Dedykacja

Bóg po to pozwolił niektórym ludziom oglądać piekło za życia i wrócić, by dali świadectwo prawdzie.

Zofia Kossak: Z odchłani, str.6

W ten sposób zakończyły się dzieje więzienne i łagierne pewnego Europejczyka, Adigałah - kropka - koniec!

Dookoła zielona Anglia. Lata minęły wszystko jest tak bardzo inne, jak jawa i sen, jak życie i śmierć. Jak zima i wiosna. Teheran, Bagdad - Jerozolima. To także etapy, etapy powstawania tej książki. Rosły zapiski, z zapisków pomału powstawała ksiażka.
Ileż, to razy szumiał Teheran i isfahańskie drzewa? Potem gwiazdy pochylały się nade mną i nad Bagdadem, a księżyc topił się w Tygrysie. I oto znowu biała i różowa Jerozolima, oddalająca się w noc i w sen i w gorączkę.
Ksiażka jest gotowa. Zrzucona z ramion jak kołymski łachman. Odrzucona od siebie, jak strup, który oderwał się od duszy.
Przed oczyma wstaje Londyn szary i zielony. Myśl wraca do dawnych wspomnień:
Adigałah, ów dzień zmierzchający i słowa o wolnych ludziach...

...Rybeńce wypadło zawiniątko spod pachy. Utkwił w białym śniegu jak zamarznięty. Po mnie słowa, głoszące wolność spłynęły bez jakiegokolwiek wrażenia. Byłem tak bardzo znieczulony, jakby mnie opuściło moje jestestwo. To było tak jakbym wyszedł poza siebie i już w sobie nie był.
W kilka minut Rybeńko wlazł na daszek fryzjerni, po czym mnie tam wciągnął. Wpadł w jakiś szał, nie zdążyłem ruszyć łopatą, a on już zsunał na ziemię połowę śniegu. Jednakże roboty nie mieliśmy dokończyć. Starosta powrocił i zawołał:
- Idźcie do inspektora i podpiszcie sprawki (dokumenty zwolnienia)
- Rybeńko pobiegł, jak zawodnik no olimpiadzie. Snułem się jego śladem, somnambulik o miękkich, nicianych kolanach.
Inspektor był przystojną kobietą, która wydając papierek, zapytała troskliwie:
- Czy macie pieniądze?
- Niestety, nie mam ani kopiejki.
- Jutro otrzymacie zasiłek z funduszu uwolnionych. Podpiszcie odpowiednie podanie. A dziś zaraz otrzymacie nowe umundurowanie. Idzcie do bani, zmiencie bieliznę, a potem zgłoście się do magazynu.
Starosta zaproponował, abym wrócił do baraku ogrzać się, magazyn otworzą za godzinę. Zaprotestowałem energicznie. Wolałem przesiedzieć na dworze.
Poszliśmy z Rybeńką do łazni, która znajdowała się poza ogrodzeniem kolczastych drutów i tam dano nam podartą wprawdzie, ale czystą bieliznę. Potem Rybeńki już, nie wpuszczono do łagru. Natomiast ja wszedłem i otrzymałem nowe cajgowe spodnie, nowe burki, czapkę, kurtkę watowaną i czarną koszulkę, zwaną gimnastiorka.
Stare gałgany porozrzucałem dookoła. Kazano mi wyjść z łagru.
Otworzyła się przede mna furtka - przede mna, wolnym człowiekiem. Drugi wolny człowiek, Rybeńko, czekał na mnie.
Spojrzeliśmy na siebie i zapytali nawzajem:
- Co dalej? Co teraz robić?
Nie posiadam ani grosza. Rybeńko ma kilka rubli; obaj nie wiemy, gdzie spędzić noc, obaj jesteśmy głodni. Nasuwa się pomysł, aby iść do stołówki. Może tam, mimo braku kartek, dadzą nam coś do zjedzenia? Może komendant osiedla Adigałach znajdzie gdzieś dla nas miejsce do przespania sie?
Odnajdujemy stołówkę, ale tam trwa szturm dwudziestu kilku ludzi, takich samych jak my wyzwoleńców - tylko że oni ujrzeli wolnosć przed południem. Ukraincy, Rosjanie, Tatarzy, Kazachy, Grek, Ormianin, Turkmen. Też nie maja kartek na jedzenie, a więc jak i my jedzenia nie dostaną. Istnieje podobno jakiś namiot dla uwolnionych i niektórzy zdołali tam zająć miejsca - ale to były miejsca ostatnie, nie ma już więcej.
Drewniany, piętrowy dom z gankiem. Typowe syberyjskie budownictwo. Do ganku prowadzą schodki. Jest ich może osiem, może dziesięć. Nikt nie zwraca uwagi na moje wyczyny gimnastyczne:
Siadam na trzecim schodzie i o schód wyższy opieram dłonie. Silą mięśni rąk podnoszę swój tulów i siadam zkolei na nastepnym schodzie. Schody nie mają poręczy, której mógłbym się czepiać. W ten sposób wspinam się tyłem na próg ganku. Tu próbuje pazurami wbić się w futynę, jak kiedyś, kilka miesiecy temu, w żerdź wieszki. Ale żerdź można objać pacami i dłońmi, tu rece się ześlizgują. Na własne nogi nie ma co liczyć, wypowiedziały posłuszeństwo. Tkwią jeszcze jakoś pode mnę, dopóki stoję, niosą mnie chwiejnie, dopóki idę po równi, ale za słabe są, aby na najmniejsze choćby wzniesienie dźwignać mój korpus, ważony tegoż dnia przed dwiema godzinami: 48 kilogramów + 700 gramów.
Rybeńko domyśla się, że trzeba mi pomóc, pomaga mi i po chwili obaj stoimy na ganku stołówki, żarłocznie patrząc do wnętrza. Obok nas przenoszą miski z jedzeniem. Wewnątrz siedzą ludzie i zajadają, nad nimi stoją już inni i czkają na swoją kolejkę. My nie mamy ani co jeść, ani gdzie spać. Za to jesteśmy ludźmi wolnymi.
Otwarła się tajga przed człowiekiem chorym, półżywym. I co tu robić? Co poczać? Dokąd zwrócić się w osiedlu, oddalonym o tysiąc kilometrów od Magadanu, a o cztery tysiące od Władywowostoku? O szesnaśce tysęcięcy od Krakowa.
Zawiewa wiatr. Zapada noc i na czarnych jej podmuchach usiada biały mróz. Rękawiczki Zubowa ukradziono mi nad ranem i w ten wieczór, już wolnym będąc człowiekiem odmoroziłem, palec wskazujący u prawej, pechowej reki...
Pod powyższymi słowami powinienem położyć ostatnie: koniec! Ale nasuwa się jeszcze tyle najróżniejszych refleksji. Nie mogę przed nimi obronić się, nie mogę przed nimi ujść.

