozmawiamy o różnych sprawach. Sieriożka proponuje naprawę zepsutego silnika do łodzi, który leży w pobliżu na brzegu. Obydwaj z Asanem niezwłocznie przystępują do pracy. Nieśmiało pytam, jak się żyje samotnie w tak odległej głuszy. Odpowiedź jest grzeczna, ale powściągliwa. Poczym natychmiast pyta mnie co teraz w Polsce, ja nie kryję swojego zdziwienia. Z dalszej rozmowy dowiaduję się, że ma tu radio i z wydarzeniami na świecie jest na bieżąco. Próbuję zmienić temat, co skłoniło ją do takiego życia, niestety nie otrzymuję odpowiedzi. Podobno skończyła Uniwersytet Moskiewski. Jak trafiła na Kołymę nie wiem? Mieszkała po przeciwnej stronie rzeki, miała drewniany dom, lecz władze z pobliskiego miasteczka odległego o 350 km postanowiły ja wysiedlić, spalono jej dom. Nie dała za wygraną, myśliwi pomogli zbudować jej solidną ziemiankę, w której teraz żyje. Twierdzi że jest cieplejsza niż dom. Zimą poluje na sobole, czasami ustrzeli łosia czy jelenia, na mięso dla siebie i psów. Lecz głównie zajmuje się połowem ryb. Chleb, mąkę, cukier przywożą jej myśliwi i załogi barek pływających po Kołymie. Dwa lata temu była w mieście, wspomina to z dumą, chyba po to abym nie pomyślał, że jest zupełnie dzika, kupiła odzież, była u lekarza. Poprzedniej nocy przychodził do jej obejścia niedźwiedź, psy go jednak wypłoszyły. Musimy odpływać, Anfisa Wiktorowna życzy nam szczęścia, ja mówię do zobaczenia, bo w duchu mam nadzieję powrócić tu jeszcze kiedyś nad brzegi Kołymy. Po przeciwnej stronie rzeki, na wysokim brzegu powstaje zakład rozmnażania ryb, będzie zatrudniał kilka osób - sezonowo, Anfisa Wiktorowna nie będzie już sama, choć wcale nie mówiła o tym entuzjastycznie.

Kriwun Sugujski

 Wyjątkowo piękne jest miejsce w którym postanowiła żyć Anfisa Wiktorowna. Tu rzeka Kołyma przebija się przez jedno z pasm gór kołymskich i przedzierając się pomiędzy skalami tworzy dwie pętle w kształcie litery S. Nurt podmywa wysokie skały, usypując na zakolach piaszczyste plaże, bardzo rzadkie na górskim odcinku Kołymy. Doliny i wąwozy pomiędzy szczytami porastają modrzewie, zagajniki brzozy i wierzby. Na skałach wysoko ponad lustrem wody widoczne są ślady, dokąd sięga rzeka w czasie wiosennych roztopów. Paszka  Na brzegu wita nas mały, chuderlawy człowieczek. Szeroki uśmiech na twarzy porośniętej gęstą broda oraz zamglony wzrok wskazuje na to, że jest już zawiany. W głuszy, w samotności wielu ludzi zabija czas popijając samodzielną "braszkę". Jest to coś powstałe z przefermentowania cukru, wody i drożdży - ohyda. Wymachując rękami wita nas radośnie.

 - Ja czekam na was już od wczoraj, napaliłem w bani, a dziś z rana musiałem się trochę pokrzepić.

 Wokół niego biega sfora psów, te groźniejsze uwiązane są na łańcuchach. Gospodarz głośno rozprawiając z Asanem o jakichś problemach prowadzi nas po zarośniętej ścieżce do swojego gospodarstwa. Po drodze mijamy wieszaki służące do suszenia ryb, stare rozwalające się szopy, sterty drewna. Wszędzie leżą w nieładzie dwustulitrowe beczki po oleju napędowym. Po obu stronach ścieżki na wyciągnięcie dłoni, na krzewach wiszą kiście owoców dzikiej czarnej porzeczki, maliny i podłużne kuleczki głogu. Paszka przywołuje nas, nie pozwalając na zrywanie łakomych jagód.

 - Chodźcie prędzej, zostawcie to, ugotowałem dla was specjalna uchę. W centralnym obejściu Paszka ma cztery drewniane budowle oddalone od siebie o około 20 m, są to: dom mieszkalny, dwa składy i garaż.

 Dalej przy brzegu rzeki stoi "bania", jest to niski, szeroki drewniany domek, ma już z dziesięć lat. Paszka opowiedział, że był to pierwszy obiekt zbudowany w tym miejscu. Budowa bani w pierwszej kolejności wynika z długoletnich doświadczeń i tradycji ludzi na Syberii. Gospodarz szerokim gestem zaprasza nas do domu mieszkalnego. Jest to drewniany barak wykonany z grubych bali na planie prostokąta o wymiarach około 3x8 m. Przed wejściem niewielkie zadaszenie, weranda - zagracona wieloma rzeczami leżącymi w ogromnym nieładzie. Wejście zamykają solidne, grube drzwi, za nimi niewielki przedsionek, w którym na gwoździach powbijanych w belki wiszą płaszcze, kożuchy i waciaki. Na drewnianej podłodze stoją buty. Przez środek sufitu biegnie gruba okrągła belka, do której ukośnie przybito grube deski tworząc trójkątny strop. W centralnej izbie jest ciemno i ponuro, małe okienko naprzeciw drzwi wpuszcza do środka niewielki strumień światła. Po obydwu stronach pod ścianami stoją dwie drewniane prycze, na nich posłania. Pod oknem na małym stoliku stoi radio, leżą stare gazety, jakieś książki, lampa naftowa. Przy łóżku na kołku wisi pas z amunicją i strzelba myśliwska. Z prawej strony przy wejściu duży stalowy piec. Obok miejsce na polana drewna. Pasza przynosi kociołek z gorącą zupą, stawia go na stole i małą nalewką napełnia metalowe miski. Ucha jest gorąca, gęsta, z dużą ilością zielonej pietruszki i szczypiorku. Wszyscy chętnie zabraliśmy się do jedzenia. Gospodarz wyszedł na chwilę. Po kilku minutach wrócił trzymając w ręku trzylitrowy słój z mętną białawą cieczą. Wesoło rozprawiając rozlał ciecz do metalowych kubków.

 - To nasze syberyjskie wino, nieźle się udało - zachwalał. Uniósł kubek do ust i wychylił go do dna. Moi towarzysze uczynili to samo. Ja z wielkimi oporami wypiłem kilka łyków. Następne poszły nieco lżej. Po kolejnym kubku rozmowa nabrała rumieńców. Na deser była herbata po sybirsku, wspaniale pachnąca z mlekiem i liśćmi czarnej porzeczki. Humor dopisywał wszystkim, pewnie to zasługa sybirskiego wina. Po krótkim odpoczynku pożegnaliśmy z uściskami Paszke życząc mu zdrowia i szczęścia. Na brzegu pozostał mały człowieczek machający na pożegnanie rękami. Co zmusiło Paszkę, małego wesołego człowieka do wyjazdu w odległą głuszę? Podobno kobieta. Osiem lat temu zostawiła go żona, spakował walizkę i przyjechał na Kolymę. źle jest żyć jednemu w samotności, ale on już przywykł - mówił Paszka. Ma tu swoich przyjaciół, też samotnych, a poza tym nie ma gdzie wracać.

P.S. Ostatnio dowiedziałem się, ze Paszka nie żyje - utopił się w niejasnych okolicznościach w pobliżu swojego gospodarstwa.

Swiat