Niewysokiego wzrostu Żyd, przestępca kryminalny, nazwiskiem Nastaszewski, był dobrym, solidnym, kolega łagiernym.
Pracował do niedawna u wierzchołka przełęczy, ale od strony komandirówki czyli od strony ciszy i był dlatego przedmiotem powszechnej zazdrości. Stały jego posterunek był idealnie osłonięty od wiatu. Przed wydłubana w stromym stoku obszerną jamą rozkładał ognisko, które podsycał węglem, zrzucanym z samochodów, kilka razy na dzień dobry podsypywał trochę żwiru, ażeby samochody nie ślizgały się i przesiadywał na wzniesieniu praez cały czas przy swoim kastiorze, użyczając chętnie gościny. Od kilku dni stał się dignitarzem (dzięki protekcji dniewalnego) - w kantorce.
Wśród ciemnej nocy, jeszcze przed pobudką, Nastaszewski wszedł cicho do baraku, pochylił się nade mna i rzekł szeptem:
- Przyszło po ciebie wezwanie do Uprawienia Dorożnego Dalnego Siewiero-Wostoka (najwyższa władza, zawiadująca wszystkimi drogami, na Kołymie) - razem z rzeczami i dokumentami. Jedziesz na uwolnienie. Nie mów nic nikomu i nie zdradzaj mnie. Słyszałem na własne uszy, jak czytano dokument...
Tak urodził się dzień 12 kwietnia 1942 roku.
Na dworze wisiała czarna noc, a w baraku świecił dymny kaganek, dowcipnie kopciłka zwany, który istotnie więcej kopcił, niż dawał śwatla.
Była może czwarta czasu kołymskiego. Taka sama kopciłka dymiła w tak zwanej stolowni bardzo skąpo ją oświetlając. Zupełnie obezwładniony i znieczulony, pozbawiony zdolności odczuwania jakichkolwiek wrazeń, udałem się po pobudce do stołowej po śniadaniową zupę. Przy migotliwym odblasku rozpoznałem siedzące na ławie dwie znajome sylwetki: dziesiętnika (tego samego, który 27-mego listopada przyniósł mnie prawie na rękach do baraku) oraz Jana Juriewicza, mego brygadiera. Odwróceni ode mnie tyłem rozmawiali. Usłyszałem swoje nazwisko i dalsze słowa dziesiętnika:
- Krakowiecki... Wezwany do uprawienia. Jedzie po zwolnienie. Wycofałem się, aby mnie nie zauważyli. Panował we mnie zupełny spokój. Nie potrafiłem myślą objąć faktu, że to przecież mówi się o mojej wolności; czy nie uwierzyłem w możliwość i w prawdę tej czyjejś? - cudzej? - obcej? - tak bardzo mi obojętnej wolności.
Jakby nie w mojej świadomości, układały się wątłe myśli:
- Teraz przyjdą po mnie do baraku i powiedzą, żebym się zabierał z rzeczami.
Nie, nie przyszli. Nikt nie dał żadnego znaku, a więc, może nieprawda? Wyprowadzono nas, jak zwykle, na zbiórkę. Stojąc wśród dochodziagów z brygady, kątem mózgu obliczałem beznamiętnie:
- Dziś jest 12 kwietnia 1942 roku. Akuratnie osiem miesięcy temu, dnia 12 sierpnia Wierchowny Sowiet wydał amnestię dla Polaków!
Dopiero obok tej myśli, jakby na marginesie zupełnego nieprawdopodobieństwa, układał się inny wątek:
- Teraz pwiedzą żebym wystąpił, wrócił do baraku i zabierał się z rzeczami: - Sobierajcieś z wieszczami
Razem z rzeczami. To była formułka ceremonialna, wręcz uroczysta przy każdych przenosinach, etapach i oczywiście zwolnieniach. Dla mnie w danej chwili, miał to być znowu pusty dźwięk, ponieważ dosłownie żadnych rzeczy nie posiadałem. Nawet kieszenie z ubrania zostały powyrywane i ocalała tylko jedna w łachmaniarskiej, podartej kurcie. Jedynym dobytkiem był sznur, którym przewiązałem tę kurtę. Ale wezwanie razem z rzeczami oznaczać dla mnie miało potwierdzenie faktu: w o l n o s ć !