Londyn szary i zielony. Okna otwarte w szeroką bezgraniczną noc, świat otwarty ku mnie, ogromny, cudny świat. Tylko mój własny, mały świat jest dla mnie wciąż zamknięty! To znaczy Po1ska to znaczy Kraków! Niekiedy, niemogąc usnąć, patrzę poprzez londyńską noc prosto w ulice Krakowa i zdaje mi się, że... spostrzegam, że widzę: to czornyj woron przemyka się przez bramę Florianską... Jak urządzone są - myślę - izolatory w więzieniu św. Michała?...
A tymczasem z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, odsłaniają mi śię dzieje minionych lat, lat minionych po tamtej stronie. Leżą przede mną stosy listów. Czytam, że Staszek zginął po bohatersku na Montelupich, że Michała, Tadeusza, Kazia, Mietka, zamęczono w Oświęcimiu. W czasie okupacji.
Z ciasnego grona przyjaciół istnieje nas - w tej chwili - może dwóch, może trzech, jeśli się trzeci odnajdzie?
Otaczają mnie nazwiska, postacie, imiona, mary. Nie żyją, nie żyją, nie żyją!
Straszliwy cmetarz! Cmentarz niemieckiej kaźni! Gdzie jest dno? Zaraz jednak otaczają mnie inne nazwiska, inne postacie, imiona, mary. I oni: nie żyją, nie żyją, nie żyją! To potworny kołymski cmentarz!
- A więc gdzie jest dno?
Załamuję ręce i odpowiadam: - Nie nie ma dna!
Patrzę: przede mną stos książek. Teraz już mogę czytać. Ukończyłem swoją pracę i nie boje się asocjacji, wpływów i - to było bolesne! - licytacji okropności. Czytam więc, rozważam i porównywam. Przygniata mnie temat Oświęcimia.
- Oświęcim, Kołyma!
Dwa konary ludzkiej tragedii, pień ten sam: cierpienie bez granic! Dwa przeciwne światy. Dwa przeciwłegłe bieguny, system ten sam:
Dymy na Birkenau i Dymy nad tajgą.
Błyskawiczna, potworna śmierc: gaz! - powolne gnicie i ciało odpadające od kości: Cynga! Czerwone krematorium i białe!
Wernichtungslager Auschwitz - Oświecim i Uprawlenije Sewierowostocznych Isprawitelno-Trudowych Lagerej - Kołyma
Lasciate ogni speranza!
Z Kołymy też się nie wraca. Kołyma też jest taką samą tejemnicą systemu, jak był swego czasu Oświecim!
łager i łagier. Druty kolczaste! Zdegenerowane oprychy: kapo i starosta Sondercommando i specizolator.
Tu i tam Strafcommdo i Strafkomandirowka - ta sama nazwa. Ta sama istota rzeczy... Muzułmany w Oświecimu i dochodiagi na Kołymie
Mnoża się, mnoża zestawienia, porównania, analogie
- Już nic goszego nie może być niż Oświęcim - mówię sobie
- A Kołyma? - zapytuję po chwili.
Jeśli szatan ma skrzydła, to są właśnie te skrzydła - jednego szatana!
- A już nic gorszego nie może być niż Kołyma.
- A Oświecim?
Miliony ludzi, nakrytych tymi oboma skrzydłami szatana - cierpiało i cierpią, krwawiło i krwawia, meczą się, gniję za życia, a śmierć jest dla nich - wolnością!
Czynię przerażajace odkrycie:

Nie ma dna w nieszczęściu ludzkim

Jerozolima - Londyn, 1947

* * *
Epilog
Stanisława Gliwy

do pierwszego, londyńskiego wydania książki z 1950 roku.

Wspomnienie to posyłam nad wszystkie kołymskie groby! Niech spłynie nad pryiskami, drogami, fabrykami, nad złotem, ołowiem i węglem. Nad śniegami i nad potopem wzburzonego czerwcowego lub sierpniowego rozszaliska wód.
Kiedy ktoś umrze, mówi się na Kałymie:
Poszedł pod sopkę... został pod sopką... leży pod sopką... Są to synonimy na określenie człowieka, którego pożarła Kołyma, białe krematorium. Polskich grobów pod sopkami są tysiące, ludzkich grobów - wielokrotne setki tysięcy. Jak klątwa, wisi nad tym krajem przeświadczenie, że nie można z niego wydostać się żywym.
Legendarnymi stają się rzadkie wypadki, kiedy kogo zabiora na pieriesledstwije (powtórne badanie) i odsyłają na kontynent, czy jak się tam mowi: na matierik. O takich wypadkach głośno na ca łej Kołymie w ciągu długich miesięcy. Są to tam bardziej zdumiewajace wypadki, niż w innych krajach i w innych społeczeństwach głownej wygranej na loterii.
Wszystko zaś jest lepsze niż kołymski łagier. Na przykład wojna! Wojna jest zabawką, wojna jest rozrywką. Śmierć na wojnie nie jest straszna, straszniejsza jest śmierć na Kołymie!
Zarzucam czarny całun na kołymskie groby!
Wepchnięty pewnego dnia do celi, podtrzymując rękami opadające bez guzików spodnie, autor niniejszych wspomnień pomyślał: Oto jestem na dnie.
A potem okazało się, że to wcale nie było dno! Stanisławowski kryminał to była zaledwie sentymentalna sielanka. Mijały dni, tygodnie, miesiące i - tysiące kilometrów. Okazało się, że bywają rzeczy jeszcze gorsze, że więc dno jest jeszcze niżej. Nawet i wtedy, kiedy zdawało się, że już nic nie może być poniżej, że jednak już nastąpił kres niedoli ludzkiej dno pochylało jeszcze głębiej, dno zapadało się coraz bardziej!
Przychodziły chwile, że człowiek - autor przeżyć niniejszych (jeszcze nie był autorem tej książki) - myślał:
A może jestem po tamtej stronie dna?
Ale to przecież nie było tak, albowiem po tamtej stronie dna jest już tylko śmierć, czyli wyzwolenie, wolność, spokój i szczęście. O czym można dowiedzieć się tylko na Kołymie. Albo w Oświęcimiu!
Tymczasem dno zapadało się coraz głębiej, coraz więcej ludzi wyzwalało się na tamtą stronę dna, a człowiek, przyszły autor, gruntował niedolę ludzką coraz przepastniej.
Powstała z tego książka, która nie mając żadnych pretęsji literackich, jest reportażem, jest czymś w rodzaju pamiętnika. Jest dziennikarską impresją, starając się w sposób beznamiętny opisać etapy opowiadania pewnego Europejczyka - na dno dna. A więc jest zeznaniem.
Będąc Polakiem z krwi i kości, czuje się autor zarazem obywatelem świata. Umyślnie książka jego nie ma żadnego tła politycznego, natomiast interesuje ją tylko i wyłącznie człowiek jako taki a jego człowiecza dola - jest to oczywiście dola człowieka w bardzo specyficznych warunkach.
Polak spotyka w czasie swojej kryminalnej i katorżniczej odyssei ludzi co najmniej kilkunastu narodowości. Dola tych wszystkich ludzi jest jednakowo nieszczęsna.
O to tylko idzie!
