Dziwnemu indywiduum, które rozstało się z człowieczeństwem, niewolnikowi, galernikowi, katorżnikowi, zagnanemu na samą krawędź śmierci - otwiera się oaza spokoju i ciszy, a zarazem uchyla przed nim maleńka nadzieia furtka. Odrazu jest mu lepiej. Odrazu znajduje się, jak w raju. Ten raj jest brudny, śmierdzący, zadymiony, ciasny, makabryczny, ale jest (bez cudzysłowiu) rajem wobec niedawnej rzeczywistości.
W raju reprezentowane są najróżniejsze choroby. Zapalenie płuc, które wogóle nie jest uleczalne w tamtejszych warunkach szpitalnych. Odmrożenie trzeciego stopnia, kiedy to zachodzi potrzeba amputacji. To dwie najpopularniejsze choroby. A oprócz tego ponos, szyli biegunka, - najwstrętniejsza, najpaskudniejsza ze wszystkich chorób. U wszystkich zaś bez wyjątku chorych - awitaminoza, czyli: szkorbut. Po rosyjsku: cynga. Często cynga, sama w sobie wystarczy, dystansuje wszystkie inne dolegliwości. Chory leży, nic nie robi, jest lepiej karmiony, niekiedy otrzymuje tran, kiedyindziej rumoczku (kieliszek) płynnych drożdży - a jednak gaśnie pomału i nieodwołalnie. Czasem taki dochodziaga ma niewielką gorączkę, czasem goraczkł nie ma wcale, kiedy indziej rtęć w termometrze zatrzymuje się przy 35,2 - 34,9 - 34,8 stopni.
Niekiedy, jak wygrana na loterii, spada na chorego szczęście w postaci dziecięciu Gramów masła. Rujnuje mnie ten nadmiar szczęścia: trzy razy pod rząd masło i kilka razy tran. Zapadam na biegunkę.
Wyrzucają mnie w kąt baraku i tam cierpię z bólu, ale może bardziej z rozdrażnienia i wstydu. Jak wszyscy chorzy na ponos, jestem dookoła otoczony pogardą lekarz zbliża się do nas niechętnie, a sanitariusze przeklinają. Albowiem muszą nas ponosndków, obsługiwać staranniej i czyściej, niż innych - często chory nie ma czasu zwlec się z pryczy, ażeby zdążyć. Wówczas sanitariusz musi zmieniać bieliznę, smród uderza na cały barak i wywołuje kpiny i przekleństwa.
Leżą więc na deskach w biegunkowym kącie baraku, naprzeciw mnie, na honorowym miejscu, leży Lamakin. Ten sam, który umyślnie , godzinami stojąc przy piecu - umiał się doprowadzać do zupełnego wycieńczenia. Spekulował w ten sposób na szpital i dospekulował się. Teraz niby leży naprzeciw mnie, a właściwie chodzi i spełnia funkcje pomocnika sanitariusza. Rano myje podłogę, rozdaje chorym lekarstwa, ma zawsze machorkę, której chorym wprawdzie nie wolno palić, ale którą on pali ostentacyjnie i ma w bród chleba. Podając mi ampułkę z lekarstwem powiada:
- Więc jednak zdechniesz, Polaku.
Mam tyle tylko siły, że energicznie poruszam przecząco głową. W szpitalu znajduje się wielu znajomych chorych. Przybyli przede mną, leżą krócej, lub długiej i kiedy nie miałem jeszcze biegunki rozmawiałem z nimi po przyjacielsku. W tej chwil; należę do zapowietrzonych, ale na szczęście po tygodniu biegunka słabnie.
Lamakin notuje, ile razy na dzień idę. Ja zaś chciałbym się jak najprędzej przenieść na inne łózko i na inną dietę. Już tylko cztery razy byłem w ciągu doby, a Lamakin kłamie lekarzowi, że osiem. Protestuję! Pilnuje mnie sanitariusz we własnej osobie. Idę tylko dwa razy i lekarz przenosi mnie do innych chorych.