Ruszamy. Nikt nic nie mówi, więc to nieprawda. Na wartowni czekają otwarte wrota i strażnicy. Jeden nas policzył, a inni będą konwojować. Być, może jeszcze myślałem:
- To chyba tutaj każe mi wystąpić i wrócić do baraku?
Nie, nie kazali. Odliczyli czwórkami, jak zwykle, wyszliśmy poza bramę minęli kaptiorkę, domek naczczelnika i znaleźli się na drodzę. Skręciliśmy na mostek, poza którym rozpoczynało się strome wzniesienie drogi. Po chwili znaleźliśmy się na kilkunastometrowej wysokości ponad dachem bani, ponad łagrem.
Brygadier wyznaczył mi robotę, tę samą co wczoraj. Czekałem czy może coś powie i uważnie patrzyłem na jego wargi. Nie, nie powiedział nic więcej.
Zaczęło świtać. Mój towarzysz rozpoczął opodal rąbanie kilofem zlodowaciałej nawierzchni drogi.
Patrzę z góry na łagier i widzę, że ze swojego baraczku, mieszczącego się w obrębie zadrutowanego łagru, wyszedł starosta. Widzę, jak wchodzi na wartownię. Po chwili wychodzi i otwiera furtkę. Już jest poza bramą i zbliża się do kaptiorki. Oto podnosi w górę twarz, otacza rękami usta i słychać krzyk:
- Czy jest tam Jan Juriewicz?
Mój brygadier odpowiada okrzykiem. Słyszę teraz wykrzykiwane moje nazwisko:
- Sciągnij Krakowieckiego z roboty i każ mu się zgłosić do mnie! Czy daleko go posłałeś?
Odpowiedź wykrzykiwana tuż nad moim uchem brzmi: - Stoi obok mnie i zaraz tam będzie na dole!
Jan Jurewicz obraca się ku mnie:
- Tak... jedziecie na uwolnienie, szczęść wam Boże.
Słyszą te słowa więżniowie, którzy pracują opodal, zbliżają się do mnie, podają ręce, ściskają i całują.
- Nie zapomnij niczego, co tu widziałeś - mówią - nie wolno ci zapomnieć...
Borys, pisarz z Leningradu, dodaje:
- Napisz książkę i wydaj ją w szczęśliwą godzinę kary...
A ja ciągle nie wierzę! Jak automat schodzę ścieżką koło łaźni, balansuję na kładce nad rzeczką, z której lód wyrąbano i szarzeje żwirowate dno. Stanąłem oto przed starostą a ten mówi:
- Weźcie wszystkie swoje rzeczy udajcie się do bani. Wezwano was na uprawlenie! Jestem pierwszym człowiekiem, który ściska wasza rękę jako rękę wolnego człowieka. Jak pięknie i gładko przemawia ten sam człowiek, który codziennie o czwartej rano lata z drągiem po baraku, wydaje konwulsyjne okrzyki i bije kogo dopadnie i gdzie dopadnie!
- Nie mam żadnych rzeczy i nie mam po co iść do baraku...
- Wobec tego idżcie do łaźni, powiedźcie łaziebnemu, że przyszliście mu pomóc, popracujcie trochę i czekajcie na wezwanie. Wezwę was i pojedziecie samochodem. Bądźcie zdrowi!
- Bądźcie zdrowi! - odpowiadam i przede wszystkim zdaję sobie sprawę, że starosta w tej chwili kradnie moją pajkę, dzisiejszą porcję chleba. Ale nie upominam się, boję upomnieć się, boję się, że spłoszę sen.
Wchodzę do łażni.
W łaźni królował zruszczony Polak, eks-nauczyciel, posiadajacy czerwońca (wyrok na dzlesięc lat) młody człowiek z nogami poodmrażanymi do kalectwa, któremu to zresztą kalectwu zawdzięcza swoje tak bardzo godne zazdrości zajęcie.
Poznałem go w ubiegłym roku na 8-ym prorabstwie, gdzie też był bańszczykem. Rapacki - takie było jego nazwisko - nie mówił po polsku, a raczej przemawiał jakimś dziwnym językiem, powstałym z mieszaniny; rosyjskiego, białoruskiego i polskiego.
Nie przyznałem się oczywiście Rapackiemu, że przysłano mnie do niego, aby tymczasem mu pomagać. Czy miałem wpraszać się do noszenia drzewa, lub noszenia z rzeczki lodu do przetapiania na wodę.