Autor wcale nie sili się na ukazywanie teatru okropności. Wprost przeciwnie. Wiele rzeczy tuszuje i ironizuje, a wszystko pomniejsza w skali. Taka zresztą postawa psychiczna autora kierowała nim nie tylko w czasie pisania jego pracy, ale właśnie tam, wsród tej podróży do ciągle zapadającego się dna - towarzyszyła mu zawsze, powiedzmy szczerzej: prawie zawsze.
I ona to przede wszystkim - ta podstawa oddalonego na pewien dystans sarkazmu - pozwoliła człowiekowi przeżyć i przetrzymać to wszystko.
Książka zaczyna się na progu celi więzienia w Stanisławowie, a kończy również na progu łagru w osiedlu Adigałach nad rzeką tej samej nazwy, dopływem rzeki Kołymy, niedaleko wschodniej granicy Kraju Jakuckiego. Między tymi dwoma progami, oddalonymi od siebie w linii prostej, powietrznej o jakieś skromne jedenaście tysięcy kilometrów, rozgrywają się dzieje, opowiedziane w książce.
Wszystkie więc przeżycia są przeżyciami więźnia. Co było przed progiem więzienia stanisławowskiego, to dzieje wolnego człowieka, który wyszedł na wojnę.
Próg łagru w Agidałah oddalony był od progu stanisławowskiego nietylko w przestrzeni ale oczywiście i w czasie: oddzielało te dwa progi trzydzieści miesięcy i sześć dni.
Po przekroczeniu owego egzotycznego i tragicznego progu, rozpoczyna się historia człowieka, sterującego ku powierzchni. Jest to historja człowieka naprzód niby wolnego, następnie półwolnego a wreszcie znów wolnego.
Z jednym zasadniczym co do pojęcia wolności ludzkiej zastrzeżeniem: o ile istnieje prawdziwa wolność indywidualna człowieka bez prawdziwej wolności jego ojczyzny czyli jego państwa?
Wypada przeprosić łaskawego czytelnika za usterki tej książki, a jest ich bez liku. Książka była pisana w zdenerwowaniu, aby nie użyć bardziej emocjonalnych określeń: w gniewie i męce, z pogardą i obrzydzeniem. Nie ma żadnej kompozycji. Jest wyrzuconym z duszy ciężarem.
Największym staraniem autora było usunięcie do najbardziej możliwie odległych granic osoby, która wszystko to co jest zawarte we wspomnieniach przeżywa - która patrzy i zapamiętuje - która widzi i stwierdza - która wreszcie, przeżywszy, ujrzawszy i stwierdziwszy, zapamiętała: nie udało się, niestety, tej osoby usunąć i ona to jest (jeszcze bardziej niestety), więzią, która poszczególne rozdziały w jakiej utrzymuje dyscyplinie. Ale: jakże usunąć osobę, która składa zeznanie? Zeznanie składa się przecież w pierwszej osobie.
Autor stara się uniknąć najgorszej w tego rodzaju opisach konieczności, a mianowicie makaronizmów. Stwarzało to trudności wręcz nie do pokonania. Jakże bowiem da się usunąć wszystkie makaronizmy rosyjskie? Już nie z rozmów potocznych, ale ze apecyficznego żargonu łagierniczego, określającego najróżniejsze urzadzenia, czy to więzienne, czy też tzw. wychowawczych obozów pracy? Jest w tym świecie sporo wyrazeń, pojęcia, których nie można znaleźć w żadnym innym języku na świecie i których nie podobna zastapić.
Skoro na zachód od Rosji nie istnieją (teraz, po pokonaniu Niemiec) pewne specyficzne formy rzeczywistości, jakże znaleźć dla nich określenia?
Skoro nigdzie na kuli ziemskiej nie istnieje niewolnictwo, jakże znaleźć nazwy na okreslenie charakterystycznych dla rosyjskiego, nowoczesnego niewolnictwa: urządzeń instytucji, zakładów. czy chociażby osobliwej hierarchii?