Raz po raz leżę na innej pryczy, wędruję bowiem po całym baraku. Raz po raz moje miejsce wydaje się komuś odpowiedniejsze dla kogo innego. Po biegunce ślad nie został. Od czasu do czasu jem maleńki kawałeczek ryby, (myślę uporczywie, że dookoła płyną rzeki pełne ryb.) Piję od czasu do czasu kilka kropli tranu (myśląc, że nie daleko morze Beringa i cierpię między innymi na apetyt który to wzbiera, to znów opada. Temperatura - różna. Chwilami wyskakuje do 40, najczęściej jednak; 37,8. Lekarz nie wie, co o tym sądzić, a co gorsze, ja sam również nie wiem, co kryje się za tym. Ale się cieszę, bo gorączka gwarantuje, że nie zostanę wyrzucony ze szpitala.
I tutaj życzliwi ludzie pocieszaja mnie; radzą, abym nie upadał na duchu. Opowiadają, że w tym samym szpitaliku, o na tamtej pryczy - pokazują pryczę - lezał Polak, Tomaszewski. Pewnego dnia wezwano go i pojechał na wolność. Pewne i ze mną tak będzie. I oto znowu powstaje iskierka nadziei, a równocześnie ogarnia mnie i maltretuje maniacki przesąd, że jak długo ta iskierka będzie się tlić we mnie, uwolnienie nie nastąpi.
Nie mogę dać sobie rady z chaosem własnych myśli, z tą jakby nieszczęsną iskierką nadziei i z moim żałobnym, maniackim, przerastającym przesądem.
Dookoła ludzie umierają, przeważnie cichuteńko. Rzadkie wypadki, że chory jęczy, krzyczy i broni się przed smiercią. Na ogół gasną pogodnie, przenoszą się niefrasobliwie na tamtą stronę dna. Inni zowu dojrzewają do wypisania ze szpitala. Lekarz przy obchodzie komunikuje takiemu, że nazajutrz będzie wypisany. Człowiek - dochodziaga, który nie doszedł i trochę, jakby powrócił - do tej minuty uspokojony przychylniejszymi warunkami i siłą własnej woli, szarzeje nagle, kurczy się jakby zaczynał walkę z rozpaczą. Wie, że wraca oto do dawnych warunków, do pracy, do prowierek, do norm, do pobudek dobijanych drągami i że pobyt w szpitalu posłużył wyłącznie do przedłużenia jego niewolniczego istnienia... Rzadko jednak przy takiej okazji zdarzają się awantury, częściej następują prośby. Na ogół przyjmują ludzie taki wyrok, jak wyrok przeznaczenia, kiszmet.
Odchodzi również Łamakin ale na odchodnym szepce: - Ja tu jeszczę wrócę, zobaczycie, że wrócę!
Domyślam się, co to ma znaczyć. Już widzę barak na szóstym prorabstwie, noc, Łamakina, stojącego przy piecu, śpiącego w tej pozycji i zwaląjącego się na piec, lub pod piec. Patrzyłem, jak on to robi. Widziałem również, jak wymieniał całe porcje chleba na machorę. Wierzę, że wróci.
Naczelny lekarz szpitala, Żyd, dr. Kibel ma dziesięć lat wyroku. Jest dobrym dyplomowanym lekarzem, ale zwierzchnikiem jego, naczelnikiem, jest ignorant, niby felczer, były więzień, obecnie wolniaga, czyli wyzwoleniec. Kryminalna ta figura jest naczelnikiem zdrowia całego okręgu (uczastka) i od czasu do czasu wsadza dyplomowanego dr. Kibla do izolatora.
Dr. Kibel jest dobrym człowiekiem. Stara się o chorych i usiłuje ich naprawdę leczyć w miarę posiadanych lekarstw. Ponieważ jednak często za jakieś cudze winy i za pretekst win, przesiaduje nocami (w bieliźnie) w izolatorze, w tym samym, którego pierwszym gościem był Henryk Sierosławski, jest rozhisteryzowany do ostatnich granic. Przed każdym naczelnikiem drży ze strachu, a w czasie ataku histerii urządza w szpitalu istne pogromy. Chorych, czasem najcięźej chorych, wyrzuca ze szpitala. Ci chodzą, błagają, a wtedy Kibel z reguły daje się przebłagać, ale każe podpisywać jakieś deklaracje, że już nie będę, że już nigdy, że to się więcej nie powtórzy itd. Najwięcej okazji daje sprawa palenia.