Opowiedziałem, co rano powiedział mi Nastaszewski, potem, zaś brygadier i starosta i dodałem nie bardzo jednak pewnie: -Mam więc jechać; zdaje się na uwolnienie... Wówczas Rapecki odezwał się niepokojąco:
- Czy aby na pewno na uwolnienie?
Nie zrozumiałem. Zagadnąłem, co mają znaczyć te jego jakieś wątpliwości.
Rapacki posłał swego kręcącego się po bani pomocnika, niby to po drzewo do lasu, poczem wyjął kawałek gazety, nasypał machorki i podał mi. I mimo, że oprócz nas dwóch na pewno w łażni nie było nikogo, zapytał szeptem:
- A sprawa Dokina?
Sasza Pawłowicz Dokin pół roku temu był felczerem tutaj właśnie na szóstym prorabstwie. Następnie został felczerem w szpitalu na 5-ym, z którego przedwczoraj został wyrzucony. W paźdźierniku 1940 był sanitariuszem w stacjonarze na 3-cim za okręgiem kopalni złota. W maju 1941 spotkałem go już jako lek-poma, w Kadak-Czanie. To właśnie Dokin był tym felczerem, którego NKWD miesiąc temu w tajemniczych okolicznościach zabrało ze szpitala i wywiozło. Szemrano, że był posądzony o poważne zbrodnie, karane gardłem.
- Cóż to za sprawa Dokina?
Szept Rapackiego jeszcze bardziej ścichł:
- Przesłuchiwano w tej sprawie tego wszarza Żukowa...
Żukow był tak zwanym dezynfektorem, to znaczy jeździł od łagru do lagru i miał tępić wszy, pluskwy itd. Do jego też obowiązków należało pieczętowanie palców umrzykom. Takie miały być jego oficjalne czynności, ale w istocie rzeczy (chociaż jak najbardziej nieoficjalnie) zajmował się spekulacją. Handlował machorka i czym się dało, korzyatając ze swobody ruchów, jaką cieszył się, mimo, że także był więźniem. Wszy ani pluskiew nie tępił, za to był łącznikiem, kurierem, pośrednikiem i opiekunem całego przestępczego żulia.
- Cóż więc takiego Żukow powiedział?
- Zeznał na śledztwie, żeście się przyjaźnili z Dokinem, a u Dokina znaleziono antysowieckie listowki.
- Listowki? Cóz to takiego?
Rapacki nie umiał powiedzieć po polsku, ja zaś nie zrozumiałem tego sława. Kiedy po dłuższym tłumaczeniu pojąłem o co chodzi, moje samopoczucie nie poprawiło się wcale. Listowki, to poprostu ulotki. A więc u Dokina znaleziono ulotki antysowieckie.
- Co tam Żukow zeznał nie wiadomo. Gdyby jednak wzięto was na przesłuchanie, macie mówić, że Żukowi handlował machorką że od was wziął pięćdziesiąt rubli za paczkę (było to prawdą - wtedy nas pieciu złożyło się na tę paczkę) a na temat Dokina mówcie, że o niczym nie wiecie, że rozmawialiście wprawdzie z nim nieraz, ale nigdy na tematy politycze, że niekiedy piłowaliście dla niego drzewo za chleb, że półtora roku temu leżeliście w stacjonarze, w którym Dokin był sanitariuszem i stąd wasza znajomość. Pozatem nic nie wiecie i absolutnie nic powiedzieć nie możecie.
Tak mnie uczył życzliwie Rapacki. W miare tych rewelacji sprawa wolności przestawała dla mnie wogóle istnieć. Powstawała natomiast nowa, kardynalnie inna: śledztwo! Wyobrażnia zaczeła pracawać. Pierwszy mój odruch wyrzekł słowa:
- Byle tylko nie bili Rapacki na wspołczujaco:
- Bić to oni będą. Ale nie dajcie się do niczego się nie przyznawajcie, nic nie podpisujcie.
Było już południe, kiedy wywołano mnie z bani. Starosta oświadczył, pokazując jakiegoś cywilnego typa, pewnie wolniagę:
- Ten obywatel odwiezie was na uczastek.
Uczastek, czyli naczelnictwo okręgu, znajdowało się na sąsiednim 7-mym prorabatwie, o 12 kilometrów odległym.