To samo dotyczy gwary typowego świata przestępczego. Taka gwara istnieje w każdym kraju, a w Rosji przede wszystkim! Ponieważ jednak w Rosji t.z.w. świat przestępczy jest, nawet w zakresie odbywania kary, uprzywilejowany w stosunku do przestępców poltycznych, reprezentujących ponad 80% więzniów, powstaje zjawisko. nie mające równego sobie w świecie. Brak określeń, pojęć równoznaczników żadne słowo, w żadnym języku, nie oddałoby istoty rzeczy. Albowiem w żadnym ustroju państwowym owi przestępcy polityczni po prostu nie byliby przestępcami, nie byliby skazani, nie siedzieliby. Może pewna ilość z tych przestępców zyskałaby rozgłos i powodzenie jako na przykład dobrotliwi satyryczni felietoniści w prasie opozycyjnej?
Wreszcie najprzykrzejsza sprawa.
Nie podobna w żadnym języku oddać tej odchłani plugastw w jakiej człowiek-więzień żyć musi!
Każde wypowiedziane zdanie jest otoczone plugastwami. Na początku zdania świństwo, na końcu świństwo, a w środku kilka swiństw.
Istnieje mnóstwo talentów retorycznych, które każde słowo przemówienia potrafią przegrodzić świństwem. Gdyby jakaś Akademia Nauk chciała ułożyć słownik tego rodzaju wyrazów, określeń i ich niezliczonych wprost odcieni musiałaby pracować dziesiątki lat.
Nie podobna odtworzyć tego w książce, którą czytać ma czytelnik Zachodu. Ale, niestety, brak tych plugastw zniekształca opisy, odbiera życiu bardzo - bez najmniejszej przesady - istotny i charakterystyczny koloryt. Mówione po setki razy dziennie przekleństwa oznaczać moga wszystko i potrafią określać każdy stan duchowy mówiącego. To samo plugastwo może być użyte na oznaczenie najwyższej ekstazy estetycznej lub patriotycznej, jak na wyrażenie współczucia, bólu, radości, obojętności wobec losu, czy też patologicznej wściekłości.
Akademia Nauk, która zabrałaby się do rejestrowania tych, tak bardzo zasadniczych wyrażeń, musiałaby posługiwać się nie tylko samym słowem, musiałaby notować chyba równiez, ich melodię.
Jest w tej książce kilka wyrazów ryzykownych. Tylko psychopatolog mógłby odpowiedzieć na pytanie dlaczego, po co są i skąd się wzięły? Musiały jednak być! Musiały pozostać i nie dały sił wykreślić. Z tego rodzaju wyrażeń składać się powinny cztery piąte książki - a wtedy byłby wierniejszy koloryt i praca nabrałaby wartości dokumentalnej. A tak jest tylko - opisem.
Jak zaś wygląda i czym jest w grucie rzeczy Kraj Kołymski, wystarczy spojrzeć na mapkę.
- Ach, jak pięknie zabudowany i jak gęsto zaludniony kraj! powie nieświadomy rzeczy Czytelnik.
Zabudowany? Zaludniony? Należy się więc krótkie wyjaśnienie: Proszę spojrzeć jeszcze raz, dokładnie!
Te wszystkie czarne punkty na mapie, to łagry! Małe, zupełnie mikroskopijne, większe i olbrzymie. Podpierewalna - trzech robotników. Pocztowaja dwunastu, Gorełoje - ponad stu Smirnowaja i Karanda około dziesięciu, a Arkagałah - około trzech tysięcy. Podkomandirówka siódmego prorabstwa najwyżej dwudziestu, ale na pryisku Bolszewik - dwanaście tysięcy...
A jasny kwadrat z niewinnym napisem: Elektrownia. To takze łagier! Zaledwie jeden tysiączek....
Dookoła zaś dziesiątki, setki kilometrów tajgi. Skały, przełęcze, przepaście, góry, czyli sopki kołymskie. Na sopkach, pod sopkami cmentarze, które trudno nawet cmentarzami nazwać poprostu hałdy umarłych. Zarzucam całun na wszystkie kołymskie groby!

spis treści