Zasadniczo bowiem palić nie wolno. Tymczasem nie ma ani jednego chorego-palacza, który wstrzymywałby się od palenia. Często w nocy na sali migają ogniki. Handel wymienny jest bardzo żywy. Niekiedy Kibel, skradając się w nocy, wyłapuje przestępców i natychmiast rozgrywa się scena wyrzucenia.
Wreszcie nadchodzi dzień prawdziwej sensacji. Dotychczas czytanie przez więźniów gazet było przestępstwem, chociażby więzień znalazł przypadkowo gazetę porzuconą na drodze - jak pół roku temu z okładem - ja właśnie znalazłem gazetę z wiadomością o amnestii dla Polaków.
Aż nagle teraz nadchodzi jeden z felczerow z gazetą w ręku i zaczyna odczytywać chorym wiadomości. Są to pierwsze depesze o sukcesach sowieckich. Obszerne komunikaty odczytywane są z namaszczeniem i wywołują silne, chociaż bardzo różnorodne wrażenie.
Codzienne czytanie Sowieckiej Kołymy trwa kilka dni, a potem kończy się tak nagle, jak się zaczęło.
Najróżnorodniejsze komentarze wywołuje ten niezwykły fakt i rozmowy na temat: kiedy to ostatni raz oficjalnie pozwalano czytać gazety? Po nocach szepty. Najróżnorodniejsze, najbardziej nieoczekiwane wnioski; najpowszechniejszy zaś ten:
- Raz bodaj się w życiu najeść, to potem można i umrzeć. To przyjemnie nawet być zabitym, jak się ma połnyj żywot (pełny brzuch ).
Sąsiedzi z prawej i lewej strony zwracają się natarczywie do mnie z interpelacją: kto właściwie tak dzielnie walczy?
Odpowiadam:
- Wy sami lepiej powinniście wiedzieć.
A oni mówią, że nie potrafią sobie tego wytłumaczyć!
Kiedy wraz z sukcesami pod Moskwą zakończyło się czytanie gazet, nocne szepty nie ucichły. Uporczywie, z rozgoryczeniem, nienawistnie stwierdzają, że nie można zrozumieć, kto się bije, kto walczy i kto chce walczyć? A jednak częste wśród tych szeptów są deklaracje:
- Gdyby mnie tak wypuszczono na wolność, dopierobym Niemcom pokazał! Lepiej zginąć na wojnie, niż zdechnąć w łagrze. Bojcy (żołnierze) napewno mają zupę, kaszę, a może nawet konserwy. A wojna? Raz kozie śmierć!
Pewnego dnia do szpitala przybyli umundurowani Enkawudziści i zabrali jednego z felczerów, który pół roku temu był lekpomem na szóstym prorabstwie i z którym pozostawałem wtedy w pewnej zażyłości. Był to młody Rosjanin, urodzony w Rydze. Snuto najróżnorodniejsze domysły, ale po kilku dniach sensacja zwietrzała i przestano się tą sprawą zajmować. Nie można było tylko nie zauważyć, że dr Kibel stał się bardziej zdenerwowany i histeryczny.
Zaś Łamakin wrócił istotnie do szpitala w stanie najzupełniejszego wycieńczenia. Tym razem przeciągnął strunę. Do wycieńczenia dołączyło się zapalenie płuc oraz biegunka, ponos. Wpółprzytomnym wzrokiem wodził po izbie szpitalnej. Legł w kącie ponośników i tam skonał, krzycząc w niebogłosy, krzykiem protestując przeciwko śmierci.
Po kilku latach czytam, napisane dawno powyźsze słowa. Lamakin? Dlaczego go tak obserwuję, notuję we wspomniniach? Dlacztgo fakt jego śmierci opisałem w ksiazce?
Rachunek umarłych, buchalteria śmierci, dawno zamotała się w mojej pamięci.