Jeszcze raz rozłożyła się przede mna droga tak pamiętna! Mam jechać tym samym wytrzebionym szlakiem, po którym posuwał się z góra połtora roku temu - kiedy tej drogi jeszcze nie było - żałobny pochód, a w pochodzie tym Andrzej Zarosiński i Hans Belau! Zjedziemy z górki na mostek, a na prawo będzie miejsce, w którym stał w lecie nasz pamiętny namiot bez ścian. To myśmy sypali tę droga to ona pożarła Henryka!
Obok stoi cywil, który ma mnie konwojować. Czepiam się nadziei i spekuluję, że gdyby mi groziło śledztwo, konwojowałoby mnie NKWD, czyli umundurowany strażnik, których kilkunastu próżnuje na naszej komandirówce.
Może - może jednak nie jest tak źle ze mna?
- Oddacie go, obywatelu, naczelnikowi OLP-u. No, badżcie zdrowi! To są ostatnie słowa starosty który ukradł moja porcję chleba. Kto wie, kiedy będę jadł? Mógłbym się upomnieć, ale nie chce mi się chociaż odczuwam głód. Jeżeli stanę się wolnym człowiekiem, to i tak się najem za wszystkie czasy, a jeżeli czeka mnie śledztwo, to dzięki temu skończy się ono prędzej. Tych kilka przegłdowanych godzin, ta okazja do rozpoczęcia głodówki? Ale czy wytrzymam, czy będę miał dosć silnej woli?
Zabiera nas pusty samochód, który zdąża do Arkagały po węgiel. Konwojent rozmawia ze mna życzliwie i opowiada, jak to mi będzie dobrze, kiedy stanę się wolnym człowiekiem. Ile to chleba dziennie, a cukier raz w miesiacu, a ryby, makaron! No i cała fura rubli. Chociaż - dodaje - po rublach nic nikomu, bo za nie przecież nic nie można kupić.
- Już jutro, a może pojutrze będziesz jadł aładi (naleśniki) Aładi! Szczyt szczytów, najwytworniejsza potrawa wolnych ludzi. Minęliśmy pamiętny wąóz, przejechaliśmy pamiętny mostek. Samochód wspina się do góry, skręca i wjeżdża pomiędzy baraki 7-go prorabstwa.
Wysiadamy. Podążamy do kantoru i tam moj konwojent szuka naczelnika OLP-u. Ja tymczasem stoję na drodze i jedna z tych dręczących, napastliwych, niewywoływanych asocjacji przypomina mi podróż prastarą, pradawną: podróż pociągiem ze Stanisławowa przez Stryj, Sambor, do Lwowa. W Stanisławowie obiecano nam, że jedziemy na uwolnienie. W Stryju tak samo i w Samborze. O! w Samborze dawano czestne słowo, że we Lwowie czeka nas wolność. W ten sposób mijały jedyne realne okazje do ucieczki.
Pociąg ówczesny nie urządzony jeszcze z należytym więziennym komfortem, niespora dłubanina i protesty: - Przecież dają słowo, ze wioza nas, aby uwolnić. Dopiero kiedy znaleźliśmy się za żelaznymi kratami stołypinki nikt nam już o wolności nie wspomniał. I teraz, kiedy znajdę się poza drzwiami specizolatora, nikt pewnie o wolności nie wspomni! Znamy tę metodę!
W samo południe droga zaczyna wilgnąć; szmaty na nogach stały się zupełnie mokre. Jest tak ciepło, że odwiązuję opasujący mnie sznur i rozwieram kurtkę. Nie mogę przecież powiedzieć: rozpinam skoro kurtka nie posiada ani jednego guzika. Mój konwojent wraca:
- Nie ma naczelnika OŁPu. Wyjechał. Musimy iść do komandira.
Podchodzimy pod baraczek, znajdujący się na przeciw bramy ogrodzonego łagru i mój opiekun wchodzi do wnętrza, nakazując mi posłuszne czekanie na dworze. Za chwilę wychodzi komandir. Mówi moje nazwisko i sprawdza zaraz:
- Krakowiecki? Tak? - Tak jest.
- O, tak my was znamy! A z zawodu kim jesteście? - Dziennikarzem.
- Charaszo no proszę dziennikarz! Wot żurnalist! A co wy porabialiście na szóstym prorabstwie?
- Zasypywałem jamki na drodze.
- Jamki zasypywał a listowki kto pisał?
- Listowki? - zapytuję i wybałuszam oczy. Stara, dobra, wypróbowana metoda: ani w ząb nie rozumiem co znaczy słowo listowka. Byłem na to przygotowany. A czyż kilka godzin temu istotnie wiedziałem, co znaczy to słowo?