W pierwszych miesiącach pobytu na Kołyme liczyłem, w pierwszych tygodniach uczyłem się na pamięć nazwisk i niektóruch osobistych szczegułów:
Michał Gieorgiewicz Riazunow - umarł 3-go lipca 1940 na 7-mym prorabswie. Wydostał skąś kilogramy chleba i pożarł w kilka minut. Skonał na skręt kiszek. 24-tego lipca przewożono jego zwłoki przez Kadak-Czan do szpitala w Belik-Czan dla dokonania sekcji. Odsłoniłem worek którym był przykryty i ujrzałem coś tak przerażającego, że krzyknąłem i krzyczłem dłuższą chwilę. To coś było twarzą. Przedtem przed śmiercią. W danej chwili było maską pokrzywioną okropnie cierpiącą, tak straszna, odrażająca, nieludzka ęe rzuciłem na tę maskę worek i krzyczałem.
Tegoż 3 lipca 1940r. zmarł w Kadak-Czanie - co za zbieg okoliczności! rownież Michaił i rownież Giergiewicz Łyskalenko.
Obaj pojechali razem do Belik-Czanu.
I tak notowałem i liczyłem mniej więcej do paźdźiernika. Dokładnie do śmierci Henryka.
Potem mi się wszystko poplątało. A przecież własne żniwo śmierci dopiero wtedy się rozpoczęło!
Ale nie przesadzę, jeśli napiszę, że w mojej bezpośredniej blizkości, w moim sąsiedztwie, w barakach łagiernych lub na deskach legowisk szpitalnych umarło w ciągu dwóch lat conajminiej 300 - powtarzam słowem trzystu ludzi.
Nie usiłuję odtwarzać nawet w przybliżeniu statystyki śmierci znanych mi choćby ludzi, o których tylko słyszałem że zmarli.
Ale tych znanych mi choćby ludzi, o ile tylko słyszałem że zmarli. Ale tych trzystu umarło przy mnie lub widziałem ich zwłoki po smierci.
Skądze tyle uwagi poświęcam Lomakinowi?
Bo śmierć była niezwykła! Skonał protestując przeciwko śmierci.
Piszę powyżej. Jeden jedyny z owych trzystu, który protestował, który nie chciał śmierci, który na śmierć się nie godził.
Dopisuje te słowa w chwili, kiedy przez prasę światowa przepływa dyskusja na temat czterech wolności człowieka.
Z wyjątkiem Lomkina wszyscy umierający przy mnie zgadzali się na śmierć, nie bali się śmierci, z ulgą myśleli o niej, ku niej szli spokojnie i ufnie, pogodzeni z nią, jak z wybawieniem. Zmuszono ich aby zatracili instynk samozachowawczy i oto ludzie ci pragnęli śmierci.
I wszystko, cokolwiek napisałem w tej książce, staje się mało ważne. Lomakin mnie nauczył. On mi kazał upomnieć się o piątą wolność człowieka: O wolność człowieka od pragnienia śmierci!
Tymczasem zaś meblowano szpitalik, sposobem znamiennym dla tutejszych stosunków. Mianowicie szpital byt pomyślany, jako sezonowy na okres zimy, dla podleczenia dochodziagów, którzy powinni jeszcze trochę popracować. Zanim ostatecznie i nieodwołalnie umrą przecież zbliża się sezon pracy.
Otóz po kilkumiesięcznym istnieniu szpitala, kiedy zima zblizała się ku końcowi, a sam szpital wogóle miał zostać zwinięty, zaczęto prycze wymieniać na łozka. Sprowadzono stolarzy. W lutym ustawiano pierwsze dwa łozka, a potem co kilka dni wstawiano dalsze. Ponieważ między łozkami musiały być przejścia, zajmowały one więcej miejsca, niż przedtem prycze. To też z każdym nowym łózkiem - ubywało miejsca dla chorych. Lżej chorych wyrzucano przeto do baraku słabosiłków (zdechlaków). I tak, w miarę tego, jak przybywały łóżka, ubywało miejsca. Kurczył się nasz szpitalik i skurczył się do 36 łóżek. Wobec tego otwarto oddział. Niedawno usunięte ze szpitala prycze powędrowały do baraku, a na nich legli ci sami chorzy, których razem z pryczami przedtem kolejno ze szpitala wyrzucano.