Komandir klaruje mniej więcej to samo, co Rapacki. Wzruszam ramionam: że jest to idiotyzm, że wogóle nie umiem pisać po rosyjsku. Wtedy on:
- Już ciebie nauczą tam, jak odpowiadać!
Osobiście odprowadza mnie na wartownię. Mówi coś do strażniika, ten przepuszcza mnie przez furtkę:
- Idzcie do baraku i tam poczekajcie!
W baraku moja osoba wywołuje sensację. Jestem znany na całym uczastku w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Olbrzymia ilość więźniów zna mnie osobiście, inni ze słyszenia. Mówi się o mnie:
Stary Polak co odmroził rękę.
Czasem też - jeśli nie słyszą obcy - mówi się jeszcze inaczej: Stary, chytry Polak, co umyślnie odmroził rękę, a palec wskazujący uchował, żeby mógł pisać!
Nigdy mnie nie interesowało, co o mnie mówią, więc i teraz mnie to nie obchodzi. Mam o czym myśleć, jestem pełen rozterki. Znajduję się na bardzo ryzykownej hustawce nerwowej.
Jakiś cherlak podchodzi do mnie; podaje mi ugotowanego buraka czerwonego (owoc kradzieży z jakiegoś transportu). Ten burak przemrożony i nadgniły smakuje, jak konfitura. Siedzę oczywiscie koło pieca. Obok mnie siada jakiś inny człowiek i prosi:
- Opowiedz mi, jak umarł człowiek, z którym jadaleś!
Tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi umiera rok rocznie dookoła, ale widocznie coś bardzo niezwykłego jest w śmierci Henryka, skoro pamiętają jeszcze ciągle, po półtora roku.
Po raz nie wiem który opowiadam znowu o śmierci Henryka Sierosławskiego.
Słabnę. Wyprowadzają mnie z baraku i sadzają na jakimś pniu. Patrzę dookoła półprzytomnie, ale poznaję, kto kładzie mi na ramieniu rękę. To Grigorian, Ormianin z Kaukazu, młody człowiek, który dopiero co otrzymał dobawkę to znaczy: dodatek do wyroku, w postaci dalszych trzech lat.
- Co tu robisz?
- Zostałem wezwany do uprawlenia. - Po co?
- Nie wiem - mówię bardzo niepewnie - może dla uwolnienia? - Czy aby na pewno?, uwolnić przecież mogli na uczastku, nie muszą ciągać aż do uprawienia. Czy nie masz nic na sumieniu, czy nic nie zrobiłeś?
Pochyla się do mego ucha:
- A jak tam sprawa Dokina? Nie przyznawaj się do niczego, choćby nie wiem jak bili! Naważ sobie machorki. Dziesięć lat murowane. Sypie w moją nadstawioną dłoń trochę machorkowych krup.
- Na uwolnienie powiadasz? Wszyscy Polacy wyjechali już poł roku temu! - Daje mi kawałek gazety.
Zapalam papierosa i chwiejnym krokiem wracam do baraku. Tam w myśl obyczaju łagiernego kilka głosów krzyczy:
- Popalim! Popalim! Pokurim!
Spozieram uważnie, kto pierwszy krzyknął. To właśnie ten, który mi dał buraka. Jestem z tego zadowolony, bo mogę się odwdzięczyć, wypalam połowę papierosa, a drugą mu podaję:
- Masz, pociągnij i podaj tamtemu.
Wskazuję człowieka, który zapytywał o śmierć Henryka. Papieros z drugich ust, idzie do trzecich. Wtedy słychać dalsze krzyki:
- Pokurim, pokurim.
To mnie nie interesuje. Uczyniłem zadość ceremoniałowi, odstępując połówkę papierosa i wskazując następcę, a tamci niech się teraz pobija o ten okurek. Wchodzi strażnik z karabinem. Znów moje nazwisko.
- Wychodż na dwór! Wkrótce pojedziemy!
Znam tego strażnika. Kilka razy przewinął się przez komandirowki, w których pracowałem. Należał do tych nielicznych, bardziej ludzkich strażnikbw. Był do pewnego stopnia wyjątkiem. Wychodzimy przez wartownię poza ogrodzenie.
- Siadaj tutaj i siedź; wygrzewaj się na słońcu. Jeśli pojedzie jaki samochód w stronę Kadak-Czanu, zatrzymaj go. A ty co masz na nogach?