Działo się to w początkach kwietnia, kiedy wiosnę czuć już było za progiem - oczywiście wiosnę w znaczeniu kołymskim, to znaczy bardzo jeszcze odległą. Okienka ciągle jeszcze odparzano wrzątkiem, a w pół godziny potem były pokryte warstwą lodu.
Tak więc szpitalik nabrał cech, jak na tamte stosunki, wręcz reprezentacyjnych. Ale reżim zapanował jeszcze surowszy. Przy drzwiach stanęli specjalni strażnicy, którzy rewidowali każdego wychodzacego do ustępu i wracającego. Wykonywane to było bardzo surowo i zdażały się liczne wypadki wykrycia przemytu chleba, czy machorki.. Kibel szalał: wyrzucał i przebaczał. Tylko, że jednym z tych strażnikow był właśnie Orwid Ottowicz Wiederlenk, wskutek czego wreszcie nie najgorzej było u mnie z paleniem.
Pewnego dnia Kibel osobiście przyłapał strażnika (na szczęscie nie Arwida) na handlu machorką i człowiek ten został odesłany na najcięższe roboty.
Szpital mieścił się w baraku bardzo niskim, na skutek czego bardzo smrodliwym, ale za to ciepłym. Beczka, służąca za piec dawała wystarczającą ilość ciepła. Był to wyjątkowy barak, w którym nie było pluskiew, natomiast nie można było wyzbyć się wszy.
Raz w tygodniu chorzy chodzili bowiem do kąpieli. Bania znajdowała się w odległości około 400 metrów od szpitala. Wkładało się na głowę czapkę, na nogi burki, a na plecy watowaną kurtkę i tak w bieliźnie szło się do łażni. Tam wydawano w blaszanym korytku kilka litrów wody i ta ilością należało obmyć się dokładnie. Tam również operował fryzjer, który golil chorych. Następnie, po otrzymaniu zmiany bielizny wracał chory do baraku i mógł z ulgą położyć się do łózka.
W tej to właśnie czystej bieliźnie przynoszono do szpitala wszy. (Dlaczego właśnie tutaj miało być inaczej, skoro tak było przecież wszędzie. Kibel szalał, ale nie na banszczyka, którego obowiązkiem było pranie bielizny, lecz na chorego, ktory w bieliźnie przyniósł waszy do szpitala.
W budynku dławił smród - wisiało powietrze ciężkie, duszne, nasycone ludzkimi wyziewami i zapachami lekarstw. Okna nigdy nie były otwierane, bo zresztą było ich tylko kilka, były bardzo maleńkie i - wgóle nie dały się otwierać. Były tak zamarznięte, że raczej wyglądały na brudne, zupełnie nieprzeźroczyste kawały lodu wprawione w ścianę.
To też za każdym razem taki przemarsz do bani dla sanobrabotki i z powrotem był przeżyciem. Mroźne, ale świeże powietrze przytłaczało i dusiło świeżością. Ludzie się zataczali, gdy uderzało w nich. I ja, niedopełniony wariat, zacząłem obecnie się bać nie tylko mrozu, nie tylko wiatru, ale i cichego powietrza. Zdawało się, że już nie mróz i nie wisu, ale samo powietrze mnie zamorduje. Ze zgrozą myślałem, że wkrótce wstanę wypisany ze szpitala i będę musiał wrócić na szóste prorabstwo. Ratunek w tym, że ciągle miewałem gorączkę - rzecz drugorzędna na jakim tle ona powstawała - bo po pierwsze nie wyrzucą z gorączką ze szpitala, a po drugie przy gorączce nie odczuwa się tak bolesnego apetytu. Właśnie dzięki podniesionej temperaturze wystarczała mi na ogół strawa szpitala.
Przeliczyłem się - mimo 37,9 stopni, wyrzucono mnie ze szpitala. Tajemnicza sprawa!