Patrzy na moje, w tej chwili zupełnie mokre szmaty.
- O w takim obuwiu cię nie powiozę. Odmrozisz nogi, a ja pójdę pod sąd. Ubrania ci nie sprawię innego, ale może tutaj znajdą się jakieś inne burki?
Wraca do łagru i pomiędzy barakami wszczyna wrzask. Zjawia się tutejszy starosta, a jest nim były wospitatiel, złodziej z Leningradu, ten który to swego czasu przyniósl mi kopertę i kartkę papieru, ażebym mógł napisać do żony. Na takich funkcjach można wyżyć kilka lat. W chwilę później strażnik rzuca przede mną jakieś podarte, stare, wydeptane burki, zachowujące jednak do pewnego stopnia pozory obuwia. Zrzucam szmaty z nóg zostawiam mokre onuce, obuwam te szczątkowe burki i obwiązuję sznurkiem, pozostałym po poprzednich szmatach... Nastrój się poprawia.
Tymczasem strażnik wchodzi do wnętrza wartowni. Skroś cienkich ścian dość wyraźnie słyszę głosy. Wartownik zapytuje mojego strażnika:
- Po co go wieziesz na uprawienie?
- Każetsia, prawdopodobnie do zwolnienia.
- A czy tutaj, na początku, nie można go uwolnić? Każetsia, co innego jest na rzeczy?
- Nie znaju. W kadym raze mam go zawieść całego i żywego. A na ławeczce wzdycham - oby mnie nie bito, a jeśli już, to na śmierć. Mój strażnik wychodzi z wartowni i kieruje krok! do domku komandira. Za to wartownik wychodzi z budy i staje oparty o poręcz. Pali papierosa. Wyjmuję z zanadrza strzępek gazety obdzieram go do formatu prostokatnego, nasypuję machorkę, ślinię a podchodzę z gotwym papierosem w ustach.
- Daj przypalić! - mówię do wartownika.
W milczeniu podaje mi pudełko, w którym znajduje się kilka zapałek. Zapalam i oddaję pudełko:
- Dziękuję!
Pada nieoczekiwana odpowiedz:
Nie, weźcie sobie, przyda się wam na drogę.
Takie traktowanie więźnia: to dla mnie coś zupełnie nowego, a więc może jednak uwolnienie? Huśtawka!
Wraca mój strażnik, stale przedemną i wygłasza tylekroć razy słyszane przemówienie:
- Uważaj! Krok w lewo, krok w prawo, a będę strzelał bez uprze-dzenia.
Słychać zbliżający się turkot motoru. Nadjeżdża duży samochód z przyczepą, nazywany tam dromaderem. Strażnik zatrzymuje wóz, pakujemy się na wierzch i wóz zjeżdża stromo w stronę kaptiorki, a potem sapie pod górę. Ktoś podbiega z tyłu, podskakuie i oto jut siedzi obok mnie. Jest to Zubow, kaptior z 8-go prorabstwa, Zubow był w poprzednim życiu oficerem w armii Dalekiego Wschodu. Zawsze podejrzewał - jakże niesłusznie - że i ja byłem oficerem i że moje dziennikarstwo jest kamuflażem. W tej chwili okazuje zdziwienie na mój widok.
- Jak s!ę masz? I do strażnika:
- A ty go dokąd wieziesz?
- Do uprawienia, na uwolnienie.
Zubow jest wyraźnie ucieszony, ściska moją rękę i spostrzega, że nie posiadam wcale rękawiczek. Zapytuje strażnika:
- Czy mogę dać mu machorkę?
- Możesz.
Zubow wkłada mi do kieszeni, tej jedynej ocalałej w moim ubraniu kieszeni całą paczkę machorki, plik papierków i pudełko zapałek. A więc jestem bogaczem - mam machorkę! Palenie zsyła spokój i umniejsza głód.
Przejeżdżamy przez 8-me prorabstwo, samochód się zatrzymuje na mgnienie oka. Zubow wyskakuje. Coś obija się o mnie, ale nie zwracam na to uwagi. Samochód rusza, a strażnik mówi:
- Podnieś że, Zubow ci rzucił.
Na podłodze samochodu leży para wełnianych rękawic. Z satysfakcją wkładam je na ręce, które silnie mi marzły, zwłaszcza zaś odmrożone kończyny obciętych palców. Dojechaliśmy do Kadak-Czanu. Jeszcze mamy 146 kilometrów drogi.