Jeszcze poprzedniego dnia patrzyłem z wdzięcznością na termometr, jeszcze tego dnia z rozczuleniem śledziłem olówek sanitariusza, który notował: 37,9.
- A więc mam jeszcze przynajmniej tydzień czasu - myślałem, a potem niech się dzieje, co chce!
Tymczasem zaraz z rana 9 kwietnia Kibel zawiadomił mnie, że jestem zdrowy, jak byk, że nie przypomina sobie, kiedy tak zdrowego człowieka widział i że prawdopodobnie symuluję! Z powodu symulacji bedę miał nowy wyrok, a w tej chwili mam się ubierać i powrócić na swoją komandirówkę na ciężkie roboty. Nie dano mi nawet - jak to było w zwyczaju - kilkudniowego okresu przejściowego na pobyt wśród słabosiłków.
Kazano mi, ubrać się i przyprowadzono konwojenta. Na przeszkodzie staneła jednak rzecz - normalna. Mianowicie przyjechałem do szpitala w łachmanach pracowicie pocerowanych, starannie połatanych. Popalone swego czasu spodnie i kurtkę wyreperowałem zupełnie przyzwoicie. Na nogach zaś miałem nienajgorsze burki. Zamiast tego z magazynu szpitalnego przyniesiono mi strzępy. Spodnie dziurawe, dziurawa bluza i dziurawa kurtka, bez guzików. Nawet czapkę zamieniono na tak wielką, że pod zbyt luźnych nausznikow podwiewał wiatr. Nie chciałem przyjąć tego rodzaju odzieży.
Ostatecznie jednak, wśród wielkiej awantury, zmuszono mnie żebym włożył te strzępy łachmianów. Przewiązałem się sznurem, nogi obułem w szmaty z worka i pojechałem z konwojentem na szóste prorabstwo.
Tu znowu nowa awantura. Nie przyjęto mnie. Strażnik zrobił mi dziką scenę, że w ten sposób umundurowany ośmieliłem się przyjechać, że jest to sabotaż i takie umundurowanie ma mi niewątpliwie posłużyć za pretekst do niewychodzenia na robotę!
Tłumaczenia, że zostałem okradziony w szpitalu, wywarłęm jednak jakieś wrażenie, ponieważ strażnik rozpoczął z kolei rugać i obklinać konwojenta. Wyciągnięto moją kartę umundurowania, udowodniono komwojentowi jak ubrany pojechałem do szpitala i oświadczono, że w tych strzępach nie zostanę przyjęty.
Wróciliśmy na 5-te prorabstwo i tam powstała znowu konsternacja. Odniosłem wrażenie, że dookoła mojej osoby zrobiło się jakieś dzikie zamieszanie i że na razie wolano mnie nie mieć ani tutaj, ani tam. Wiem, że w następstwie tego telefonowano do jakiejś wysokiej władzy. Kiedy pozwolono mi przespać noc u słabosiłków na warsztacie stolarskim - zacząłem mieć nadzieję, źe mnie tam zostawią i łatwej można będzie jakiś czas przetrzymać.
Arwid Ottowicz co prawda legł tymczasem na szpitalnym łózku, ale nastał nowy felczer, a był nim - Wiktor Piotrowski.
Płonne nadzieje - zaraz wczesnym przedpołudniem kazano mi się zbierać i znów wraz z konwojentem odbyłem jazdę da szóstego prorabstwa.
Tam przyjęcie moje nie natrafiło tym razem na trudności, chociaż w mojej garderobie nic zgoła nie zmieniło się na lepsze. Przesiedziałem na szóstym prorabstwe resztę dnia w baraku, wieczorem przywitałem się - z żyjącymi jeszcze członkami brygady Jana Juriewicza i dowiedziałem się, że następnego dnia mam wyjść na robotę w jego brygadzie. Powrócił do mnie przedsmak oblędu: przelęcz, zaspy, wiatr! Byłem jednak tak zobojętniały, że nawet żartowałem z brygadierem. Prawdopodobnie goraczka obdarzała ranne podnieceniem.