Strażnik zaprowadził mnie do tak zw. koczygarni to jest do budyneczku funkcjonariusza, kierującego ruchem samochodowym i dodał:
- Usiądź tutaj, ogrzej się, podkładaj do pieca!
I poszedł. Zwinąłem się w kłębek za piecem i usnąłem. Było mi nareszcie bardzo ciepło i przyjemnie. Nieobecność strażnika trwała chyba ze dwie godziny. Myślałem znów, że przecież złoczyńcę konwojowanego na śledztwo nie wstawia się chyba samego w ciągu kilku godzin bez dozoru?
Zapadła noc dość jeszcze o tej porze rychła, gdy zjawił się mój dozorca, a przed budkę zajechał samochód, do połowy załadowany workami z mąką. Nie mogłem się wygramolić o własnych siłach, musiano mi pomagać. Byłem bardzo słaby i czułem, iż ciągle, z minuty na minutę, słabnę coraz bardziej. Mróz wziął siarczysty, chyba z 50 stopni i strażnik kazał ułożyć się na workach i pomiędzy workami i nakrył jakimiś szmatami razem z głową. Troskliwość znów zupełnie niezwykła. Leżałem kołysząc się na wyboiskach drogi i udawałem, że śpie.
Na samochodzie siedziało oprócz strażnika kilka osób. Byli to wolniagi, którzy w ten sposób odbywali podróż.
Słuchałem ich rozmobw:
- Kto to jest ten trup, którego wieziesz? - A to taki stary Polak.
- Coś nie nadzwyczajnie wygląda, uważaj, ażeby ci w drodze nie wykitował. - Nie wolno mu wykitować.
Czuję rekę na osłoniętej szmatą głowie i słyszę: - Hej stary żyjesz jeszcze?
Odpowiadam sennie: - żyję!
- No uważaj, żebyś nie umarł!
Humorystyczny kawałek, więc się wszyscy śmieją i rozmowa trwa dalej.
- A po co go wieziesz, nie wiadomo?
- To jest Polak. Przypuszczam, że będzie zwolniony z amnestii. - A kakże eto? Na wierno, z pewnoscią coś zbroił. Przecież mogli go zwolnić na uczastku, nie koniecznie wieźć na uprawlenie. Wszystkich innych Polaków zwalniano na uczastku.
- Nie wiem, nie moja rzecz, kazali wieźć, to wiozę. Żyjesz stary? - kopnięcie nogą.
- Żyję!
Po kilkudziesięciu kilometrach zajechaliśmy do malutkiego osiedla. Znajdował się tam tartak, który piłował drzewo na klocki do gazogeneratorów, a właśnie nasz samochód był gazogeneratorem. Podczas, gdy napełniano worki klockami, my sami grzaliśmy się w jakiejś izbie, w której szoferzy pili czaj i smażyli naleśniki. Boleśnie odczułem głód, wyjąłem więc machorkę i zapaliłem.
Znów rozmawiano wobec mnie o mnie i znowu uchwalono, że muszę mieć coś diabelskiego na sumieniu i że to nie może być, abym jechał na uwolnienie. Nie zwracałem na to uwagi. Myślałem tylko o tym, czy będą bili i jak bardzo i czy może wogóle nie dojadę żywy do miejsca przeznaczenia?
Ruszyliśmy dalej. W noc, w mróz, w tajgę. Droga była kręta i miejscami bardzo zła. Rzucało maszyną na prawo i na lewo, w górę i w dół. Jadący rozmawiali o tej drodze na Jakutię. Mówili, że jeszcze brakuje co najmniej sześćset kilometrów do połączenia dróg, budowanych równocześnie z obu stron. Inni kłócili się, że tylko dwieście. Mówiono o straszliwych trudnościach, o niezliczonych ofiarach ludzkich, o pełnych szpitalach. Mówiono o tym takim tonem, jakby się mówiło, że pada lekki deszcz. Takie to było zwyczajne, tak w tym nic nie było groźnego, ani dziwnego.
Przybyliśmy na miejsce grubo po 2-giej w nocy. Prowadzono mnie wśród ciemności jakąś drózką do wartowni. Mój strażnik wszedł na wachtę, oddał moje dokumenty i wyszedł wraz z dyżurnym. Poświecono mi w twarz i mój opiekun pożegnał mnie grzecznie:
- No, bądz zdrów! Teraz już możesz zdechnąć, nie odpowiadam za ciebie.