11-go kwietnia wyszedłem na robotę. Znów: brama obozu, wartownia i strażnik, liczący ludzi:
- Brygada Juriewicza! Czwórkami! Pierwaja, wtaraja, tretia... Wyszliśmy na drogę. Skręcili w lewo. Brygadier jednak tonem doświadczonego dowódcy, który chce stłumić panikę w szeregach, zapowiedział:
- Nie idziemy dzisiaj na przełęcz. Będziemy pracować z tej strony na wzniesieniu koło obozu.
Wyznaczył ludzi, którzy rąbali na drodze zamarzniętą powłokę lodową. Inni zgarniali tę skorupę i wyrzucali poza drogę. Jan Juriewicz dobrał ludzi po dwóch, po trzech i przdzielał im odcinki drogi.
Stanęliśmy do roboty. Po raz pierwszy od 27 listopada ubiegłego roku trzymałem w ręce łopatę. Zadziwiłem się, że była tak ciężka i trudno mi było pojąć, że swego czasu mogłem nią tak łatwo władać. W tej chwili podniesienie pustej łopaty wydawało mi się ponad siły, a tu trzeba nabierać ciężkie bryły lodu i wyrzucać poza szkarpę. Po kilku wyrzutach, stanęłam wycieńczony i oparłem się o lopatę. W ten mniej więcej sposób pracowałem cały dzień, a powietrze uderzało we mnie falami, z których każda coraz bardziej obezwładniała. Nogi uginały się pode mna i raz po raz starałem się gdzieś przysiaść. Uszy miałem pełne szumu i jakby bełkotu - na to też żalił się Henryk. A więc zbliża się mój kres i zbliża się tym razem w sposób nieodwołalny.
Między rekawicą, a rekawem wyłania się co chwila piszczel: skóra i kości.
Na dobitek nakrył nas naczelnik. Ukryty poza zakrętem drogi obserwował nasze pracę, nie spodobała mu się, podszedł do nas wypyptał kilku ludzi o nazwiska, które zanotował. Skutek długo nie dał na siebie czekać.
Wydawano wówczas dla nas obiad, to znaczy garnuszek ciepłej wody nieznacznie osłodzonej i 200 gramów chleba. Wody te szumnie nazywaną czajem roznoszono w konwiach brygadom, pracującym w nabojach oddalonych od łagru. Natomiast pracujacy niedaleko mieli na odgłos dzwonka zejść do komandirówki, tam wyfasować chleb i wodę, zjeść, popić i powrócić na miejsce pracy. To tak kiedy rozległ się dzwonek, zeszliśmy do obozu. W stołowej czekał na nas wyrok: czterech robotników brygady oraz brygadiera za niedozór liszono czyli pozbawiono obiadu i kolacji. Zrozumiałem: jest to początek końca i nic już innego nastąpić nie może, jak tylko koniec.
Po południu nie wysilałem się, machnąłem łopata może trzy, cztery razy. Pragnałem tylko, żeby się dzień skończył i abym mógł wrócić do baraku. Obliczałem, czy potrafię wytrzymać cały tydzień, czy tylko kilka dni? Powoli, ukradkiem, ale coraz bardziej stanowczo rosło we mnie postanowienie, ażeby zakończyć tę katorżniczą, dolę. A w jaki sposób? W ten sam, jaki zastosował Lamakin! Ale już bez jego przedzgonnego protestu!
Kiedy więc wieczorem zakomunikowano mi zdumiewajcą wiadomośc że w stołowej czeka na mnie porcja chleba, nie tylko kolacyjna, ale nawet i ta z obiadu, bo naczelnik pomiłował nie chciałem iść do stołowej, dopiero przemocą mnie tam wciągnięto.
Kładłem się spać, jak człowiek, który nie myśli już i nie czuje, który przestaje myśleć. Krzyczałem we śnie kilka razy - budzono mnie i grożono.
A oto rankiem następnego dnia cichutko szeptem wpadło w moje uszy słowo:
- Wolność!
Słowo to nie posiadało jednak dla mnie ani dzwięku, ani barwy, ani smaku. Ani - prawdy! Byłem znużony, obumarły i nie zdolny do żadnej reakcji: odszedłem od siebie i wszystko stało się we mnie obojętne.
